Вярнуцца: Марозава С.В.

Białoruś, jesień 1838 - wiosna 1839: ostatni akt unickiej tragedii


Аўтар: Marozawa Swietłana,
Дадана: 01-12-2013,
Крыніца: Marozawa Swietłana. Białoruś, jesień 1838 - wiosna 1839: ostatni akt unickiej tragedii // Rocznik Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej. Rok (4) 2006. Lublin, 2006. S. 53-70.



Cerkiew unicka okazała się dla samodzierżawno-synodalnego reżimu Rosyjskiego Imperium jedną z przeszkód w urzeczywistnieniu jego unifi kacyjno-niwelacyjnej polityki w guberniach zachodnich. Pozostawienie Cerkwi, która bynajmniej nie garnęła się do carskiego tronu, władze wiązały z niebezpieczeństwem separatyzmu. Duchowe podporządkowanie Białorusi rozumiane było przez nie jako środek i konieczny warunek do rosyjskiego panowania na tych ziemiach. Dlatego też od końca XVIII wieku wyznaniową strategią polityki carskiej stało się ograniczanie sfery wpływów Cerkwi unickiej. Swoją działalność carat ukrywał, posługując się hasłami o "niepodzielności narodu rosyjskiego", której rzekomo zagraża "zlatynizowanie" i "opolaczenie" unitów.
W 1833 roku, wykorzystując swe prawo zwycięzcy, władze weszły na drogę administracyjno-siłowego rozwiązania problemu, sprowokowanego aktywnym poparciem powstania 1830-1831 roku przez unickie duchowieństwo. Cerkiew ta została uznana za wroga rosyjskich interesów na Białorusi i za jedyne wyjście z tej sytuacji przyjęto jej zniszczenie. Białoruś stała się zatem miejscem wielkiego eksperymentu ponownego przykrojenia jej wyznaniowej mapy w imię "budowania Rosji" i wzmocnienia jej pozycji w Europie.
Na czele Cerkwi unickiej postawiono ludzi, wiernych "perspektywom rządowym": biskupa litewskiego Józefa Siemaszkę, orszańskiego Bazylego Łużyńskiego i brzeskiego Antoniego Zubko. Od 1835 roku działał w Petersburgu stworzony dzięki staraniom Mikołaja I Tajny Komitet do spraw Unickich. Powołany on został do wstępnego rozpatrywania wszystkich rozporządzeń dotyczących tego problemu i uzgadniania w tej mierze działań wszystkich państwowych i cerkiewnych struktur. Zmieniano wystrój wewnętrzny świątyń, wyrzucono z nich organy. Unickie księgi liturgiczne miejscowego druku - wileńskie, poczajowskie i supraslskie, zostały zamienione przez służebniki i śpiewniki wydrukowane w moskiewskiej drukarni synodalnej. Tę reformę urzeczywistniono przykładowo w ciągu dwóch lat. Niszczenie tradycji unickiej wprowadziło społeczeństwo w swoisty stan szoku. Lud nie mógł zrozumieć, dlaczego to, co jeszcze wczoraj było szanowane, uważane za święte, miłe Bogu, dzisiaj jest rujnowane i zabraniane. Nawet prości ludzie zrozumieli - "chcą złamać wiarę". Szlachta zaś przyjęła Mikołajowski kurs skierowany na zniszczenie Cerkwi unickiej jako zemstę cara za niedawne powstanie.
Na nowy sposób wychowywano setki kapłanów - zajęło to znacznie więcej czasu. W 1837 roku Cerkiew unicką podporządkowano oberprokuratorowi Świętego Synodu. Oznaczało to, że polityka likwidacji Cerkwi unickiej pochodzi od najwyższej władzy w Imperium i sprzeciwianie się jej oznaczało sprzeciwianie się woli imperatora. Była to w tym czasie wyraźna zmiana, wcześniej bowiem przedstawiano inicjatywę likwidacji unii jako pochodzącą od własnej władzy duchownej. W tym też roku został zorganizowany zbiór petycji od duchowieństwa unickiego o zgodzie na przyjęcie przez nie prawosławia, kiedy na to "przyjdzie wola monarchy". Na ich wydzieraniu od kapłanów zszedł cały 1838 rok.
Śmierć w tym roku ostatnich z grona hierarchii unickiej przeciwników zjednoczenia z Cerkwią prawosławną - metropolity Jozafata Bułhaka i biskupa pińskiego Jozafata Żarskiego, zdjęła ostatnie przeszkody dla skasowania unii. Jesienią 1838 roku widoczne już było dla wszystkich, że likwidacja unii to już tylko kwestia czasu. Rozumiano to zarówno w stolicy Imperium, jak i na Białorusi i Ukrainie. Dzięki analitycznemu sprawozdaniu z 31 sierpnia 1838 roku W. Skrypicyna, urzędnika do specjalnych poruczeń Świętego Synodu, który z polecenia Mikołaja I badał stopień gotowości zachodnich guberni do "rozwiązania unickiego problemu" [1], ofi cjalny Petersburg w zasadzie orientował się w sytuacji i nastrojach, jakie tam panowały. Zachodziły zasadnicze różnice między diecezją białoruską i litewską. Według stanu na 15 sierpnia tego roku w diecezji białoruskiej wyraziło zgodę na porzucenie unii tylko 25% duchowieństwa, w litewskiej zaś prawie 72% [2].
W. Skrypicyn podzielił ogół unitów na trzy grupy: rokujących nadzieję - ci, którzy wyrazili pozytywne stanowisko co do zmiany wiary, posłusznych i nieprzychylnych. Do pierwszej kategorii zaliczył duchownych z 633 parafi i z guberni grodzieńskiej i wileńskiej, okręgu białostockiego, zachodnich powiatów guberni wołyńskiej i mińskiej - powiatów pińskiego, słuckiego i mińskiego. Do grupy drugiej wchodzili kapłani z 441 parafi i z prawie całej guberni witebskiej i mohylewskiej oraz tej części guberni mińskiej, która do nich przylegała. Do grupy trzeciej należeli duchowni ze 151 parafi i z północnych powiatów guberni witebskiej - siebieskiego, połockiego, lepelskiego i drysneńskiego, powiat dzisneński z guberni mińskiej, mścisławski i siennieński z guberni mohylewskiej, owrucki z wołyńskiej i radomyslski z kijowskiej [3].
Ogólny wniosek Skrypicyna był taki: przy obecnych warunkach "wszelakie opóźnienie jawi się jako bardzo szkodliwe, […] może to, jeśli nie całkiem zniszczyć, to przedłużyć […] wielkie państwowe przedsięwzięcie złączenia Cerkwi grecko-unickiej, i wówczas te pisemne zobowiązania, przy dalszym odkładaniu, mogą stracić swą siłę" [4]. Mimo pozornego spokoju, sytuacja była bardzo niepokojąca. Przedmiotem niepokoju był ukaz imperatorski o powszechnej religijnej konwersji unitów. Wszyscy spodziewali się tego ukazu. Jesienią ten spokój i atmosferę ogólnego oczekiwania przerwały dwa istotne i masowe wystąpienia. W połowie września we wsi Cerkowlany (powiat dzisneński, gubernia mińska) miało miejsce spotkanie wielu opozycyjnie nastawionych księży unickich. Odbyli tam oni masową procesję i nielegalne zebranie, na którym postanowili stać twardo przy unii. Organizatorami tej akcji protestacyjnej byli asesor połockiego unickiego konsystorza Jan Ignatowicz oraz kapłan Adam Tomkowid. Ignatowicz zwrócił się do ludu z wezwaniem, by "twardo trzymał się swojej unickiej wiary". Inicjatorzy tej akcji, jak wynika z dokumentów Synodu, "chcieli wzbudzić lud do sprzeciwu" [5].
Na cerkowlańskim zebraniu uchwalono petycję do cara z prośbą o obronę i pomoc. Najwyższą władzę w państwie proszono zatem o pozostawienie tych kapłanów i parafi an w powiatach, których przedstawiciele podpisali się pod petycją, przy unii. Dla tych, którzy przy unii pozostają, proszono o pasterza i duchowne kierownictwo. Petycję tę podpisało 111 kapłanów. By ją dostarczyć do Petersburga, zebranie wybrało swą delegację. Rola ta przypadła księżom z dekanatu lepelskiego i ostrownieńskiego [6]. By móc w ogóle zwrócić się z listem do cesarza, delegaci, według ówczesnego porządku prawnego, otrzymali od każdego, kto petycję podpisał, pisemne upoważnienie.
Poważny sygnał nadszedł też i z diecezji litewskiej, gdzie, jak się wydawało, deunizacja postępowała bardziej gładko. Centrum sprzeciwu stał się tu okręg białostocki, gdzie było 49 unickich cerkwi. Kiedy biskup brzeski Antoni Zubko zaczął zbierać tu podpisy pod aktem przystąpienia do prawosławia, spotkał się z masową odmową.
Ideowymi inicjatorami tej akcji byli księża Faustyn Goworski z Czyżewa, Antoni Pańkowski z Nowoberezowa i protojerej Antoni Sosnowski z Kleszczel - osoba bardzo wykształcona, poważana przez duchowieństwo, były przewodniczący skasowanego unickiego wileńskiego konsystorza. Piętnastu kapłanów z okręgu białostockiego złożyło na ręce cara prośbę o to, by nie zmuszać ich do przyjęcia prawosławia. Była to nie zwyczajna skarga, ale w sposób bardzo prawny uzasadnione obwinienie, kategorycznie żądające przerwania ucisku ich wiary. Faktycznie więc autorzy prośby wezwali cara, by ten nakazał zarówno władzy duchownej, jak i świeckiej, by przestrzegały one obowiązującego prawa, które gwarantowało wolność wyznania. Czekając na pozytywna odpowiedź ze stolicy, organizatorzy całej tej akcji odmówili złożenia stosownych podpisów, a ponadto podburzyli swych parafi an z Czyżewa i Nowoberezowa [7].
Petersburg dążył do tego, by przekonać świat, że wszystko to dzieje się z dobrej woli samych unitów, dlatego też wielkie wrażenie na czynnikach ofi cjalnych wywarły te wydarzenia. Wywołały one na dworze efekt wybuchającej bomby, ponieważ stanowiły dla "rozwiązania zagadnienia unickiego" poważne niebezpieczeństwo i szybciej niż inne sprawy przyśpieszyły zatwierdzenie przez najwyższe czynniki powszechnej konwersji unitów. Ponadto też ostrzegały, jak wspominał później poplecznik Siemaszki N. W. Suszkow, przed "rozzłoszczeniem Europy", by "nie rozgniewały się na nas różnych kolorów czasopisma zagraniczne" [8].
Odpowiednie zapisy w dzienniku postanowień konsystorza litewskiego (Żyrowice) z września 1838 roku pokazują mechanizm neutralizacji "buntowników" z Białostocczyzny, a ponadto świadczą, że pod zewnętrznym spokojem oczekiwania wokół wiary unickiej kipiały emocje, łamał się los ludzi. Poniżej zaprezentowanych zostanie kilka takich zapisów:
2 września - rozpatrywana była prośba kapłanów z powiatów bielskiego i drohiczyńskiego (z 27 lipca), by zwolnić ich od złożenia podpisów, wymaganych przez władze diecezjalne;
zgodnie z pismem J. Siemaszki, postanowiono wydalić z parafi i "nie rokujących nadziei" kapłanów - Antoniego Pańkowskiego (Nowoberezowo) i Faustyna Goworskiego (Czyżew) i skierować ich do monasteru w Torokaniach dla "utwierdzenia w pokorze".
3 września - rozważono polecenie Siemaszki, by umieścić w monasterze w Byteniu "dla nakierowania trybu myśli" kapłana z parafi i w Boćkach Bazylego Wysiekierskiego.
5 września - nie rokującego nadziei proboszcza z cerkwi w Żydomlu, Jana Sawaszkiewicza, wyznaczono do przeniesienia na sługę (pryczetnego) do Zasławia.
W wypadku, kiedy nie zechciałby pojechać z własnej woli, miał być dowieziony z pomocą policji;
postanowiono wezwać do Żyrowic dla udzielenia wyjaśnień proboszcza z Kleszczel, Sosnowskiego, który "wzywa niektórych mniej świadomych kapłanów do niepodporządkowania się miejscowemu dziekanowi";
podobnie wezwać do Żyrowic dla zmiany postawy nie rokującego nadziei proboszcza cerkwi w Czyżewie Jana Filonowskiego.
7 września - odstawić do Żyrowic przy pomocy "policyjnych środków" kapłanów z dekanatu przedwilejskiego Zielińskiego i Kowalewskiego, jacy uchylają się sami od przyjazdu do konsystorza [9].

Cerkiew unicka, jak 25 października oberprokuratora Synodu tajnie informował z Żyrowic biskup Antoni Zubko, przypomina teraz na nowo odbudowany budynek, który pozostawiony jednak został bez dachu. Dach w tym wypadku oznacza wolę rządu. "Bez niej wrogie żywioły poczynają już szeptać do uszu, że zjednoczenie z prawosławiem jest zmianą wiary przodków […] Już pojawiają się małe wzburzenia wśród parafi an, których źródłem są nie rokujący nadziei kapłani. Diecezjalne władze póki co podejmują przeciw temu pewne środki, jednakże póki rzecz jest tajna (ofi cjalnie), środki tę będą niedostateczne" [10].
Głośne wydarzenia - "sprawa 111" i "akt 15", były jednakże ostatnimi tak radykalnymi krokami duchowieństwa w dziele ratowania unii. Dalej już szły przeważnie represje. Wywołane głównie w celu zabezpieczenia sukcesu "unickiej sprawy" w czasie jej końcowego etapu, stały się w pewien sposób zakulisowym działaniem połockiego cerkiewnego soboru. Poczęło się w ten sposób, by tak rzec, wyczyszczanie religijnej przestrzeni Białorusi. W celu likwidacji unii zmobilizowano cały aparat carskiej władzy: Święty Synod, senat, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, poszczególnych gubernatorów, policję i wojsko. Ofi cjalny Petersburg spodziewał się bardzo poważnych zaburzeń na Białorusi i Ukrainie, dlatego też represyjna maszyna była przygotowana na odpowiedź.
W dniu 4 listopada 1838 roku oberprokurator Synodu graf Protasow uprzedzał wileńskiego generał-gubernatora N. Dołgorukiego o konieczności "wzmocnienia środków bezpieczeństwa […] w celu uprzedzenia zamieszek związanych z obecnymi zmianami w Cerkwi unickiej", szczególnie w okręgu białostockim. Białoruskiego generał-gubernatora informował on o konieczności podjęcia środków zapobiegawczych w powiatach wileńskim, połockim, lepelskim i drysnieńskim guberni witebskiej oraz w powiatach mścisławskim i sienneńskim guberni mohylewskiej [11].
W dniu 11 listopada w Carskim Siole oberprokurator Synodu referował imperatorowi, opierając się na Skrypicynie, co następuje: "problem powszechnego zjednoczenia unitów mógłby być już o wiele dalej posunięty, jeśliby diecezja białoruska osiągnęłaby ten sam stopień gotowości [do zjednoczenia - S. M.] co i litewska […] Obecnie szczególnie pożądane jest działanie lokalnych władz w celu zatrzymania jawnych i skrytych przeciwdziałań […] W odniesieniu do osób, które rozpowszechniają swa postawę niechęci w celu niechętnego pobudzenia innych do sprzeciwu wobec urzędowego celu […] ich obecność w guberniach zachodnich jest szkodliwa". Kierujący religijnymi sprawami imperium prosił cesarza o pozwolenie na zesłanie tych duchownych diecezji białoruskiej, których władze diecezjalne uznają za niebezpiecznych, do wielkoruskich monasterów, a także na tajne zalecenie generałgubernatorom zachodnich guberni "wzmocnienia […] środków zapobiegawczych i dokładnego dozoru dzieła uprzedzania najmniejszych nieporządków przy obecnych zmianach w stanie Cerkwi unickiej" [12]. W wyniku tych zabiegów został wydany dekret carski, na podstawie którego za obowiązkowy dla wojenno-powiatowych władz w sprawie unickiej uznano "staranniejszy, zgodny z najwyższą wolą nadzór, pomagający wszelkimi środkami władzy duchownej" [13].
Nieco później, w dniu 28 grudnia, oberprokurator Synodu proponował carowi Mikołajowi I w związku ze "sprawą 111" ponownie oddelegować do diecezji białoruskiej W. Skrypicyna w celu "podtrzymania biegu sprawy unickiej w teraźniejszej, ważnej dla niej sytuacji". Imperator zlecił Skrypicynowi winnych nadania biegu kompromitującej reżim "prośbie 111" odszukać i ukarać [14]. Tego też dnia ukazał się imperatorski dekret, który pod groźbą kary ograniczał przemieszczanie się rzymskokatolickiego duchowieństwa na terytorium guberni zachodnich i okazywanie przez niego posług religijnych dla unitów [15]. Carat bał się swego rodzaju tajnego misjonarstwa, które mogło wzburzać ludzkie zmysły. Zamknięto w ten sposób jeszcze jeden kanał możliwego wybuchu niezadowolenia ze "zjednoczenia".
Na kolejne posiedzenie Tajnego Komitetu, które odbyło się w Petersburgu 4 stycznia 1839 roku zostali zaproszeni generał-gubernatorowie: smoleński, witebski i mohylewski Djakow oraz wileński, grodzieński, białostocki i miński Dołgorukow. Obecni byli także szef żandarmerii generał Benckendorff , minister mienia państwowego P. Kisielow, minister spraw wewnętrznych D. Błudow oraz oberprokurator synodu Protasow. Zebrani przedyskutowali sporządzoną przez Tajny Komitet instrukcję, zawierającą "okresowo przekazane generał-gubernatorom nadzwyczajne prawa, przewyższające ich zwyczajną władzę" [16].
"Dla większego sukcesu powszechnego zjednoczenia unitów - wspominano w tej instrukcji - on [urząd - S. M.] uważa za konieczne przekazanie nadzwyczajnych pełnomocnictw do rozporządzenia przez głównych naczelników Zachodniego Kraju w celu uśmierzenia możliwych sprzeciwów". Aby zaś rzymskokatolickie duchowieństwo i szlachta, ze strony których spodziewano się pierwszego sprzeciwu, nie śmieli "ni jawnie, ni skrycie, kazaniami bądź naukami przeszkadzać obecnej przychylności unitów do zjednoczenia […], aby nigdzie, ani w miastach, ani w osadach nie objawiał się nawet najmniejszy brak pokory wobec władzy, a tym bardziej naruszenie spokoju społecznego". Zadanie takie postawione zostało przed generał-gubernatorami. Do rzeczywistego policyjnego dozoru nad mieszkańcami wsi zobowiązano samych panów i arendarzy, których należało uprzedzić o całej "odpowiedzialności, jakiej podlegają oni w wypadku jakichkolwiek zaburzeń i niepokojów w ich majątkach".
"Niezależnie od tych policyjnych środków - głosił punkt czwarty instrukcji - i przy tym bez żadnych opóźnień, generał-gubernatorzy, i zgodnie z ich decyzją naczelnicy guberni, […] obiorą […] odpowiednie punkty w miastach i osiedlach dla rozmieszczenia w nich wojska na postój. […] W celu wprowadzenia wojska do tych powiatów, gdzie jeszcze nie jest ono obecne i gdzie wystąpi taka potrzeba, generałgubernatorowie od razu zwrócą się do ministra wojny".
Duchowieństwu rzymskokatolickiemu "pod groźbą najsroższych kar" zabroniono odprawiać msze dla unitów i ganić wiarę prawosławną. Ograniczano przemieszczanie się duchowieństwa katolickiego w granicach zachodnich guberni. Duchowieństwo unickie, które nie podporządkowało się swej władzy, podlegało wydaleniu. Generał-gubernatorzy otrzymali prawo wysyłania takich osób duchownych do prawosławnych monasterów w głębi Rosji, a osoby "o mniejszym stopniu fanatyzmu" umieszczać pod dozór w monasterach położonych w guberniach południowych cesarstwa.
Generał-gubernatorowie otrzymali prawo do zdjęcia z posady horodniczych, przewodniczących szlachty z poszczególnych powiatów, urzędników ziemskich, podejrzanych "o udział w przeciwdziałaniu zamiarom rządu". Osoby świeckie i duchowne, które ośmieliłyby się "być nieprzychylne teraźniejszej przychylności greko-unitów do zjednoczenia", należało zsyłać do wielkoruskich guberni, niegraniczących z guberniami zachodnimi. W wypadku zbrojnego oporu należało "oddawać ich pod sąd wojenny". Ponadto generał-gubernatorów wyposażono w prawo wydalenia z majątków dziedziców i arendarzy w przypadku, gdy dopuszczą oni do jakichś zamieszek wśród swych chłopów lub też będą szkodzić sukcesowi całej sprawy. Ich majątki w takim wypadku miały być przekazane w zarząd państwowy. W sytuacji, kiedy "obecność takich posiadaczy w Kraju Zachodnim okaże się szkodliwa", należało ich deportować do rosyjskich guberni, niegraniczących z guberniami zachodnimi. O wszystkich swych środkach, zastosowanych wobec osób świeckich i duchownych, generał-gubernatorowie winni byli poinformować Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oraz Święty Synod [17].
Niedługo przed historycznym soborem, który powinien postawić ostatnią kropkę na historii Cerkwi unickiej w Carstwie Rosyjskim, z nakazu cara Mikołaja I do Połocka przybył radca oberprokuratora Świętego Synodu, kamerger Skrypicyn. Miał on "osobiste pełnomocnictwo co do spraw unickich", zawarte w tajnej zapisce-instrukcji z 6 stycznia 1839 roku, którą otrzymał od swego przełożonego. Instrukcja nakazywała mu "uważnie obserwować nastroje grecko-unickiego duchowieństwa, zwracać uwagę na przeciwdziałania, jakie mogą być spowodowane przez dziedziców i łacińskie duchowieństwo. […] Jeśli zauważony by został gdzieś początek niepokojów, przychylność do zamieszek, w trybie nagłym należy powiadomić o tym lokalnego gubernatora, jednocześnie podając to do wiadomości generał-gubernatora, z dodatkową informacją, kiedy będzie wiadomo, które osoby są ich głównymi inicjatorami i prowodyrami. […] Co tydzień informować mnie o wszystkim, co leży w waszych pełnomocnictwach, o waszej działalności, o osobach, które szczególnie odznaczają się kłopotliwością albo są zatwardziałe w uporze i nieprzychylności, a których dalsze przebywanie w tym kraju może być w obecnym czasie szkodliwe" [18].
Zgodnie z tą instrukcją w Czasznikach został aresztowany i przekazany do Połocka Jan Ignatowicz, organizator akcji protestacyjnej w Cerkowlanach. Aresztem kierował - odpowiednio do znaczenia "złoczyńcy" - znany bojownik z unią podpułkownik Agatonow. Buntownika, którego przebywanie na Białorusi zostało uznane za "szkodliwe zarówno z powodu jego nieprzychylności do prawosławia, jak i z powodu wpływu, jaki ma on na innych duchownych", 10 stycznia pod konwojem zawieziono do Smoleńska. W dalszą drogę ruszył Ignatowicz do monasteru Predceczeńskiego w Wiaźmie. Inny z organizatorów cerkowlańskiego wiecu i uchwalenia petycji do cara, Adam Tomkowid, schwytany został w Ikaźni w powiecie dzisneńskim i przekazany do Mińska. Stamtąd 26 stycznia wysłany został do Kurska. W ciągu dwóch tygodni został odstawiony na miejsce zsyłki [19]. Wywiezieni na odległość setek kilometrów od miejsca, gdzie szykowano ostatni akt unickiej tragedii, Jan Ignatowicz i Adam Tomowid nie stanowili już niebezpieczeństwa.
Skrypicyn kierował zakończeniem akcji w Połocku. Józef Siemaszko tymczasem wydawał z Petersburga rozporządzenia odnoszące się do nieposłusznych. W liście do konsystorza litewskiego z 9 stycznia 1839 roku obruszał się z powodu tego, że sześciu "nieprzychylnych" kapłanów kieruje jeszcze parafi ami. W związku z tym zalecał wysłanie ich do Żyrowic, a jeśli i tam nie uda się ich przekonać do porzucenia unii, to należy "zamienić ich na ludzi dających nadzieję" [20]. W dniu 13 stycznia Siemaszko wydał nie cierpiące zwłoki polecenie, by pod wojskowym konwojem wywieźć nieprawomyślnych jeromonachów Wiktora Bosackiego, Anakleta Danilewicza i Eliasza Andruszkiewicza - odpowiednio do eparchii kurskiej, orłowskiej i czernihowskiej. Wymienieni mnisi nie dostali żadnego czasu na spakowanie swoich rzeczy [21].
W celu rozprawienia się z cerkowlańskimi buntownikami w początkach lutego do Połocka przybył zgodnie z cesarskim rozkazem sam biskup litewski. Poszukiwano autora petycji, a także ludzi, którzy złożyli swe podpisy pod aktem upełnomocnienia delegacji do przekazania petycji carowi. Główną przyczynę "tak poważnego sprzeciwu duchowieństwa diecezji białoruskiej" Siemaszko upatrywał "w rozdrażnieniu, a nawet w rozsrożeniu, wywołanym w duchowieństwie w wyniku ciężkich następstw wcześniejszego systemu nacisku na unitów". Z takich nastrojów, stwierdzał Siemaszko, chciała skorzystać wroga sprawie polsko-katolicka partia. Zwolnienie połockiego biskupa Smaragda, białoruskiego generał-gubernatora, księcia Chowańskiego i witebskiego gubernatora Szredera, co uchodziło za efekt działania tej właśnie partii, wzmocniło autorytet jej głosów, jakoby przeobrażenia w Cerkwi unickiej dokonywane są przez jej duchownych przywódców i sprzeciwiają się zamiarom władcyimperatora.
Inną przyczynę negatywnego stanowiska duchownych do zjednoczenia z prawosławiem upatrywał Siemaszko w słabości władzy duchownej diecezji białoruskiej. "Niepokorni" księża, których wzywano do Połocka "dla pouczenia lub w celu wydalenia", pozostawali w swych parafi ach, nawet będąc z nich formalnie odsuniętymi, i to nie patrząc na pisemne rozporządzenie swych władz. Nie dziwne zatem, jak pisał Siemaszko w swym sprawozdaniu do oberprokuratora Synodu, że znalazło się 111 duchownych, którzy podpisali upoważnienie do przekazania petycji carowi wbrew stanowisku własnej władzy [22].
Jeden z nich, Zachary Markowski, jak donosił w liście z 4 lutego 1839 roku władyka Józef, "działał zdecydowanie i niemal odkrycie […] i dlatego został zwolniony jeszcze w minionym roku z parafi i w Czasznikach i ze stanowiska dziekana. Pius Perebiła został zwolniony za podobne postępowanie z parafi i św. Eliasza w Bieszankowicach i także pozbawiony stanowiska dziekana". Wraz z księdzem z cerkwi w Dworcach, Janem Toczyckim, "mają oni silny i szkodliwy wpływ na duchowieństwo". "Aby uspokoić miejscowe unickie duchowieństwo, a także by wykorzenić spośród niego ducha upartości i braku pokory", Siemaszko uważał za najlepsze wywiezienie wspomnianych trzech kapłanów do rosyjskich monasterów [23].
Rozprawiając się z opozycjonistami, biskup, jak sam zaznaczał, miał na celu trzy sprawy: 1) rozerwać więzi pomiędzy członkami "licznej części duchowieństwa, która sprzeciwiała się rozporządzeniom białoruskiej władzy diecezjalnej; 2) odnowić faktyczną władzę kierownictwa diecezji - "zniszczyć ducha swawoli i myśli o bezkarności" z jej strony; 3) "przybliżyć temuż kierownictwu sposoby wpływania na rozum tego duchowieństwa, które jeszcze nie zostało przekonane do Cerkwi prawosławnej" [24].
"Miniony tydzień - pisał w sprawozdaniu z 8 lutego Józef Siemaszko do oberprokuratora Synodu - poświęciłem na rozpatrzenie okoliczności sprawy, która została mi poruczona. Niestety, znacząca liczba duchowieństwa, zaangażowanego w ten sprzeciw […] nie pozwoliła mi na ograniczenie się tylko do kilku przykładów srogości. Okazało się konieczne uczynienie o wiele większego wrażenia, żeby rozbić szajkę, istniejącą już od jakiegoś czasu, ażeby usunąć w oddalone miejsca ludzi, którzy nią kierowali, żeby pozbawić ich możliwości kontaktów między sobą i z pozostałym duchowieństwem eparchii białoruskiej". Aby zaś odebrać napiętnowanym duchownym nadzieję opartą o wcześniejszą pasywność policji, zarządził on, by odesłać jak najszybciej będących w niełasce księży do wyznaczonych dla nich miejsc wygnania pod nadzorem policyjnym [25].
Do monasteru tryhorskiego wysłano "do czarnej roboty" Andrzeja Nikonowicza i Jana Łatto. Ich oddzielenie od unickich cerkwi powinno było pozbawić tych upartych kapłanów możliwości "szkodliwego wpływu" na pozostałe duchowieństwo. Do monasteru lubarskiego "pod dozór do czasu ostatecznej poprawy" odstawiono Tomasza Czabanowskiego i Grzegorza Eliaszewicza, do Żyrowic zaś - Ignacego Chruckiego. Piusa Perebiłę czasowo wysłano "do osobistego rozporządzenia" do monasteru orszańskiego, "pod nadzór przełożonego i policji". W ślad za nim, 21 lutego 1839 roku, wywieziono Jana Toczyckiego.
Siemaszko dążył do wysłania z białoruskiej eparchii 20 księży, którzy dali J. Ignatowiczowi i A. Tomkowidowi swe poparcie dla petycji do cara. Jedni zostali wysłani do eparchii litewskiej w celu objęcia posady wikarego "przy rozważnych przełożonych", drudzy zamykani byli w odległych monasterach unickich, rozmieszczonych wśród ludności prawosławnej, trzeci zaś wysyłani do monasterów w głębi Rosji.
Kierujący duchownym zakładem państwa Protasow usankcjonował te kary. W swym tajnym liście z 20 lutego pytał on orszańskiego biskupa Bazylego, "czy wszyscy oni naprawdę zostali wysłani do miejsc ich przeznaczenia" [26]? Urzędnicy w miejscach, gdzie bezpośrednio dokonywali aresztów i deportacji, pracowali nie tak operatywnie, jak by sobie tego życzył Synod. W dniu 3 marca "za zwłokę w wysyłaniu grecko-unickich księży Morawskiego i Stulczyńskiego" zwolniono z posady powiatowego prystawa oraz udzielono srogiej nagany członkom drysnieńskiego ziemskiego sądu [27].
Przeniesieni na diaków do eparchii litewskiej księża ze wschodniej Białorusi wiązali z misją Skrypicyna nadzieje na sprawiedliwość. Spodziewali się, że Skrypicyn zorientowawszy się we wszystkim, wyjaśni tę sprawę imperatorowi, a ten zadość uczyni ich żądaniu pozostania przy unii. Czekając na carską decyzjĘ, postanowili oni twardo stać przy swoim stanowisku. Poinformowali o swym nieuznawaniu obecnej władzy duchowej jako przynależnej do innej Cerkwi i wynikającego z tego faktu braku jego prawa do ich ukarania [28].
W wyniku podjętych działań pozbyto się inicjatorów cerkowlańskiego buntu. Ale na miejscu pozostało jeszcze wiele dziesiątek jego zwolenników, którzy według J. Siemaszki byli "wciągnięci w niego bardziej przez cudze intrygi, niż na własne żądanie, którzy jednakże jeszcze nie złożyli skruchy wobec swojej władzy". O losie 68 księży, którzy podpisali "bezprawne pełnomocnictwo" dla Ignatowicza i Tomkowida, Siemaszko postanowił 11 lutego. Oto, co zajmowało jego myśli w przeddzień postanowień historycznego soboru w Połocku! Zarządził on, by po kolei wzywać ich do konsystorza białoruskiego w celu rozpatrzenia ich spraw. Tych, którzy okażą skruchę, będzie można przywrócić na ich dawne miejsce. Tych zaś, którzy odmówią pokajania się, wraz z księżmi nie dającymi nadziei na zmianę swego stanowiska wobec prawosławia, poddać zakazowi. "A jeśli jacyś z duchownych okażą się zbędni lub szkodliwi dla eparchii białoruskiej", należy takich zamykać pod nadzorem w monasterze [29].
"Na pozostałe duchowieństwo o jeszcze niepewnym stosunku do prawosławia" radził on, by wpływać poprzez błagoczynnych, "obecnie już niemal wszystkich przekonanych do zjednoczenia". Proponował także wzywać ich do Połocka po dwóchtrzech w celu ich przekonania - "by znowu nie dać się zwołać licznej bandzie nieposłusznych". Tych, którzy odmówią zmiany wiary, Siemaszko proponował kolejno zastępować przez skłonnych przejść na prawosławie. Z czasem większość represjonowanych księży zostanie złamana i zmuszona do zgody na porzucenie unii i przyjęcie prawosławia. "Po zastosowaniu takich środków - pisał biskup - nie oczekuję żadnego sprzeciwu ze strony niepewnych jeszcze co do swej przychylności księży eparchii białoruskiej. […] Co do mnichów, to nie ma się co niepokoić, […] dlatego że pozbawiono ich niemalże jakiegokolwiek wpływu na lud unicki. Jedno, na co należy zwrócić uwagę, to […] próby przeciwstawiania parafi an księżom wyznaczonym na miejsce duchownych, którzy okazali się przeciwnymi zmianie wiary". Dziedziców - pouczał dalej Siemaszko - przez przywódców szlacheckich trzeba uprzedzić, że buntowanie włościan w ich własności będzie traktowane na ich własną odpowiedzialność.
Po tych wszystkich przedsięwziętych i planowanych do użycia środkach, litewski biskup konkludował tak: "nie znajduję żadnego powodu do powstrzymywania zamierzonego dołączenia unitów, a wręcz przeciwnie, liczę, że te stanowcze kroki będą sprzyjały ostatecznemu wyniszczeniu elementów sprzeciwu. Jedna tylko przestroga może być niezbędna, a mianowicie to, by nie oznajmiać teraz ofi cjalnego ukazu Świętego Synodu, […] aby wygrać czas […]" [30].
Wiele wysiłków podjęły władze świeckie i duchowne, aby uzyskać pożądane rozwiązanie. Według wspomnień N. W. Suszkowa, 3 lub 4 lutego został skierowany tajny list do wszystkich powiatowych przywódców szlacheckich. Zobowiązano ich w nim, by odwiedzili każdego dziedzica ze swego powiatu i osobiście poinformowali każdego o tym, że "sprawa unii została już rozstrzygnięta", i że odpowiadają oni za zachowanie spokoju w swych majątkach. W wypadku zaś jakichkolwiek niepokojów, jeśli nie będą ich mogli sami uśmierzyć, zostaną ukarani oddaniem majątku pod opiekę. Panom, jak pisał Suszkow, "taka zapowiedź przemówiła do rozsądku" [31].
Jest całkiem prawdopodobne, że cerkowlańska akcja protestu oraz autorytatywne oświadczenie Skrypicyna o tym, że Białoruś jest gotowa do likwidacji Cerkwi unickiej, a dłuższe zwlekanie może zniweczyć tak starannie przygotowaną sprawę, przyspieszyły decyzję ofi cjalnego Petersburga co do powszechnej konwersji unitów. Ostatni akt unickiej tragedii bezlitośnie się zbliżał. Trzeba przyznać, że przygotowano go bardzo starannie.
W celu ostatecznego naradzenia się, co do "powrotu unitów do Cerkwi prawosławnej", do Połocka przybyli także biskupi Bazyli Łużyński i Antoni Zubko. Przygotowany do wniesienia do monarchy imperatora akt [o włączeniu unitów do Rosyjskiej Cerkwi prawosławnej - S. M.] - jak donosił z Mińska szefowi żandarmerii Benckendorff owi major korpusu żandarmerii Łomaczewski - zostanie podpisany przez ważniejsze osoby duchowne w liczbie do 22. Do niego będzie dołączonych do 1800 podpisów unickich dziekanów i księży, którzy objawili żądanie przyjęcia wcześniejszych obrzędów Cerkwi prawosławnej, zmienionych przez czas i wpływy politycznych okoliczności" [32]. Wynika z tego, że planowano zademonstrować rządowi pełną, stuprocentową zgodność duchowieństwa w żądaniu porzucenia przezeń unii. Do ostatniej chwili spodziewano się osiągnąć taką liczbę zgadzających się. Jednakże trzecia część duchowieństwa takiej zgody nie udzieliła. To tłumaczy srogość dążeń tych, którzy do ostatniego dnia wyciągali od rozłączonych księży ich podpisy i karali tych spośród owych 111, którzy nie odżegnali się od swojego podpisu w obronie unii. Zarówno Skrypicyn, jak i Siemaszko odgrywali tu jedną z głównych ról.
W dniu 12 lutego 1839 roku zebrani na soborze trzej biskupi oraz 21 innych osób duchownych przyjęli Akt, w którym ogłoszono jedność z Rosyjską Cerkwią Prawosławną i zwracano się z prośbą do imperatora Mikołaja I o pomoc w szybszym włączeniu unitów do prawosławia. Do tego Aktu dołączono 1305 deklaracji-zobowiązań księży i mnichów.
Liczba deklaracji nie była wcale tożsama z liczbą tych, którzy wyrzekli się unii. Według G. Kiprianowicza w deklaracjach białoruskiego duchowieństwa (miał on na uwadze duchowieństwo eparchii białoruskiej) nie było szczerości. Podpisy rzadko dawane były szczerze i z własnej woli, najczęściej zaś pod wpływem strachu - bowiem biskup Łużyński uprzedzał ich, by nie liczyli oni na bezkarność - lub z wyrachowania. Jedni marzyli o tajnym podtrzymywaniu unii, inni chcieli przeczekać i zobaczyć, co przyniesie czas. Złożone deklaracje wymuszały większą ostrożność w przejawianiu swoich unickich sympatii [33].
Zauważyć przy tym należy, że swej zgody nie udzieliły 593 osoby, w tym 172 zakonników. Cerkiewny sobór w Połocku czeka jeszcze na swego niezaangażowanego ideologicznie białoruskiego badacza.
Już po soborze Skrypicyn prosił witebskiego, mohylewskiego i smoleńskiego generał-gubernatora o zesłanie z powiatu siennenskiego guberni witebskiej 14 księży, którzy we wrześniu przeszłego roku podpisali petycję do cara w obronie unii [34]. W dniu 25 lutego 1839 roku w Witebsku otrzymali oni odpowiedź przed samym wysłannikiem carskim. Obecny był zaproszony przez Skrypicyna pułkownik korpusu żandarmerii Kucyński. Oskarżeni o przeciwstawianie się carskiej woli, moralnie złamani i zastraszeni, bezbronni, księża ci dali pisemną obietnicę, że "zawsze będą poddani świętej woli monarchy i […] władzom". Tylko jeden z nich, Adam Rączewski, od takiego zobowiązania, a to znaczy, jak akcentowali wysoko postawieni śledczy, od pokory wobec władzy, wymówił się, "ujawniając ducha upartości i dzikiej swawoli". Zgodnie z rozporządzeniem Skrypicyna wywieziono go pod policyjnym nadzorem w konwoju do Połocka, do orszańskiego biskupa Wasyla [35]. Dalszy los księdza był do przewidzenia.
Po tym wszystkim Skrypicyn wyjechał do Mohylewa i Mińska, by tam dokończyć sprawy "zjednoczenia unitów". Ale konieczny był jego wyjazd z Połocka, kiedy zaczęła się nowa fala antyzjednoczeniowych zamieszek. "Złość wrogów […] nie śpi - konfi dencjonalnie powiadamiał oberprokuratora Synodu orszański biskup Bazyli Łużyński - ci miejscowi wrogowie podczas wyjazdu pana kamergera Skrypicyna […] rozpuścili pogłoski […] jakoby był on odwołany do Petersburga i już tu więcej nie wróci". Chłopi z wielu parafi i pod wpływem tych pogłosek odmówili oddania nowym, naznaczonym przez biskupa "posłusznym księżom" kluczy do swoich cerkwi. Niektórych z buntowników udało się uspokoić samemu biskupowi Wasylowi przy pomocy miejscowych 'posłusznych" dziedziców. W celu powstrzymania innych trzeba było zwrócić się o pomoc do generał-gubernatora Diakowa.
Wywołane odjazdem Skrypicyna pogłoski skłoniły niektórych księży, którzy złożyli swój podpis pod "petycją 111" do cara, do nowej uporczywości. Ci, którzy ukorzyli się przed kamergerem, obecnie znowu "mocno stanęli na swoim", stwierdzając, że wysłani księża wrócą do swoich parafi i nie później jak w maju-czerwcu. Jeden z nich, Ignacy Maliszewski, który "porzucił swój sprzeciw przed panem Skrypicynem", drwiąco prosił konsystorz o pośpiech w rozwiązaniu jego losu. Zsyłani do Kurska kapłani Kazaniewicz i Makowiecki, żegnając się ze swymi parafi anami, publicznie wzywali ich do opowiadania się za swoją wiarą i bojkotowania nowych księży. Zarzekali się, że szybko powrócą, pozostawszy unitami. Dziedzic Walerian Misiewicz także nawoływał swoich chłopów do bojkotu tych księży, którzy zmienili swa wiarę.
Wraz z powrotem Skrypicyna do Połocka wszystkie te "szkodliwe" pogłoski ucichły. Bazyli Łużyński informował wówczas oberprokuratora Synodu, że pobyt Skrypicyna "jako aktywnego i bezinteresownego działacza przyspieszy bieg sprawy odnośnie unii" w Połocku i "przy teraźniejszych warunkach jest konieczny" bo wtedy "i duchowieństwo staje się bardziej posłuszne" a parafi anie - pokorniejsi [36].
W dniu 26 lutego 1839 roku Siemaszko informował w liście do Mikołaja I o wykonaniu imperatorskiego polecenia: "Niemal wszyscy kapłani-inicjatorzy uczestniczący we wspomnianej intrydze lub przejawiający ducha oporu i buntu, zostali zwolnieni w oddalone miejsca" [37]. Wysłani setki kilometrów od miejsca, gdzie rozegrał się ostatni akt unickiej tragedii, nie stanowili już żadnego zagrożenia. Dzięki działalności samego Siemaszki oraz kręgu jego pomocników został zabezpieczony neutralny stosunek większości księży co do "zjednoczenia", niepokorni zaś spośród nich zostali pozbawieni możliwości sprzeciwu, zwalczano też niezadowolenie chłopów.
Kilka lat dążono "do podporządkowania swojej prawosławnej Cerkwi" mieszkańców miasteczka Uszacze w powiecie lepelskim. Przekonywały ich komisje, wpływał lepelski ziemski sprawnik oraz administracja majątku, przymuszała policja. Lecz oni twardo pozostawali przy swoich "błędach". Nawet osławiony podpułkownik Agatonow, "przy całej swojej staranności i dbałości o sprawy prawosławia" nie odniósł tu sukcesu. Mieszkańców miasteczka przestrzegano nawet przed publicznym zapytaniem, kto z nich jest unitą, a kto prawosławnym, "ponieważ może wśród nich powstać zaniepokojenie, a nawet i wątpliwości, jeżeliby chociaż jeden powiedział, że jest prawosławny". Miejscowy ksiądz parafi alny Jozafat Szawelski, który zmienił swą wiarę, stał się znienawidzony przez okoliczną szlachtę, unickich księży powiatu lepelskiego i swych parafi an. Pozostał jeden sposób - kolejno (tak lżej było ich złamać) wzywać mieszkańców do Połocka do grecko-rosyjskiego konsystorza w celu odbycia rozmów. Działanie takie rozpoczęło się w lutym 1839 roku. Zrozumiałe było, że sam nikt do Połocka nie pojechał. Dlatego też postanowiono wozić ich tam pod dozorem policyjnym. Jednakże mieszkańcy miasteczka początkowo uciekali przed policją, a potem zaczęli zbierać się w gromady i odbijać swych wziętych pod konwój współziomków [38]. Miejscowy dziedzic Sielawa, który był obwiniany "o brak przychylności do powrotu unitów", usprawiedliwiał się tym, że mieszkańców miasteczka wzywają do konsystorza i tam wojenny naczelnik powiatu "mocno ich bije i przymusza do prawosławia", dlatego też nie chcą oni jechać do Połocka [39].
W archiwum Synodu zachował się przechwycony przez policję prywatny list z 5 marca 1839 roku niejakiego Iwana z Połocka do studenta Akademii MedycznoChirurgicznej w Petersburgu G. Okołowicza. W liście tym wspominany jest Narbut, jeden z tych unickich księży, którzy podpisali petycję do cara. "Za to są oni postrzyżeni w diaków, pałamarów i dzwonników i zsyłani w najdalsze strony - powiadamiał autor listu o lokalnych nowinach. - Jest ich około stu osób. Nie wchodząc w szczegóły tej sprawy, co rząd zachce, to będzie: jest bizun, gdzie on świśnie tam i religia pryśnie" [40].
Akt Soboru Połockiego kilka miesięcy nie był upubliczniony. Władze obawiały się wybuchu buntu i czekały na nadejście dodatkowych sił wojskowych. "W wyniku sprzeciwu, gdzie by się to nie zdarzyło - zwracał się w styczniu 1839 roku do ministra wojny smoleński, witebski i mohylewski generał-gubernator - obecność jednej kompanii będzie dostateczna do przywiedzenia do posłuszeństwa upartych, dlatego też w przeciągu tego miesiąca, w przeciągu którego to zło może się wzmocnić, trzeba będzie do tego dzieła użyć o wiele większej liczby wojska".
Aby zdusić odruchy sprzeciwu imperator zarządził skierowanie na Białoruś 29. kozackiego pułku, który miał być dyslokowany z Finlandii nad Don. Pułk przybył na miejsce w połowie marca. Jego pododdziały zostały rozmieszczone w tych miejscowościach powiatów: połockiego, drysnieńskiego, siebieskiego i lepelskiego (gubernia witebska), wilejskiego, dzisneńskiego i borysowskiego (gubernia mińska) oraz sieneńskiego i mścisławskiego (gubernia mohylewska), w których spodziewano się otwartego sprzeciwu ludności [41]. Jednakże powszechne ogłoszenie postanowień Soboru przeszło spokojnie…
Według biskupa Antoniego Zubki "polscy panowie byli gotowi straszyć rosyjskich czynowników" tak, że wileński geberał-gubernator Dołgorukow zaproponował i jemu przysłanie do diecezji litewskiej wojska w związku z upowszechnieniem ukazu o zjednoczeniu. W rządzie panowała radość z tego, że zjednoczenie 1839 roku przeszło bez przelewu krwi. Dopiero po dziesięcioleciach ośmielono się "zaprosić do zjednoczenia" unitów z Królestwa Polskiego [42].
W dniu 25 marca według rozporządzenia Mikołaja I przyjęto postanowienie Synodu o przyłączeniu unitów do Cerkwi prawosławnej. Na "złączycieli" posypał się deszcz nagród. Sam Siemaszko został członkiem Synodu. Jednakże dekret ten był trzymany w tajemnicy.
Powszechne ogłoszenie Akt Soboru zaczęło się w początkach kwietnia. Przekazywano je do wiadomości przychylnym zjednoczeniu księżom, którzy kolejno byli wzywani do konsystorza. Przyznawana im pieniężna nagroda za zmianę wiary była zręczną okazją do ich wezwania do Żyrowic lub Połocka. Jednakże przeprowadzanie publicznych nabożeństw póki co było zabronione, by nie przyciągać uwagi do tej zmiany.
W połowie maja w głównych miastach Zachodniego Kraju, w ich najznamienitszych świątyniach, zaczęły się z okazji "zjednoczenia" uroczyste liturgie "likwidatorów" unii razem z wysokimi prawosławnymi hierarchami. Skrypicyn, który nie doczekawszy się pozwolenia z Petersburga, nakazał publicznie obwieścić dekret Synodu w cerkwi, otrzymał naganę od oberprokuratora wyższego urzędu duchownego imperium. Urząd ten nie chciał zbyt wcześnie upublicznić urzeczywistnienia tej sprawy, bo w tym momencie lud nie był całkowicie przekonany do prawosławia i mógł przyjąć "zjednoczenie" jako zdradę przez duchowieństwo wiary ojców [43].
W Petersburgu uznano za korzystne, aby Białoruś i Litwę odwiedził i w tych uroczystościach brał udział główny działacz "zjednoczenia" Józef Siemaszko. W dniu 1 czerwca był on już w Połocku, a 11 odprawiał liturgię w Mińsku. Potem przybył do Żyrowic. Dążono do nadania tym wydarzeniom jak największego znaczenia. Synodowi nie było obojętne wrażenie, jakie te uroczystości zrobią na ludzie. Wilno - najbardziej "niebezpieczny punkt", rezydencja rzymskokatolickiego biskupa, centrum unii - Józef Siemaszko ośmielił się odwiedzić dopiero w końcu sierpnia. W dniach 3 i 8 września odbyły się tu uroczystości - najpierw w "zjednoczonym" monasterze Świętej Trójcy, a potem w monasterze Świętego Ducha. Zaćmiły one "swą wspaniałością" wszystkie kiedyś przeprowadzone tu duchowne ceremonie Kościoła łacińskiego i unickiego i bardzo mocno oddziałały na ludzkie umysły. Obecna była wielka liczba szlachty i dzięki temu wiadomości o tej uroczystości rozeszły się bardzo szeroko. Te nabożeństwa, jak pisał I. Czistowicz, przekonały wszystkich, że zjednoczenie unitów z prawosławiem to sprawa w pełni zakończona. Wieńczyły one ośmioletnie dążenia do osiągnięcia celu "założonego" sobie przez imperatora. Synod wstąpił na tych ziemiach w swoje prawa… W dniu 1 października wydany został ukaz carski o upowszechnieniu postanowienia senatu z 23 czerwca o zjednoczeniu unitów [44].
Dzieje upowszechnienia postanowień Soboru znane są nam najpierw z informacji od samych "zjednoczycieli" oraz tych badaczy, którzy zostali zmobilizowani do wychwalenia tej akcji caratu. Historia ta to jeszcze jedna stronica naszej przeszłości, która póki co nie stała się obiektem specjalnych naukowych badań.
A w monasterach Ukrainy i Rosji pokutowali ci z unickich duchownych, którzy uchylili się od zmiany wiary. Według stanu z 23 czerwca 1839 roku w diecezji białoruskiej było 48 księży i 42 zakonników "opierających się zjednoczeniu" [45]. Cerkiewna katastrofa 1839 roku dla wielu ludzi okazała się katastrofą osobistą: przerwana kariera, złamany los. Setki przekonanych o prawdziwości swojej wiary białoruskich kapłanów, których autorytet podsycał opozycyjne nastroje wśród ludu, surowo zapłaciło za swój unicko-popowski patriotyzm, zapoznawszy się ze szczuciem, uciskiem, sądowym prześladowaniem, "pokutą" w monasterach i więziennym zniewoleniem, tułaniem się po świecie i zsyłką.
Likwidacja Cerkwi unickiej była rzekomo detonatorem wybuchu, jaki jednakże nie rozsadził państwa, ponieważ władza go uprzedziła. Kiedy już zdławiono powstanie szlacheckie, to z unickim duchowieństwem i wiernymi rozprawa była lżejsza. Zneutralizowano te wszystkie aktywne siły, które stały w obronie unii.
Cerkiew unicka nie była w stanie przeciwstawić się katastrofi e 1839 roku. Jednym pociągnięciem imperatorskiego pióra półtora miliona wiernych i około 1470 parafi i zostało włączonych w skład Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Zupełnie nie było przy tym potrzebne z ich strony jakiekolwiek żądanie zjednoczenia z panującym wyznaniem. Białoruś w swej historii jeszcze nie zaznała na tak wielką skalę jednoczesnej i radykalnej zmiany swej wyznaniowej mapy. Było to nie tylko zniszczenie jednej z instytucji religijnych, ale i wielki cywilizacyjny odwrót. Na białoruskim doświadczeniu duchowno-religijnej integracji Wschodu i Zachodu została postawiona ostateczna kropka. Naczelnik Świętego Synodu Protasow wydarzenie to określił z kolei jako: "Olbrzymie przedsięwzięcie, ważne zarówno w politycznym, jak i w religijnym znaczeniu, które zajmie lśniącą stronicę w latopisach imperium" [46].

Z języka białoruskiego przełożył Andrzej Gil

[1] Расійскі дзяржаўны гістарычны архіў, г. Санкт-Пецярбург (dalej - РДГА), Ф. 797, воп. 87, спр. 18, арк. 14-32; С. Марозава, Місія камергера Скрыпіцына, w: Історія релігій в Україні: Науковий щорічник, 2005, кн. 1, Львів 2005, s. 365-371.

[2] M. Radwan, Carat wobec kościoła greckokatolickiego w zaborze rosyjskim 1796-1839, Lublin 2004, s. 174.

[3] РДГА, Ф. 797, воп. 87, спр. 18, арк. 27v-28

[4] Tamże, арк. 21v, 31.

[5] РДГА, Ф. 797, воп. 7, спр. 23446, арк. 43v.

[6] Tamże, арк. 6v, 24.

[7] Дзяржаўны архіў Расійскай Федэрацыі, г. Масква (dalej - ДАРФ), Ф. 109, IV экспедыцыя, 1838 год, воп. 178, спр. 212, арк. 6v-21.

[8] Н. В. Сушков, Воспоминания о митрополите Литовском и Виленском Иосифе и об уничтожении унии в России, Москва 1869, s. 8.

[9] Дзяржаўны гістарычны архіў Літвы (dalej - ДГАЛ), Ф. 634, воп. 1, спр. 47, арк. 19, 28, 54, 72, 77, 79, 104.

[10] РДГА, Ф. 797, воп. 7, спр. 23442, арк. 1v; Пятидесятилетие (1389-1889 г.) возсоединения с православною церковию западно-русских униатов: Соборные деяния и торжественные служения в 1839 году, Санкт Петербургъ 1889, s. 52.

[11] РДГА, Ф. 797, воп. 7, спр. 23442, арк. 1v.

[12] РДГА, Ф. 797, воп. 7, спр. 23446, арк. 1-2v.

[13] ДГАЛ, Ф. 421, воп. 1, спр. 552, арк. 3v.

[14] РДГА, Ф. 797, воп. 7, спр. 23446, арк. 29-29v, 32.

[15] ДГАЛ, Ф. 378. 1839 год, палітычны аддзел, спр. 797, арк. 1-1v.

[16] РДГА, Ф. 797, воп. 87, спр. 22, арк. 1-1v.

[17] РДГА, Ф. 797, воп. 87, спр. 22, арк. 1v-7.

[18] Tamże, арк. 62-67.

[19] Tamże, арк. 78, 83, 125, 136, 137, 152.

[20] ДГАЛ, Ф. 605, воп. 2, спр. 2100, арк. 1.

[21] ДГАЛ, Ф. 605, воп. 1, спр. 3782, арк. 1, 10.

[22] РДГА, Ф. 797, воп. 87, спр. 22, арк. 138 б.

[23] Tamże, арк. 123-123v.

[24] Tamże, арк. 138 б.

[25] Tamże, арк. 121, 132-132v, 138 б.

[26] РДГА, Ф. 797, воп. 7, спр. 23446, арк. 124, 125, 131-132v, 138 б, 148v.

[27] Tamże, арк. 154.

[28] И. Чистович, Пятидесятилетие (1389-1889 г.) возсоединения с православною церковию западно-русских униатов, Санкт Петербургъ 1889, s. 56-57.

[29] РДГА, Ф. 797, воп. 87, спр. 22, арк. 123-123v.

[30] Tamże, арк. 138 б.

[31] Н. В. Сушков, Воспоминания, s. 10-11.

[32] ДАРФ, Ф. 109, IV экспедыцыя. 1839 год, воп. 179, спр. 58, арк. 6-6v.

[33] Г. Я. Киприанович, Последнее воссоединение с православной церковью униатов Белорусской епархии (1833-1839), Санкт Петербургъ 1910, s. 82-85.

[34] НГАБ, Ф. 1297, воп. 1, спр. 11116, арк. 19-21, 29v.

[35] ДАРФ, Ф. 109, IV экспедыцыя. 1839 год, воп. 179, спр. 96, арк. 1-2.

[36] РДГА, Ф. 797, воп. 9, спр. 25802, арк. 1-5.

[37] РДГА, Ф. 797, воп. 87, спр. 22, арк. 138 б v.

[38] РДГА, Ф. 797, воп. 7, спр. 23307, арк. 12.

[39] НГАБ, Ф. 1297, воп. 1, спр. 11261, арк. 1v-2

[40] ДАРФ, Ф. 109, ІV экспедыцыя, воп. 179, спр. 96, арк. 4-5; РДГА, Ф. 797, воп. 7, спр. 23442, арк. 10-10v.

[41] НГАБ, Ф. 1297, воп. 1, спр. 11116, арк. 5-6v, 8, 11v, 27, 29v, 53-53v.

[42] Три докладные записки бывшего архиепископа минского Антония Зубко графу М.Н.Муравьеву (1864 г.), Вільна 1901, s. 8-9.

[43] И. Чистович, Пятидесятилетие, s. 57.

[44] Tamże, s. 57; Пятидесятилетие (1839-1889 г.) возсоединения с православною церковию западно-русских униатов: Соборные деяния и торжественные служения в 1839 году, Санкт Петербургъ 1889, s. 18, 23.

[45] РДГА, Ф. 797, воп. 9, спр. 25696, арк. 1, 6, 7v.

[46] Нацыянальная бібліятэка Расіі, Аддзел рукапісаў, Ф. 690 "Сербіновіч К. С.", спр. 5, арк. 1.

 
Top
[Home] [Library] [Maps] [Collections] [Memoirs] [Genealogy] [Ziemia lidzka] [Наша Cлова] [Лідскі летапісец]
Web-master: Leon
© Pawet 1999-2009
PaWetCMS® by NOX