[Main page][Title page][Library page]

 

 

 

 

 

Żemłosław

Kazimierz Niechwiadowicz

 

 

 


Człowiek potrafi tworzyć
Umie też niszczyć
Pozostaje wtedy tylko pamięć

Pamięci mojego taty

GAWIA

POZNAŃ 2005

Po białorusku >>>
 

Na okładce w białoruskim tytule książki uciekła gdzieś litera a przed literą ў, za co autor bardzo czytelników przeprasza.

Zdjęcia na okładce: z przodu pałac Umiastowskich w Żemłosławiu, z tyłu cegła z cegielni w Dobrowlanach, z której zbudowano kościół  w Sobotnikach   

Kolorowe zdjęcia zostały zrobione przez autora w latach 2001 - 2003

Pałac Łazienkowski w Warszawie z fot. R. Jabłońskiego

Zdjęcia czarno - białe, oprócz słupa granicznego, pochodzą sprzed 1939 r.

Projekt okładki

Autor

Skład, łamanie tekstu i grafika zdjęciowa

Autor

Tłumaczenie tekstu na język białoruski

 Olga Rudnicka

Tłumaczenie podpisów pod zdjęciami na język białoruski

 Witalis Łuba

Druk i oprawa

WYDAWNICTWO I DRUKARNIA UNI-DRUK S.J. ul. Przemysłowa 13, 62-030 Luboń, tel. (061) 899-49-49 do 52, fax (061) 813-93-31

www.unidruk.poznan.pl

 

 

Wstęp

 

Praca ta jest uzupełnieniem książki pt. Moje Sobotniki, w której zamieściłem także informacje o Żemłosławiu. Jednak ze względu na ważną rolę jaką Żemłosław i ludzie go tworzący odegrali w historii naszej gminy, postanowiłem poświęcić mu osobne rozdziały. Żemłosław jest przeznaczony przede wszystkim dla młodego pokolenia: mieszkańców tytułowej miejscowości, mieszkańców okolicznych wiosek i gminy Sobotniki. W drugiej kolejności dla tych osób, które są lub były związane z naszą sobotnicką ziemią w jakikolwiek sposób, na przykład zamieszkaniem, urodzeniem, pochodzeniem rodziny czy nawet przelotnym jej dotknięciem. Następnie dla wszystkich innych rodaków, którzy mieszkają na terenie Białorusi, oraz dla Polaków w kraju interesujących się historią Kresów i dniem dzisiejszym tych terenów.

Moja książka nie jest dokładną historią Żemłosławia, a raczej wyrywkowym jej ukazaniem w miarę chronologicznym ciągu. Przedstawiłem w niej także wydarzenia, które tylko pozornie nie mają związku z tą miejscowością. Dodałem również kilka swoich myśli i uczuć, powstałych podczas zwiedzania Żemłosławia i jego okolicy. Uważam, że mniej znane ale ciekawe informacje zamieszczone w mojej pracy, będą uzupełnieniem tych wiadomości, jakie moi ziemlacy posiadacie, jakie zachowały się w Waszych domach. Może dzięki temu będziecie darzyć swoją ziemię cieplejszym uczuciem, a ja wzbudzę w Was pewną dumę, że stąd pochodzicie.

Dziękuję tym osobom, które pomogły mi przy pisaniu książki przez udostępnienie rodzinnych fotografii i dokumentów, podzielenie się wspomnieniami. Szczególne podziękowania za życzliwość należą się pani Małgorzacie Grüner, która udostępniła mi bogaty zbiór zdjęć, opisy lasów żemłosławskich i hodowli bobrów sporządzone przez jej ojca Henryka Oskara Grünera.

  

Kazimierz Niechwiadowicz

 

 

 

Pierwsze spotkanie i początek historii

 

Wielokrotnie przyjeżdżałem do rodzinnych Sobotnik wpierw z rodzicami a następnie sam, ale nic o tym miejscu nie słyszałem. Może ktoś w rozmowach wspomniał o nim, że na przykład jedzie po coś do Żemasława - tak go nazywają miejscowi ludzie, moi ziemlacy. W niektórych publikacjach białoruskich pojawiają się niewłaściwe tłumaczenia tego słowa, jak na przykład Żemysławl czy Żamysłau. Wydaje mi się, że prawidłową wersją powinno być Żemłasłau, koniecznie z pierwszą literą ł po literze m. Wszak nazwa tej miejscowości pochodzi od nazwiska Żemłła. Nie zatrzymała się jednak ona w mojej pamięci. Podczas gościny u krewnych nie traciliśmy czasu na zwiedzanie innych miejsc, które dla nich i moich rodziców były znane od najmłodszych lat. W 1987 roku zabrałem do Sobotnik czteroletniego syna Jasia. W rozmowie ze stryjem Albinem dowiedziałem się, że w odległości zaledwie czterech kilometrów od naszego miasteczka jest pałac. Wziąłem od stryja rower, do ramy przywiązałem koc, posadziłem nań Jasia i pojechaliśmy do Żemłosławia. Tak po raz pierwszy poznałem to miejsce.

Żemłosław leży w gminie Sobotniki w powiecie iwiejskim, województwie grodzieńskim na Białorusi. Tak samo jak moje miasteczko położony jest nad rzeką Gawią, 4 km na północ od Sobotnik, około 46 km na północny - wschód od większego miasta Lidy. Do obecnej granicy z Litwą w kierunku na Dziewieniszki są 3 km, do samych Dziewieniszek 10 km, do Wilna około 70 km, do Oszmiany 35 km, do Bieniakoń 30 km. Przed 17 września 1939 roku Żemłosław był również w gminie Sobotniki, ale w powiecie lidzkim, województwie nowogródzkim, w Polsce.

Ludzie tu mieszkający znają dobrze najbliższą okolicę i drogi wiodące do Żemłosławia. Oto jak podróż do niego ze stolicy olbrzymiego kiedyś powiatu oszmiańskiego województwa wileńskiego, a następnie guberni wileńskiej wyglądała ponad 100 lat temu. Z Oszmiany podróżny kierował się wpierw na Graużyszki a następnie Dorże. Za Dorżami wjeżdżał na teren piaszczysty, gęsto usiany kamieniami. Na mijanych wzdłuż drogi polach rosła jedynie gryka i bujne kępy jałowców. Był to początek obszaru nieurodzajnej ziemi zwanej Oszmiańską Saharą, która rozciągała się aż za Dudy, za Lipniszki. Wkrótce na spotkanie naszego podróżnika wybiegała droga wysadzana starymi brzozami surwiliskimi. Jadąc nią dalej, omijało się dwór Popławskich i młyn na Barance, dopływie Klewy. Następnie piaszczysty trakt wiódł do niewielkiego wzgórza, gdzie u rozstaju dróg stoi surwiliski kościół Świętej Trójcy.

Dalsza podróż znowu prowadziła przez pustkowie coraz gęściej usiane jałowcami. I oto przed oczami wędrowca pojawiała się srebrzysta wstążka wody. To Gawia, jeszcze niewielka ale już ukazująca swoje urokliwe oblicze. Z rzadka tuliły się do niej zielone plamy łąk. Okoliczne pola przeważnie leżały odłogiem i pokryte były jałowcami. W słotny, jesienny dzień ten melancholijny krajobraz mógł wywołać nastrój przygnębienia i beznadziejności. Dalej droga krótko wiodła przez piękny, sosnowy bór, a po jego minięciu wjeżdżało się w jakby inny kraj. Na skraju boru stała poczta ze słupem telegraficznym. Skończyło się pustkowie, pojawiły się wiejskie chaty, ogrody warzywne, pola uprawne z pracującymi ludźmi. Podróżny skręcał w prawo i jego oczom ukazywał się żemłosławski pałac.

Żemłosław. Dawniej ta ziemia miała inne nazwy. Składało się na nią kilka części, z których największymi były majątek 1 Kondraciszki nad rzeką Gawią i folwark 2 Piotrowszczyzna. Mniejsze posiadłości nosiły nazwy Pogawja, Przybyszewszczyzna, majątek Abramowski. Pisana historia tego miejsca rozpoczyna się w XVI wieku, kiedy należało ono do powiatu oszmiańskiego województwa wileńskiego, Rzeczpospolitej Obojga Narodów 3. Właścicielem Kondraciszek był wówczas ziemianin Jan Zenowicz. W 1587 roku jego dzieci sprzedały posiadłość podkomorzemu 4 oszmiańskiemu Stefanowi Roskiemu. Należały wtedy do niej także wsie: Szajdziuny, Wysockie, Żemajtuki oraz część puszczy leżącej wzdłuż drogi z Dziewieniszek do Nowogródka.

Kondraciszki były w posiadaniu rodziny kolejno Stachowskich i Szywkowskich a od 1649 roku cześnika 5 oszmiańskiego Mikołaja Grudzia i jego żony Konstancji z Podbereskich. Folwark Piotrowszczyzna i kilka mniejszych pobliskich folwarków były własnością rodziny Żemłłów herbu Topór. Całość tę nazywano majątkiem Żemłowskim. Jan Żemłła sprzedał Piotrowszczyznę Andrzejowi Krzywcowi. Ten zaś Piotrowi Kmicie, lecz wkrótce z powrotem wróciła ona do Żemłłów. Powiększyli oni swą posiadłość dokupując parę małych folwarków. W końcu właścicielem całości majątku został Jerzy Wawrzyniec Żemłła. Jemu też Krystyna Konstancja, córka Mikołaja Grudzia, sprzedała w 1684 roku Kondraciszki. Jerzy Żemłła dzierżawił już Soły, a w tym samym roku co Kondraciszki kupił połowę Klewicy, którą jego syn Marcjan sprzedał w roku 1706 Andrzejowi Grabskiemu.

Piotrowszczyźnie z folwarkami nadano nową nazwę Żemłosław. Jerzy Wawrzyniec Żemłła pisał się od tego czasu dziedzicem Kondraciszek i Żemłosławia. Nazwy Kondraciszki przestano z czasem używać i pozostała tylko jedna, Żemłosław. A może powinno być Żemłłosław, gdzie rdzeniem byłoby całe nazwisko jego właściciela Żemłły? Żemłłę sław. Sław, chwal Żemłłę, ród Żemłłów, dobrych gospodarzy jak dobra jest bułka pszenna, którą w języku staropolskim oznacza wyraz żemła. Zamieściłem w mojej książce zdjęcie znalezione w albumie fotograficznym na plebanii w Sobotnikach. Dedykowane jest ówczesnemu proboszczowi naszej parafii księdzu Tomaszowi Żebrowskiemu. Czyżby uwieczniony na nim Jan Żemłła był potomkiem rodu, który dał nazwę tytułowej miejscowości?

Jerzy Wawrzyniec Żemłła był osobą poważaną w całym powiecie oszmiańskim i piastował w nim odpowiedzialne funkcje. W testamencie zapisał Kondraciszki i Żemłosław swojej drugiej żonie Barbarze Helenie z Oborskich, pomijając syna z pierwszego małżeństwa Marcjana. On jednak po śmierci ojca, w 1690 roku przejął całą fortunę nie zostawiając nic swoim przyrodnim siostrom. Żemłosław miał wówczas sześć dymów 6, młyn, dwie karczmy i co ciekawe niewielką hutę żelaza. Podobno w skład majątku wchodził także folwark Łyntupka.

Myślę, że huta to był jeden, może dwa niewielkie piece nazywane hamerniami. Skąd w tych stronach wzięła się hamernia? Prawdopodobnie w najbliższej okolicy nad Gawią znajdują się rudy żelaza. Świadczy o tym miejscowa nazwa Czerwona Góra, wzniesienia nad samym brzegiem rzeki, u stóp której piasek miał kolor czerwony, zabarwiony być może składnikami rudy. Przed II wojną światową przyjeżdżali do Sobotnik geolodzy i prowadzili badania na Gawią, poszukując tego minerału.

Marcjan Żemłła oddał jednak Żemłosław w zastaw Piotrowi i przyrodniej siostrze Anieli z Żemłłów Pacom, starostom 7 wilejskim. Z kolei ci w 1723 roku odstąpili swoich praw Franciszkowi i Cecylii z Morykonich Andruszkiewiczom, skarbnikom 8 oszmiańskim. Po pewnym czasie zastaw ten zmienił się w formalną sprzedaż. W 1728 roku Marcjan umarł bezpotomny. Większość swoich posiadłości zapisał w testamencie z 28 lutego ciotecznej siostrze Joannie z Kiersnowskich Wereszczakowej. Po wielu waśniach rodzinnych, procesach sądowych i obaleniu testamentu, sukcesorem całości została Ludwika Szczytt. Była córką Anieli i Piotra Paców, wnuczką Jerzego i Barbary Żemłłów. W 1745 roku jej rodzina wykupiła od Andruszkiewiczów sprzedany Żemłosław. W roku 1784 dziedzicem majątku został syn Ludwiki Krzysztof. Za jego panowania w ogrodzie przy pałacu postawiono drewnianą kaplicę. Majętność liczyła wówczas 411 osób w tym 213 mężczyzn i 198 kobiet. W jej skład wchodziły także wsie i osady: Rudnia, Żemajtuki, Szajdziuny, Szarkucie, Ławkieniki, Huta i Podworańce.

Nazwa Huta pochodzi od Szklanej Huty (ta była jeszcze na przełomie XIX i XX w.) stąd, że kiedyś w tym miejscu w środku lasów rozpoczęto wytapianie szkła. Z czasem niewielka osada wytwórcza rozrosła się do dużej wsi, a huta pracowała jeszcze w 1905 roku. Podworańce wzięły swoją nazwę od dworu w języku białoruskim, czyli zagrody. Większość pierwszych wiejskich osad powstawała z pojedynczych zagród rozrzuconych wśród pól i lasów. W niedalekiej okolicy mamy wioski o podobnej nazwie i pochodzeniu: Dworczanie i Dworzyszcze. Żemajtuki swąetymologię 9 wywodzą z języka litewskiego. Niedaleko naszej gminy przebiegała etniczna granica osadnictwa plemion litewskich, stąd też litewskie nazwy z charakterystyczną końcówką innych miejscowości w naszym powiecie i sąsiednich jak: Narwiliszki, Surwiliszki, Dziewieniszki, Lipniszki, Graużyszki. Ale są też nimi Gieranony i Gierwiaty, a także nazwisko Żemłła.

W 1806 roku Józef Szczytt brat Krzysztofa, marszałek 10 powiatu mozyrskiego, sprzedał Żemłosław Antoniemu Kieniewiczowi sędziemu ziemskiemu 11 mozyrskiemu. Ten zaś po niedługim czasie 4 stycznia 1807 roku odstąpił całą posiadłość Jakubowi Umiastowskiemu. Jakub z rodziną przeprowadził się do Żemłosławia z Klewicy, którą wraz z bratem Marcinem kupili w 1796 roku od Wincentego Grabskiego. Centrum każdego majątku stanowił pałac lub dwór. Ówczesny żemłosławski pałac był duży. Zbudowany z pomalowanego na biało drewna brusowego 12, oszalowany w narożnikach tarcicą w kolorze szarym, z żółtymi ramami okien i czterema gankami z latarniami. Dach miał łamany, pokryty gontem w kolorze czerwonym. Najokazalszy pokój bawialny miał ściany ozdobione białym płótnem holenderskim. Parkiet w nim był sosnowy, a sufit z tarcic również pokryty białym płótnem. U wejścia do bawialni stała gipsowa statua cara Aleksandra I, a wewnątrz znajdował się duży piec z ozdobnych, seledynowych kafli. Taki piec był niezbędnym elementem części mieszkalnej każdego pałacu.

Jakub Umiastowski z żoną Anną od razu zajęli się rozbudową nowej rezydencji. Nad Gawią wybudowano drewnianą, częściowo murowaną gorzelnię, typowy obiekt gospodarczy w większych majątkach. Ponieważ miejscowe pola dawały wysoki urodzaj, zaistniała więc konieczność postawienia nowego, murowanego już spichlerza. Ma on dwa piętra z arkadami 13 na całej długości, pod które zajeżdżały wozy z ziarnem. Jego dolna część o grubych murach i żelaznych drzwiach, służyła do przechowywania produktów rolnych, a także do zabezpieczenia dokumentów przed pożarami. Pamiętajmy, że budynki w majątku były dotąd drewniane. Jakub i Anna interesowali się przeobrażeniem ziemi jaką posiadali, tak aby była dobrze uprawiana i dawała coraz wyższe plony. W tym celu w miejsce wyrąbanych lasów założyli kolejne folwarki: Rockiszki, Kazimierzowo i Ludwinów.

Umiastowscy herbu Roch III. Pierwszym z tego mazowieckiego14 rodu, który osiadł na Litwie, był Jan syn Wojciecha Albrechta, ciwun 15 królewski na Litwie. Pozostawił po sobie trzech synów, z których jeden też Jan, odziedziczył nabyte przez ojca w 1583 roku wioski Dukszniany i Jurkowlany w powiecie oszmiańskim. Jan Hieronim praprawnuk owego Jana, major w przybocznej artylerii króla Augusta II 16 i cześnik wołyński, kupił w 1760 roku nieduży majątek Opitę Talkowszczyznę 17 od Stefana Kuncewicza, a cztery lata później Zarankowszczyznę koło Gieranon. On to zakorzenił rodzinę Umiastowskich w powiecie oszmiańskim. Miał czterech synów z których także Jan odziedziczył Opitę Talkowszczyznę i Zarankowszczyznę, później sprzedaną. Drugi syn Tomasz kupił w 1784 roku Berdowszczyznę koło Lipniszek, w której utworzył archiwum rodzinne. To właśnie dzięki Tomaszowi wzrosły znaczenie i zamożność Umiastowskich w powiecie.

Tomasz Umiastowski pełnił kolejno funkcję regenta 18 ziemskiego lidzkiego, oszmiańskiego i Trybunału Głównego Wileńskiego. Od 1792 roku był sędzią ziemskim oszmiańskim i w końcu został prezesem Sądów Głównych prowincji litewskich. Tomasz był zdolny i bardzo pracowity. Jego dzieło pt. Proces litewski przez długi czas służyło środowisku sędziów jako kodeks podstawowych praw. Dzięki swoim zaletom i poparciu, otrzymał w dzierżawę Gieranony i Lipniszki od Kazimierza Sapiechy 19. Miasteczka te będące dożywotnią dzierżawą Michała Paca 20, zostały przez niego w 1670 roku zapisane na utrzymanie artylerii litewskiej. Tomasz Umiastowski z zamiłowaniem, dobrze i postępowo w nich gospodarzył.

W 1794 roku wybuchło Powstanie Kościuszkowskie21, w którym Tomasz wziął czynny udział. Po jego upadku wyemigrował za granicę, a chcąc uchronić swoją posiadłość przed kasacją za udział w powstaniu, przepisał ją na brata Jakuba. Po powrocie do kraju nie zmieniono tego stanu rzeczy. Wielorakie przejścia mocno osłabiły zdrowie Tomasza. Mimo to wciąż był czynny, pracowity i bez reszty poświęcał się działaniom na rzecz rodziny. Za jego to sprawą rosła jej fortuna przez nabywanie kolejnych majątków i wsi jak Klewica, Orłowciszki, Giełoże, Kwiatkowce, Sobotniki, Tomaszpole, Krukany, Zalesie, Tułanka, Korejwicze, Nackowicze, Luszniewo, Żemłosław. Kiedy w 1809 roku umierał Jakub Umiastowski, zarząd nad całością posiadłości powierzył właśnie swojemu bratu Tomaszowi. Jak dobrym był on gospodarzem, świadczy zdarzenie z okresu wojen napoleońskich. Po nie rozstrzygniętej bitwie wojsk francuskich z rosyjskimi na polach Borodino w 1812 roku, rozpoczął się odwrót Wielkiej Armii. Trudno było znaleźć wyżywienie dla żołnierzy na wyniszczonych wojną terenach. Gdy postępujący za Francuzami Rosjanie znaleźli się w naszej okolicy i zaczęli szukać prowiantu okazało się, że w miarę zasobny jest tylko Żemłosław i jego folwarki.

Tomasz Umiastowski znany był także jako opiekun wielu sierot na Litwie. Na każdym testamencie na rzecz takiej osoby widniało jego nazwisko, prawnego opiekuna do czasu osiągnięcia przez nią pełnoletności. Sam żył bardzo skromnie do tego stopnia, że miał opinię skąpca kosztem nawet swojego zdrowia. Bardzo wysoki, na starość był chudy i suchy jak szczapa. Ubierał się po polsku w ciągle ten sam seledynowy kontusz22 z grubego sukna, przepasany starym i podniszczonym pasem słuckim. Ta jego przesadna oszczędność była tematem wielu zabawnych anegdot. W ostatnich latach życia pozwolił sobie na jeden zbytek. Kupił dwa piękne srokate konie i wytworną karetę.

Po śmierci Tomasza Umiastowskiego w 1822 roku, synowie Jakuba: Antoni, Ludwik i Kazimierz przejęli schedę po ojcu. Antoni otrzymał Kwiatkowce i Sobotniki, Ludwikowi przypadł Żemłosław, a Kazimierzowi folwark jego imienia. Ludwik przed swoją przedwczesną śmiercią zapisał swój majątek Kazimierzowi, który w 1828 roku przeniósł się do Żemłosławia.

Kazimierz Umiastowski i jego żona Józefa z Dunin - Rajeckich energicznierozpoczęli gospodarzenie w nowej posiadłości. Zamieszkali w dobrym jeszcze pałacu Szczyttów. Natomiast rozebrano dwie boczne drewniane oficyny 23 i na ich miejsce postawiono murowane, piętrowe wstylu klasycystycznym 24. Szczególnie ta lewa była okazała. Z przodu miała czterokolumnowy portyk 25 toskański zamknięty trójkątnymfrontonem 26. Na jej parterze mieściło się biuro zarządu majątku, do którego przychodzili interesanci. Kazimierz miał też tam swoją kancelarię, z której zadaszonym korytarzem można było przejść do stajni. Na piętrze były pokoje gościnne. Zbudowano murowaną, piętrową lodownię połączoną ze składem na wędliny, postawiono oranżerię 27. Za lewą oficyną znalazło się miejsce dla dużych stajni na kilkadziesiąt koni, wozowni i ujeżdżalni. Obory i wołownie majątku zawsze były pełne inwentarza.

Cały czas ulepszano kulturę rolną wprowadzając nowości, zakładano sady, dokupywano ziemi. Od Karola Jankowskiego właściciela Polan, Kazimierz Umiastowski kupił majątek Konwaliszki z miasteczkiem i lasami. W miejscach po wyrąbanych lasach założył kolejne folwarki: Jewiele, Korołejgi, i Albertyn. Żona Anna była równie pracowita, praktyczna i miała poczucie piękna. Cechy te pozwalały jej dobrze zastępować w obowiązkach gospodarczych męża podczas jego nieobecności. Oboje byli przykładnym małżeństwem dla wszystkich. Życie mieli wypełnione pracą i wychowywaniem dzieci.

Około roku 1861 w skład majątku Żemłosław wchodziło 13 miejscowości a liczba jego mieszkańców wynosiła 475 osób. Do Żemłosławia należały wsie: Białyńszczyzna, Dobropole, Dobrowlany, Huta, Ławkieniki, Narbuty, Nowosady, Romany, Rybaki, Szajdziuny, Szarkucie, Wysockie, Żemajtuki. Tego samego roku w czerwcu miało miejsce wystąpienie wieśniaków należących do majątku. Domagali się oni wprowadzenia w życie ustaw o zniesieniu poddaństwa i pańszczyzny zamieszczonych w manifeście 28 carskim dnia 1 marca 1861 roku. Umiastowscy z jednej strony byli postępowi jeżeli chodzi o gospodarkę, kulturę agrarną, zdobywanie wiedzy, z drugiej zaś zachowawczy w odniesieniu do istniejących stosunków społecznych na wsi. Może nie było im śpieszono do szybkiej utraty korzyści, jakie mieli z dotychczasowego stanu rzeczy i dlatego opóźniali wprowadzanie reform?

Kazimierz Umiastowski zmarł nagle w 1863 roku, a ster rządów w majątku przejęła jego małżonka Józefa. Był to rok Powstania Styczniowego 29, kolejnego zbrojnego zrywu przeciw Rosji o przywrócenie Polski. Jego uczestnicy pojawiali się czasem przejazdem w Żemłosławiu, gdzie otrzymywali posiłek i nocleg. Żydzi z Dziewieniszek powiadomili o tym policję, która przybyła do pałacu i zabrała Józefę do Oszmiany. Jednak syn Władysław dzięki swoim znajomościom w Wilnie szybko wyjednał wolność dla matki. Po powrocie do domu zabrała się ona z jeszcze większym zapałem do gospodarzenia. Często osobiście objeżdżała folwarki kontrolując prace ekonomów 30. Józefa bardzo kochała konie. Jej ulubionym miejscem stały się Rockiszki niedaleko Gieranon, gdzie hodowano źrebięta.

Na miejscu drewnianego pałacu w Żemłosławiu, którego świadkami były dwa modrzewie rosnące z tyłu obecnej budowli, postanowiła wybudować nową siedzibę. I tak na planie prostokąta powstał dwukondygnacyjny budynek w stylu neoklasycystycznym 31 zwieńczony czworobocznym belwederem 32. Sam pałac jest podobny do Łazienek 33 warszawskich i podwileńskiej Waki Tyszkiewiczów. Prawdopodobnie został zaprojektowany przez tego samego co pałac w Wace architekta Leonardo Marconiego 34. Najstarsze widoki żemłosławskiego pałacu, do których dotarłem, są autorstwa Napoleona Ordy (1807 - 1883) i pochodzą z lat 1875 - 1877. Pierwszy z nich o wymiarach 19,5 x 28,5 cm przedstawiający podjazd do pałacu został narysowany ołówkiem i podmalowany akwarelą. Drugi z nich to litografia 35, o wymiarach 80 x 54 cm.

Orda urodził się w majątku Worocewicze niedaleko Janowa Poleskiego (obecnie Iwanowo), w powiecie pińskim. Był polskim akwarelistą, rysownikiem, uczestnikiem Powstania Listopadowego 36 pianistą i kompozytorem. Po powrocie z emigracji do kraju odbył wiele wędrówek po ziemi ojczystej. Ich plonem było ponad 1000 rysunków i akwarel o dużej wartości artystycznej i dokumentalnej. Wybrane prace zostały umieszczone w albumie widoków miast i miasteczek z zabytkami architektury z lat 1873 - 1883. Został on wydany pod tytułem Album widoków historycznych Polski poświęcony rodakom, zrysowany z natury przez Napoleona Ordę. Album był litografowany w zakładzie Maksymiliana Fajansa 37 w Warszawie.

Przypałacowa kaplica postawiona przez Szczytów uległa zniszczeniu ze starości. Nie można było jednak uzyskać zgody władz na zbudowanie domowej kapliczki. Dlatego w parku nad Gawią blisko pałacu wybudowano drewnianą altanę, w której odprawiano nabożeństwa majowe. Później powstała murowana kapliczka przy drodze wiodącej do Sobotnik. Z polecenia Józefy Umiastowskiej za mostem na Gawii, która na wiosnę rozlewała się szeroko tamując przejazd do pałacu, usypano wysoką groblę. Obsadzono nowymi drzewami odcinek rzeki z kilkoma dużymi półwyspami porośniętymi starymi drzewami liściastymi. Z tego miejsca prowadziły kanały do młyna i Rudni. Całość szczególnie na wiosnę, gdy woda w Gawii występowała z brzegu, tworzyła niepowtarzalny urok. Józefa dbała także o sadzenie nowych drzew przy drogach i wciąż upiększała otoczenie pałacu. W jego wnętrzu pojawiły się meble robione przez zatrudnionych stolarzy. Wśród nich był duży, orzechowy stół inkrustowany mozaiką, który robiło dwóch stolarzy przez prawie dwa lata.

Po długiej, ciężkiej chorobie i różnych przeżyciach rodzinnych, Józefa zmarła 28 maja 1877 roku.

 

 

 

Władysław i Janina Umiastowscy

 

Władysław syn Józefy został dziedzicem Żemłosławia, a także Klewicy, Konwaliszek, Albertyna i innych posiadłości. Dotąd gospodarzył z dobrym rezultatem w otrzymanym od rodziców majątku Puziniewicze nad Niemnem koło Nowogródka. W 1882 roku Władysław Umiastowski zawarł związek małżeński z Janiną Ostroróg - Sadowską herbu Nałęcz. On miał wówczas lat 48, a ona 22. Rodzina Janiny wywodziła się z Ukrainy. Miała także liczne majątki na ziemi warszawskiej i radomskiej, a jej rodzice posiadali dużą rezydencję ziemską Moszczenica w powiecie piotrkowskim.

Po ślubie młoda para mieszkała przez pewien czas w lewej oficynie pałacu. W nim samym trwały różne prace remontowe i wykończeniowe. Wymieniano drzwi i okna, zmieniano rozkład pokoi, w których ustawiano marmurowe kominki paryskie, na podłogi kładziono parkiety, a ściany pokrywano boazerią. Od frontu za czterema kolumnami znajdował się obszerny hall 38 wyłożony mozaiką. Stały w nim meble ogrodowe i zawsze był pełen kwiatów. Na piętrze po jednej stronie znajdował się salon do przyjmowania gości a po drugiej biblioteka. Posiadała bogaty księgozbiór z kolekcją cennych i rzadkich druków polskich. Zgromadził je pasjonat i bibliofil Albert Umiastowski, brat Władysława. Z podróży zagranicznych do Paryża, Wiednia, miast włoskich małżonkowie przywozili stylowe meble, obrazy, kryształy, kandelabry, majoliki 39. Jeszcze w stanie kawalerskim Władysław Umiastowski zgromadził cenną kolekcję sztychów 40 i monet polskich. Wszystko to w celu godnego wyposażenia wnętrza pałacu.

Do kierowania pracami w parku i ogrodzie hrabia Władysław zatrudnił francuskiego specjalistę Jamais z Werek koło Wilna. Pałac z przylegającym ogrodem tworzą układ symetryczno - osiowy, którego teren wyznaczają cztery kamienne słupy graniczne. Na wprost do pałacu został zrobiony nowy podjazd, który tuż przed nim okrążał duży gazon 41 pełen pięknych róż. Ich odmian w otoczeniu pałacu było bardzo dużo. Janina Umiastowska osobiście pilnowała, aby codziennie świeże kwiaty znajdowały się w jadalni, salonie oraz innych pomieszczeniach.

Po obu stronach drogi podjazdowej do pałacu zasadzono 24 lipy pospolite a między nimi dzikie wino, które jak się rozrosło, połączyło zielonymi girlandami korony drzew. Za lipami w części reprezentacyjnej parku posadzono klony, wiązy i świerki. Ta część została obramowana także lipami i klonami, wśród nich rzadkimi egzemplarzami klonu ostrolistnego Schwedlera (acer planatoides Schwedleri), cedrowej sosny syberyjskiej (pinus cemra sibirica) i brzozy strzępolistnej (betula pendula dalecarlica). Po parkowych uliczkach  spacerowały dumne pawie.

Najcenniejszym egzemplarzem wśród drzew jest jednak jesion pensylwański (fraxinus pensylvanica). Ma wysokość około 17 metrów, szeroką i gęstą koronę. Kora na starych pniach tych drzew jest szara i ma płytkie bruzdy. Liście są przeważnie jajowato - lancetowate lub eliptyczne o długości od 8 do 14 cm, ciemno - zielone z wierzchu, od spodu jaśniejsze. Jesienią ładnie się przebarwiają, przeważnie na żółto lub brązowo - żółto, ale niestety wcześnie opadają. Drzewa te są wytrzymałe na suszę, zanieczyszczenia powietrza pyłami i dymami. Tabliczka zamieszczona przy egzemplarzu w Żemłosławiu informuje, że jest to pomnik przyrody Białorusi.

Tuż za pałacem był niewielki staw, a stały na nim łódki i pływały łabędzie. Mostek na Gawii łączył część parkową z doliną rzeki, która na horyzoncie obramowana była lasami udekorowanymi na skrajach krzakami bzu. I choć sam park miał zaledwie około 3 ha, to patrząc na dolinę Gawii malowniczej jak srebrzysta serpentyna wśród zieleni łąk, na szerokie widoki jakie się odkrywały, wydawało się, że nie ma on żadnych granic.

Pusty plac między bramą wjazdową a budynkami gospodarczymi i dla zwierząt został zagospodarowany. Przeprowadzono drogi do gorzelni, obór, krzyża w kierunku Sobotnik. Wysadzono je kasztanowcami i bzami, a z samego brzegu jodełkami, które były regularnie przycinane na kształt płotu. Jodłami wypełniono także wszystkie wolne miejsca na placu. W ten sposób oddzielono część pałacowo - ogrodową od powstałego na terenie Żemłosławia nowego folwarku.

Hrabia Władysław miał na uwadze dobry stan dróg nie tylko w majątku, ale w całej szerokiej jego okolicy. Na stację kolejową do Bieniakoń jechało się wygodnie przez ładne lasy i nawet nie zauważało się, jak czas szybko mijał. Kiedy hrabia wyjeżdżającfaetonem 42 rano w interesach do odległego o 71 km Wilna, tego samego dnia wracał do Żemłosławia.

Rzeka Gawia jest bardzo urokliwa. Jej fragment, za parkiem, z półwyspami porośniętymi drzewami liściastymi, przeprowadzonymi kanałami, młynem i kilkoma domkami został nazwany Wenecją. Na pamiątkę pobytu hrabiostwa Umiastowskich w tym pięknym mieście na wodzie. Inne krajobrazowo ładne miejsce nazywało się Ustronie. Znajdowało się w lesie za parkiem, przez który biegła droga w kierunku Klewicy. Prowadziła ona przez niewielkie wzgórze, z którego między drzewami można było podziwiać położone niżej łąki i malowniczo płynącą środkiem Gawię. Przy trakcie do Oszmiany widoczny był stary zajazd - karczma Zakazanka. Jej nazwa wzięła się stąd, że ludziom z majątku nie wolno było tam chodzić. Służyła ona później mieszkańcom Rudni za oborę. Osada Rudnia została stworzona specjalnie dla parobków. Domy w niej były drewniane i wygodne. Postawiono także dwa murowane budynki każdy dla czterech rodzin.

W 1886 roku hrabia Władysław wybudował w Rudni pocztę i uruchomił telegraf, które były połączone z Bieniakoniami i przejęły obowiązki zamkniętej placówki w Sobotnikach. Naczelnikami tego oddziału pocztowo - telegraficznego byli: Mikołaj Bułhak w 1886 roku, Aleksander Szubin w 1892, Andrzej Piasecki w 1897, Aleksander Borodziej w 1905. W roku 1900 połączenie przeniesiono do Iwia, a w 1907 na stację kolejową w Juraciszkach. Od 1913 roku usługi pocztowe z powrotem odbywały się w Sobotnikach.

Wciąż sadzono nowe drzewa przy drogach, a to w kierunku Huty, do Sobotnik, folwarków, Klewicy. Wioski należące do Żemłosławia stawały się coraz bardziej zadbane. Nad robotnikami pracującymi w majątku prowadzono dokładny nadzór, aby wszelkie prace były wykonywane dokładnie i terminowo. Hrabia Władysław wypłacał im dniówki i dobrze traktował wieśniaków, a mimo to często zdarzały się kradzieże, nielegalne wypasy czy orka. Władysław i Janina Umiastowscy byli bardzo zajęci dbaniem o majątek i folwarki. W miejscach po wyciętych lasach tworzono nowe folwarki jak Janiów, Władysławów, Rochów, Umiastów.

Poświęcanie uwagi głównie sprawom gospodarczym powodowało, że małżonkowie mieli niewiele czasu na życie towarzyskie. Czasami odwiedzali ich po sąsiedzku Dmochowscy z bliskiej Jakuni a latem rodzina, znajomi z Warszawy. Jan Dmochowski podobnie jak hrabia Władysław był wielkim miłośnikiem koni. Dlatego razem jeździli je kupować, a także woły i krowy do Mira czy Horodyszcza. Warszawiaków wabiła tu piękna przyroda, kąpiele w Gawii i czyste, suche powietrze przesączone żywicznymi olejkami eterycznymi. Nad rzeką znajdowała się duża łazienka, z której wychodziło się wprost do wody. Urządzano piesze lub konne wycieczki do okolicznych lasów, pływano łódkami po stawie i łowiono ryby, grano w krokieta 43, kręgle, tenisa. Chętnie wybierano się na spacer do Rudni, gdzie czekała świeża prasa i nadesłana korespondencja, a wieczorami odpoczywano na werandzie. Latem  jezuici, którzy przyjeżdżali do Żemłosławia, odprawiali msze święte w kapliczce urządzonej w dawnej altanie ogrodowej.

W 1885 roku hrabia Władysław wybudował nową gorzelnię na cztery zatory po 160 pudów 44 każdy dziennie. Praca w niej szła dniem i nocą, a produkowaną wódkę wysyłano także za granicę. Alkohol wytwarzano z ziemniaków, których wraz z rozwojem gorzelnictwa sadzono coraz więcej zarówno w majątku, jak i w chłopskich gospodarstwach. Wódkę pędzono także z żyta i sprowadzanej kukurydzy. Hrabia jednak surowo przestrzegał zakazu picia alkoholu w Żemłosławiu. Materiałem eksportowym było też drzewo z klewickich i żemłosławskich lasów. Ociosane z gałęzi kloce transportowano na wysoki brzeg Gawii skąd staczano je do wody. Następnie spławiano do Niemna, gdzie wiązano w tratwy, które dalej płynęły do miasta Mosty.

Władysław Umiastowski osobiście doglądał wielu prac gospodarczych. Chętnie wprowadzał innowacje i techniczne udogodnienia w pracy. Przyjmował również fachowe rady i pomoc osób zawodowo związanych z rolnictwem, jak na przykład warszawskiego inżyniera agronoma Ludwika Rossmana. W 1893 roku Rossman wraz z sześcioma polskimi przemysłowcami: inż. Kazimierzem Mateckim, inż. Emilem Schoenfeldem, Ludwikiem Fijałkowskim, Stanisławem Rostworowskim, Aleksandrem Radzikowskim i Karolem Strassburgerem, założył w Warszawie Towarzystwo Udziałowe Specyalnej Fabryki Armatur. Firma wytwarzała armaturę dla: przemysłu cukrowniczego, gorzelnianego i spożywczego, armaturę centralnego ogrzewania, wodociągową, hydranty przeciwpożarowe. Z czasem przekształciła się ona w znane zakłady URSUS produkujące traktory, istniejące do dzisiaj.

Uruchomiono tartak o nazwie Stella, który wpierw poruszany był energią wodną Gawii, a później przy pomocy sprowadzonej lokomobili 45. Produkowano w nim tarcicę, deski i gonty. Przy młynie powstały garncarnia i folusz 46. W dobrowlańskiej cegielni wytwarzano cegły i dachówki przy pomocy maszyn sprowadzonych z Francji. Zbudowano duży magazyn dla maszyn i narzędzi rolniczych, gdyż przybywały nowe pługi, sprężynowe brony, żniwiarki, grabiarki, młockarnia i sieczkarnia. W oborach było ponad 200 sztuk krów i wołów, w stajniach stało 40 koni o różnym przeznaczeniu.

Ziemia uprawna była oczyszczana z wielkiej tutaj ilości kamieni. Mówi się o niej, że wciąż rodzi kamienie. Choć jest niezbyt urodzajna, to dzięki ciągłemu ulepszaniu i pielęgnacji dawała bardzo dobre plony. Rosły na niej: amerykańskie wysokie żyto o pełnych kłosach, owies, ziemniaki, koniczyna, łubin, saradela, groch. Jedne ziemniaki o dużej zawartości krochmalu przeznaczano do gorzelni, inny gatunek był bardzo dobry do konsumpcji. Rozrastały się ogrody warzywne i sad owocowy. Tworzono też poletka doświadczalne, na których próbowano nowych odmian roślin. Hodowano pszczoły, a z miodu wytwarzano staropolski miód pitny, który cieszył się dużym uznaniem wśród znajomych hrabiego za granicą. Chociaż plony z ziemi były przeznaczone głównie na zaspokojenie potrzeb Żemłosławia, folwarków i gorzelni, to były tak wysokie, że sprzedawano na przykład sporo nadwyżek ziarna żyta.

Gdy Żemłosław był już odpowiednio rozwinięty gospodarczo, stał na dobrym poziomie, Władysław Umiastowski postanowił przerzucić swoją energię na zamysł, z którym nosił się od dawna: wybudowania nowego kościoła w Sobotnikach. To największe marzenie swojego życia zrealizował. Kościół w naszym miasteczku został konsekrowany 27 czerwca 1904 roku, a jego patronem został św. Władysław Węgierski 47.

Oprócz oficjalnej wersji budowy kościoła, spotkałem się jeszcze z dwoma innymi. Umiastowscy przez pokolenia zgromadzili niemałą fortunę także

w bankach. Gdy hrabia Władysław chciał wyjąć znaczną sumę pieniędzy, okazało się, że musiałby państwu zapłacić od niej bardzo duży podatek. Można to było ominąć przeznaczając pieniądze na cel służący społeczeństwu, na przykład szpital a nawet kościół. Chcąc mieć dostęp do lokat bankowych, hrabia podobno zadeklarował się, że wybuduje  nową świątynię w Sobotnikach. Dlaczego jednak nasz kościół jest mniejszy niż według pierwotnego projektu? Wykorzystując częste pobyty hrabiego za granicą ówczesny proboszcz parafii, inżynier nadzorujący budowę i członkowie rady parafialnej, mieli wspólnie ustalić wybudowanie mniejszej świątyni. Zaoszczędzonymi w ten sposób pieniędzmi podzielili się między sobą. Miało temu świadczyć to, że wkrótce po zakończeniu budowy osoby z rady parafialnej niespodziewanie zaczęły kupować a to kawałek lasu, a to ziemię orną czy łąki. Gdy po powrocie do Żemłosławia Władysław Umiastowski zobaczył, że kościół jest mniejszy od sąsiedniego w Trabach, tak się rozsierdził, że w pierwszej chwili chciał części budowli rozebrać i wznowić prace według projektu. Tak się jednak nie stało. Ustąpił dzięki namowom żony i prośbom parafian.

Druga wersja mówi o tym, że bogaty dziedzic nie chciał sam finansować budowy nowego kościoła. Wyłożył pieniądze na fundamenty i ściany do pewnej wysokości, a na resztę stanu surowego mieli się złożyć parafianie. Trudno jest przyznać choć cząstkę racji tym opcjom. W tym okresie, czyli na przełomie XIX i XX wieku, w powiecie oszmiańskim i nie tylko stawiano wiele nowych kościołów, kaplic, krzyży przydrożnych. Pozwoliły na to bardziej liberalne ustawy carskie. Uważam też, że hrabia, człowiek mający wysokie poczucie honoru, patriota, bardzo majętny, nie mógł pozostać w tyle za innymi podobnymi sobie ludźmi, którzy w guberni wileńskiej stawiali nowe świątynie.

Z pewnością w Powiecie Oszmiańskim Czesława Jankowskiego 48, szczególnie zaś we wspomnieniach Janiny Umiastowskiej pt. Szmat ziemi i życia napisanych pod jego redakcją, sylwetki Umiastowskich są przekoloryzowane. Na przykład Janina we wspomnieniach zachowanych przez żyjących jeszcze ludzi w tym członków swojej rodziny Ostroróg - Sadowskich, została zapamiętana jako osoba bardzo skąpa. Do tego stopnia nawet, że za wyniesienie przez chłopa chrustu z jej konwaliskich lasów bez odpowiedniej zgody, kazała zwolnić miejscowego leśniczego. Podobno też wpłynęła na arcybiskupa wileńskiego Edwarda Roppa, aby przeniósł sobotnickiego proboszcza Józefa Borodzicza do bardzo odległej parafii, gdyż nie chciał się zgodzić na tyle tablic pamiątkowych członków rodziny Umiastowskich w naszej świątyni. Rzeczywiście jest ich sporo i wydaje się, że swą obecnością przytłaczają rzecz najważniejszą w kościele, ołtarz i umieszczone w nim tabernakulum ze świętym sakramentem.           

Nieustanna troska o Żemłosław i budowę nowego kościoła w Sobotnikach sprawiły, że hrabia Władysław podupadł na zdrowiu. Często jeździł za granicę w interesach, jak choćby do Francji po maszyny do wyrobu dachówek zwanych marsylkami. Podróżował także z żoną dla podreperowania zdrowia i wypoczynku, przyjemności zwiedzania innych krajów. W jednej z takich wypraw zasłabł na serce i dla kuracji musiał dłużej, bo aż trzy lata pozostać za granicą. Wrócił do Żemłosławia i znów cieszył oczy jego widokiem. Jedynie w mroźne, zimowe miesiące udawał się w ciepłe strony, czego wymagało jego zdrowie. Na przełomie lat 1904/1905 zwlekał z wyjazdem. 16 stycznia 1905 roku w Wilnie około godziny czwartej rano, jego serce przestało bić.

Władysław Umiastowski był miłośnikiem ziemi ojczystej i kraju, dla którego poświęcił najlepsze lata swojego życia. Mógł wybrać łatwiejszą drogę, sprzedać Żemłosław w rosyjskie ręce, wyjechać za granicę i żyć dostatnio, jak to niektórzy czynili. On jednak wybrał to, co mu dyktowało serce i co trafnie zamyka się w słowach Piotr Skargi 49: Kto ojczyźnie swojej służy sam sobie służy, bo w niej wszystko jego się zamyka. Hrabia Władysław cenił ludzi według ich moralności. Nie kłaniał się mamonie ani stanowiskom. Nie był też skory do zbytniej poufałości, całowania z dubeltówki. Nie pił alkoholu i nie grał w karty. Cechowała go powaga, co u niektórych ludzi z jego sfery nie było dobrze widziane. Dobry obywatel swojego kraju, dobry syn, mąż, przyjaciel. Człowiek delikatnych uczuć, a jednocześnie zgodny ze swoim sumieniem bez żadnych kompromisów. Dobry katolik, który powtarzał często: Trzeba żyć tak, jakby się miało umrzeć jutro, a pracować tak, jakby się miało żyć wiecznie. Tak też sam żył.

Trumna ze zwłokami Władysława Umiastowskiego została przewieziona pociągiem do Bieniakoń. Stamtąd kondukt pogrzebowy na czele z proboszczem z Konwaliszek, wyruszył saniami do Sobotnik. Droga w śniegu była uprzednio przygotowana i usłana gałązkami jedliny. Dojechano do Żemłosławia, gdzie zmarły symbolicznie pożegnał się z miejscem, które tworzył, w którym żył i pracował. Wieczorem przy zapalonych pochodniach ruszono do Sobotnik, skąd na spotkanie hrabiego Władysława płynęły dźwięki kościelnych dzwonów. Na wysokim katafalku 50 ustawiono trumnę w przybranej zielenią świątyni. Następnego dnia po nabożeństwie w intencji zmarłego, zniesiono ją i złożono w częściowo już przygotowanym do tego celu podziemiu kościoła.

Spadkobierczynią małżeńskiej fortuny została Janina Umiastowska. Obejmowało to około 19500 ha ziemi i lasów na Wileńszczyźnie i Mińszczyźnie. W skład majątku Żemłosław wchodziły także: kolonia Rudnia, żemłosławski młyn i tartak, działka karczemna w zaścianku Hołynka i młyn Hołynka, ogród w Podworańcach, działki karczemne Bołtuciowo, Brodówka, Zakazanka, Rybaki, oraz zaścianki 51 Bołtuciowo, Hołynka, Brodówka, Rudnia, Szałaszowo. Największymi folwarkami Żemłosławia były Huta i Zalesie z karczemną działką Czerwonka, cegielnią Dobrowlany i zaściankiem Dobrowlany. Inne wymienione wcześniej folwarki leżały głównie powyżej Żemłosławia, a najwięcej ich było w okolicy Dziewieniszek. Do Umiastowskiej należały również inne majątki jak: Klewica ze wspaniałymi lasami, Konwaliszki z miasteczkiem, Giełoże.

W roku 1905 Żemłosław miał 125 mieszkańców i 1548 dziesięcin 52 ziemi. Rok ten przyniósł w Europie, a szczególnie w Rosji, wiele wydarzeń o charakterze rewolucyjnym. Także chłopi z bliskich Żemłosławowi wiosek poddali się różnym rozsiewanym przez agitatorów plotkom na przykład o tym, że to co było pańskie, będzie teraz ich, że będą mogli postępować wbrew prawu. Niektórzy z nich rozpoczęli obrabiać na swoje potrzeby ziemię należącą do majątku. Janina Umiastowska dla swojego bezpieczeństwa wyjechała do Wilna. Zaś do Żemłosławia przybyło dwunastu żołnierzy dla ochrony pałacu i zabezpieczenia prawidłowego funkcjonowania całego majątku.

Gdy ogólna sytuacja trochę uspokoiła się, Janina wróciła. Zajęła się wykańczaniem kościoła w Sobotnikach, remontami w majątku i folwarkach, stawianiem nowych leśniczówek. Przystąpiono także do poważnych inwestycji budowlanych. Było nimi postawienie dwóch dużych obór na sto sztuk bydła każda i stajni dla koni roboczych. W folwarku Huta wybudowano z cegły piętrowy dom dla zarządcy folwarku i leśniczego. Jednak hrabina zdawała sobie sprawę, że nie będzie mogła prowadzić oraz nadzorować różnorodnych prac w majątku i folwarkach tak dobrze jak jej zmarły mąż. Nie miała do tego przygotowania ani praktyki, aby podołać różnorodnym problemom wymagającym prawie ciągłej obecności na miejscu.

Około roku 1910 była żoną hr.Ignacego Korwin - Milewskiego, właściciela majątku Gieranony i bardzo ciekawego człowieka. Podobno przed podpisaniem z Janiną intercyzy 53 hrabia sprzedał fikcyjnie swój majątek Meysztowiczom, aby w razie rozwodu jak najmniej posiadać. Po ślubie Janina miała mu dać dużą sumę pieniędzy, aby ją wpłacił na określony cel. On zaś przelał wszystko na swoje konto. Małżeństwo trwało krótko i rozwód miał przynieść wielką korzyść finansową dla Ignacego Korwin - Milewskiego. Było to też chyba jego zamysłem. Janinę Umiastowską wychowano tak, jak kobiety z jej sfery. I jak kobiety w tamtych czasach, stała ona w cieniu swego męża. Dlatego postanowiła oddać w dzierżawę Żemłosław, Hutę i Zalesie. W tym celu dla przyszłego dzierżawcy w pobliżu gorzelni wybudowano duży, podpiwniczony dom o sześciu pokojach, który stoi do dzisiaj.

Po śmierci męża Janina często wyjeżdżała za granicę, aby podreperować swoje i matki zdrowie. Zimą dużo czasu spędzała w Warszawie, gdzie miała kilka kamienic i nieruchomości oraz willę podarowaną przez męża. Latem mieszkała przeważnie w Żemłosławiu goszcząc znajomych, lekarzy opiekujących się jej zdrowiem, księży jezuitów, różnych artystów i rzemieślników, którym zlecała prace wykończeniowe w sobotnickim kościele. Wśród gości był prof. Stefan Dembiński ze Lwowa, który katalogował zbiory żemłosławskiej biblioteki. Natomiast Wincenty Jankowski, dyplomowany leśnik z majątku Zakrzewszczyzna, podjął się pracy ewidencjowania lasów należących do hrabiny. Podlegało mu trzech czeskich geometrów, którzy zrobili plany leśnych gospodarstw. W Żemłosławiu do dyspozycji było zawsze dużo desek z różnego gatunku drzew, które składowano w starej gorzelni. Jesionowe i sosnowe pochodziły z lasów klewickich, dębowe z koszelewskich, z innych miejsc lipowe.

Wybuchła I wojna światowa i Wileńszczyznę zajęli Niemcy. Janina Umiastowska wraz z matką wjechały z Żemłosławia do Wilna a następnie Petersburga. W ten sposób chciała uchronić matkę przed zawieruchą wojenną i zadbać o zabezpieczenie finansowe całego swojego majątku. Następnie okrężną drogą przez Skandynawię, Anglię, Francję i Szwajcarię udała się do Berlina. Miała tam zdeponowane w banku poważne kapitały, które chciała odzyskać. Wróciła do Petersburga, gdzie matka wkrótce zmarła. Po różnych perypetiach wojennych, podróżach w celu ratowania złożonych w bankach depozytów, w 1918 roku Janina znalazła się znowu w Wilnie. Pojechała wkrótce do Żemłosławia, którego nie ominęły wydarzenia wojenne. Przez majątek przetoczyły się wojska rosyjskie i niemieckie. Niemcy zabawili w majątku dłużej, przeznaczając go do celów wypoczynkowych i jednocześnie grabiąc. Pałac stał, ale był doszczętnie obrabowany ze wszystkich cennych rzeczy, jakie Umiastowscy przez pokolenia gromadzili. Została jedynie część księgozbioru. Nie było powozów, koni, uprzęży. Zniknęła połowa dobrowlańskich cegieł przygotowanych pod ewentualne projekty budowy szkół w Żemłosławiu. Oszczędzono jedynie park i ogród.

Niedługo kolejna wojna tym razempolsko - bolszewicka 54 przeszła przez te ziemie. I znów Janina dla swojego bezpieczeństwa musiała opuściła Żemłosław, a później Wilno. Powróciła po zwycięskiej dla Polski wojnie. W Wilnie zastała swoje domy ograbione, a w Żemłosławiu było jeszcze gorzej. Kiedy bolszewicy zajmowali kolejne nasze ziemie, tworzyli w każdej miejscowości komitety rewolucyjne, które miały nieograniczoną władzę. Jednocześnie nienawistna i fałszywa propaganda skierowana przeciw właścicielom ziemskim nazywanych panami powodowała, że pewien rodzaj ludzi jej ulegał. Gromadziła ona także elementy spod tak zwanej ciemnej gwiazdy, zwykłych łotrów i szubrawców. Ruszyli oni na pozbawione opieki majątki, pałace dokonując grabieży i zniszczeń. Nie ominęło to także Żemłosławia.

Kiedy wojna skończyła się nastał trudny czas odbudowy. Janinie Umiastowskiej wydawało się, że jest w stanie przywrócić dawną świetność Żemłosławowi i jego folwarkom, podnieść ich kulturę rolną. Po przeprowadzeniu odpowiednich kalkulacji okazało się jednak, że potrzebne są na to znaczne sumy pieniędzy. Wtedy powróciły do hrabiny wspomnienia rozmów z mężem dotyczące przyszłości ich majątku. Małżeństwo było bezdzietne i hrabia Władysław miał pewną myśl na co przeznaczyć część swojego dobytku w odrodzonym państwie polskim. Chciał, aby Żemłosławiu powstała szkoła z internatem na wzór zachodnioeuropejski.

Wraz z odrodzeniem się państwa polskiego od razu rozpoczęto prace dotyczące szkolnictwa w tym wyższego. Reaktywowano Uniwersytet Wileński pod imieniem króla Stefana Batorego 55. Tej uczelni postanowiła Janina Umiastowska przekazać Żemłosław na cele kształceniowo - naukowe. W pierwszych latach odrodzonej Polski jednym z pilnych projektów rządowych była reforma rolna. W celu jej realizacji miała być przeprowadzona parcelacja dużych posiadłości ziemskich. Mogło to też dotyczyć Żemłosławia. Może Janina chciała ratować majątek zapisując go uniwersytetowi? Parcelacja była akcją przymusową, a właściciele majątków za zabrane przez reformę rolną ziemie, otrzymali od państwa określone odszkodowanie finansowe.

Przed parcelacją Janina Umiastowska posiadała około 16200 ha różnej ziemi i lasów, a więc mniej niż po śmierci męża. Na tę zmianę złożyła się sprzedaż przed wojną majątku Lewków w powiecie wilejskim - osobno rosnącego tam lasu i pustoszy w okolicy Niańkowa. Z dóbr margrabiny 56 zostały zabrane: ziemie majątku Klewica oprócz lasów, folwarki Annopol, Dobromyśl, Władysławów i część Kazimierzowa. Grunty te otrzymała okoliczna ludność. Dalej uległy parcelacji: majątki Konwaliszki i Dowbuciszki z zaściankami, folwarki Albertyn i Gieduny. Ziemie te również nabyli miejscowi chłopi. Majątek Rockiszki z lasami i łąkami kupił mecenas Maciej Jamontt, który był plenipotentem 57 margrabiny. Część główną Kazimierzowa nabył sędzia Aleksander Półkozic Wolski, młyn Rudnia przy Kazimierzowie kupił Hrehorowicz. Kolejnymi folwarkami, które poszły na reformę rolną były: Giełoże, Umiastów, Janiów, Rochów, część Ludwinowa i Jewieli. Ziemie folwarku Korołejgi włączono do lasów państwowych, a jego ośrodek przeznaczono na gajówkę. Leśniczówkę Dowbuciszki także zamieniono na gajówkę.

Powyższe ziemie począwszy od Giełoż, od czasu I wojny światowej nie były uprawiane. Zarosły drzewami i krzewami, a doprowadzenie ich do poprzedniego stanu było w ówczesnej sytuacji ekonomicznej niemożliwe. Ziemie margrabiny w powiecie nowogródzkim jak majątki Niańków, Koszelew i Puziniewicze otrzymała miejscowa ludność i żołnierze, weterani z wojny polsko - bolszewickiej. Przy Janinie Umiastowskiej zostały niewielki ośrodki majątków w Klewicy, Konwaliszkach, Giełożach oraz młyn w Sobotnikach. Ten ostatni kupiła 5 listopada 1911 roku od Mariana Umiastowskiego syna Emila. Wraz z młynem nabyła 60 ha ziemi ornej, łąk nazwanych Popław, ogrodów i lasu. Ośrodek w Klewicy został przeznaczony na letnisko dla ubogiej młodzieży akademickiej, Konwaliszek na osadę wypoczynkową dla artystów i literatów, a Kazimierzowa wykupionego od sędziego Wolskiego na miejsce wypoczynku dla chorowitych dzieci.

6 marca 1922 roku Jego Magnificencja Rektor Uniwersytetu Wileńskiego im. Stefana Batorego prof. Witold Staniewicz 58 podpisał akt darowizny margrabiny dla uczelni. W jej skład wchodziły:

 1) klucz 59 żemłosławski obejmujący majątek Żemłosław i dwa duże folwarki Huta i Zalesie, razem około 2290 ha; z tego 990 ha przypadało na użytki rolne a 1300 ha obejmowało stary, bardzo wartościowy las sosnowy;

 2) sumy pieniężne od skarbu państwa Polski za oddane do parcelacji pod osadnictwo wojskowe dwa majątki w nowogródzkim: Koszelew i Puziniewicze; razem około 1623 hektarów użytków rolnych;

 3) czwartą część sum uzyskanych za parcelację innych dóbr i eksploatację lasów.

Obejmowało to 9000 hektarów lasów i 4000 hektarów użytków rolnych.

Darowizna stanowiła podstawę utworzenia Fundacji, której pierwotnym celem było zbudowanie w Żemłosławiu wyższego studium rolniczego, internatu dla studentów oraz żeńskiego i męskiego gimnazjów, także z internatem na wzór angielski i szwajcarski. Gimnazja miały pomieścić stu uczniów: dziewczęta i chłopców, a do przeprowadzenia zajęć przewidziano także niektóre pomieszczenia pałacowe. Ważnym elementem w wychowaniu młodzieży miała być również kultura fizyczna i dobre zdrowie. Miał je wspomagać zdrowy klimat żemłosławskiej okolicy.

Fundację utworzono, ale od początku była ona źle zarządzana. Uniwersytet jakby nie bardzo wiedział, co ma począć z tak pięknym darem. Może też nie był odpowiednią do tego instytucją, zajęty sprawami kształcenia studentów

i badaniami naukowymi. A tutaj potrzeba było dobrego gospodarza, praktyka i ekonomisty. Jak byśmy dzisiaj powiedzieli menedżera. Zmieniali się kolejni zarządcy. Wycięto niepotrzebnie dużo starych drzew, w tym na uroczysku Hołynka, stuletnie sosny przy drodze do Konwaliszek, lipy i klony przy pałacu. W Zalesiu na bardzo urodzajnej ziemi siano len a stajnie i gumna 60 zaczęły świecić pustkami. Zmieniło się otoczenie pałacu przez powstanie nieplanowanych i byle jak uprawianych działek ogrodowych.

Margrabina Janina Umiastowska nie mogła spokojnie patrzeć na to, co się z Żemłosławiem dzieje. Wielokrotnie monitowała do senatu uczelni, ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego o odpowiednią kontrolę nad zarządem i zmianę złego stanu rzeczy. W końcu przy aprobacie nowego rektora uniwersytetu prof. Stanisława Pigonia i rozumieniu konieczności zmian, dnia 15 marca 1927 roku zarząd Fundacji przeszedł w ręce prawnika prof. Zygmunta Jundziłła i Zygmunta Ruszczyca, wiceprezesa Wileńskiego Towarzystwa Rolniczego. Osoby te margrabina dobrze znała i darzyła zaufaniem. Po pewnym zaś czasie widząc, że nastąpił przełom w kierowaniu majątkiem w dobrym kierunku, zaczęła dodatkowo wspierać finansowo poczynania nowego zarządu.

Szanowny czytelniku, warto przybliżyć Ci te trzy wymienione wyżej nazwiska. Stanisław Pigoń (1885 - 1968) był wybitnym historykiem literatury polskiej, filologiem i edytorem. Badał literaturę z okresu od XIX do początków XX wieku. Zajmował się głównie twórczością Adama Mickiewicza 61, Aleksandra Fredry 62, Stefana Żeromskiego63 i Władysława Orkana 64. Prowadził studia dotyczące literatury ludowej.  

Zygmunt Jundziłł nosił nazwisko wielkiego przyrodnika Stanisława Bonifacego Jundziłła (1761 - 1847), księdza pijara 65 i naukowca w jednej osobie. Stanisław karierę naukową rozpoczął w ufundowanym przez Andrzeja Hlebickiego w 1718 roku Kolegium 66 Pijarów w Szczuczynie. Szkołę zorganizował nowocześnie. Uczył w niej przyrody, fizyki, historii naturalnej, stworzył szkolny ogród botaniczny. Doprowadził kolegium do najnowocześniejszego w owym czasie w zakresie nauk przyrodniczych i słynnego w całym szerokim regionie. Został profesorem Uniwersytetu Wileńskiego, założycielem uniwersyteckiego ogrodu botanicznego, autorem pierwszych polskich podręczników do botaniki i zoologii. Nie wiem czy Zygmunta Jundziłła łączyło ze Stanisławem pokrewieństwo. Zygmunt był wybitnym prawnikiem, czołowym krajowcem i senatorem.

Nazwą krajowcy określano grupę osób, które na początku XX wieku działały w Polskim Stronnictwie Demokratycznym na Litwie. Byli oni zwolennikami tak zwanej idei krajowej, gdzie kraj oznaczał ziemie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Społeczeństwo je zamieszkujące jest mieszaniną krwi litewskiej, polskiej, białoruskiej, ukraińskiej połączonej z Żydami, Tatarami, Karaimami i starowierami. Specyficzną cechą tej idei było ustanawianie swojej stolicy w Wilnie przez różne ludy. Dlatego według krajowców tereny te nie mogą być własnością jednego narodu. Krajowcy byli zwolennikami różnorodnej geograficznie i kulturowo całości owego obszaru. Nie zgadzali się na dominację jednej kultury nad pozostałymi. Uważali, że tożsamość ich kraju polegała na wspólnocie wszystkich zamieszkujących tutaj narodów. Najpierw kraj, potem naród. Idea ta nie miała praktycznie szans realizacji wobec autonomicznych dążeń Litwinów, Polaków, Białorusinów i Ukraińców, ale była ciekawa, nowoczesna na tamte czasy i mi osobiście się podoba. 

W rodzie Ruszczyców najwybitniejszą postacią był Ferdynand Ruszczyc (1870 - 1936). Ferdynand urodził się i został pochowany niedaleko Żemłosławia w Bohdanowie leżącym przy starym trakcie Holszany - Wołożyn, 16 km na wschód od Trab. Przechodzi tamtędy droga kolejowa z Lidy do Mołodeczna i jest to już województwo mińskie, powiat Wołożyn. Ferdynand Ruszczyc był wybitnym artystą malarzem, pejzażystą. Wiele jego prac ukazuje piękno rodzinnych stron Bohdanowa. Zajmował się również grafiką i scenografią. Organizował życie kulturalno - artystyczne na Wileńszczyźnie w okresie międzywojennym. Artysta współtworzył powstanie Wydziału Sztuk Pięknych przy Uniwersytecie Wileńskim po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Naczelnik Państwa Józef Piłsudski 67 w dniu 7 maja 1919 roku mianował prof. Ludwika Kolankowskiego 68 pełnomocnikiem do spraw wznowienia działalności Uniwersytetu Wileńskiego, zamkniętego przez władze carskie po Powstaniu Listopadowym w 1830 roku. Powołany został Komitet Odbudowy Uniwersytetu, w skład którego wszedł Ferdynand Ruszczyc. Zygmunt Ruszczyc był jego bratankiem.

Szczyćmy się ludźmi jakich wydała nasza ziemia i czerpmy z ich dokonań. Przywróćmy ich pamięć historyczną. Upamiętniajmy nimi nazwy ulic i placów naszych miast i wsi. Dlaczego na przykład w Żemłosławiu nie może być ulicy Władysława Umiastowskiego, w Iwiu Jana Kiszki 69 lub Kiszków, Tatarska lub Murawszczyzna (dzielnica Iwia zamieszkała przez Tatarów), a w Lidzie Ignacego Domeyki 70? Nie wspominają o tych ludziach szkolne podręczniki, zubożając tym samym wiedzę młodego pokolenia i historię tych terenów. Za to w każdym mieście i wiosce na Białorusi mamy ulicę 1 Maja, Komsomolską czy Sowiecką, Październikową i wiele innych nazw, nie mających nic lub niewiele wspólnego z danym miastem a nawet z Białorusią. Niedaleka stutysięczna Lida z ponad sześciowiekową historią jest w nazewnictwie miejskim nadal komunistyczna, radziecka, rosyjska. Czasy się zmieniły i najwyższa pora wrócić do normalności.

Nowy zarząd Fundacji, nowi ludzie, wprowadzili nowoczesne metody gospodarowania, które wkrótce zaczęły dawać dobre efekty. Ziemia folwarku

w Zalesiu dzięki odpowiedniej pielęgnacji zaczęła dawać wysokie plony. Rósł na niej dorodny owies i marchew pastewna. Hodowano tam krowy, dla których postawiono dużą oborę z sosnowego drewna. Został też na nowo określony przyszłościowy cel Fundacji utworzenia w Żemłosławiu gimnazjum klasycznego z internatem. Zaprojektowano również kilka placówek doświadczalnych z dziedziny agronomii i kobiecego gospodarstwa wiejskiego. Rosnące z roku na rok dochody z gospodarstwa rolnego i leśnego majątku, a także wsparcie finansowe margrabiny Umiastowskiej pozwalały realnie patrzeć na te zamierzenia. W drugiej połowie lat czterdziestych rozpoczęto budowę gimnazjum z internatem i domu dla profesorów, który ukończono i oddano do użytku. Niestety wybuch II wojny światowej i zmiany jakie po niej nastąpiły, zniweczyły te plany.

Podobno parę lat przed wojną margrabina zmieniła testament. Pałac zapisała jezuitom odwiedzającym często majątek, i z którymi była w bardzo dobrych stosunkach. Wyjechała następnie do Włoch, gdzie zmarła 6 listopada 1941 roku. Przeżyła wiele wydarzeń, które zmieniały oblicze Wileńszczyzny. Zawsze jednak Żemłosław wracał do niej. Czy wówczas w Rzymie myślała, że znowu tak będzie?

Raczej nie, gdyż w swoim testamencie zapisała pewne środki pieniężne na utworzenie w Wiecznym Mieście fundacji o nazwie Fondazione Romana Marchesa J. S. Umiastowska. Jej działanie jest obecnie skierowane na różne aspekty życia i działalności Polaków we Włoszech w XX wieku. Szkoda, że fundacja nie ma żadnego powiązania z Żemłosławiem, z którym przecież łączy ją wiele. Istnieje również z pieniędzy wypracowanych w żemłosławskim majątku i jego folwarkach. Jeżeli fundacja mogła zorganizować zbiórkę pieniędzy na zakup marmurów dla Zamku Królewskiego w Warszawie, to także mogłaby coś uczynić dla Żemłosławia. Niestety poza niewielkim datkiem na remont kościoła w Sobotnikach, zarządzający fundacją w Rzymie nie wykazują żadnego zainteresowania tutejszymi sprawami. A jest ich niemało, jak na przykład ratowanie pałacu przed ruiną. Przyznanie zaś stypendium dla młodego, zdolnego człowieka stąd pochodzącego, byłoby chociaż symboliczną realizacją zamierzeń hrabiego Władysława Umiastowskiego o kształceniu miejscowej młodzieży.                                                                             

W pewnym sensie egzotyczną rzeczą przyciągającą do Żemłosławia ciekawskich ludzi z różnych stron była pierwsza w przedwojennej Polsce hodowla bobrów. Zwierząt tych nie było na naszych stronach. W całym kraju a nawet w Europie bobry należały wówczas do rzadkości. Rezerwat znajdował się powyżej Żemłosławia niedaleko lewego brzegu Gawii. Jednym z jego założycieli, a jednocześnie nadleśniczym w żemłosławskich lasach był Henryk Oskar Grüner (1889 - 1978). Rodzina jego pochodziła znad Zatoki Fińskiej i miała korzenie rosyjsko - polsko - niemieckie. Rodzinnym majątkiem Grünera było Szeszymorowo z folwarkami Kurgany i Abramowo, położone 100 km na południowy - zachód od Moskwy nad rzeką Ruzą, dopływem rzeki Moskwy. Jest to blisko Możajska i pól bitwy pod Borodino. Henryk studiował w Instytucie Leśnym Pietro - Razumowskiej Akademii koło Moskwy. W 1910 roku został dyplomowanym leśnikiem i objął w posiadanie swój majątek. Gospodarzył w nim do 1917 roku.

Po wybuchu rewolucji i powstaniu rad robotniczo - chłopskich, pracownicy jego majątku chłopi i fornale, wybrali go na przewodniczącego takiej rady. Zrobili tak dlatego, że był w ich mniemaniu dobrym panem i znał się na ziemi. W 1919 roku Grüner został uprzedzony o wyjeździe po niego NKWD i uciekł do Moskwy. Tam za cielaka kupił papiery jeńca czeskiego, który był repatriowany przez Czerwony Krzyż do swojego kraju. Transportem, którym jechał Henryk, kierował oficer angielski. Gdy byli w Rydze, Anglik przymknął oczy na jego ucieczkę. Henryk udał się wówczas po pomoc do brata swojej przyszłej żony, który pracował w mieście jako inżynier architekt.

Jego małżonka Anna Małgorzata z domu Firhuf (1892 - 1978) pochodziła z Łotwy i była córką lekarza chirurga z Wenden. Obecnie to historyczne miasto nazywa się Cesis (Kieś). Położone jest na północny - wschód od Rygi i co ciekawe też nad rzeką Gawią. Anna miała trzech braci i siostrę. Po skończeniu gimnazjum w Dyneburgu wyjechała na kondycję 71 do majątku sąsiadującego z Szeszymorowem, gdzie została nauczycielką dzieci. Uczyła je muzyki i języków obcych. Matka Henryka po jednej z wizyt w tym majątku powiedziała do niego: Oskar, mam dla ciebie żonę. Tak się do niego zwracała, on też wolał swoje drugie imię. I tak młodzi poznali się w 1912 roku.

Dziewięć lat później pobrali się w Wenden i wyjechali do Polski do Wilna. Henryk zawarł tam znajomości z Pawłem Gerlée, który prowadził biuro urządzania lasów. Prawdopodobnie dzięki temu Grünerowie znaleźli się w naszych stronach. Henryk, emigrant z paszportem nansenowskim 72, inż. leśnik, w 1925 roku objął posadę leśniczego w Żemłosławiu. Rodzina zamieszkała w piętrowym, murowanym budynku folwarku Huta. Zajęli lewą część parteru, w drugiej mieszkał rządca folwarku Wroński. W 1927 roku Grüner został nadleśniczym i jednocześnie miał prawo podjąć pracę w innym miejscu. Posada w Żemłosławiu była słabo płatna, dlatego korzystał z tej możliwości jako doradca i projektant urządzania lasów w dużym i postępowym gospodarstwie Karola Wagnera w Wielkich Solecznikach, następnie w Bereżnikach Stankiewiczów i innych majątkach. W 1931 roku rodzina Grünerów na cztery lata pojechała do majątku Szczorse Chreptowiczów, gdzie Henryk próbował założyć hodowlę bobrów. Wrócili do Żemłosławia i zostali tutaj do roku 1939.

W Żemłosławiu odbywały się wakacyjne praktyki studentów wydziałów leśnych i rolnych głównie z Poznania i Lwowa. Profesorowie mieszkali przez ten czas w Domu Wypoczynkowym, a studenci na kwaterach u wieśniaków. Dom dla nich dopiero był w budowie. W majątku było wówczas gwarno i wesoło. Oprócz zajęć obowiązkowych, praktykanci odbywali liczne wędrówki po okolicy, przejażdżki konne, kąpiele w Gawii. Jeszcze przed przyjazdem do Żemłosławia Henryk Grüner poznał prof. Edwarda Schechtela z Uniwersytetu Poznańskiego. Profesor przeprowadzał inspekcję stanowisk bobrów w Polsce i wkrótce okazało się, że panowie mają wspólne zainteresowania. Latem 1929 roku profesor wizytował rezerwat bobrów w nadleśnictwie Mosty koło wsi Rybaki. Następnie pojechał do Żemłosławia odwiedzić poznańskich studentów. Ze względu na dobre, naturalne warunki i wspólne zamiłowanie do bobrów, Grüner i Schechtel postanowili założyć tutaj ich hodowlę. Miała ona na celu rozmnożenie tych rzadkich wówczas zwierząt.

Henryk Grüner zajmował się również pszczelarstwem. Miał kilkanaście uli, a w 1937 roku zakopał w folwarku Huta butelki z pitnym miodem, które miały być przeznaczone na wesele jego córki Małgorzaty. Miała wtedy 14 lat i młodszego o cztery lata brata Henryka. Uczyli się z nauczycielem w domu zdając co roku kolejne egzaminy. Jej ulubionym pisarzem przed wyjazdem do Wilna był Henryk Ibsen 73, którego Norę czytała siedząc na drzewie w ogrodzie. Małgorzata w 1936 roku zamieszkała w Wilnie na stancji dla młodzieży ziemiańskiej u pani Jadwigi Szaniawskiej. Uczęszczała do gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej, uczyła się muzyki, działała w harcerstwie. Z mamą i bratem odwiedzała babcię w Wenden.

W latach 1927 - 30 funkcję głównego ogrodnika w Żemłosławiu pełnił Stanisław Starosta. Pochodził z Ponieca w Wielkopolsce. W niedalekim Lesznie ukończył szkołę rolniczą i jak wielu młodych, wykształconych w tym kierunku ludzi wyjechał na Kresy. Brak tam było specjalistów z dziedziny rolnictwa, a i jego poziom był niski. Stanisław trafił do majątku Michałówka niedaleko Mostów. Przyjeżdżała tam często znajoma Janiny Umiastowskiej, która widząc zdolnego i energicznego młodzieńca, namówiła go do wyjazdu do Żemłosławia. Stanisław z żoną Zenobią, córkami Wandą oraz Iwoną przyjechali tutaj w 1927 roku i zamieszkali na piętrze prawej oficyny pałacu. Trzecia córka Teresa urodziła się w Sobotnikach. Stanisław bardzo dobrze rozwinął ogrodnictwo w majątku. Co tydzień świeże warzywa były dostarczane do Wilna, jeżeli przebywała tam margrabina. Gdy zarząd majątku w porozumieniu z Umiastowską postanowił wybudować tartak w Giełożach, Starosta w 1930 roku został tam oddelegowany. Był człowiekiem odpowiedzialnym i godnym zaufania, więc powierzono mu ogólny nadzór nad budową. Po jej ukończeniu został kierownikiem tartaku.

Giełoże były niewielką osadą położoną niedaleko drogi z Dziewieniszek do Klewicy. Był to już skraj wspaniałych lasów klewickich należących do Umiastowskiej, o których mówiło się, że w niczym nie ustępują lasom fińskim. W pobliżu znajdował się niewielki folwark dzierżawiony przez Żyda Ejszyckiego. Tartak zajmował olbrzymi plac. Pośrodku niego były ułożone tory z wagonikami, na które wkładano zwiezione z lasu ociosane pnie drzew. Następnie przewożono materiał do dużego budynku, gdzie stały dwa traki, heblarki i inne maszyny. W Giełożach produkowano przede wszystkim deski, ale też krawędziaki, belki, więźbę dachową, tarcicę, gonty. Część odpowiednio przygotowanych desek szła na eksport do Anglii. Z Wilna przyjeżdżali dwaj inżynierowie, którzy każdą wysyłaną partię przeglądali i zatwierdzali. Następnie konnymi wozami deski przewożono do stacji kolejowej w Bieniakoniach. Wszystkie maszyny w tartaku zasilane były parą wytwarzaną w olbrzymiej kotłowni - lokomobili. Pary było tyle, że starczyło jej do podgrzewania wody dla stałych mieszkańców tartaku i łaźni wybudowanej dla robotników. Parą napędzano prądnice dające prąd elektryczny pięć dni w tygodniu, gdy tartak pracował. Zasilano nią również duży młyn wybudowany razem z tartakiem. Produkował on oprócz mąki różnego rodzaju krupy. Kotłownię opalano drewnem i trocinami powstałymi podczas produkcji.

Pomyślmy, jak na ówczesne czasy i warunki był to dobry projekt techniczny, jak wszystko było dobrze przemyślane. Na stałe przy tartaku mieszkał Starosta z rodziną, mechanik, dwóch trakowych i młynarz też z rodzinami. Inni pracownicy dojeżdżali, a do wycinki i zwożenia drzewa z lasu zatrudnieni byli ludzie z okolicznych wiosek. Mieli pracę i zarabiali. Nie ulegli namowom jakiegoś człowieka, który przyjeżdżał do nich i nawoływał do strajku. Zarówno jak przyszli bolszewicy w 1939 roku i Niemcy w 1941, Staroście groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. Z jednej strony od okupantów, gdyż rozdał ludziom pozostałą w młynie mąkę i ziarno. Z drugiej strony od tych nieuczciwych chłopów, którzy jak przyszli Sowieci, chcieli kraść deski z tartaku, a na przeszkodzie stał im kierownik.

Gdy rodzina Starostów przeniosła się do Giełoż, a dziewczynki podrosły, zamieszkały na stancji w Dziewieniszkach, gdzie chodziły do szkoły. Najstarsza Wanda poszła w 1936 roku do gimnazjum w Oszmianie. Po 17 września 1939 roku jej szkołę zamieniono na białoruską, a w rok później na rosyjską. Na przełomie września i października aresztowano dyrektora Łokuciewskiego 74, większość profesorów i grupę uczniów. Kto miał być aresztowany, bolszewicy wiedzieli już dużo wcześniej. Osadzono ich w więzieniu obok budynku starostwa. Cała szkoła jak jeden mąż poszła pod więzienie, domagając się wypuszczenia swoich kolegów i nauczycieli. Ze starostwa zagrożono, że jeżeli nie odejdą, zostaną w ich kierunku oddane strzały. Przy nich wywozili aresztowanych. Siedzieli w odkrytych ciężarówkach z zarzuconymi na głowy płachtami brezentowymi. Jak tylko któryś wysunął głowę, konwojent uderzał go kolbą karabinu.

Podczas istnienia białoruskiego gimnazjum miało miejsce następujące wydarzenie. Na lekcji historii nauczyciel opowiadał, jak to za czasów Lenina młodzież zaangażowana była w propagandowe akcje rozklejania afiszy i plakatów. Na te słowa wszyscy uczniowie zaczęli tupać nogami. Zdenerwowany pedagog pobiegł po dyrektora. Na jego kategoryczne zadanie przyznania się do tego kto tupał, podniosła rękę Narkiewiczówna. Jej ojciec uczył w gimnazjum gimnastyki i był w grupie wcześniej zatrzymanych. Dziewczynę wyrzucono ze szkoły, a 10 lutego 1940 roku została z matką zabrana i wywieziona do Kazachstanu w pierwszej wielkiej akcji represyjnej, która objęła całe Kresy Wschodnie Rzeczpospolitej.

Jesienią 1943 roku tartak w Giełożach został spalony przez leśną bandę (tak ich określano), która nachodziła Giełoże kilkakrotnie. Nie byli to nasi partyzanci ani podobno sowieccy. Może jakaś grupa przetrwania, gdyż znajdowali się w niej Żydzi. Po tym wydarzeniu rodzina Starostów wyjechała do Wilna a w 1945 roku do nowej Polski.   

Przez pewien czas przed wojną przebywały w Żemłosławiu siostry Basia

i Janka Plebańskie, bardzo ładne dziewczyny. Razem z Renią Jarmolińską córką dr. Kazimierza przyjęły I komunię św. w Sobotnikach. W 1943 roku mieszkały w Warszawie, gdzie uczęszczały do tajnego liceum. Były harcerkami i brały udział w akcjach Małego Sabotażu 75. Obydwie zginęły w Powstaniu Warszawskim76 jako łączniczki batalionu Zośka 77.

 

 

 

Czas II wojny

 

1 września 1939 roku wybuchła II wojna światowa, rozpoczęta agresją Niemiec hitlerowskich na Polskę. Jak to często w takich wypadkach bywa, ludzie dla zabezpieczenia się na trudne i niepewne czasy zaczęli dodatkowo starać się o produkty żywnościowe oraz inne rzeczy. Niektórzy wyciągali wówczas rękę po towary, które do nich nie należały, a zostały pozostawione bez opieki ich właścicieli. W ten sposób rozebrano szwajcarskie sery produkowane w Żemłosławiu i leżakowane w podziemiach spichlerza. Różnie można by ten fakt oceniać, ale gdyby tego nie zrobili mieszkańcy Żemłosławia, sery trafiłyby w ręce Sowietów i nikt by ich nie zobaczył. 17 września 1939 roku łamiąc wszelkie traktaty międzynarodowe i współpracując z Niemcami, zaatakowali Polskę Sowieci. Gdy pojawili się w Żemłosławiu, zaczęli szukać właścicieli majątku. Kazali też zdać broń leśniczym i zagrozili rozstrzelaniem tych, u kogo ją znajdą. Traf chciał, że odkryli walizkę z osobistym pistoletem typu brauning, zostawioną na przechowanie w domu Grünerów przez zmobilizowanego 78 studenta. Tylko dzięki temu, że chcieli zachować broń prywatnie dla siebie, Henryk uniknął konsekwencji. Wkrótce jednak rodzina musiała się ukrywać, gdyż z braku konkretnego właściciela majątku, nadleśniczy był kolejnym w sowieckich działaniach represyjnych.

Wiele się w Żemłosławiu zmieniło. W 1940 roku na bazie majątku utworzono sowchoz 79 Żemłosław, który miał biuro w pałacu. Umieszczono w nim też szwalnię. W 12.10.1940 roku Sowieci dokonali swojego podziału administracyjnego zajętych terenów. Gminę Sobotniki podzielili na trzy mniejsze, z których jedną został Żemłosław. Miał wówczas 60 domów i 204 mieszkańców. Okupanci postanowili wybudować w Żemłosławiu lotnisko z podziemnymi hangarami. Na jego miejsce wybrano płaski teren, gdzie dziś stoją niewykorzystane budynki pod obory. Do budowy lotniska sprowadzono więźniów, dla których postawiono drewniane baraki. Płyta lotniska wymagała utwardzenia. Sowieci ogłosili wśród mieszkańców sobotnickiej gminy, że będą skupywać odpowiedniej wielkości kamienie, z których chłopi oczyszczali swoje pola. Zwozili oni ten materiał na teren budowy, ale żadnych pieniędzy nigdy nie zobaczyli. Nałożono także kontyngenty kamieni na Białorusinów z okolic Bakszt, Czerkiesów i Białego Brzegu. Każde gospodarstwo musiało dostarczyć pewną ilość specjalnie dobranych kamieni. Przywozili je swoimi konnymi wozami, a każdemu chłopu towarzyszył ktoś z rodziny. Przeważnie były to córki, które zapamiętano z nogami owiniętymi białymi onucami i nałożonymi plecionymi łapciami. Droga nie była łatwa i z rozładunkiem trwała więcej niż jeden dzień. Dlatego ludzie ci musieli gdzieś nocować. Udzielano im gościny w Szarkuciach i innych okolicznych wioskach.

W Domu Wypoczynkowym urządzono szkołę. Przed wojną czteroklasowa szkoła dla okolicznych kilku wiosek była w Szarkuciach, w wypożyczanym na ten cel prywatnym domu. Nauczycielami w niej byli Mazur a następnie Jan Poczobut. Po przyjściu bolszewików obcej i wrogiej władzy nikt nie chciał, jak to mówią, wpuszczać ich do swojej chałupy. Dlatego szkołę przeniesiono. W Domu Wypoczynkowym w październiku 1939 roku odbyło się głosowanie miejscowej ludności w sprawie przyłączenia tak zwanej Zachodniej Białorusi do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Może też dlatego nazwano ten dom Czerwonym Domem. Podobnie nazywano Niebieski Dom, duży budynek z filarami położony blisko drogi biegnącej obok murowanej kapliczki. Przypuszczam, że był to piętrowy dom, który jest pokazany na fotografii i opisany jako dom studencki. Na zdjęciu widać, że nie jest wykończony. Prawdopodobnie mieli w nim zamieszkać studenci odbywający tutaj praktykę, ale chyba nie tylko, gdyż budynek był spory.

Niemcy uderzyli na Rosję Radziecką 21 czerwca 1941 roku i bardzo szybko posuwali się do przodu nie napotykając na większy opór. Kiedy Rosjanie w popłochu opuścili Żemłosław, zostawili majątek bez żadnego nadzoru. Między innymi gorzelnię z wartościowym handlowo jak na ówczesną sytuację spirytusem. Po ten płyn zaczęli przychodzić wpierw ukradkiem a następnie jawnie mieszkańcy Żemłosławia i okolicznych wsi.

Była środa 28 czerwca wieczór, cicho i spokojnie. Wspomina pochodząca z Szarkuć Genia Kulesza z domu Chatkiewicz, która wyszła za mąż do Wasilewicz za Stanisława Kuleszę. Miejscowym zwyczajem rodzina jej nosiła przydomek i nazywano ich Chaziajnowe. Geni dziadek po mieczu wcześnie został sierotą. Musiał więc sam gospodarzyć na dwóch włókach 80 ziemi. Stopniowo uczył się zaradności i gospodarności, a że dobrze mu to szło, nazwany został Chaziajn czyli Dobry Gospodarz. Cechy dobrego gospodarza wpoił swojemu synowi Stanisławowi ojcu Geni, którego z kolei nazwano Chaziajczyk. Przydomek Chaziajnowe jest dzisiaj w Szarkuciach nadal rozpoznawalny podobnie jak inne.

... Stanisław pobiegł drugi raz po spirytus i szybko wrócił krzycząc: Pali się! Nie wiadomo od czego zapalił się płyn zgromadzony w dużym zbiorniku. Palił się zbiornik, palił się strumień spirytusu płynący w stronę Gawii, palili się ludzie, którzy w momencie zapłonu nabierali alkohol lub byli w jego pobliżu. Płonące ludzkie pochodnie z wielkim i okropnym krzykiem biegały bez ładu. Niektórzy nadaremnie starali się znaleźć schronienie w rzece. Bilans tego zdarzenia był bardzo tragiczny. Około stu osób było poparzonych i spalonych. Nad ranem sczerniałe zwłoki znajdywano w lesie i krzakach. Wielu ciężko poszkodowanych zawieziono do sobotnickiego szpitala, ale tam nie było dla nich ani lekarstw, ani ratunku.

W środę 28 czerwca wieczorem paliły się też baraki na budowanym lotnisku, a w czwartek rano Niemcy byli już w Szarkuciach. Ich patrol motocyklowy pojawił się na moście na Gawii. Z drugiej strony rzeki okopali się w ukryciu Rosjanie ze 168 Pułku Strzelców 24 Samaro - Ulianowskiej Żelaznej Dywizji, którzy przepuścili patrol. Gdy po niedługim czasie pojawiły się niemieckie czołgi, rozpoczął się bój, gęsta strzelanina, wybuchy granatów, armatnich i czołgowych pocisków. Około 20 czołgów, które przejechały most zostało zniszczonych. Paliły się przez trzy dni a stalowe wraki były czerwone od ognia. Ludzie na początku starcia pobiegli na pastwisko zaganiać bydło do obory. Stanisław Chatkiewicz wyskoczył po przywiązanego koło gumna konia. Miał na sobie stary, wojskowy płaszcz. Zobaczył go Niemiec i wziął za żołnierza, pociągnął serią z automatu. Paliły się Szarkucie, dogasały baraki na budowanym lotnisku w Żemłosławiu. Sowieckich żołnierzy więźniów, którzy je budowali, leżało na nim tylu, że nie można było przejść. Pochowano ich później w lesie naprzeciwko Szarkuć. Sowieci śpiesznie wycofywali się z tych terenów gnani na wschód przez swych niedawnych towarzyszy. Nowi okupanci zajęli żemłosławską ziemię.

W okresie niemieckiej bytności zamieszkał w majątku Mirosław Paprzycki z siostrą, matką i ojczymem. Przyjechali z Lidy, a ojczym objął posadę kierownika gorzelni. Pracowała ona cały czas, produkując dobrej jakości nieratyfikowany spirytus o mocy 95%. W Żemłosławiu utworzono posterunek policyjny. Składał się z paru Niemców i kilkunastu policjantów z tak zwanej białoruskiej formacji policji pomocniczej. Komendantem był życzliwy ludziom Paul Schpiler. Pochodził chyba ze Śląska 81 lub Wielkopolski 82, gdyż mówił trochę po polsku. Kilka razy ostrzegł ojczyma Mirka przed grożącym mu aresztowaniem. Dla matki postarał się o potrzebne lekarstwa, a jemu podarował haczyki do wędki. Pan Mirosław pamięta, że za Niemca została odbudowana stajnia w pobliżu gorzelni. Cieśle piłowali drewniane kloce, robiąc z nich krawędziaki na krokwie. Pomocna w tym była piła tarczowa napędzana parową lokomobilą sprowadzoną jeszcze przez Władysława Umiastowskiego. W stajni stały później konie, które Mirek z kolegami codziennie rano prowadzili do wodopoju do Gawii. Jechali konno na oklep, stępa, a największą frajdą był powrót galopem. Do kościoła latem dzieci chodziły boso przez Szarkucie i Rybaki. W Sobotnikach myły w Gawii stopy i dopiero zakładały obuwie. Te, które w czasie okupacji niemieckiej szły do I komunii św., naukę katechizmu pobierały w domu od swoich rodziców. Ks. proboszcz Paweł Bagiński krótko ich egzaminował i następnie udzielał sakramentu.

Zimą dzieci jeździły na sankach po drodze biegnącej za prawą oficyną na most, którego obecnie nie ma. Czasami zjeżdżały ze stromej skarpy tuż za pałacem. Zjazd ten był krótki i niebezpieczny, gdyż blisko był staw. Zdzisia siostra Mirka, wpadła raz do wody w miejscu, gdzie lód był cienki. Wyciągnęła ją koleżanka Krysia Stasiewicz. Gdy lód był gruby, chłopcy bawili się w katelnię. Do wbitego w dno stawu pala przymocowywano luźno długi drąg, do końca którego przywiązywano sanki. Paru chłopaków trzymając drąg obracało go biegnąc dookoła pala. Dawało to siedzącym na sankach kolegom dużą prędkość. Kto się słabo trzymał, ten wylatywał z sanek. Mirek przy pomocy stelmacha 83 Stanisława Jankowskiego zrobił narty z jesionowego drzewa. Czubki nart były moczone w gorącym wywarze z gorzelni i stopniowo wyginane. Problemy były z wiązaniami, skórzanymi paskami przybitymi do nart, które często się odrywały. Takie to były dziecięce zabawy czasu wojny.   Niewiele się nie różniły od zabaw przedwojennych. Dzieci w czasie ich trwania skupione były na tej odrobinie radości. Zapewne nie myślały wówczas, że świat dookoła jest inny, niż był jeszcze niedawno. Ale Mirek miał też poważniejszą przygodę. Pewnego dnia zabrał się z akowcami84, którzy przyjechali do majątku. Pojechali do stacjonującego w pobliżu oddziału. W nocy konnym wozem udali się do Sobotnik na pogrzeb partyzanta. Był to ppor. Edward Oziembło ps. Ludwik, który zginął w walce z Niemcami podczas akcji na linię kolejową Lida - Mołodeczno na południe od Trab. Mirek otrzymał zadanie pilnowania koni koło cmentarza. Koni pilnowali także inni chłopcy, w tym Antek Tuczkowski z Sobotnik. Starsi już dzisiaj panowie poznali się w ubiegłym roku w Sobotnikach, podczas stulecia poświęcenia naszego kościoła. Po pogrzebie Mirek pojechał z partyzantami na miejsce postoju oddziału. Dostał coś do zjedzenia i poszedł spać do stodoły. Na drugi dzień wcześnie rano ktoś go obudził i powiedział: Wstawaj. Mama po ciebie przyszła. I chociaż bardzo chciał zostać, to musiał iść i tak się skończyła jego partyzantka. Przed opuszczeniem Żemłosławia Mirek i jego siostra chodzili przez pewien czas do szkoły. Było to po wyparciu Niemców za drugich bolszewików. Szkoła mieściła się na parterze pałacu, a jedynym nauczycielem była Anna Zubrycka.

Pani Anna w 1944 roku jeszcze za Niemca prowadziła sklep ogólnospożywczy w Juraciszkach, w pobliżu stacji kolejowej. Okoliczni rolnicy kupowali w nim podstawowe produkty żywnościowe i inne. Obok znajdował się silny, niemiecki punkt ochrony kolei. Pewnego dnia podjechały pod sklep dwie furmanki akowców, którzy błyskawicznie oczyścili go z towaru i szybko odjechali. Niemcy nawet nie wiedzieli co się stało. Bojąc się konsekwencji ze strony okupanta Anna zabrała ośmioletniego synka, obraz Matki Bożej Ostrobramskiej i wraz ze znajomymi udali się konnym wozem do Sobotnik. Znalazłem w spisie mieszkańców Żemłosławia 1939/40 nazwisko Apolonia Zubrycka. Może to była krewna Anny i dlatego szukała ona tutaj schronienia? A może i to, że sobotnicka gmina była w strefie działań naszych partyzantów i czerwoni bali się tutaj zaglądać.

Kiedy przyjechali do miasteczka, Niemcy akurat je opuszczali. Zmęczeni ułożyli się gdzieś na łące nad Matruną, aby przenocować i przeczekać ten ciężki czas. Nocą niebo rozświetlały lecące pociski, dochodziły ich bliskie odgłosy armatnich wystrzałów, ryk silników i chrzęst czołgowych gąsienic. Front następował tuż za nimi. Gdy rano szli przez Sobotniki, miasteczko było mocno spalone. Udali się do Żemłosławia, gdzie w rozszabrowanym pałacu znaleźli w dobrym stanie mały pokoik i w nim zamieszkali. Wkrótce zjawili się Sowieci i ponownie zorganizowali sowchoz, którego przewodniczącym został Aleksander Gorbunow. Pani Annie, nauczycielce z zawodu, zaproponowano prowadzenie szkoły otwartej w pałacu. Epizod żemłosławski w jej życiu nie trwał długo. W 1945 roku wyjechała z synem do nowej Polski.     

Do policji białoruskiej poszli chłopcy z Sobotnik, Taruć i innych okolicznych wiosek. Byli w niej także mężczyźni z dalszych miejscowości. Część z nich należała konspiracyjnie do AK, do której przed akcją Ostra Brama 85 przeszli wszyscy z bronią z posterunku w Żemłosławiu. W 1942 roku do majątku przyjechał z Lidy ppor. Zdzisław Bułak - Bałachowicz 86 ps. Zdrój. Rozpoczął w nim pracę, a jednocześnie działał w AK. Znał dobrze teren gdyż często tu bywał. Jego ciocią była Stefania Jarmolińska, żona doktora Kazimierza, dyrektora szpitala w Sobotnikach. W majątku już gospodarzył Wacław Stasiewicz (ojciec Krysi), przedwojenny wójt gminy Sobotniki. W obawie przed bolszewikami wyjechał w krakowskie do rodziny żony i powrócił po ich wyparciu. On również należał do AK i miał pseudonim Dąb. Do organizacji wstępowali licznie młodzi ludzie z Żemłosławia, Szarkuć, Huty, Girewicz. Wśród nich byli: Marian i Stanisław Dicowie, Stanisław Kiełdanowicz, Jan Wasilewski, Józef i Stanisław Hryniukowie, Stefan i Stanisław Chotkiewiczowie oraz wielu innych. Wkrótce powstała w Żemłosławiu placówka AK, podstawowa komórka organizacyjna podziemnej armii. Była jedną z pierwszych w nowym powiecie iwiejskim.

W niektórych wioskach współpracowano ściślej z partyzantami przez wypiekanie chleba z dostarczonej przez nich mąki, wykonywanie prac kowalskich i ślusarskich, szycie umundurowania. W Dobrowlanach Nikodem Wasilewski miał radio marki Philips, złożone przez siebie z części kupionych przed wojną w Wilnie. Nocami przychodzili słuchać komunikatów i audycji oficerowie AK. Za to radio Sowieci jak przyszli w 1944 roku aresztowali Nikodema i posadzili w Iwiu. Ktoś go zadenuncjował i został zamknięty w byłym chlewie, gdzie nie można było się wyprostować, a gnoju było po kostki. W końcu znajomy naczelnik poczty w Iwiu namówił Nikodema do oddania radia i jakoś cała sprawa rozeszła się po kościach.

Nikodem był zdolny i w trudnych warunkach wojennych potrafił nawet robić baterie elektryczne, a miał ukończonych tylko parę klas szkoły. Jeszcze zdolniejszy był jego starszy brat Anastazy. Przed wojną sobotnicka gmina przyznała mu stypendium, dzięki któremu mógł dalej kształcić się w Wilnie. Ukończył seminarium duchowne, ale bez święceń i dwa fakultety na uniwersytecie. Podczas pierwszej okupacji bolszewickiej w 1939 roku był dyrektorem szkoły w Słonimiu. Za Niemca przebywał w Wilnie, gdzie w konspiracji prowadził nasłuchy radiowe. Został aresztowany i wywieziony do obozu nad Renem, gdzie był tłumaczem z języka francuskiego na niemiecki i odwrotnie. Po wojnie rodzina szukała go przez Czerwony Krzyż i otrzymała wiadomość, że Anastazy zmarł w obozie.

Na bazie żemłosławskiej placówki Zdrój utworzył oddział partyzancki numer 321. W rejonie Juraciszki - Iwie - Wołożyn powstawały podobne oddziały. Napływali kolejni ochotnicy, a ich stany osobowe rosły. Jednostki te połączyły się w VI Batalion 77 Pułku Piechoty Okręgu Nowogródzkiego AK pod dowództwem kpt. Stanisława Dedalisa ps. Pal. Chłopcy z kompanii Zdroja wykonali szereg akcji przeciwko Niemcom na terenie powiatu iwiejskiego. Dość często przyjeżdżali do Żemłosławia po konie, świnie czy spirytus. Nikt z załogi posterunku policji im w tym nie przeszkadzał, wszyscy siedzieli cicho. Czuło się wówczas, jakby w Żemłosławiu znowu była Polska. Brali udział w akcji Ostra Brama, podczas której Zdrój poległ.

W lipcu 1944 roku Niemcy wycofywali się z naszej ziemi. Nagle i zupełnie niepotrzebnie zostali w Szarkuciach ostrzelani. Ogień otworzyła siedmioosobowa grupka akowców, jaka nocowała w wiosce. Byli to chłopcy z Łazdun, którzy szli połączyć się z większym oddziałem. Ta akcja wywołała natychmiastowy odwet Niemców. Zaczęli strzelać do bezbronnych ludzi, podpalać domy. Zginęło dużo osób, nie oszczędzano nawet dzieci. Szczyknianka z Sobotnik, która wyszła za chłopaka z Szarkuć, niosła na plecach rocznego synka chorego na odrę. Prosiła Niemców, żeby nie palili jej chaty. Zastrzelili ją i małego Heniusia. Oboje spłonęli u progu swojego domostwa. Zginęło również pięciu partyzantów. W czasie tego niemieckiego odwrotu paliły się także Rybaki i Sobotniki.

Skończyła się wojna i wydawało się, że ludzie odetchną, zaczną odbudowywać i układać swoje życie tak, jak sami tego chcą. Ale nowe, co tutaj przyszło, nie pozwoliło na to. Zmieniło granice państw i powywracało ludzkie życie. Niektórych zesłało na Sybir, do Kazachstanu, dużo osób zmusiło do opuszczenia rodzinnej ziemi, a tym co zostali zgotowało ciężki los.

 

 

Dzisiejszy Żemłosław

 

Moje letnie wizyty w Żemłosławiu w roku 2001 i 2002 rozpoczynałem od Szarkuć, od życzliwych i gościnnych Geni i Fredka Kuleszów. Jego już nie ma wśród nas, zmarł w sierpniu 2004 roku. Z panem Fredkiem szliśmy zwiedzać Żemłosław. Staraliśmy się w miarę możliwości obejść wszystkie miejsca znane z przedwojennego opisu. Byliśmy w Rudni, byłej osadzie dla pracowników, gdzie hrabia Władysław założył telegraf i pocztę. Na starym, murowanym budynku widnieje tablica fundacyjna z łacińskim napisem, który przetłumaczony mówi: Roku Pańskiego 1902, Władysławie Hrabio Umiastowski na rozkaz zostaniesz wskrzeszony. Pan Fredek pokazał mi miejsce, gdzie stała kiedyś karczma Zakazanka. Następnie udaliśmy się nad jezioro utworzone po wybudowaniu elektrowni wodnej na Gawii w 1951 roku. Lewy brzeg rzeki był kiedyś bardzo wysoki. To z niego staczano do wody pnie drzew, które następnie spławiano do Niemna.

Spławianiem zajmowali się ludzie z niektórych wiosek leżących nad Gawią, a przede wszystkim mieszkańcy Sakowicz. Obok tej wsi znajduje się miejsce, o którym mówią, że jest to stary cmentarz szwedzki. Może być pozostałością z czasów wojen polsko - szwedzkich. W 1708 roku wojska szwedzkie przechodziły przez ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego i nasze tereny. Po tej samej stronie rzeki była kiedyś słynna na całą Polskę hodowla bobrów. Na drugą stronę aż do Domu Wypoczynkowego wiódł długi, łamany most. Po Domu zostały stopnie z werandy i podwyższone miejsce na którym stał.

Większość budynków majątku Żemłosław zachowała się, ale ich wygląd i stan daleki jest od przedwojennego. W pałacu znajdują się: biuro kołchozu Żemłosław, poczta, klub, biblioteka. Nadal funkcjonuje fabryczka spirytusu. Jest on przeznaczony dla wyrobów kosmetyczno - perfumeryjnych i weterynarii. Swego czasu zawiązała się spółka, która gorzelnię rozbudowała. Już nie wyrabia się alkoholu z ziemniaków a z żyta. Niestety są problemy z jego zbytem. Mimo, że nie brak chętnych kupców nawet z zagranicy, państwo limituje sprzedaż. Zakład ma przez to kilkumiesięczne przestoje. Firma posiada jeszcze jedną fabrykę spirytusu, którą traktuje priorytetowo. Żemłosławska gorzelnia prawdopodobnie będzie zamknięta.

W dawnych budynkach gospodarczych działa niewielka firma produkująca elementy z tworzyw sztucznych. Kiedyś wytwarzano tu części do zegarków, produkowano makarony. Średnia szkoła w Żemłosławiu ma nie mniej uczniów niż siedziba gminy Sobotniki. Jest to spowodowane tym, że niektórzy młodzi ludzie z Żemłosławia i dużych wsi jak Szarkucie widzą tutaj jeszcze jakąś perspektywę dla siebie. Zostają, zakładają rodziny. Bardziej przedsiębiorczy i odważni idą w prywatny handel. W Żemłosławiu są trzy prywatne, niewielkie sklepy spożywczo - przemysłowe. Na dachu pałacu trwały jakieś prace remontowe. Wszedłem na górę, aby rozejrzeć się po okolicy, ale perspektywę przesłaniały mi wysokie drzewa.

Tuż przed pałacem stoi coś, co zupełnie nie pasuje do jego otoczenia. To pomalowany na srebrno pomnik poświęcony walczącym tutaj żołnierzom radzieckim. Jego kompozycja z pałacem jest zupełnie bez smaku i sensu. Postawiono go w 1967 roku i jeżeli to miejsce miało być upamiętnione, to można było zrobić jakąś tabliczkę z napisem, a więcej starania włożyć na odnowienie gazonu przed pałacem. Podobnie jest z pomnikiem żołnierza w Sobotnikach. Tyle lat po wojnie go nie było. Przyjeżdżam raz i oczom nie wierzę. Stoi sobie na małym skwerze przed sklepem, wysoki i oczywiście srebrny tak jak wszędzie. A dookoła niego poniszczone ławki, na których nie można usiąść czekając na dostawę chleba. W krajach komunistycznych przez wiele lat bardziej dbało się o nadmierne eksponowanie wybranej i często zafałszowanej historii niż naprawdę o ludzi.

Zwiedziliśmy bardzo ładną kaplicę pw. Chrystusa Króla i Matki Bożej Fatimskiej. Jej poświęcenie odbyło się w maju 2001 roku. Biskup Antoni Dziemianko, który przewodniczył uroczystościom, udzielił przy okazji sakramentu bierzmowania 60 osobom w różnym wieku. Kaplica powstała na bazie byłej oranżerii. Dzięki niej starsi ludzie z Żemłosławia i okolicznych wiosek mogą bezpośrednio uczestniczyć w niedzielnych i świątecznych mszach św. Przedtem ze względu na wiek i brak dobrej komunikacji, trudno im było korzystać z kościoła parafialnego w Sobotnikach choć to niedaleko. Wcześniej przywrócono postać figurze Matki Bożej stojącej naprzeciw alei prowadzącej do pałacu. Gdy we wrześniu 1939 roku przyszli bolszewicy, ktoś z okolicznej ludności otumaniony fałszywymi ideami i głupi człowiek, zrzucił figurę z cokołu. Obecna jest do niej podobna, z tą zasadniczą różnicą, że ma złożone ręce. Umieszczony pod nią łaciński napis głosi: Mater Dei ora pro nobis - Matko Boża módl się za nami. Było bardzo gorąco i upalnie. Pragnienie najlepiej gasiłem chłodnym lidzkim piwem.

W październiku 2003 roku pojechałem rowerem do Żemłosławia przez Dobrowalny. Do tej wsi jedzie się przez piękny sosnowy las. Drzewa są wysokie i smukłe. Za sobotnickim cmentarzem droga rozdzielała się na Dobrowlany i Żemajtuki. Teraz jest jedna, szersza i prowadzi do tej pierwszej wioski. Przejechałem mostek z jakimś strumieniem płynącym do Gawii. Minąłem ruiny dużego, murowanego budynku z czerwonej cegły, które pochodzą z nieczynnej już dawno dobrowlańskiej cegielni i znalazłem się w centrum wsi. Tu już musiałem zapytać o dalszą drogę. Pokazano mi odbicie na Żemłosław i ruszyłem w tym kierunku. Jechałem wpierw przez pola, a później był tylko las. Kilka razy przejeżdżałem przez niewielkie strumienie, kanały wodne, przy których było widać poprzegryzane przez bobry pnie drzew. Być może jest to robota potomków tych zwierząt, które były hodowane w Żemłosławiu. Wyjechałem na szeroki, piaszczysty trakt. W prawo prowadzi on sosnowym borem przez Żemajtuki i Romany do Trab, a w lewo, już po chwili, ukazał się most na Gawii w Żemłosławiu.

Wczesna jesień dołączyła do zieleni drzew inne żywe barwy. Od jasnożółtej przez żółtą, pomarańczową, czerwoną, szkarłatną, miejscami jasnobrązową. Niektóre z liści ułożyły się już na ziemi i zaczęły tkać dywan zimowego snu. Przypałacowy park był bardzo piękny. Pojechałem następnie przez Ławkieniki do folwarku Huta. Gdzieś w polu pracowały maszyny, a w samym folwarku było pusto, cicho i smutno. Stoi jeszcze stary budynek z czerwonej cegły z fundacyjną tablicą Umiastowskich z napisem: Janino Zofio Umiastowska na rozkaz powstaniesz, Roku Pańskiego 1912. Nikt w nim już nie mieszka, a na dachu nie ma wyżki, z której obserwowano czy gdzieś tam w oddali nie płonie las. Stoją kołchozowe, puste obory, chlewy jeszcze nie tak dawno pełne zwierząt. W widocznych na horyzoncie tuż przy granicy z Litwą wioskach Dobropole I i Dobrople II mieszka kilkoro starszych ludzi.

Starzy ludzie na naszej ziemi. My już dajszli, mówią o sobie. My już doszliśmy do kresu. Za sobą mają dzieciństwo spędzone pracowicie na gospodarce rodziców, ciężki czas wojny, trudne lata jakie po niej nastały, eksperymenty które robiła na ich życiu sowiecka władza. Niczego się nie dorobili przez tyle lat. Kiedy