Вярнуцца: Населеныя пункты

Moje Sobotniki Мае Суботнікі


Аўтар: Niechwiadowicz Kazimierz,
Дадана: 20.05.2007,
Крыніца: Gawia. Poznań 2004.



Moim synom Janowi i Michałowi

Tym co zostali i tym co wyjechali.

Ich potomkom



...Ludzie tęsknią dzisiaj do ojczyzny a zamiast
niej przyznaje im się tylko państwa.
Ojczyzna jest organiczna, wrośnięta w przeszłość,
zawsze nieduża, grzejąca serce, bliska
jak własne ciało...

Czesław Miłosz
Laureat literackiej Nagrody Nobla w 1980 r.



Zdjęcie na okładce przedstawia uroczystość w dniu święta Matki Bożej Różańcowej. Sobotniki 01.10.1999 r.

Wszystkie zdjęcia i dokumenty pochodzą ze zbiorów autora, a fotografie współczesne zostały wykonane przez niego.


Wiersze urodzonej w Sobotnikach Ireny Hryncewicz pochodzą z tomików:

Dokąd idziesz? i Zeszyty wierszem cz. II



Wydanie drugie poszerzone


Wydano z okazji 100lecia poświęcenia kościoła pw. św. Władysława Węgierskiego

w Sobotnikach, 27.06.1904 - 27.06.2004



ISBN 8-920882-0-4

Copywright by GAWIA Kazimierz Niechwiadowicz

e-mail: sobotniki@poczta.onet.pl


Moim rodakom

Świat

tak wielki

a gdzieś

małe miasteczko

cicha uliczka

mała ojczyzna

i w liściach -

tęsknoty pieśń.

Nad żwawa rzeczką

zwaną Matruną

z wodą kryniczną

z lustrzanym dnem

przy mostku

chatka się przytuliła

chroniąc spokojny

dzieciństwa sen.

Wiosna po łakach

sypie kaczeńce

wierzby placzącej kołysze tren

wody rozlewa

jak okiem sięgnąc

szeroko, daleko - hen.

Szkarlatne wschody

malują pejzaż

z wieżą kościelną

mostem nad Gawja

z krakaniem wron.

W wielkim wszechświecie

mała ojczyzna

z bocianim gniazdem -

światlość za mgła.

Duchy pradziadów

strzegą tej ziemi

w aureoli czasu

ciszy i gwiazd.

Ziemi krzywdzonej

milczącej

cierpliwej jak głaz.


Irena Hryncewicz



Wstęp

Pracę moją poświęcam rodakom mieszkającym i pochodzącym z Sobotnik i sobotnickiej gminy. Ludziom starszym pamiętającym inne czasy, swoją młodość. Także tym, którzy nie znają historii ziemi rodzinnej. Jest ona napisana również ku pamięci osób, które już odeszły. Jedną z nich jest Regina Jarmolińska, która była dla mnie ciekawym i ważnym źródłem informacji o przedwojennych Sobotnikach. Przekazała mi też spory materiał zdjęciowy dotyczący naszego miasteczka. Druga osoba to Stanisław Sienkiewicz syn Jana. Przed wojną chodził z moim tatą do jednej klasy w sobotnickiej szkole. Po różnych poszukiwaniach zdobyłem adres Stasia i napisałem do niego list. Otrzymałem go z powrotem z adnotacją na kopercie, że adresat niedawno zmarł. W Polsce Staś poświęcił się opiece nad matką i jej siostrą, z którymi mieszkał w Szczecinku. Trzecią osobą jest Zosia Dubicka nauczycielka z Czechowców, z którą prowadziłem największą korespondencję. Nie poznałem jej osobiście, czego żałuję. Kiedy wysłałem jej moją pierwszą książkę, leżała już w ciężkim stanie w szpitalu.

Moje Sobotniki powstały z potrzeby serca. Kilka lat temu zacząłem bardziej interesować się miejscem, w którym się urodziłem. Rozpocząłem zbierać z różnych źródeł materiały dotyczące Sobotnik. Starałem się odnaleźć ludzkie ścieżki i ślady. Przywołać z pamięci ziemlaków wydarzenia, okruchy historii. Powiązać je razem niewidzialnymi nićmi w jeden ciąg wydarzeń. W pewnym momencie zapragnąłem stworzyć z nich całości i napisać książkę. Nie do szuflady jednak, ale by służyła w jakiś sposób innym. Czy choć trochę mi się to udało?

W książce tej ukazałem osobisty stosunek do ziemi rodzinnej. Z pewnością wielu z Was ma podobny, choć przeżywaliście czy przeżywacie na niej chwile dobre i złe. Zwracam się w tym miejscu do młodzieży z Sobotnik i gminy. Nie zapominajcie swojej małej ojczyzny. Choć dorosłe drogi życia powiodą Was może daleko od niej, wracajcie tak często jak możecie. I wspomagajcie ją w miarę możliwości.

Dziękuję wszystkim, którzy w rozmowach i korespondencji ze mną, przyczynili się do powstania tej książki. Nie patrzcie na nią jak na pracę historyczną czy też naukową, bo nią nie jest. Przepraszam za wszelkie błędy, nieścisłości oraz przeinaczenia. Dziękuję również koledze Szymonowi za pomoc w przygotowaniu mojej pracy do druku.

Kazimierz Niechwiadowicz



Historia

Sobotniki nad rzeką Gawią w przedwojennym powiecie lidzkim województwa nowogródzkiego. Odległe o 43 km na północny-wschód od Lidy, 7 km od obecnej granicy z Litwą. Według dawniejszych miar są położone 14 wiorst 1 od Dziewieniszek, 44 wiorsty od Oszmiany, 120 wiorsty od Wilna. Sobotniki jak mówiono przed II wojną światową, albo Subotniki. Jak właściwie powinno nazywać się nasze miasteczko? Nazwa w języku polskim czy białoruskim oznacza to samo. Słowo subotniki wpierw może się kojarzyć z masowymi czynami społecznymi w byłym ZSRR. Wykonywane one były w dzień przedświąteczny, zazwyczaj w sobotę. W liczbie pojedynczej subbotnik z języka rosyjskiego, to także członek żydowskiej sekty religijnej święcący sobotę (subbota). Nazwa ta oznacza więc także dzień wolny, dzień odpoczynku, święto. Rdzeń słowa sobotniki z końcówką y - soboty, to niskie podcienia otaczające drewniany kościół, pod którymi mogli się chować wierni i pielgrzymi podczas niepogody.

(29KB) cover.jpg

W gospodarstwie Bohuszewiczów zwanych Winniki, co roku paliła się stodoła od uderzenia pioruna podczas burzy. Podobno miejsce, na którym stała a nie powinna, było fragmentem cmentarza żydowskiego. Sobotniccy Żydzi kupili kawałek ziemi od rodziny Raksów mieszkających kiedyś na ulicy Wileńskiej, w celu założenia miejsca pochówku. Rozpoczęto grzebanie pierwszych zmarłych, stawiano macewy-nagrobne kamienie. Z jakiś powodów ludzie w Sobotnikach przeciwko temu wystąpili. Zaniechano pogrzebów a macewy rozebrano na podmurówki domów. Teren byłego cmentarza został przyłączony do pobliskich gospodarstw. Czyżby więc od sekty Subbotniki wzięła się nazwa naszego miasteczka? Nie, gdyż pojawienie się tego odłamu judaizmu to wiek XIX. W tym wieku także pierwsi Żydzi osiedlili się na naszej ziemi, a nazwa Sobotniki istniała dużo wcześniej.

Z jej powstaniem związane są dwie legendy. Jedna z nich nawiązuje do uwalniania chłopów od pracy w soboty na rzecz dawnych dziedziców tej ziemi. Mogli oni w tym dniu obrabiać rolę, na której mieszkali. Drugą legendę czytał przed wojną Jan Sienkiewicz. Dawno temu przez tereny, na których leżą Sobotniki, przewożony był obraz z Matką Boską. Gdy dotarł do naszej miejscowości zmęczone konie za nic nie chciały iść dalej i podróżni zmuszeni byli odpocząć. A że była akurat sobota, miejsce to nazwano Sobotniki. Nasze miasteczko nazywało się wtedy Stare Gieranony w odróżnieniu od pobliskich Gieranon nazwanych Murowanymi. Możliwe, że aby uniknąć pomyłek i pytań o które Gieranony chodzi, wspomniana wyżej legenda była okazją do wprowadzenia nowej, wyraźnie innej nazwy. Święty obraz pozostał i jest to Matka Boska Łaskawa ze starego kościoła, która wisi w lewej nawie naszej świątyni.

Pisana historia naszego miasteczka sięga XV wieku. Która z nazw była pierwsza, Sobotniki czy Subotniki? Przed wojną funkcjonowała Sobotniki, chociaż na wojskowej mapie topograficznej w skali 1:100 z 1923 roku widnieją Subotniki. Są też one na mapie Polski z 1770 roku autorstwa Włocha Bartolomeo Folina. Jednak namapie Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego z 1613 roku, której autorem był sztycharz 2 i kartograf Tomasz Makowski, jest nazwa Sobotniki. Obydwie nazwy z pewnością można stosować wymiennie nie popełniając błędu. Ja w mojej książce będę używał Sobotniki.

Przed II wojną światową Sobotniki były siedzibą gminy i chociaż nie posiadały praw miejskich, to mieszkańcy nazywali je miasteczkiem. Znajdowały się w nich: kościół parafialny, szpital, apteka, szkoła siedmioklasowa, młyn, piekarnia, bożnica, poczta, posterunek policji, wiejska spółdzielnia, sklepy, warsztaty rzemieślnicze. Miasteczko zamieszkiwała ludność polska, kilkanaście rodzin żydowskich i kilka przyznających się do narodowości białoruskiej. Obecnie Sobotniki też są gminą, należą do powiatu iwiejskiego województwa grodzieńskiego i znajdują się na terytorium państwa białoruskiego.

Trudno jest określić początek osadnictwa na naszym terenie. W 1983 roku Zenon Poźniak zapoczątkował wykopaliska w powiecie iwiejskim. W rodzinnych Sobotnikach znalazł ślady wskazujące, że miejsce to było zamieszkane już w XIV wieku. Znaleziono przedmioty z końca tego okresu po początek wieku XVIII. Wśród nich były: solidy3 Króla Zygmunta III Wazy4 i króla Jana Kazimierza5, kolorowa wypalana i nie wypalana ceramika, różnego rodzaju wypalane kolorowe kafle, noże, gwoździe, emaliowane i malowane naczynia miejscowego wyrobu, makutry, oraz inne przedmioty użytkowe. Znaleziono także ceramikę pochodzenia polskiego i reńskiego wykonaną z białej gliny, której nasza ziemia nie rodzi.

Prace prowadzono na kilku stanowiskach archeologicznych. Jedno z końca XV wieku było na prawym brzegu rzeczki Matruny w okolicy kościoła, a trzy kolejne za Gawią. Pierwsze z nich znajdowało się między cmentarzem, a rzeką w dolinie starego jej koryta, które prawdopodobnie biegło przez uroczysko6 Sinie Oko. Drugie 500 metrów na północ od pierwszego, zajmowało wysokie płaskie wzniesienie i pagórek koło starego koryta Gawii. Obydwa datowane są od XIV do XVI wieku. Trzecie stanowisko znajdowało się na wysokim brzegu starego koryta Gawii na wysokości Siniego Oka, datowane na koniec XIV wieku do początku XVII. Istnieje przypuszczenie, że właśnie w tym miejscu znajdowała się osada, która dała początek Sobotnikom.

W podziale administracyjnym Królestwa Polskiego największą jednostką było województwo, które dzieliło się na powiaty. Za czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, czyli po unii z Litwą, Sobotniki należały do powiatu oszmiańskiego województwa wileńskiego, utworzonego w 1413 roku po Unii Horodelskiej7. Cztery inne powiaty tego województwa to były: wileński, lidzki, wiłkomierski i brasławski. Powiat oszmiański był największym i historia przeznaczyła mu szczególną rolę. Rozciągał się on kiedyś od Wilna po Mińsk, od krainy jezior brasławskich po Niemen i ziemię nowogródzką.

Oszmiańszczyzna leżała na pograniczu dwóch odmiennych światów, które ścierały się na niej przez wieki. Jeden z nich nadszedł od strony Litwy a drugi Rusi. Granica między nimi leżała na zachód od Lebiedziewa i Wołożyna. W drugiej połowie XIII i XIV wieku nastąpiło skrzyżowanie się tych prądów. Jego widownią były tereny od ziemi świrskiej przez krewską do gieranonskiej. W wyniku zetknięcia się różnych kultur, nastąpiły trwałe ślady w strukturze społeczno - narodowościowej ludności tych ziem. Kolonizując nowe obszary ziemi Litwini z jednej strony obsadzali je drobnym rycerstwem, z drugiej zaś Wielki Książę hojnie obdarowywał bojarów z bliskiego otoczenia dużymi, dziewiczymi obszarami. W ten sposób na terenie zachodniej Oszmianszczyzny powstały liczne osiedla drobnej szlachty, głównie w gminach solskiej, polańskiej, holszańskiej, dziewieniskiej, trabskiej i trokielkskiej. We wschodniej części powiatu powstały latyfundia8 wielkich i znakomitych rodów litewskich.

Ludność polska na tych terenach pojawiła się jeszcze za Litwy pogańskiej. Państwo to było słabo zaludnione, miało charakter myśliwski i wojowniczy. Po kolejnych zdobyczach terytorialnych potrzebowało ludzi, którzy zasiedliliby pustkowia i wprowadzili na nie kulturę rolniczą. W tym celu Litwini skierowali swoje kroki w stronę Polski. W kilku wyprawach dokonanych w latach 1277, 1294, 1323 i 1376 uprowadzili dziesiątki tysięcy jeńców, jakimi obsadzali nowe tereny. Kolejna wielka fala ludności z Polski na tereny Wielkiego Księstwa zaczęła napływać od początku XVI wieku, kiedy Polskę i Litwę połączył jeden organizm państwowy. Dzięki niej liczba mieszkańców Litwy wzrosła kilkakrotnie osiągając pod koniec XVIII wieku 8 milionów, podczas gdy Korony9 liczyła 6 milionów. Kolonizacja wschodnich terytoriów została zahamowana w XIX wieku głównie wskutek rozbiorów Polski. Cechą charakterystyczną osadnictwa polskiego było między innymi wybieranie terenów o znacznej przewadze ziem uprawnych nad nieużytkami, unikaniu terenów błotnych i wilgotnych.

Jeżeli chodzi o ludność białoruską to według najnowszych badań, wykształciła się ona wskutek kontaktów bałto-słowiańskich. Terytorium, które później stało się podstawą Wielkiego Księstwa Litewskiego, zaludniały stopniowo różne plemiona słowiańskie. Na to podłoże nałożyły się etniczno - kulturowe pierwiastki wytworzone przez plemiona bałtyckie, jakie przyszły podczas podbojów tych ziem. Proces formowania się narodu białoruskiego rozpoczął się w VI wieku i trwał do pierwszych dziesięcioleci XX wieku. W połowie wieku XIII był on zbieżny z funkcjonowaniem Wielkiego Księstwa Litewskiego jako organizacji państwowej. W okresie od połowy XIII wieku po połowę wieku XVI ustaliły się podstawowe cechy narodu białoruskiego i granice jego terytorium etnicznego, które przetrwały do naszych czasów. Był to czas świetności Wielkiego Księstwa Litewskiego, którego organizacja została zbudowana na kształtującym się etnicznym podłożu białoruskim. Struktury księstwa sprzyjały rozwojowi i utrwalaniu elementów białoruskich, dzięki czemu w tym okresie mógł aktywnie tworzyć się ów naród.

Starcie się i walka z idącym od wschodu światem ruskim, zagrożenie jakie on powodował sprawiły, że w społeczeństwie tych terenów wykształciły się pierwiastki, dzięki którym mogło one z sukcesem stawiać czoło nieprzyjacielowi. Powiat oszmiański był wśród tych, które dawały najwięcej konnego i dzielnego żołnierza na potrzeby wojenne. Choć samodzielna i potężna niegdyś Litwa podbiła Ruś, to stanowiła nadal ona duże zagrożenie, gdyż przewyższała Wielkie Księstwo kulturą zrodzoną z cesarstwa bizantyjskiego. Powodowało to przechodzenie znacznej części panów litewskich i białoruskich na prawosławie. W dalszej konsekwencji mogło nastąpić rozpłynięcie się społeczeństwa litewskiego w ruskim, utraty terytorialnych zdobyczy na rzecz Rusi Moskiewskiej. Wielkie niebezpieczeństwo dla Litwy istniało także ze strony ekspansywnego Zakonu Krzyżackiego10.

W tej sytuacji Wielki Książę Litewski Jagiełło w zamian za rękę królewny Jadwigi i tron polski, zobowiązał się do zawarcia unii Litwy z Polską. Ta pierwsza unia została zawarta w 1385 roku w Krewie. Dzięki niej między innymi zahamowany został proces opanowywania Litwy przez Ruś, a także przywróciła ona jej mieszkańcom główne miejsce w państwie. Unia z Polską, chrzest Litwy w obrządku rzymsko - katolickim, mądra polityka jej władców, zadecydowały o przynależności tego państwa do cywilizacji zachodniej. Płynęła ona z Polski kilkoma potężnymi strumieniami, z których najważniejszymi były: kościół katolicki, polskie prawo państwowe i prywatne, miejskie prawo magdeburskie.

Cywilizacja zachodnia mocno zapuściła korzenie na ziemi oszmiańskiej, przygotowując ją do misji krzewienia i szerzenia kultury zachodniej na prawosławno-ruskim wschodzie. O ważności roli jaką wyznaczyła jej historia, świadczą liczne akty fundacyjne powstających kościołów. W 1387 roku powstają świątynie w Oszmianie i Krewie, w 1410 w Trabach, w 1411 w Gieranonach, w 1424 w Wiszniewie, w 1443 w Hruzdowie, w 1446 w Zabrzeziu, w 1443 w Hordziłowie, w 1447 w Nalibokach, w 1474 w Dziewieniszkach, w 1489 w Łosku i dalej na początku XVI wieku w Holszanach i Graużyszkach, w 1503 w Smorgoniach, w 1510 w Lipniszkach i około 1545 w naszych Sobotnikach. W 1505 roku powstaje klasztor misyjny franciszkanów w Starej Oszmianie.

Na równi z dekretem królewskim o chrzcie Litwy z 22 lutego 1387 roku, należy postawić przywilej z 20 lutego tego samego roku, który mówiąc współczesnymi słowami był pierwszą deklaracją praw człowieka w tym państwie. Litewska szlachta katolicka, otrzymała prawo decydowania o sobie i swojej własności, dziedziczenia ziemi, prawo sądu obywatelskiego, uwolnienie od osobistych posług na rzecz księcia. Prawa te potwierdziła Unia Horodelska zrównując bojarstwo litewskie ze szlachtą polską.

Dzięki wprowadzeniu polskiego prawa politycznego, Litwa upodobniała się stopniowo do ustroju państw zachodnioeuropejskich. Przywileje rozszerzały się na coraz większy krąg społeczeństwa, niosąc mu polepszenie materialnego bytu i wyzwolenie spod ucisku możnowładców litewskich. Wprowadzenie miejskiego prawa magdeburskiego pozwoliło nie tylko w sposób przejrzysty i praktyczny lokować nowe miasta, ale przyczyniło się dzięki podróżom i kontaktom kupieckim do krzewienia kultury polskiej i zachodniej. Jedność obydwu państw przypieczętowała Unia Lubelska uchwalona 28 czerwca 1569 roku, która stworzyła podstawy prawne dalszego rozwoju stosunków polsko-litewskich na ponad 200 lat w Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Powyższe czynniki, oraz polsko-litewski sojusz w ciągłych bojach z Moskwą sprawiły, że liczne rzesze szlachty litewskiej i białoruskiej chętnie garnęły się do polskiej kultury. Szlachta litewska i białoruska polonizowały się. Jednak nie następowało to głównie za przyczyną unii czy rozszerzającego się katolicyzmu, lecz przede wszystkim dzięki reformacji religijnej11. Ulegały jej możne rody i bogatsze warstwy społeczeństwa. Nauczycielami i kaznodziejami nowego prądu religijnego byli przeważnie Polacy. W czasie reformacji nastąpiło wielkie ożywienie umysłowe, w czym przodowała ziemia oszmiańska. To w drukarni w Łosku w 1574 roku wyszedł po polsku Nowy Testament w przekładzie Szymona Budnego12, a w 1577 roku księgi O poprawie Rzeczypospolitej Andrzeja Frycza Modrzewskiego13. Budny w swojej działalności zwracał się także do ludu białoruskiego, wydając dla niego w roku 1562 w Nieświeżu pierwsze książki w języku starobiałoruskim. Stopniowo przebiegała asymilacja etnicznie różnych elementów litewskiego i białoruskiego z polskim. To połączenie dokonywało się na podłożu kultury zachodniej i stworzyło nowy, oryginalny typ mieszkańca tych ziem o specyficznym, litewskim w znaczeniu historycznym zabarwieniu. Był to gorący patriota i obrońca Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Jak wspomniałem wyżej, Wielki Książę Witold obdarowywał bojarów z najbliższego otoczenia dużymi obszarami ziemi. W ten sposób znaczący ród Monwidów (Moniwidów) stał się w 1407 roku posiadaczem sporej części oszmiańszczyzny w tym Gieranon. Nieco wcześniej w ich władaniu znalazły się Sobotniki, gdzie postawili niewielki drewniany zamek. Ziemię oszmiańską często najeżdżali Krzyżacy jak na przykład w 1402 roku, kiedy to zapuścili się w okolice Oszmiany i Solecznik. Pewnego razu próbowali też zdobyć Sobotniki, ale bez powodzenia. Udało im się to dopiero, kiedy Monwidowie ściągnęli posiłki w tym część drużyny z Sobotnik na pomoc oblężonemu Krewu. Krzyżacy wrócili i zdobyli zamek. Nie został on odbudowany a Monwidowie postawili nowy, murowany w Gieranonach. Stąd też zapewne nazwa Murowane Gieranony w odróżnieniu od Starych Gieranon, czyli Sobotnik. W Sobotnikach zaś wybudowano domy dla wdów po rycerzach, które powtórnie wyszły za mąż.

Znaczną cześć oszmiańszczyzny posiadali książęta holszańscy, we władaniu których były również Traby. Sobotniki pod koniec XV wieku należały do starostwa14 trabskiego, zajmującego bardzo duży obszar ziemi. Na północy sięgało ono po Holszany i Dorże, na wschodzie prawie do Bakszt i rzeki Berezyny płynącej urokliwymi załomami w lesistych bagnach wiszniewskich. Na południu graniczyło ze starostwem dudzkim a na zachodzie sięgało po Surwiliszki, Sobotniki będące już wtedy własnością Radziwiłłów, małą królewszczyznę15 Jakuń oraz Iwie. Następnymi właścicielami większości tych ziem byli Kiszkowie, ród magnacki znaczniejszy wówczas od Radziwiłłów. Posiadali oni w swoim władaniu między innymi Nieśwież, Ołykę, Iwie, Łosk, Zabrzeź i Lubcz. Większość tych miejscowości wniosła w posagu Janowi Radziwiłłowi Brodatemu Anna Kiszkówna w 1524 roku. Od tego mniej więcej czasu zaczęło wzrastać znaczenie Radziwiłłow a gasnąć Kiszków.

Sobotniki z rąk Monwidów do Radziwilłów przeszły dzięki powiązaniom małżeńskim. Wniosła je w posagu Zofia Monwid, która poślubiła Mikołaja Radziwilła zwanego Starym. W roku 1492 zapisała Sobotniki oraz Żuprany bratanicy swojej Elżbiecie Monwidównie, córce Wojciecha Monwida. Po śmierci w 1565 roku męża Elżbiety Mikołaja Radziwiłła Czarnego, Sobotniki wraz z Lebiedziewem i Łazdunami przeszły w ręce Albrychta Radziwiłła, pierwszego ordynata16 na Klecku. Powrócił on do wiary katolickiej i został nazwany Justynianem17 litewskim, gdyż przyczynił się do ustanowienia w 1578 roku Trybunału Wielkiego Księstwa Litewskiego. Był to najwyższy szlachecki sąd apelacyjny na Litwie. Albrycht w roku 1573 odnowił przez fundację sobotnicką świątynię pod wezwaniem św. Jerzego, która w czasie reformacji zamieniona była w kalwiński zbór, czyli kościół. Świątynia wskutek przemian religijno-społecznych, jakie przyniosła reformacja nie miała pasterza. Albrycht Radziwiłł skierował do niej księdza Wysockiego i zwiększył fundację. Kościół otrzymał 20 włók18 ziemi, trzy ogrody, trzy karczmy w miasteczku, dziesiątą kopę wszelkiego zboża dworskiego19, daninę z każdej ornej włóki poddanych i wolne mlewo w młynach. Należała też do niego altarja20 Dowgiałowszczyzna za rzeką Łyntupką fundacji Rafała Dowgiałły.

27 lipca 1669 roku zatrzymał się w Sobotnikach na odpoczynek w drodze do Mińska Jan Antoni Chrapowicki, zaznaczając to w swoich pamiętnikach. Autor był podkomorzym21 smoleńskim i komisarzem do rokowań z Moskwą. Był także jednym z autorów rozejmu andruszowskiego, bardzo ważnego w stosunkach polsko - rosyjskich. Został on zawarty w 1667 roku w Andruszowie koło Smoleńska i zakończył wojnę rozpoczętą w 1654 roku. W jego wyniku Rosja miała otrzymać na dwa lata ziemię smoleńską i Kijów. W rzeczywistości zatrzymała je na stałe.

Około roku 1681 wybudowano w Sobotnikach nowy, drewniany kościół na miejscu pierwszego. W zamian za 85 złotych polskich22 wypłacanych ze dworu co roku, od 1687 roku odprawiano 35 mszy rocznie za duszę Izabeli Radziwiłłowej. Natomiast za zapis 5000 złotych polskich za Jadwigę Hewlową, a za fundatorów co tydzień była msza czytana ad altare B. V. Mariae Miraculosae23. Kościół miał filię w Łazdunach, dokąd pleban sobotnicki jeździł co trzecią niedzielę.

Na sąd Boży pozywam - pisał Radziwiłł, aby żaden tej fundacji mojej nie śmiał ruszyć, bo inaczej gniewu i sądu Bożego, straszliwego i surowego nie ujdzie. Sobotniki były przez cały wiek w posiadaniu kleckiej linii Radziwiłłów. Kolejno w prostej linii po mieczu: Albrychta, Jana Albrychta, Michała Karola i Stanisława Kazimierza. Ten ostatni umarł bezdzietnie w 1690 roku i wszystkie jego dobra przeszły na kanclerza24 Dominika z linii nieświeskiej. On z kolei zrzekł się majętności na rzecz brata swojego Michała Kazimierza, kasztelana25 wileńskiego, ordynata na Nieświeżu i Ołyce. W 1712 roku Sobotniki zostały oddane w zastaw dominikanom nieświeskim.

W pierwszych latach XVIII wieku rozpoczął się ostatni etap tak zwanych wojen północnych między Polską a Szwecją, który zakończył się w 1721 roku. Wspominam tu o nim, gdyż Szwedzi zajmowali wówczas znaczne tereny dzisiejszej Litwy i Białorusi. Wojska szwedzkie na czele z królem Karolem XII z trzech stron ruszyły na teren Wielkiego Księstwa Litewskiego. Grupa królewska przez Nowy Dwór, Grodno, Kulbaki, Lidę, Lipniszki, Sobotniki, Holszany dotarła 8 lutego 1708 roku do Smorgoń. Prawdopodobnie w naszym miasteczku przez pewien czas obozowali szwedzcy żołnierze. Ślady ich bytności znalazłem niedaleko Sobotnik w nazwie Uroczysko Szwedzka Grobla, znajdujące się w pobliżu drogi z Dziewieniszek do wioski Utkany.

W 1735 roku Sobotniki stały się centrum parafii, która liczyła 125 dymów, przy kościele zbudowano plebanię. Do parafii należała także Gawia-Sulikowszczyzna, obecnie wieś i stacja kolejowa na linii Lida - Mołodeczno. W 1747 roku Sobotniki wykupił Michał Radziwiłł zwany Rybeńko i oddał w zastaw za 68153 złotych polskich Jerzemu Abramowiczowi, pisarzowi grodzkiemu wileńskiemu. W piętnaście lat później syn księcia Rybeńki książę Karol Stanisław zwany Panie Kochanku, podniósł sumę zastawną do 90653 złotych polskich. W obrębie Sobotnik znajdowały się wówczas: kościół wraz z tym co do niego należało, miasteczko (73 dymy), oraz wsie: Dobrowlany, Romany, Tarucie, Zalesie, Narbuty, Dowtany, Rybaki, Juchnowszczyzna, Borowiki, Łyntup, Ślusarze, Kudejsze i Koniuchy. Ogółem 193 dymy.

Od roku 1747 do 1805 Sobotniki były w zastawie u Jerzego Abramowicza z Wornian, które jeszcze w połowie XVII wieku nazywano Kossakowszczyzną lub Sylwestrowszczyzną. Abramowicz był podwojewodzim wileńskim, podczaszym26 wileńskim, starostą27 hubskim i starodubowskim. Właśnie w Sobotnikach poinformował on księcia Karola Radziwiłła o śmierci jego ojca Michała Kazimierza. W 1755 roku kościół sobotnicki był restaurowany a około roku 1774 Jerzy Abramowicz wybudował tu nową drewnianą świątynię.

Okres rozbiorów Polski. Ważne dla naszego narodu wydarzenia, jakie się wówczas działy omijały bokiem lub ledwie zahaczały o nasze gminę i miasteczko. Może nasi ziemlacy brali w nich udział tylko niewiele o tym wiemy? Pierwszy rozbiór Polski nastąpił w 1772 roku i brały w nim udział Rosja, Austria i Prusy. Polska utraciła 211 tys. km2 powierzchni kraju w tym na rzecz Rosji Inflanty Polskie28, część Białorusi (ziemie na wschód od Dźwiny i Dniepru) i 4,53 mln mieszkańców.

W latach 1788 - 1792, podczas obrad Sejmu Wielkiego zwanego także Czteroletnim, zatwierdzono ważne dla poprawy bytu państwowego i społecznego reformy:

a) wojskową - reorganizacja armii i zwiększenie jej stanu do 100000 żołnierzy

b) skarbową - obłożenie dóbr szlacheckich podatkiem w wysokości 10% i przeznaczenie go na potrzeby wojska, na dobra duchowne nałożono 20% podatku

c) praw miejskich - mieszczanie otrzymali prawo nabywania dóbr ziemskich, sprawowania urzędów, nietykalność osobistą, a miasta królewskie otrzymały prawo wysyłania swych przedstawicieli na obrady sejmu

d) zreformowano system parlamentarny i sadownictwo

Najważniejszym jedna aktem obrad sejmu, było uchwalenie Ustawy Rządowej 3 Maja, nazwanej

Konstytucją 3 Maja od dnia jej uchwalenia w 1791 roku. Była to pierwsza w Europie nowoczesna ustawa zasadnicza (konstytucja), a druga w świecie po amerykańskiej uchwalonej w 1787 roku. Konstytucja wprowadziła w Rzeczpospolitej monarchię parlamentarną. Zniosła zasadę wyboru króla, zmniejszyła rolę senatu a tym samym magnaterii, wzmocniła władzę wykonawczą i wprowadziła odpowiedzialność rządu przed sejmem. Zlikwidowała różnice między Koroną a Litwą przez ustanowienie wspólnego wojska, skarbu i rządu. Rozszerzyła prawa mieszczan a chłopom zapowiedziała ochronę ich praw. Gwarantowała dotychczasowe przywileje szlacheckie i tolerancje religijną. Te postępowe zapędy Polaków nie spodobały się politycznym planom carycy Katarzyny II, która przy pomocy swoich wojsk i sprzymierzonych z nimi zdrajców Polski, obaliła zwolenników konstytucji. Wśród kilku bitew, jakie się odbyły między wojskami Rzeczypospolitej a rosyjskimi, wymienię zwycięską dla nas bitwę pod Zieleńcami na Zachodniej Ukrainie w dniu 18 kwietnia 1792 roku. Z tej okazji został ustanowiony order Virtutu Militari29.

W styczniu 1793 roku Rosja i Prusy dokonały II rozbioru Polski. Rzeczpospolita utraciła 308 tys. km2 powierzchni kraju (dla Rosji przypadły wschodnia Białoruś, Ukraina i Podole) i 4,2 mln mieszkańców.

Już jednak w rok później wybuchło Powstanie Kościuszkowskie, Insurekcja Kościuszkowska. Akt Powstania ogłosił Tadeusz Kościuszko30 dnia 24 marca 1794 roku na Rynku w Krakowie. Miesiąc później z 22 na 23 kwietnia wybuchła insurekcja na Litwie a jej pierwszym dowódcą został Jakub Jasiński31. W Lidzie zostały ulokowane główne magazyny powstańców a pomocniczy w Gawii. Także w Lidzie utworzono punkt werbunkowy, do którego zgłaszali się ochotnicy wcielani do oddziałów jazdy i kosynierów. Może też i chłopi z naszych okolic stawiali kosy na sztorc nie tylko dla narodowej sprawy, ale i w nadziei poprawienia swojego losu?

Do walki z oddziałami rosyjskimi doszło między innymi w pobliżu Lipniszek. Początkowe niepowodzenie w tej bitwie słabszych oddziałów powstańczych uratowała kawaleria generała Antoniego Chlewińskiego. Wojska powstańcze potykały się z rosyjskimi na Litwie kilkukrotnie z różnym skutkiem. Walczyły pod Borunami, Wiszniewem, Iwieńcem, Sołami, Mikołajewem, Bielicą, broniły zajętego Wilna. Nieudolnie dowodzone przez następców Jasińskiego, powstańcze oddziały zmuszone były w końcu wycofać się na ziemie Korony. Wykazały się wielkim męstwem w ostatniej bitwie powstania, obronie Warszawy.

Złamanie powstania było przyczyną III rozbioru Polski w 1795 roku. Rosja, Austria i Prusy podzieliły między siebie pozostałe 215 tys. km2 powierzchni kraju (na rzecz Rosji przypadło Mazowsze z Warszawą i ziemie litewskie na zachód od Niemna) oraz 3,7 mln mieszkańców. W wyniku III rozbioru Polskę wymazano na wiele lat z mapy Europy. W tym samym roku caryca Katarzyna II poleciła utworzyć gubernię wileńską ze stolicą w Wilnie. W jej skład weszła część księstwa żmudzkiego i województwa wileńskiego. W roku następnym połączono tę gubernię ze słonimską a całości nadano nazwę guberni litewskiej. Z kolei car Aleksander I w 1801 roku rozdzielił tę gubernię na grodzieńską i wileńską z pozostawieniem każdej z nich nazwy guberni litewskiej. W 1842 roku wydzielono z nich samodzielną gubernię kowieńską.

Granice guberni wileńskiej od 1 lipca 1843 roku nie uległy zmianie. W jej skład wchodziły powiaty: oszmiański z Sobotnikami, wileński, trocki, lidzki, święciański, wilejski i dziśnieński. Gubernia zajmowała powierzchnię 42528 km2 a największy jej powiat oszmiański miał 6885 km2. Pod koniec XIX wieku gubernię wileńską zamieszkiwało 1373772 osób z średnią około 32 mieszkańców na kilometr kwadratowy. Powiat oszmiański, jeżeli chodzi o ukształtowanie powierzchni przedstawiał się następująco. Część północna była wyżynna z największymi w całej guberni wzniesieniami i ziemią przeważnie piaszczysto - gliniastą. Część środkowa pagórkowata a południe zajmował teren nizinny, błotnisty, pokryty lasami z występowaniem czarnoziemu.

W powiecie były 2 gminy miejskie oraz 23 wiejskie, z których największa polańska liczyła 10370 osób. Jeżeli chodzi o wyznanie religijne, powiat oszmiański posiadał bezwzględną przewagę ludności katolickiej. Parafie rzymsko-katolickie były skupione w dwóch dekanatach. Dekanat oszmiański obejmował parafie w Oszmianie, Holszanach, Sołach, Graużyszkach, Żupranach i Murowanej Oszmiance. Dekanat wiszniewski miał parafie w Wiszniewie, Gieranonach, Konwaliszkach, Lipniszkach, Sobotnikach, Trabach, Iwiu, Zabrzeziu, Derewni i Oborku. W powiecie były 24 kościoły rzymsko - katolickie i 55 cerkwie z prawosławnym klasztorem w Borunach.

Wydarzenia roku 1812 kiedy to Napoleon Bonaparte ruszył na Rosję, też nie ominęły naszej ziemi. Wycofujący się Rosjanie pozostawiali po sobie spaloną ziemię. Francuzi aby wyżywić swoich żołnierzy, rekwirowali co się dało wśród i tak już biednych ludzi, na których nałożyła się wcześniejsza klęska nieurodzaju w 1811 roku. Chłopi, dla których wolności francuskie stały się mrzonką w poprawie swojego bytu nie chcieli wychodzić do prac polowych, a w niektórych przypadkach występowali przeciwko swoim panom. Napoleon poniósł jednak klęskę. Jego armia była w odwrocie a za nią szli Rosjanie, którzy w połowie grudnia 1812 roku byli już na ziemi oszmianskiej. Głód i brak żywności dla przechodzących wojsk był bardzo wielki. Szukano jej wszędzie z miernym rezultatem. Pozytywny wynik dał podjazd w nasze strony, gdzie jak donosił pułkownik dragonów rosyjskich u ziemianina Umiastowskiego w majątku Żemłosław i jego dziesięciu folwarkach32 jest większa ilość jedzenia. Czy Rosjanie pojawili się tam i dokonali rekwizycji żywności? Nie wiem, ale należy przypuszczać, że tak.

Puczko, stryjeczny brat Wacka Iwanowskiego, widział mapę terenu Sobotnik z tego okresu. W miasteczku podobno było wówczas 18 domów i 18 włók ziemi, stał budynek obecnego ambulatorium, stary dom, w którym zamieszkali znacznie później Usinowiczowie, na Matrunie był mostek na ulicy Wileńskiej. Z tego też czasu pochodzi nazwa Drogi Napoleońskiej. Nadano ją drodze, która biegła obok Siniego Oka i dalej przez Żemajtuki i Romany prowadziła do Trab. Podobno jechał nią sam Napoleon Bonaparte a jeden z towarzyszących mu wozów, który przewoził skarb przewrócił się, wpadł do Siniego Oka i gdzieś tam spoczywa na jego dnie. Wacek Iwanowski pamięta, że około 300 m od Siniego Oka przy Drodze Napoleońskiej był kamienny fundament, pozostałość po starej karczmie. Obok Siniego Oka usypana była grobla. Pod wierzchnią, cienką warstwę piasku, ułożone były średniej wielkości kamienie, doskonale nadające się na podmurówki budynków.

Po upadku Napoleona odbył się w Wiedniu w latach 1814-15 kongres monarchów i dyplomatów europejskich. Jego celem było uregulowanie wszelkich stosunków międzynarodowych po zakończonej wojnie. Zostało na nim zlikwidowane Księstwo Warszawskie, utworzone na konferencji pokojowej w Tylży w 1807 roku. Księstwo powstało głównie z ziem zaboru pruskiego i częściowo austriackiego. Posiadało swój sejm, rząd i wojsko. Podporządkowane było Napoleonowi, w którym Polacy widzieli szansę na odzyskanie niepodległości. W miejsce Księstwa utworzono Królestwo Polskie zwane inaczej Królestwem Kongresowym. Królestwo Polskie związane było z cesarstwem rosyjskim unią personalną w osobie cara. Do 1831 roku posiadało szeroką autonomię, która w 1864 roku po upadku Powstania Styczniowego uległa całkowitej likwidacji. W 1874 roku w miejsce Królestwa Polskiego wprowadzono nazwę Kraj Nadwiślański i stanowiska generałów-gubernatorów.

W nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku wybuchło w Warszawie powstanie przeciw rosyjskim zaborcom, nazwane listopadowym. W marcu i kwietniu w powstańczej gorączce były już gubernie grodzieńska i wileńska. Z różnym jednak sukcesem odbywały się starcia powstańców z nieprzyjacielem. Większe odnieśli oni na Żmudzi, ziemi kowieńskiej i wileńskiej. Trudniejsza sytuacja panowała w guberni grodzieńskiej, gdzie w większych miastach stacjonowały silne oddziały rosyjskiego wojska. Mimo to w naszym powiecie oszmiańskim i sąsiednim nowogródzkim, utworzono silne oddziały powstańcze. Choć walczyły z determinacją nie były one jednak w stanie przeciwstawić się znacząco nieprzyjacielowi, który po zdobyciu Oszmiany dokonał rzezi jej mieszkańców. Nowe nadzieje zajaśniały, gdy pod koniec maja 1831 roku wkroczył na Litwę przybyły z Wielkopolski oddział gen. Dezyderego Chłapowskiego33. Liczył zaledwie 720 ludzi, którzy jednak całym sercem oddani byli dla dobra narodowej sprawy. Wśród nich byli między innymi ks. Adam Loga, z którym do powstania poszli jego uczniowie z liceum im. Marii Magdaleny w Poznaniu, oraz Karol Marcinkowski, wybitny poznański lekarz i społecznik. Oddział Chłapowskiego z nocy 30 na 31 maja zaatakował silny garnizon lidzki, zmuszając przeciwnika do jego opuszczenia. Nie udało się jednak zdobyć innych większych miast w tym Wilna. W bitwie pod Szawlami na Żmudzi zginął ks. Loga. W pobliżu Sobotnik przez Traby przechodził korpus gen. Henryka Dembińskiego34, który z dużego powstańczego rajdu od Warszawy na Litwę, wracał z powrotem w kierunku stolicy.

Powstanie upadło a wielu jego uczestników udało się na emigrację. Władze carskie wprowadziły ostre represje wśród ludności i przeciw kościołowi. Około 45 tysięcy rodzin szlachty zaściankowej35 wywieziono z kraju. Dzieci powstańców były często zabierane rodzinom i oddawane do zakładów wychowawczych dla dzieci z rodzin żołnierskich. Zamknięto Uniwersytet Wileński. Carskim dekretem z 19 października 1831 roku wprowadzono wśród szlachty zamieszkałej na wsi tak zwanych jednodworców. Były to osoby, które nie mogły się wykazać swoim szlachectwem zgodnie z obowiązującymi przepisami. Podobnie postąpiono ze szlachtą mieszkającą w miastach, wprowadzając klasę obywateli.

Oznaczało to dla szlachty zaściankowej opodatkowanie i zubożenie. W ten sposób zaborca chciał pozbawić jakiegokolwiek znaczenia tą warstwę społeczną, widząc w niej ważne ogniwo łączące ziemiaństwo z włościaństwem i główne źródło narodowych zrywów przeciwko Rosji. Nawet wśród rodzin, co do których nowe przepisy o ich szlachectwie nie mogły być prawnie stosowane, wprowadzono podział na szlachtę dziedziczną i tak zwaną osobistą. Przedstawiciele tej ostatniej nie mogli przekazywać szlachectwa swoim dzieciom. Wszystko to po to, aby wyeliminować lub ograniczyć wpływ szlachty na polski kraj i naród go zamieszkujący, usunąć z oficjalnej terminologii słowo szlachta. Carat wiedział, że to właśnie ona i mieszczaństwo składające się na inteligencję narodową, decydowały wówczas o charakterze i rozwoju kulturalnym kraju. Na ciężki czas po powstaniu nałożyła się na Kresach Wschodnich klęska nieurodzaju w latach 1845, 1853, 1854 . Przyniosła ona ludziom głód i dużą śmiertelność, przewyższającą w niektórych regionach liczbę urodzeń.

W roku 1863 wybuchło Powstanie Styczniowe. Na ziemi litewsko - białoruskiej nazywane jest przez Białorusinów powstaniem Kastusia Kalinowskiego36. Brał w nim też udział Józef Kalinowski37, czyli ojciec Rafał, ogłoszony świętym w 1983 roku. Na przykościelnym cmentarzu w Trokielach spoczywają osoby o tym samym nazwisku. Czy oni wszyscy są ze sobą spokrewnieni? W sąsiadującej z naszym powiatem lidczyźnie powstańcy jako pierwsi na Litwie podnieśli chorągiew narodową. Na ich czele stanął Ludwik Narbutt. W Lidzie ks. Adam Falkowski proboszcz z Iszczołny odczytał z ambony Manifest Rządu Narodowego38 wzywający do powstania.

I to powstanie upadło a Rosjanie mścili się na każdym, na kogo padło najmniejsze podejrzenie, że mu sprzyja. Już w trakcie jego trwania, przeprowadzono krwawą pacyfikację w guberni wileńskiej. Dwory i wsie zaledwie posądzone o sprzyjanie powstaniu niszczono, ujęte osoby służące w oddziałach rozstrzeliwano na miejscu bez sądu. Konfiskowano majątki szlachty i nadawano je rosyjskim urzędnikom i oficerom. Okrutnym prześladowaniom poddany został kościół katolicki. Zamykano świątynie i klasztory. Wiele z nich jak na przykład lidzki kościół ojców pijarów przekazano prawosławnym. 30 czerwca 1863 roku został rozstrzelany w lidzie ks. Falkowski. W sumie aresztowano około 90 księży, z których 20 rozstrzelano. Jeżeli chodzi o powiat lidzki, to spalono kilka wsi a ich mieszkańców pognano na Sybir. Najokrutniej okupant obszedł się z okolicą szlachecką Szczuki w parafii Dziembrowskiej w gminie Lack, którą całkowicie zniszczono. Miejsca po domach zaorano a ludzi pognano na zesłanie.

Szlachta zaściankowa zwana też zagrodową, szaraczkową. To z niej wyszło najwięcej ochotników w tym młodzieży do powstań 1831 i 1863 roku. To ona w chwili potrzeby dawała ostatni grosz na wsparcie walczącego kraju. Z nią też rząd carski najsurowiej postępował. Zabierano jej mienie, palono domostwa, gnano pieszo na Sybir i w głąb Rosji, nie uznawano jej szlachectwa i brano w rekruty. Na zesłaniu szlachta zaściankowa odznaczała się pracowitością, uczciwością, miłością i przywiązaniem do wiary i tradycji przodków, głębokim przekonaniem w bliskie zmartwychwstanie ojczyzny. Tak też było w kolejnych, ważnych dla Polski wydarzeniach.

Przyglądając się wojskowej mapie z 1923 roku, na której jest nasza gmina i kilka sąsiednich, znalazłem zaznaczone zaścianki i okolice szlacheckie. Najwięcej jest ich niedaleko Dziewieniszek i Trokiel. Mieszkali w nich potomkowie drobnego rycerstwa, które kolonizowało te tereny kilka wieków wcześniej. Nazwy ich częściowo pochodzą od leżących w pobliżu wiosek. Zaścianki niedaleko Dziewieniszek to: Oszmianka, Probościszki, Wersoka, Pogowiany, Szurkszcze, Kazimierzowo, Dobromyśl, Podokupie. Okolice szlacheckie: Jagiełły, Kulnie. Zaścianki trokielskie: Danejkowszczyzna, Ławcuny. Okolice szlacheckie w pobliżu Trokiel: Dowknie, Rogiele, Ogoniszki, Bolesławowo, Żyzma, Cieszkiele, Ławrynki, Drewieniki, Pietrykany, Klewki. Okolice szlacheckie niedaleko Gieranon: Januszewszczyzna, Opita, Żyle i Wółkowszczyzna. Jeżeli chodzi o naszą ziemię to znalazłem okolicę Nackowszczyzna koło Kudejsz a w spisie parafialnym zaścianek Narbuty obok Narbut. Ciekaw jestem czy mimo tylu lat i wydarzeń, żyje w nich ktoś, kto z dumą może powiedzieć o sobie: Jestem potomkiem szlachty zaściankowej!

Okres, jaki nastąpił po upadku powstania styczniowego, miał bardzo istotne znaczenie dla tych ziem. Choć zostało on stłumione, podstawowe dziedziny życia jak kultura, gospodarka i administracja znajdowały się nadal w polskich rękach. Do 1840 roku w guberni grodzieńskiej i wileńskiej obowiązywał Statut Litewski i polskie uchwały sejmowe, co wymagało od urzędników znajomości języka polskiego i miejscowego prawa. Stanowiska ich siłą rzeczy objęte były przez Polaków. Prawie cała własność ziemska guberni grodzieńskiej, wileńskiej i mińskiej, była w posiadaniu polskiej szlachty. Mimo napływu do miast znacznej liczby urzędników, wojskowych, duchownych i nauczycieli rosyjskich, miały one charakter katolicki i polski. Zresztą w społeczeństwie rosyjskim panowało przekonanie, że ziemie na zachód od Dniepru są polskie, a polskości guberni grodzieńskiej i wileńskiej nie sposób było podważyć.

W wydanej w 1790 roku Encyklopedii Rosji Benedykt Herman nazwał prawosławnych mieszkańców guberni mohylewskiej i połockiej Polakami, gdyż mówili jedynie po polsku. Z kolei przyrodnik Wasyl Siewiergin raportując ze swej podróży po Litwie w 1803 roku stwierdził, że wszyscy mieszkańcy Białorusi w tym prawosławni grodzieńszczyzny, mówili między sobą po polsku i nie znali języka rosyjskiego. Nawet w guberni kijowskiej i jej stolicy Kijowie, język polski był częściej używany niż rosyjski, donosił w raporcie z 1806 roku minister oświaty Zawadzki. Mimo carskiego ucisku niewiele się to zmieniło w kilkadziesiąt lat później. Rosyjski podróżnik po witebszczyźnie i mohylewszczyźnie Szczukin napisał w 1846 roku, że lud tych ziem uważał się za Polaków. Okazało się, że zniszczyć siłą polską kulturę, silnie zakorzenioną tradycję było o wiele trudniej niż stłumić powstanie. Dlatego Rosjanie wybrali inną drogę. Rozpoczęli intensywna rusyfikację każdej dziedziny życia w Kraju Północno- Zachodnim, jak go nazywali. Zaczęto realizować szeroko zakrojony program eksterminacji wszystkiego, co polskie.

Jeżeli chodzi o podział narodowościowy na wsi, to trudno jest wybrać jednoznaczne kryterium. Rosjanie uważali, że najsłuszniejszym jest wyznanie religijne. Dlatego też rozpoczęli bezpardonową walkę o rząd dusz. Jej wynikiem był podział na katolika - Polaka i prawosławnego - Rosjanina, Białorusina. W latach 1864-68 na mocy carskiego dekretu nastąpiło masowe przyłączanie katolików i grekokatolików do prawosławia. Po wsiach i miasteczkach stawiano liczne cerkwie. Zakazano stawiania nowych kościołów, kaplic, przydrożnych krzyży, odbywania procesji. Burzono nawet istniejące świątynie katolickie. Choć do zmiany wiary zmuszano ludzi w różny sposób, proces ten przebiegał bardzo powoli i w sposób niezadowalający dla władz. Duchowieństwo prawosławne białoruskie i dawne unickie (grekokatolickie) na naszej ziemi, mimo prześladowań nadal zachowywało polską mowę i obyczaje w życiu rodzinnym i towarzyskim. Unicki lud wiejski żegnał się i modlił po polsku, często spowiadał się w tym języku, trzymał się wciąż obyczajów i wiary przodków. Niechęć do wszystkiego co rosyjskie, kultywowanie wśród większości tutejszego duchowieństwa prawosławnego i ludu dawnych tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego sprawiły, że rząd rosyjski podjął dodatkowe środki, aby temu przeciwdziałać. Zwiększono pomoc finansową dla procesu rusyfikacji. Masowo ściągano popów z całej Rosji, pomocy którym udzielała administracja państwowa i cywilna.

Nastąpił pewien niewielki spadek katolików w trzech guberniach: grodzieńskiej, wileńskiej i najbardziej mińskiej. Proces ten został zahamowany w latach siedemdziesiątych, choć różnie to wyglądało w poszczególnych powiatach. Przebiegał on powoli tam, gdzie katolicy zdecydowanie przeważali nad prawosławnymi. Tak było w powiatach: wileńskim, trockim, lidzkim, święciańskim i oszmiańskim guberni wileńskiej, bielskim i grodzieńskim guberni grodzieńskiej. Powiatami, w których proces przebiegał dynamicznie i to na niekorzyść katolików były: wołkowyski, słonimski, nowogródzki, miński, piński, słucki, brzeski, prużanski i kobryński. Ich rozmieszczenie zarysowało jednolity obszar katolicki wileńsko-grodzieńsko-białostocki z sercem katolicyzmu i polskości Wileńszczyzną.

Wśród wielu dróg jakimi rozwijała się rusyfikacja, szczególna rola przypadła rosyjskiej polityce szkolnej, Pod względem ilości szkół, uczniów i studentów, okręg Wileński przewyższał wszystkie inne razem wzięte w Rosji. Ta przewaga była jeszcze wyraźna w 1822 roku. Dlatego też działacze rusyfikacyjni zaplanowali zmniejszenie liczby gimnazjów w miastach. Jednocześnie zaprojektowano rozwinięcie szkolnictwa powszechnego - szkoły ludowej, która miała stać się ważnym organem rusyfikacji na wsi. To ona właśnie wraz z prawosławną cerkwią, najsilniej oddziaływała na zbiorową psychikę ludu białoruskiego. Zniekształcała jego światopogląd, kaleczyła duszę i nade wszystko odrywała go od wspólnej z ludem litewskim cywilizacji zachodniej. Kurator wileńskiego okręgu szkolnego pisał w 1864 roku do prawosławnego archijereja39: Proszę o przysyłanie młodych ludzi z wykształceniem cerkiewnym do walki z łaciństwem i na obronę odtwarzania narodowości i prawosławia. Szkoły ludowe mają na tym terenie olbrzymie znaczenie, jako przewodniki i wskrzesiciele prawosławia, a także świadomości rosyjskiej i języka rosyjskiego. Ze wszystkich szkół i instytucji usunięto język polski. Zakazano sprowadzania z Królestwa Polskiego książek, gazet i kalendarzy w języku polskim. Nakładano kary na rodziny, w których domach znaleziono pisane słowo polskie, czy nawet obrazy przodków w strojach narodowych.

Programy polityczne szkół ludowych miały zohydzać polskość, polską kulturę i cywilizację. Miały siać nienawiść do wszystkiego co polskie, wywoływać antagonizmy między polskim dworem a białoruską, litewska wsią, rozbijać ukształtowaną historycznie jedność Polaków, Białorusinów, Litwinów i Żydów. Akcja otwierania szkół ludowych najszerzej przebiegała w latach 1864 - 68, kiedy na terenach Litwy i Białorusi powstało ich 1000 z nauczycielami pochodzącymi z wielkorosyjskich guberni. Wspomagały je szkoły cerkiewno-parafialne z popem misjonarzem, któremu pomagały policja i wojsko. Nie przypadkiem w Mołodecznie w 1864 roku założono pierwsze w Rosji seminarium nauczycielskie męskie, dostarczające corocznie około 25 nauczycieli do szkół ludowych w wileńskim okręgu szkolnym. W następnych latach powstały kolejne seminaria w Poniewieżu, Połocku, Nieświeżu, Świsłoczy.

Litwa i Białoruś w połowie XIX wieku stanowiły jednolitą całość kulturową, w której nie było specjalnych antagonizmów. Pod koniec tego wieku zarysował się rozłam wyraźnie widoczny na wsi, który podzielił ją na świat katolicko - zachodni i prawosławno - wschodni, co było dziełem zaborców. Kultura łacińska wśród prawosławnego ludu białoruskiego została wyparta przez Rosję. Miejscowe duchowieństwo stopniowo zastępowano przedstawicielami cerkwi moskiewskiej. Zaborca osiągnął co zamierzał. Została wykopana przepaść między jednolitą etnicznie a wcześniej narodowo i kulturalnie ludnością białoruską. Z jednej jej strony był mocno zakorzeniony i uświadomiony katolicyzm, z drugiej zaś zrusyfikowanie wschodnie prawosławie. Wschodnią strażnicą obszaru katolickiego i kultury zachodnio - europejskiej tak jak przed wiekami została ziemia oszmiańska. To na niej załamała się ofensywa prawosławia moskiewskiego i rusyfikacji.

Istotne zmiany nastąpiły na wsi wraz z uwłaszczeniem chłopów. Odbyło się one znacznie później niż w innych zaborach. W austriackim poddaństwo chłopów zniesiono w latach 1781-83 a pańszczyznę w 1818 roku. W zaborze pruskim pańszczyznę zlikwidowano w latach 1811-22. W Księstwie Warszawskim poddaństwo chłopów zniesiono w 1807 roku a w Królestwie Polskim w 1863 na mocy dekretu Rządu Narodowego z 21 stycznia i dekretu carskiego z 1 marca 1864 roku. Na Ziemiach Wschodnich zniesienie poddaństwa i pańszczyzny nastąpiło na mocy manifestu z 1 marca 1861 roku a sama reforma dokonana została na mocy dekretu carskiego z 1 marca 1863 roku. Chłopi otrzymywali ziemie przez siebie uprawianą w dzierżawę z możliwością jej wykupu na własność. Z nadziału ziemi musieli płacić czynsz lub odrabiać pańszczyznę, jednocześnie miały zostać ustalone warunki wykupu. Jeżeli chcieli od razu kupić ziemię, to rząd płacił jej właścicielowi całą sumę w postaci 5% akcji. Chłopi natomiast musieli spłacać dług rządowi w ciągu 49 lat. Utrzymanie jeszcze przez dwa lata pańszczyzny i nieuregulowanie sprawy odszkodowań dla właścicieli ziemskich, budziły powszechne niezadowolenie. W tym samym roku powstały Komisje Sprawdzające, które ustalały serwituty40 dla chłopów i obniżały opłatę za wykupywanie ziemię do 75% jej wartości. Zaborca chciał w ten sposób zubożyć właścicieli ziemskich jako niezbyt lojalnych wobec władzy i pozyskać chłopów do swoich celów politycznych. Zamierzał też wzmocnić antagonizm między wielką a drobną własnością. Serwituty były niekorzystne dla rozwoju wielkich gospodarstw rolnych, których właścicielami coraz częściej stawali się Rosjanie. Jednak ze względów politycznych istniały do wybuchu I wojny światowej. Do roku 1880 z wykupu ziemi nie skorzystało zaledwie 15% chłopów. Jednak w następnym roku musieli już to zrobić. I tak chłopi w naszej gminie stali się wolnymi oraz posiadaczami ziemi. Na przykład Iwanowski pradziadek Adeli Grażyńskiej został właścicielem 3 włók ziemi. Gdy jedna z jego córek wychodziła za mąż za Kuprela, pomyłkowo dał jej w posagu 2 włóki, uszczuplając znacznie swoje gospodarstwo.

Pod koniec XIX wieku nastąpiła zmiana powiatów. W książeczce wojskowej Michała Tuczkowskiego Michałka pod datą i miejscem urodzenia napisane jest: 1892 rok, Sobotniki powiat Wołożyn. Dawne powiaty pod względem administracyjnym i sądowym dzieliły się na okręgi, na czele których stali ziemscy naczelnicy. Pod względem policyjnym dzieliły się na rewiry (stany), którymi przewodzili komisarze. Najważniejszym urzędnikiem i reprezentantem powiatu był powiatowy marszałek szlachty41.Policji przewodził sprawnik powiatowy. W mieście powiatowym były ulokowane wszystkie najważniejsze urzędy. Okręgi czy jak byśmy dzisiaj powiedzieli gminy były większe niż obecnie. Do sobotnickiego okręgu w tamtym czasie należała też Berdowszczyzna, Galimszczyzna i Wiguszki. W 1914 roku Sobotniki znowu należały do powiatu oszmianskiego liczącego około 270000 mieszkańców.

W roku 1914 wybucha pierwsza wojna światowa. Naszą ziemię zajmują wojska niemieckie. W latach 1915/16 Niemcy zmuszają ludzi do budowy kolei wąskotorowych na potrzeby frontu. Powstaje linia parowa Juraciszki-Łazduny-Piesiewicze, oraz linie konne Juraciszki-Kryczniki-Ejgirdy, Juraciszki-Tokarzyszki. Z Juraciszek do linii frontu było zaledwie 12-15 km. Była ona stabilna aż do początku 1918 roku, kiedy to 18 lutego Niemcy przechodzą do ofensywy na pozycje rosyjskie. W walkach na różnych frontach biorą także udział Polacy licznie wcielani do zaborczych armii. Następuje zgoda na tworzenie jednostek polskich w zaborze austriackim i rosyjskim. Zaborcy starali się w ten sposób pozyskać Polaków dla swoich militarnych celów, obiecując im odrodzenie państwa polskiego. W zaborze austriackim tworzą się zalążki legionów Piłsudskiego, które w niepodległej Polsce staną się zaczynem powstania armii polskiej. Polacy niejednokrotnie stają naprzeciw siebie pod obcymi sztandarami, brat przeciwko bratu. Do armii rosyjskiej powołani zostali także sobotniczanie jak na przykład Michał Tuczkowski Michałek syn Justyna. Na początku wojny służy on w drugiej dywizji kawalerii gwardyjskiej. Następnie w drugim pułku ułanów polskiego legionu w Rosji generała Dowbor-Muśnickiego42 do czasu rozbrojenia go przez Niemców w 1917 roku. W następnym Michałek wraca do Sobotnik. Do wojny włączają się Amerykanie stając po stronie Anglii i Francji. Stare struktury państwowe Niemiec, Austro-Węgier i Rosji zaczynają się kruszyć. Przynosi to oraz bardziej realną nadzieję na wyzwolenie spod zaborów państw europejskich w tym Polski.

7 listopada 1918 roku zostaje zwolniony z twierdzy w Magdeburgu Józef Piłsudski, uwięziony tam przez Niemców. 10 listopada przyjeżdża do Warszawy a jedenastego zostaje mu przekazane dowództwo nad Wojskiem Polskim. Tego samego dnia pokonane Niemcy przyjmują warunki rozejmowe. 16 listopada Piłsudski w depeszy do wszystkich rządów powiadamia o powstaniu niepodległej Polski. I wojna światowa została zakończona. Ustalenia zwycięskich koalicjantów formalnie wprowadzono w życie 10 stycznia 1920 roku jako wersalski traktat pokojowy. Między innymi jego wynikiem było określenie zachodniej granicy Polski.

W wyniku zakończonej I wojny światowej, dzięki walce żołnierza polskiego jak również wcześniejszym zrywom powstańczym, pracy organicznej na wielu polach nauki i życia jaką prowadziły pokolenia, powstało państwo Polskie. Ale o tą Polskę, o jej granice wschodnią trzeba było jeszcze walczyć. Państwa zaborcze mimo przegranej wojny i wrzeń rewolucyjnych wśród swoich narodów nie chciały pokojowo opuścić zajętych terenów. Bolszewicy choć uznali akty zaborcze carskiej Rosji za nieważne, nie myśleli o zaniechaniu szerzenia rewolucji na inne państwa w tym zachodnioeuropejskie. 18 listopada 1918 roku Armia Czerwona rozpoczęła Operację Wisła, która miała zająć oddane w układzie pokojowym ziemie byłej Rosji carskiej w tym Korony i Litwy. W styczniu 1919 roku dochodzi do wielu walk wojsk polskich z bolszewikami i pozostającymi jeszcze na Wileńszczyźnie oddziałami niemieckimi. W następnych miesiącach wiosennych powstaje prawdziwy front wojenny polsko - bolszewicki od Wilna po Baranowicze. Rozszerza się on później na Ukrainę. Koleje walk są zmienne, raz przeważa jedna strona, raz druga.

Nasz rodak Michał Tuczkowski przechodzi front i 29 lutego 1919 roku jako ochotnik wstępuje do armii polskiej. Początkowo służy w szwadronie kawalerii przy pierwszej litewsko - białoruskiej dywizji, a następnie w 23 pułku ułanów. Dnia 12 sierpnia 1920 roku pod stacją kolejową Tłuszcz niedaleko Warszawy, będąc w podjeździe pierwszego szwadronu III/3 pułku strzelców konnych, zauważa oddział kozacki szarżujący naszą piechotę z mińskiego pułku. Nie zważając na silny ogień nieprzyjaciela, z jawnym narażeniem życia pierwszy rzuca się na niego pociągając za sobą kolegów. Odbija sześciu jeńców, rozprasza kozaków i utrzymuje się na pozycji do nadejścia reszty szwadronu. Za ten czyn został odznaczony krzyżem srebrnym orderu wojennego Virtuti Militari V klasy. Wręczył mu go osobiście w Warszawie marszałek Józef Piłsudski43.

Latem 1920 roku bolszewicy na zajętych terenach Nowogródczyzny zakładają komitety rewolucyjne. Ich głównym zadaniem jest niesienie pomocy żywnościowej Armii Czerwonej. W Sobotnikach taki komitet powsaje 17 lipca 1920 roku i nie cieszy się praktycznie żadnym poparciem. Lata co dopiero zakończonej wojny mocno zubożyły wieś. Wojska przechodziły to w jedną to w drugą stronę i każdy brał na swoje potrzeby co chciał. Na szczęście czerwony komitet w naszym miasteczku panuje krótko. 15 sierpnia 1920 roku w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, następuje zwycięska kontrofensywa polska na bolszewickie wojska znajdujące się niedaleko Warszawy nazwana Cudem nad Wisłą. Zapewne też słychać było na sobotnickiej ziemi odgłosy bitwy nad Niemnem i walk o Lidę, zdobytą 28 września 1920 roku. Podczas jednej z faz tej bitwy, 3 Dywizja Piechoty Legionów działająca w ramach 2 Armii Polskiej, maszeruje w kierunku linii starych okopów niemieckich. Kieruje się na Bohdanów w celu osiągnięcia 4 października czołowymi oddziałami linii Juraciszki-Sobotniki. Wojna polsko-bolszewicka dobiega końca. 18 marca 1921 roku zostaje podpisany traktat pokojowy w Rydze a w jego wyniku ustalona wschodni granicą Polski.

W 1921 roku wprowadzono gminy jako podstawowe jednostki administracyjne, a w 1922 roku nastąpiła kolejna reforma powiatu oszmianskiego. Zmniejszono go do dwóch gmin miejskich i ośmiu wiejskich. Z południowej, pierwotnej jego części utworzono powiat wołożyński, do którego należały Sobotniki i przyłączono do województwa nowogródzkiego. Resztę dołączono do powiatów mołodeczanskiego i wilejskiego. W powiatowym mieście Wołożyn w latach 1923 - 24 Błażej Grażyński ojciec Adeli zdobył dyplom mistrza szewskiego. Nowy podział administracyjny i powstanie powiatu lidzkiego, do którego włączone zostały Sobotniki nastąpił w 1926 roku.

Odrodzona po I wojnie światowej Polska, zastała skomplikowaną sytuację na terenach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. W społeczeństwie tych ziem wskutek polityki caratu i wojny nie było jedności jak za dawnych czasów. Powstały narodowe nacjonalizmy i wybuchały antagonizmy społeczne. Ludność białoruska podzieliła się na katolicką i prawosławną. Polska miała za zadanie wprowadzić ład i spokój, zaleczyć rany, jakie w zbiorowej psychice tutejszego ludu zadał zaborca. Miała wskrzesić dawne idee i więzy łączące narody byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego w jedną całość polityczną i kulturową. Tak się jednak nie stało. Polski nacjonalizm i polityka narodowa błędnie potraktowały sprawę białoruską. Przyjęto bowiem postulat niedawnego zaborcy, że między ludem białoruskim a polskością nie ma nic wspólnego. Nie przyjęto założenia i prawdy, że podstawą odrębności ludu białoruskiego a także i ukraińskiego od rosyjskiego jest ich wielowiekowe wychowanie pod wpływem kultury i cywilizacji zachodniej. Nie ugruntowano w ludzie białoruskim jego podstawowego oblicza kulturalnego, traktując go jako coś Polakom obcego, łatwego do asymilacji i polonizowania. Nie doceniono i nie wzięto pod uwagę autochtonicznego ludu i elementu polskiego, wielce zasłużonego w walce z rusyfikacją.

Edward Woyniłowicz, wybitny przedstawiciel ziemiaństwa mińskiego i światły polityk powiedział: Mechaniczne unaradawianie wszędzie wykazało swoją bezcelowość. Ważniejsze są wpływy waluty psychicznej. Dla potęgi zatem państwa, ważniejszym jest mieć zaludnienie niekoniecznie mówiące językiem państwowym, ale czujące się dobrze pod władzą tego państwa, od którego ma zapewnione warunki rozwoju narodowościowego, tudzież podstawy materialnego i moralnego dobrobytu. Przy zapewnieniu tych warunków państwo na elemencie, chociaż innoplemiennym, spokojnie polegać może.

W 1854 roku Sobotniki jako parafia należały do dekanatu wiszniewskiego, którego dziekanem był ks. Oszczakliński. W inwentarzu kościelnym z 24 marca 1854 roku znalazłem następujący opis ówczesnego kościoła. Była to budowla z drzewa sosnowego na podkładce kamiennej, w figurze podłużnej o dwóch od frontu wieżyczkach, z facjatą (poddaszem) płaską równą z dachem, w trójkąt zakończoną na dwóch kwadratowych słupach wspartą. Nad prezbiterium44 była mała kopułka zakończona żelaznym krzyżem, białą blachą oprowadzona. Na wieżach i facjacie były krzyże żelazne średniej wielkości. Kościół poświęcony był pod tytułem św. Jerzego Męczennika. Do jego ściany naprzeciw zakrystii przy wielkim ołtarzu, przybudowana była w 1809 roku kaplica z cegieł długości łokci45 osiem i szerokości sześć, ze sklepem grobowym dla familii Umiastowskich ich kosztem zmurowana, kryta gontami z małym żelaznym krzyżem na szczycie. Obok kościoła znajdowała się dzwonnica z drzewa ciosanego o dwóch kondygnacjach, pokryta gontami i zakończona małym żelaznym krzyżykiem. Wokoło kościoła były w bardzo złym stanie cztery kapliczki drewniane z desek, zawierające w sobie krzyż z pasyjką46. Cmentarz przykościelny ogrodzony był sztachetami na podmurówce z dwóch stron, które całkowicie się rozwaliły.

Cmentarz parafialny znajdował się pod lasem o wiorstę za miasteczkiem i za rzeczką Gawią i nie był ogrodzony. Znajdowała się na nim kaplica zbudowana w 1842 roku z drzewa ciosanego sosnowego na podmurowaniu, w figurze podłużnej z frontem na kolumienkach. Miała ona długość 15 łokci i szerokość 10 łokci. Dach pokryty był gontem z małą wieżyczką, na której umieszczona była sygnaturka47 zakończona drewnianym, obitym białą blachą krzyżem. W środku znajdowały się dwa obrazy: Zbawiciela na krzyżu i św. Antoniego. Były jeszcze w okolicy inne kaplice, w których odprawiano msze św.: murowana we dworze Umiastowskich w Kwiatkowcach i drewniana we dworze w Żemłosławiu. Jak wspomniałem wcześniej we wsi Łazduny znajdowała się filia kościoła sobotnickiego, utworzona z polecenia synodu diecezjalnego w roku 1744 za biskupa Michała Zienkowicza.

W dawnym kościele znajdował się ołtarz wyrzeźbiony z drzewa, pomalowany na biało i ozdobionym pięcioma figurami. Umieszczony w nim był obraz Matki Boskiej Łaskawej z Dziecięciem na ręku w sukni srebrnej i złoconych koronach. Całość ozdobiona była szlachetnymi kamieniami. Obraz był niewielkich rozmiarów, namalowany na blasze miedzianej w srebrnych ramach i podobno cudami słynący. Zachował się do dnia dzisiejszego. Bardzo ciekawą rzeczą był tak zwany budynek szpitalny (może bardziej przytułek), zbudowany z drzewa ciosanego sosnowego bez podmurowania, kryty słomą, postawiony niedaleko dzwonnicy. W jednej z dwóch izb mieszkał organista, a w drugiej ubodzy ludzie utrzymujący się z jałmużny parafian.

Przy kościele istniało z tradycją kilkudziesięcioletnią bractwo różańcowe. Jego członkowie przyjmowali dobrowolny obowiązek śpiewania różańca w dni uroczyste, asystowania z zapalonymi świecami przy procesjach z najświętszym sakramentem, posługiwania przy wszystkich uroczystościach i obrzędach kościelnych.

Parafia sobotnicka rozciągała się na 3 mile48 a szeroka była na 1,5 mili. Na wschodzie graniczyła z parafią trabską, na południe z iwiejską i lipniską, na zachodzie z gieranońską, a na północy z dziewieniską. Tak też jest obecnie. Po śmierci Jerzego Abramowicza a następnie jego żony Marjanny z Dernałowiczów zmarłej w 1805 roku, Michał Zaleski działający na mocy plenipotencji49 księcia Michała Radziwiłła, sprzedał Sobotniki Jakubowi Umiastowskiemu za sumę 38000 czerwonych złotych50, ten zaś spłacił zastawną sumę Abramowiczom.


Umiastowscy

Umiastowscy pojawili się w powiecie oszmiańskim około roku 1760, kiedy to Hieronim Tadeusz Umiastowski kupił majątek Opitę-Talkowszcznę51 i później Zakrzewszczyznę. W następnych latach członkowie tej rodziny nabywali inne majątki, wsie i miasteczka jak Berdowszczyznę, Giełoże, Żemłosław, Kwiatkowce, Klewicę, Tomaszpole, Krukany (Antonowo), Zalesie, Luszniew, Korejwicze, Nackowicze. Mieli także w dzierżawie Lipniszki i Gieranony. Umiastowscy posiadali duże archiwum rodzinne w Berdowszczyźnie koło Lipniszek, gdzie gromadzili dokumenty dotyczące ich rodziny i posiadłości. Tam też znajdowały się kopie funduszy kościoła w Sobotnikach i spisy jego inwentarza z różnych lat. Berdowszczyzna zwana wcześniej Podlipniszkami, powstała z połączenia mniejszych i większych samodzielnych folwarków, będących w posiadaniu różnych osób. Folwarki te miały rozmaite nazwy jak Opita lub Kurzowszczyzna, Suroż lub Tryburowszczyzna. Nazwa Berdowszczyzna pochodzi od rodu Berdowskich, którzy w 1662 roku nabyli Podlipniszki. W roku 1784 ówczesny ich właściciel Jan Ginet krajczy52 i rotmistrz53 lidzki, sprzedał Berdowszczyznę Tomaszowi Umiastowskiemu.

Rodzina Umiastowskich zaliczała się do znamienitszych w powiecie oszmiańskim guberni wileńskiej. W jej posiadaniu były duże obszary ziemi, wsie i miasteczka, domy i place w Wilnie, Warszawie, Inflantach i guberni mińskiej. Dzięki własnej pracowitości i zapobiegliwości zgromadzili sporą fortunę. Szlachta oszmiańska obdarzając ich zaufaniem, nadawała Umiastowskim wysokie godności obywatelskie. Ich reprezentacyjną i rodową siedzibą został Żemłosław. 4 stycznia 1807 roku Jakub Pierzchała Umiastowski herbu Roch III, kupił Żemłosław od marszałka mozyrskiego Antoniego Kieniewicza. Jego nazwa pochodzi od rodu Żemła herbu Topór (żemła to staropolska nazwa pszennej bułki). Jego przedstawiciel Marcjan z Tęczyna, nabył ten majątek w 1684 roku. Kolejnymi właścicielami Żemłosławia byli Pacowie, Andruszkiewiczowie, Szczytowie i Kieniewiczowie. Żemłosław wcześniej składał się z kilku części a największa z nich nazywała się Kondraciszki. W jej skład w 1587 roku wchodziły wioski: Szajdziuny, Wysockie, Żemajtuki oraz puszcza ciągnąca się od Nowogródka do Dziewieniszek. Do majątku należał też mniejszy folwark zwany Piotrowszczyzną i drobne posiadłości jak Pogawia, Przybyszewszczyzna i inne. Jakub Umiastowski scalił te ziemie w swoim ręku, a jego następcy nadali im nazwę Żemłosław. Żemłosław i tereny do niego należące były w rękach Umiastowskich od 1807 do 1922 roku. Dzięki swojej gospodarności i wprowadzaniu nowych technik, podnosili oni kulturę gospodarczą tych ziem.

Żemłosławski pałac w obecnym swym kształcie zbudowała żona Kazimierza Umiastowskiego, Józefa z Dunin-Rajeckich po śmierci męża w 1863 roku. Wzorowany jest on na Łazienkach Królewskich w Warszawie powstałych według projektu Włocha Leandro Marconiego. Marconi jest także twórcą pałacu Tyszkiewiczów w Wace pod Wilnem, również naśladującego Łazienki. Józefa Umiastowska rozbudowała część parkową pałacu w oparciu o rzekę Gawię. Dzięki temu powstały Wenecja i Ustronie, najpiękniejsze części Żemłosławia. Największy okres świetności przechodził Żemłosław za czasów Władysława Umiastowskiego. Odnowił on pałac upiększając jego wnętrza sprowadzanymi z Europy meblami, obrazami i innymi dziełami sztuki. Uporządkował archiwum rodzinne, znacznie powiększył zbiory biblioteki, stworzył kolekcję sztychów54 i monet polskich. Pod jego okiem francuski ogrodnik Jamme z Werek uporządkował park. Najcenniejszym jego egzemplarzem jest jesion pensylwański z żółto - plamistymi liśćmi wysokości 17 metrów. Został on zaliczony do pomników przyrody Białorusi.

W 1882 roku Władysław Umiastowski otrzymał tytuł hrabiowski od papieża Leona XIII. Hrabia oprócz części pałacowej, zadbał także o rozwój gospodarczy Żemłosławia. W 1885 roku wybudował nową, murowaną gorzelnię o czterech zatorach każdy po 160 pudów55 dziennie. Powstały przy młynie wodnym garncarnia, tartak Stella wpierw wodny a później poruszany lokomobilą56, folusz57, nowe pomieszczenia dla narzędzi i nowoczesnych maszyn rolniczych. Dla parobków zbudował osadę drewnianych domków zwaną Rudnia, gdzie były także poczta i telegraf uruchomione w 1886 roku. Ziemia choć z natury nieurodzajna, dzięki dobrej pielęgnacji, oczyszczaniu pól z kamieni, dawała wysokie plony. W Żemłosławiu przed wojną wyrabiano tak dobre kuliste żółte sery szwajcarskie, że ich smak pamięta się po dziś dzień. Największym marzeniem w dorosłym życiu hrabiego i to spełnionym, było wybudowanie nowego kościoła w Sobotnikach, o czym szerzej piszę w rozdziale czwartym.

Po śmierci hrabiego w dniu 16 stycznia 1906 roku, jego małżonka Janina postawiła przed wjazdową aleją do pałacu figurę Matki Boskiej. Gdy weszli bolszewicy 17 września 1939 roku, ktoś bardzo im usłużny z okolicznej ludności zniszczył figurę. Jej podobizna ufundowana ze składek parafian, została niedawno postawiona w tym samym miejscu. Janina Umiastowska wykańczała wnętrze kościoła i kontynuowała prace w Żemłosławiu, stawiając między innymi nowe murowane budynki gospodarcze. Miejsce to było nie tylko reprezentacyjną siedzibą Umiastowskich, ale stawało się ważnym ośrodkiem gospodarczym. Jego dalszy rozwój przerwały wydarzenia I wojny światowej. Kwaterowali w pałacu Niemcy, którzy wywieźli cenniejsze rzeczy a co się dało zarekwirowali na potrzeby wojska. Przechodziły przez Żemłosław oddziały rosyjskie, które też go nie oszczędziły. I co jest niestety smutne, w dewastacji brała udział miejscowa ludność. Choć ocalały wszystkie budynki zespołu pałacowego, jego wnętrzu nie udało się przywrócić dawnej świetności.

Po wojnie znaczna część ziem Umiastowskich uległa parcelacji. Z licznych dóbr Janina zostawiła dla siebie majątek Konwaliszki, Klewicę i młyn w Sobotnikach. Ten ostatni kupiła 5 listopada 1911 roku od Mariana Umiastowskiego i gruntownie go odremontowała. W 1920 roku Janina Umiastowska otrzymała od papieża Benedykta XV tytuł margrabiny58. Przeniosła się do Wilna i aktem darowizny z dnia 6 marca 1922 roku utworzyła Żemłosławską fundację naukową Władysława i Janiny Umiastowskich przy Uniwersytecie Wileńskim. W jej skład wszedł Żemłosław, folwarki Huta i Zalesie o łącznej powierzchni 2200 ha, w tym 1200 ha bardzo wartościowego lasu sosnowego. W samym Żemłosławiu miały powstać zakłady naukowe i średnia szkoła rolnicza z internatem, na wzór istniejących w Anglii. Na ten cel przed I wojną światową było przygotowanych 60000 cegieł z dobrowlańskiej cegielni. Połowę z nich sprzedali Niemcy, reszta też nie została wykorzystana zgodnie z przeznaczeniem. Niestety także nieudolnie prowadzona gospodarka Uniwersytetu, przyczyniła się do zastoju Żemłosławia niż rozwoju.

W 1929 roku Janina Umiastowska wykupiła poprzez Centralę Rodzicielską w Wilnie swój dawny majątek Kazimierzowo. Uratowała go w ten sposób od rozdrobnienia. W lecie przyjeżdżały doń dzieci, potrzebujące zdrowego i czystego powietrza, z jakiego znane były nasze tereny. Część majątku Konwaliszki Janina Umiastowska przeznaczyła na osadę wypoczynkową dla artystów i literatów. Natomiast dużą oficynę z majątku klewickiego, ofiarowała na letnisko dla niezamożnej młodzieży akademickiej. W Żemłosławiu margrabina wybudowała duży Dom Wypoczynkowy. Powstał on w latach 1937-38 i gościł znane osoby z polskiego świata nauki i kultury. Oprócz znakomitych warunków bytowych, dużą atrakcją był rezerwat bobrów na Gawii, otoczony wysokim drewnianym płotem. Dom spłonął podczas ostatniej wojny.

Będąc już kobietą w podeszłym wieku Umiastowska na stałe mieszkała w Wilnie. Mimo nie najlepszego zdrowia, żywo interesowała się wszelkimi ważnymi wydarzeniami miasta. Tak było z odkryciem w 1931 roku w katedrze wileńskiej grobów królów polskich: Władysława IV59, Aleksandra Jagiellończyka60, Elżbiety61 pierwszej żony Zygmunta Augusta62 i jego drugiej żony Barbary Radziwiłłówny63. Druga wojna światowa zastała Janinę Umiastowską we Włoszech, gdzie zmarła 6 listopada 1941 roku i została pochowana w Rzymie. Na mocy postanowienia jej testamentu, powstała fundacja naukowa o nazwie Fondazione Romana Marchesa J. S. Umiastowska. Swe niewielkie dochody przeznacza ona na stypendia dla naukowców z Polski. Zajmują się oni między innymi badaniem nagrobków polskich w kościołach i na cmentarzach rzymskich, katalogów starodruków dotyczących Polski znajdujących się w bibliotekach Rzymu.

W tym samym roku co Żemłosław, Jakub Umiastowski kupił miasteczko Sobotniki oraz majątek Kwiatkowce z przyległościami i lasami. Gdy zmarł w 1809 roku, Sobotniki i Kwiatkowce odziedziczył po dojściu do pełnoletności jego najstarszy syn Antoni. On także otrzymał po zmarłym stryju Tomaszu Berdowszczyznę. Kolejnym dziedzicem fortuny został syn Antoniego Emil, marszałek oszmiański i wicegubernator grodzieński. Po roku 1861 Kwiatkowce i Sobotniki nabyła od niego żona jego stryja Kazimierza, Józefa Dunin-Rajecka (córka marszałka nowogródzkiego Franciszka). Uczyniła to na prawie zastawu, gdyż Polakom od grudnia 1865 roku do 30 kwietnia 1905 nie wolno było oficjalnie kupować majątków ziemskich.

W 1877 spadkobiercą Józefy został jej syn Władysław. Wszystkie domy w Sobotnikach należały do niego. Hrabia był niezadowolony, kiedy w miasteczku zaczęli się osiedlać pierwsi żydowscy rzemieślnicy. Nie pozwalał im dzierżawić domów i jako przeciwwagę sprowadził z Wilna chrześcijańskich rzemieślników: kowala, krawca i szewca. Na początek oddawał im w darmową dzierżawę budynki i pożyczał pieniądze na rozpoczęcie interesu. Ale pomimo ulg, ludzie ci byli niechętni pracy a otrzymane fundusze przepijali. Zakończyło się to ich całkowitym bankructwem. Żydzi tymczasem stopniowo rozwijali swoje interesy i zarabiali. Hrabia Władysław zaproponował marszałkowi Emilowi aby Kwiatkowce i Sobotniki wziął z powrotem, na co po uregulowaniu kwestii pieniężnej nastąpiła zgoda. Spadkobiercą Emila został jego syn Marian, który domki z gruntami w Sobotnikach sprzedał w ramach uwłaszczenia. Kwiatkowce po jego śmierci jako posag córki poszły w ręce Ciemniewskich.

W 1848 roku Sobotniki liczyły 378 mieszkańców, w tym 185 mężczyzn i 193 kobiety, należały do Antoniego Umiastowskiego. Dla porównania w Kwiatkowcach mieszkało wówczas 51 osób, w Chilewiczach 52 osoby, w Jakunce 31, w Borowikach 71, w Dobrowlanach 169, w Łyntupce 14, w Pogawju 13 osób. Według danych z 1882 roku Sobotniki miały 39 domów i 523 mieszkańców, kościół katolicki parafialny, młyn, browar, karczmę, kilka sklepów, zarząd gminy, szkołę ludową z 56 chłopcami i 6 dziewczętami (w 1885 roku), stację pocztową na trakcie od drogi kolejowej lipawo-romeńskiej (zbudowana w latach 1871-1874). Jako parafia należała do dekanatu wiszniewskiego i liczyła 4593 wiernych a z filią w Łazdunach 8856. W Kwiatkowcach znajdowała się kaplica należąca do naszej parafii.

Gminy wiejskie wówczas dzieliły się na okręgi. Gmina Sobotniki składała się z 5 okręgów wiejskich: Sobotniki, Kudejsze, Huta, Zalesie i Wodole. Obejmowała 42 miejsca zaludnione mające 520 dymów i 4881 mieszkańców włościan. Okręg wiejski Sobotniki obejmował samo miasteczko oraz wsie: Annopol, Borowiki, Czechowce, Dowgiałowszczyznę i Nackowicze. Naprzeciw miasteczka na lewym brzegu Gawii znajduje się nasyp w kształcie litery T a w pobliżu niego kurhan mający około 40 sążni (85m) obwodu. Nie jest wykluczone, że mogło to być małe grodzisko64 Monwidów. W 1885 roku Sobotniki miały 44 domy i 513 mieszkańców w tym 68 mieszczan. Działał niewielki browar, odpusty odbywały się 23 kwietnia i 5 października. W 1897 roku nasze miasteczko miało 95 domów i 633 mieszkańców, szpital, dwa sklepy, karczmę, zapasowy magazyn chleba dla wojska. W 1909 roku w Sobotnikach były 44 domy i 601 mieszkańców.

W 1726 roku sejm grodzieński uchwalił nowy rozkład traktów pocztowych w Wielkim Księstwie Litewskim. Jeden z nich biegł z Wilna przez Soleczniki, Dziewieniszki, Sobotniki, Iwie do Nowogródka. W 1796 roku a więc już podczas rozbiorów Polski, trakt ten zlikwidowano. Stacja pocztowa w Sobotnikach powstała w 1878 roku i była połączona traktem pocztowym przez Holszany i Oszmianę ze stacją kolejową Soły. Od 1833 roku dokonywano tu wszelkich czynności pocztowych. Stację zamknięto z jednoczesnym otwarciem oddziału pocztowo-telegraficznego w Żemłosławiu w 1886 roku i połączeniu go z Bieniakonami. W 1900 roku przeniesiono połączenie do Iwia a w siedem lat później do stacji kolejowej Juraciszki. Naczelnikami oddziału w Żemłosławiu byli: w 1886 roku Mikołaj Bułhak, w 1892 Aleksander Szubin, w 1897 Andrzej Piasecki, w 1905 Aleksander Borodziej. Od roku 1913 czynności pocztowe z powrotem były przeprowadzane przy urzędzie gminy sobotnickiej.

Tabela przedstawiająca ludność Sobotnik i gminy w różnych okresach

Sobotniki Gmina
Rok Kobiety Mężczyźni Razem Kobiety Mężczyźni Razem
1848 193 185 378 1561 1583 3144
1854 1572 1694 3266
1882 523 4881
1889 347
1897 633
1901 260 265 526 2915 2788 5703
1908 3290 3241 6531
1909 601
1932 6100
1939 7715
1940 940
1970 734
1998 337 410 747 1582 1320 2902
1999 769

Ludność naszego miasteczka i gminy systematycznie rosła do 1939 roku. Wojna, zmiana granic, ekspatriacja65 ludzi do Polski, wyjazdy do innych republik radzieckich w poszukiwaniu pracy, spowodowały znaczny spadek liczby mieszkańców. W 1998 roku było ich mniej niż w roku 1848. Z pewnością wpływ na to zjawisko ma wymieranie wiosek. Młodzi ludzie nie chcą zostać na roli, na której nie mają żadnej przyszłości. Nic się tu nie zmieniło na lepsze, a właściwie postępuje ciągła degradacja. Młodzież więc wyjeżdża do miast. Nie jest tam łatwo o pracę i mieszkanie, ale życie i możliwości wydają im się dogodniejsze. Na małą liczbę mieszkańców może mieć też wpływ niski a może nawet ujemny przyrost naturalny.

Podam tutaj kilka danych pokazujących jak zmniejszała się liczba osób w wybranych wioskach naszej gminy na przestrzeni 50 lat. Łyntupka 1 liczyła w 1940 roku 251 mieszkańców, 229 było w Łyntupce 2, w 1999 roku było ich w sumie 69. Żemłosław w 1940 roku liczył 204 osoby, 386 osób w 1970, 550 w 1999 roku i jest to wyjątek w naszej gminie. W Zalesiu w 1940 roku były 370 osoby, 201 w 1970, 53 w 1999 roku. W Dobrowlanach w 1940 roku mieszkało 415 osób, 221 w 1970, 99 w 1999 roku. W Dowgiałowszczyźnie w 1940 roku było 61 osób, 50 w 1970, 17 w 1999 roku. Girewicze w 1940 roku zamieszkiwało 327 osób, 237 w 1970, 87 w 1999 roku. W Hucie z folwarkiem w 1940 roku było 446 osób, 193 w 1970, 69 w 1999 roku. W Wodolach w 1940 roku było 466 osób, w 1999 już tylko 54, czyli osiem razy mniej.

W białoruskiej gazecie Gwiazda z 26 kwietnia 2003 roku przeczytałem ciekawy artykuł pt. Bociany i my. Jest w nim mowa o pewnym niewielkim jeszcze, ale zauważalnym procesie. Ludzie wracają na wioski do opuszczonych rodzinnych domów jak bociany do gniazd. Są to emeryci, którzy wpierw przyjeżdżają na okresowe pobyty jak na dacze. Po pewnym czasie zakotwiczają na stałe. Trzeba mieć jednak dokąd wrócić. Do wielu opuszczonych chat nikt przez lata nie zagląda. Dużo z nich jest ruiną, w której nie zamieszka nigdy duch domowego ogniska. Przyczyn tego jest wiele. Naturalna to brak potomków, którzy przejęliby rodzinna schedę. Inna to przyjęcie miejskiego trybu życia z ośmiogodzinną pracą, wygodnym mieszkaniem, w którym nie trzeba codziennie palić w piecu, to szkoły blisko położone i na dobrym poziomie, rozrywka i kultura w zasięgu ręki. To jak to się mówi cywilizacja. Ale taka sytuacja to także wina systemu, który zlikwidował własność ziemi, a tym samym przechodzenie gospodarki z ojca na syna. Nie stworzył dogodnych warunków do życia na wsi.


Kościół

Historia kościoła na naszej ziemi liczy ponad 400 lat i została opisana wcześniej. W tej części przedstawię jak się on tworzył w obecnym swoim kształcie i jaką ważną pełnił rolę w życiu mieszkańców Sobotnik i gminy. Opis plebani i zabudowań jej towarzyszących dotyczy okresu przedwojennego. Zaledwie kilka jest miejsc na Białorusi, które posiadają tak zachowaną świątynię z podziemiami, nie tkniętą przez burzliwe dzieje XX wieku. W 1809 roku marszałkowa Anna Umiastowska dobudowała do istniejącego drewnianego kościoła murowaną kaplicę, do której złożono zwłoki jej męża Jakuba. Mimo upływu lat kaplica trzymała się dobrze, ale stary kościół chylił się coraz bardziej ku upadkowi. Kiedy Władysław Umiastowski został dziedzicem Żemłosławia i Sobotnik czynił starania u władz, aby pozwolono mu wybudować nowy, murowany kościół. W końcu rząd rosyjski wyraził zgodę pod warunkiem jednak, że budowla nie będzie większa od poprzedniej.

Sytuacja w dziedzinie wiary w zaborze rosyjskim zaczęła się wyraźnie poprawiać dopiero na początku XX wieku, a przełomową datą był rok 1905. Klęska Rosji w wojnie z Japonią i rewolucja w imperium, zmusiły cara do wydania liberalniejszych praw i dekretów. Pozwolono wznosić świątynie katolickie, podnosić krzyże. Zaczęły powstawać piękne neogotyckie kościoły budowane na planie krzyża łacińskiego, kojarzące się z kulturą zachodnią i w swej architekturze wyraźnie przeciwstawne cerkwiom. Budowniczowie nowych świątyń doskonale zdawali sobie sprawę, że gdyby rząd carski zmienił zdanie, ich dzieł nie da się po prostu przerobić na cerkwie. O podobnej architekturze co nasza świątynia, powstały w tym samym okresie na terenie dzisiejszej grodzieńszczyzny kościoły w Białohrudzie, Kamionce, Łazdunach, Niestaniszkach, Przyjaźni, Trabach, Wilejce, Zelwie, Olkowiczach, Wosowie, Gierwiatach, Iwieńcu, Łohiszynie, Lacku, Miorach, Naroczy, Repli, Stołowiczach, Szyłowiczach i w innych miejscach.

Budowę nowego kościoła sobotnickiego rozpoczęto przy pomocy miejscowej ludności i to nie bez problemów. Parafian było około 6000, ale gdy przyszło do zwożenia kamieni na fundamenty z okolicznych pól, zabrakło chętnych do pomocy. Cegielnia w Żemłosławiu nie mogła wyprodukować odpowiedniej jakości cegieł a dachówek nie wyrabiano tam wcale. Hrabia Władysław postanowił więc zakupić we Francji maszyny do wyrobu cegieł i dachówek zwanych marsylkami, które zaczęto produkować w Dobrowlanach. Maciej Buzar dziadek Wiktorii Tuczkowskiej z Rybak, był majstrem nadzorującym te prace. Władysław i Janina Umiastowscy często przyjeżdżali na miejsce budowy interesując się jej postępem. Dużo było przy niej różnych kłopotów i trudności ze stronny władz rządowych oraz zawistnych ludzi. Hrabia Władysław na nic nie zważając kontynuował roboty, które zostały zakończone w 1904 roku. W tym samym roku kościół został poświęcony. W czasie jego budowy rozebrano stary kościół i z jego elementów zbudowano kaplicę na cmentarzu sobotnickim. Znajdowała się ona za obecnym pomnikiem nieznanego żołnierza. Miała płaski dach i była na tyle obszerna, że mieściła chór i organy. Odbywały się w niej msze a później uroczystości pogrzebowe i Wszystkich Świętych. Spoczęły tam też czasowo trumny ze zmarłymi z rodziny Umiastowskich, które później zostały złożone w podziemiach nowego kościoła. Po śmierci hrabiego Władysława wykończeniem budowy koscioła zajęła się jego małżonka, hrabina Janina z domu Ostroróg-Sadowska herbu Nałęcz.

Nowy kościół sobotnicki został zaprojektowany przez Władysława Stypułkowskiego w 1897 roku. Jeżeli porównamy projekt z oryginałem to zauważymy, że budowla miała być dłuższa i szersza. Prawdopodobnie władze nie zgodziły się na to, co ponoć doprowadziło hr. Władysława do takiej irytacji, że nosił się z zamiarem wstrzymania i rozebrania rozpoczętej budowy. "W Trabach taki duży kościół stoi a wy, co tu budujecie?! Rozbierać wszystko!". Wołał rozsierdzony. Dał się jednak uprosić przez ludzi i prace kontynuowano. Nasza świątynia zbudowana jest w czystym stylu gotyckim w kształcie krzyża. W prawym ramieniu znajduje się zakrystia a w lewym loża fundatorów. Nad głównym wejściem wznosi się wysoka wieża z dzwonami, zakończona wielkim krzyżem z kutego żelaza. Choć kościół jest oddalony od Żemłosławia o 4 km, to w pogodne dni słychać tam sobotnickie dzwony, a krzyż widać z niektórych miejsc.

Świątynia zbudowana jest z pięknej, czerwonej cegły prasowanej a dach miała pokryty marsylską dachówką. Nad głównym ołtarzem jest wieżyczka z sygnaturką pokryta blachą cynkową, podobnie jak główna wieża i wszystkie występy. Z blachy cynkowej też są rynny. Wokół kościoła jest obszerny cmentarz otoczony wysokim murem z kamienia polnego, zrobiony w 1885 roku ze składek parafian. W murze w równych odstępach jest pięć małych murowanych kapliczek bez okien i drzwi. Przed nimi odmawia się różaniec i czyta ewangelie podczas procesji Bożego Ciała. W głębi kapliczek są malowidła miejscowych malarzy. Brama w murze wiodąca do kościoła jest żelazna, podwójna z dwiema furtkami miedzy czterema słupami z cegieł. Została zrobiona przez parafian po wybudowaniu kościoła.

Przyjrzyjmy się w tym miejscu zdjęciu sobotnickiego kościoła z początku XX wieku. Wykonał je fotograf i krajoznawca Jan Bałzunkiewicz. Nie widać frontowej części muru, która jest zasłonięta jakimś budynkiem. Być może jest to wspomniany wcześniej szpital (przytułek) dla ubogich. Trudno jest więc stwierdzić, że istniała w nim już wtedy wspomniana wyżej brama. Natomiast wyraźnie widoczne jest duże wejście w murze w innym miejscu. Obok niego jest mała furtka. Widoczny jest również fragment starej, drewnianej dzwonnicy.

Wewnątrz kościół ma trzy bardzo wysokie nawy z pięknym sklepieniem. Ołtarz główny jest dębowy w stylu gotyckim, bogato złocony. Pochodzi z warszawskich warsztatów św. Wojciecha. Obraz do ołtarza wykonano w Bawarii. Jest to srebrna, masywna tablica z wytłoczoną figurą św. Władysława Węgierskiego66, wzorowana na tej z bazyliki wileńskiej. Obraz waży 10 kg i jest na nim napis: "SANCTI LADISLAI HUNGARIAE REGIS SACRUM AD MEMORIAM DILECTI MARITI LADISLAI COMITIS UMIASTOWSKI MCMVI.XX.VII.VI. HACE FFIGIE ADORNAT UXOR67". Papież Pius X obdarzył ten obraz odpustami doń przywiązanymi. Po bokach ołtarza stoją figury św. Piotra i św. Pawła, na górze figura Chrystusa, na antypedium68 serca Jezusa i Maryi, po bokach herby fundatorów. Na ołtarzu zawieszone są 54 srebrne wota. W lewej nawie znajduje się mniejszy ołtarz ufundowany przez hrabinę Umiastowską. Jest on również zrobiony w stylu gotyckim z pięknym obrazem za szkłem Matki Boskiej Szkaplerznej pędzla Mordasiewicza. Z okazji jej święta przypada w Sobotnikach największy odpust. U góry ołtarza znajduje się obraz Matki Boskiej Łaskawej przeniesiony ze starego kościoła. Fundacji hr. Umiastowskiej z czerwca 1913 roku są stacje męki pańskiej zdobiące ściany kościoła, wykonane z pięknie polichromowanej masy kamiennej. Dawne stacje w postaci kolorowych rycin pod szkłem oprawione w ramkach, zostały przeniesione do kościoła w Klewicy podobnie jak stare tabernakulum. Wewnątrz kościoła dookoła ścian biegnie wysoka, wzrostu człowieka masywna boazeria, w prezbiterium dębowa a w całym kościele sosnowa, bejcowana pod dąb. Ściany pomalowane są na kolor bladoniebieski. Podłoga w kościele jest cementowa, wyłożona czarnymi i białymi płytami.

Fundacji hrabiny jest również piękna, dębowa ambona gotycka ze złoceniami i rzeźbionymi imionami Jezusa i Maryi oraz herbami fundatorów. Pod amboną znajdują się dwie masywne jesionowe ławki z wysokimi oparciami podobne do stall69. Zrobione są z wielkiej ławki Umiastowskich ze starego kościoła. Przy jednej z nich stoi chorągiew z ciężkiego adamaszku z wizerunkiem św. Władysława. Jest też trzecia ławka sosnowa pomalowana na żółto, która była własnością marszałkostwa Kazimierostwa Umiastowskich. Wszystkie ławki mają adnotację, że należą do Żemłosławia. Janina Umiastowska ofiarowała także kościołowi: duży krzyż do ołtarza głównego ze złoconego brązu, 10 dużych podobnych lichtarzy, gotycką lampę z brązu przed ołtarz oraz chrzcielnicę. Wykonana jest ona z różowego marmuru, ma przykrywkę z brązu z herbami i dużą miedzianą misę na wodę. Fundacji hrabiny są też piękne kratki z kutego żelaza otaczające chrzcielnicę, oraz takie same lecz podwójne dzielące prezbiterium na dwie części, aby wierni nie pchali się zbytnio przed ołtarz. Za chrzcielnicą znajduje się loża fundatorów z dwoma dużymi oknami gotyckimi, które wychodzą na ołtarz główny. Zakrystia jest przestronna i wygodna. Wiodą z niej kręte z kutego żelaza schodyna piętro, gdzie znajdują się rekwizyty kościelne. Na obszernym chórze znajdują się organy pochodzące ze starego kościoła, ufundowane w 1809 roku przez Jakuba Umiastowskiego i odremontowane w 1895 roku.

Z polecenia hrabiny Janiny artysta rzeźbiarz Otto z Warszawy wykonał pomnik zmarłego małżonka. Zrobiony jest on z marmuru kieleckiego a płyta z nazwiskiem z brązu. Nad nią znajduje się portret hrabiego z czasów młodości w mundurze wojskowym. Wyłożony jest on kolorową mozaiką przez zakład Salviatiego z Wenecji i otoczony piękną ramą ze złoconego brązu od braci Łopieńskich z Warszawy. Nad ramą jest wstęga z dewizą zmarłego Francas non flectas70 i korona hrabiowska. Portret podtrzymują dwie postacie alegoryczne z białego karraryjskiego marmuru. Jedna z nich przedstawia Naukę a druga Wiarę. Pod pomnikiem jest nieduża czarna tablica z napisem: Władysław hrabia Umiastowski marszałek powiatu trockiego, dziedzic Żemłosławia, 13 marca 1834-16 stycznia 1905. Tego kościoła fundator. Po prawej i lewej stronie ołtarza są marmurowe tablice ojca i matki fundatora a na ścianie prezbiterium nad wejściem do zakrystii, znajdują się pamiątkowe tablice innych członków rodziny, wszystkie ufundowane przez niego. Wśród innych ofiarodawców dla kościoła był między innymi hrabia Ignacy Korwin-Milewski z Gieranon a także rodzina Bigoniów ze wsi Ślusarze, która podarowała kapę do ołtarza.

Podczas budowy kościoła wykonano dwa podziemia, w których złożono zmarłych z najbliższej rodziny Umiastowskich. Krypta główna to wspaniałe mauzoleum katakumbowe pod wielkim ołtarzem. Prowadzą do niej masywne drzwi żelazne podbite mosiężną blachą, które po otworzeniu mają po bokach także mosiężne kraty. Są one zabezpieczeniem przed wpadnięciem do środka, gdy drzwi są otwarte. Do podziemi prowadzą szerokie kamienne schody z miejscowego granitu, zakończone ażurowymi drzwiami z kutego żelaza. Nad drzwiami widnieje napis: Francas non flectas. Ściany krypty wyłożone są szwedzkim granitem jasno - brązowego koloru, a ta w której jest kolumbarium71 granitem czarnym. Prace w tym miejscu wykonano przy pomocy kamieniarzy szwedzkich. Mozaikowe sklepienie podziemia zostało zamówione u Salviatiego w Wenecji. Wyobraża ono strop niebieski usiany gwiazdami, dookoła których biegnie szlak w kolorowe i złocone arabeski. Na głównym łuku sklepienia znajdują się herby rodów powiązanych z rodzinami hr. Władysława i jego małżonki Janiny: Umiastowskich (Roch III), hrabiów Ostroróg-Sadowskich (Nałęcz), Pęcherzewskich (Bokij), hrabiów Dunin-Rajeckich (Łabędź), hrabiów z Latoszyna-Latalskich, Bagieńskich, Mierzejewskich, Milkontów-Narwoyszów i Judyckich.

Posadzka jest wyłożona kamiennymi płytami czarnymi i szarymi. Pośrodku niej stoi ołtarz w postaci stołu z krzyżem z miejscowego polnego granitu. Po prawej stronie w dolnym rzędzie spoczywają zwłoki marszałka Jakuba Umiastowskiego i jego żony Anny, powyżej sędziego Tomasza i Alberta Umiastowskich. Między tymi rzędami pochowana jest Konstancja, siostra hrabiego Władysława, która zmarła przed ukończeniem roku życia. Po lewej stronie w dolnym rzędzie spoczywa marszałek Kazimierz Umiastowski i jego żona Józefa, w górnym hrabia Władysław a obok jest puste miejsce, które przeznaczone było dla jego żony Janiny. W drugiej mniejszej krypcie znajdującej się pod ołtarzem Matki Boskiej Szkaplerznej i nie tak pięknie wykończonej, spoczywają potomkowie prezesa Antoniego Umiastowskiego: on sam, jego prawnuk oraz kilka niewielkich trumien przeniesionych z kaplicy starego kościoła. W pracach przy adaptacji podziemi pomagała także miejscowa ludność a wśród nich Tomasz Paszkowski. Starsze panie będące wówczas małymi dziewczynkami pamiętają jak bawiły się szkiełkami kolorowej mozaiki.

Na cmentarzu okalającym kościół znajdują się z lewej strony dwa groby rodziny Jankowskich. W jednym spoczywa Franciszek, chorąży wojsk polskich zmarły w 1798 roku, oraz jego żona Marianna z domu Masłow zmarła w 1827 roku. W drugim prawdopodobnie ich syn Wincenty, sędzia powiatu oszmiańskiego, który żył 98 lat a zmarł 15 listopada 1874 roku. Razem z nim spoczywa jego żona Anna z Sokołowskich, zmarła 10 lutego 1867 roku w wieku 72 lat. Po prawej stronie kościoła stał duży drewniany krzyż a trochę dalej jest nieduży kamienny pomnik, oznaczający miejsce spoczynku byłego proboszcza Józefa Mikielunasa. Furtka w murze cmentarnym prowadziła do ogrodu plebani.

Plebania to był duży, drewniany dom kryty gontem. Postawiona była na wysokich fundamentach i oszalowana deskami. Miała szklany ganeczek, siedem pokoi, w dobudówce kuchnię i mieszkanie dla służby. W ogrodzie było 60 drzew owocowych a opodal lasek olchowy, w którym w 1908 roku było 200 drzew. Były też budynki gospodarcze takie jak: drewniana lodownia, murowany sklep kryty deskami, wędliniarnia, drwalnia, dwa spichrze pod jednym dachem kryte gontem, stajnia, wozownia, nieduży chlew kryty słomianym dachem, chlew dla bydła i odryna72 na siano pod jednym dachem gontowym. Służba kościelna w 1918 roku miała drewniany domek kryty dachówką, do którego przylegały dwa składziki, chlewek i odrynka pod wspólnym dachem słomianym. W pobliżu była studnia z kamiennym zrębem. Przy drodze prowadzącej do plebani stał mały drewniany budynek. Przechowywano w nim kościelne chorągwie, feretrony73 i różne narzędzia pomocnicze.

W 1908 roku władze carskie zesłały do Rybińska proboszcza ks. Józefa Borodzicza. Tego samego roku dziekan z Wiszniewa ks. Nikodem Tarasewicz decyzją z dnia 8 października mianował nowym proboszczem w naszym miasteczku ks. Tomasza Żebrowskiego. Kościół był zaliczany przez rząd rosyjski do piątej kategorii. Jego inwentarz z 15 kwietnia 1909 roku zawierał: 15 mórg74 i 215 prętów75 ziemi (łąki, ziemia orna), wygony Wary, a także 9 mórg ziemi ornej przy wsi Dowgiałowszczyzna oraz łąki obok Czechowców zwane Andruniszki, razem 23 dziesięciny76. Proboszcz sobotnicki pobierał od rządu rosyjskiego 230 rubli pensji rocznie. W 1908 roku w parafii żyło 3241 mężczyzn i 3290 kobiet. Odpusty odbywają się 23 kwietnia w dniu św. Jerzego, 27 czerwca w dniu św. Władysława i w pierwszą niedzielę października ku czci Matki Boskiej Różańcowej.

Nowy inwentarz kościoła sporządzono 2 czerwca 1921 roku w czasie wizyty biskupa wileńskiego ks. Jerzego Matulewicza77. Zawiera on między innymi: 26 ksiąg metrycznych urodzeń od 1616 do 1903 roku, 15 ksiąg ślubnych od 1615 do 1908 roku, 8 ksiąg zmarłych od 1796 do 1908 roku. Zarówno ten jak i poprzedni inwentarz są bardzo niedokładne. Niektórych zapisanych i ofiarowanych kościołowi przedmiotów nie ma, inne są nieopisane, ale są też i takie, które opisano szczegółowo.

Proboszczowie parafii sobotnickiej w różnych okresach jej istnienia:

1573- ks. Wysocki

1770- ks. Łubieński

1827-1830 ks. Andrzej Dzieboński

1830-1832 ks. Dionizy Borycewicz, wikary ks. Stanisław Pohuciewski

1832-1836 ks. Piotr Dobszewicz

1836-1848 ks. Franciszek Zarynia, kolejni wikarzy to księża: Karol Kozakowski, Antoni Klimaszewski, Czesław Bukowski, Ludwik Gimbut, Michał Jurewicz, Stefan Pezowicz

1854- ks. Wincenty Karbanowicz

1880-1881 ks. Józef Mikielunas

1908- ks. Józef Borodzicz

1908-1931 ks. Tomasz Żebrowski

1931-1962 ks. Paweł Bagiński

1987-1990 ks. Wincenty Lisowski

1990-1996 ks. Krzysztof Groszyk

1996- ks. Franciszek Gałdyś

Za czasów probostwa ks. Wincentego Karbanowicza organistą sobotnickim był Józef Rakowski. Ksiądz Józef Korkuć pochowany jest na cmentarzu parafialnym niedaleko za bramą wejściową po prawej stronie. Po lewej stronie za pomnikiem wojskowym spoczywa ks. Paweł Bagiński, a grób ks. Mikulenasa znajduje się przy kościele. Żyją jeszcze ludzie pamiętający ks. Żebrowskiego, za którego kadencji byli u I komunii św. Kapłan ten w 1931 roku objął parafię w Wiszniewie koło Wołożyna gdzie był także dziekanem. W 1939 roku po wkroczeniu sowietów został aresztowany i zesłany do łagrów. Zmarł na zesłaniu w roku 1950. W miejsce księdza Żebrowskiego przyszedł ks. Paweł Bagiński. Miał on do pomocy wikarego ks. Apolinarego Aleksandrowicza i dwie lub trzy siostry tercjarki,78 wśród których była Anastazja siostra Jana i Stanisława Sienkiewiczów. Funkcję organisty pełnił pan Dobuszyński a po nim Wacław Sadowski. I tak oto jesteśmy w latach trzydziestych.

Kościół oprócz swej normalnej działalności prowadził także akcje społeczno-oświatowe, działał przy nim chór mieszany, w którym z wielkim zamiłowaniem śpiewała Michalina Kononowicz z domu Koczan (Kaczaniszka). W domu parafialnym zwanym też ludowym, odbywały się zebrania Stowarzyszenia Młodzieży Katolickiej. Dla dziewcząt organizowano trzymiesięczne kursy gotowania oraz kroju i szycia, prowadzone przez wykwalifikowanych instruktorów z Wilna. Dzięki nim otrzymywały one lepsze przygotowanie do pełnienia obowiązków przyszłych żon i matek.

W domu ludowym odbywały się też akademie z okazji uroczystości religijnych i państwowych. Na przykład 3 maja z okazji święta Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski i rocznicy Konstytucji 3 Maja, z okazji Święta Morza, jasełka bożonardzeniowe. Kino objazdowe wyświetlało w nim filmy takie jak Młody las, Obrona Częstochowy. Dla biedniejszych dzieci ks. Bagiński kupował bilety. Urządzano też zabawy z wiejskimi tańcami i skeczami w wykonaniu miejscowych dziewcząt. Aktywnie w tych imprezach uczestniczyły Janina Boguszewicz, Felicja Stankiewicz, Adolfina Romanowicz i inne dziewczyny. Można tutaj było urządzić stypę pogrzebową lub inną uroczystość, byle nie huczną zabawę. Skromny dochód tych przedsięwzięć szedł na cele charytatywne, na przykład organizowanie choinki dla ubogich dzieci, w czym aktywnie pomagała wśród innych Stefania Jarmolińska, żona miejscowego lekarza.

Przy kościele działało z tradycją ponad stuletnią bractwo różańca świętego. Jego członkami w latach 1930/31 byli z Sobotnik: Władysława Bahdziul, Antoni Bil, Jan Bil, Bronisława Bohuszewicz, Janina Bohuszewicz, Mieczysław Bohuszewicz, Bolesław Czejdo, Wanda Czejdo, Adela Cicha, Halina Dobuszyńska, Stanisław Iwanowski, Wiktor Jackiewicz, Janina Juchniewicz, Albina Kaczyńska, Alfred Kawecki, Wiktor Kawecki, Jan Misa, Józef Panasewicz, Helena Raksa, Adolfina Romanowicz, Michał Tuczkowski, Stanisław Tuczkowski, Teofil Tuczkowski, Wacław Tuczkowski. Z Chilewicz Anna Niechwiadowicz, Janina Niechwiadowicz, z Szarkuć Stefan Hryniuk, z Jakunki Anna Niechwiadowicz. Tradycja różańcowa przetrwała do dzisiaj i największym świętem parafialnym jest nie dzień patrona, ale Matki Bożej Różańcowej.


Szpital

Teraz przejdę do bardzo ważnej i prawie niespotykanej w gminach wiejskich instytucji jak szpital w Sobotnikach. Szpital nasz świadczył usługi także Geranonom, Dziewieniszkom, Trabom, Lipniszkom, a nawet w pewnych przypadkach Iwiu. Jedynie Juraciszki, posiadające dogodne połączenie kolejowe z Lidą korzystały z tamtejszego szpitala.

Co spowodowało, że w naszych Sobotnikach umiejscowiono tak ważny ośrodek? Mogę jedynie przypuszczać jak do tego doszło. Wschodnie tereny Polski należące do zaboru rosyjskiego były bardzo ubogie w placówki lecznicze i nie tylko w nie. Tym samym stan zdrowia wśród ludności szczególnie wiejskiej, oświata i świadomość w tej dziedzinie były niskie. Często wybuchały epidemie chorób zakaźnych takich jak tyfus plamisty, dur brzuszny, dyfteryt, gruźlica. Na to wszystko negatywnie nałożyły się wydarzenia pierwszej wojny światowej niosącej za sobą zniszczenia, głód, nędzę oraz różne choroby. We wspomnieniach przekazywanych w rodzinach głód był tak wielki, że ludzie jedli placki zrobione z lebiody, wrzosu, rozmiękczonych kłosów zboża i odrobiny mleka. Masowo umierali na czerwonkę. Taką właśnie sytuację zastało na tych terenach młode państwo polskie, odzyskując niepodległość w 1918 roku po 123 latach niewoli. Starano się zaradzić w różny sposób potrzebom w dziedzinie ochrony zdrowia między innymi poprzez budowę nowych placówek leczniczych.

O lokalizacji szpitala w Sobotnikach zadecydował naczelny i nadzwyczajny komitet do walki z epidemiami. Przyczynił się też do tego odpowiedni mikroklimat panujący na tych terenach. Powietrze było czyste i żywiczne, nasączone olejkami eterycznymi z okolicznych borów sosnowych. Takie jest i teraz. O wyborze miejsca mogło zadecydować dodatkowo to, że w 1897 roku powstały zalążki placówki leczniczej w naszym miasteczku. Pieniądze na szpital pochodziły z funduszu Ligi Narodów79. Położony nad rzeką Gawią, powstał w latach 1921/22 na części gruntów Witolda Gana, wydzielonych z jego majątku Łyntupka. Witold Gan i jego siostra Aleksandra, pochodzili z jednego z najstarszych rodów osiadłych w powiecie oszmiańskim, który pieczętował się herbem Rawicz. Ich przodek Jerzy Gan był w 1620 roku właścicielem folwarku Nemowiany. W 1658 roku Piotr Gan wziął za żonę Matyldę Czygin Ejgird, która wniosła mu w posagu Ejgirdy i Seliszczenięta.

Od jesieni 1923 roku do sierpnia 1945 roku szpitalem kierował doktor Kazimierz Jarmoliński. Wcześniej pomocy medycznej udzielał ludziom Adam Miksza, pradziadek Zenona Poźniaka. Był on uczestnikiem wojny rosyjsko - japońskiej, dyplomowanym felczerem z dobrą praktyką. Ludzie pamiętają, jak z długą białą brodą chodził do chorych stawiać metalowe bańki. Doktor Jarmoliński urodził się w 1894 roku w Dziakowcach w Mińszczyźnie. Studia medyczne odbył w Kijowie a w latach 1914 - 17 służył w armii rosyjskiej. Przed przyjściem do Sobotnik dr Jarmoliński odbywał służbę wojskową w pułku ułańskim w Święcianach, gdzie poznał swoją przyszłą żonę Stefanię Bułak-Bałachowicz.80 Nie chciała ona żeby mąż został w wojsku, dlatego młody lekarz udał się do urzędu wojewódzkiego, gdzie wśród różnych miejsc pracy wybrał Sobotniki. I tak Jarmolińscy przyjechali tu w 1923 roku.

Pani Stefania była już wcześniej raz zamężna i mieszkała we Lwowie. W czasie wydarzeń wojenno-rewolucyjnych bolszewicy opanowali miasto. Męża pani Stefanii zamknięto w więzieniu gdzie zginął. Ich jedyne dziecko niemowlę Janek, zostało zabrane do ochronki. Matkę wraz z grupą Polaków wywieziono nad Bajkał, gdzie pracowali w kopalni soli. Pani Stefania przyłączyła się do grupy śmiałków, którym udało się uciec. Pieszo, żywiąc się złapanymi drobnymi zwierzętami, leśnymi owocami i korą z drzew dotarli oni do Moskwy. Tam poprzez kontakty i niemałe pieniądze udało im się dotrzeć do Feliksa Dzierżyńskiego. Był on już wówczas narkomanem i na morfinę wydawał majątek. Żelazny Feliks za pieniądze załatwił uciekinierom dokumenty na wyjazd do Polski. Po małżeństwie z Kazimierzem Jarmolińskim, pani Stefania rozpoczęła poszukiwania swojego syna. Udało się go odnaleźć i znowu za duże pieniądze sprowadzić do kraju. Dr Jarmoliński usynowił sześcioletniego Janka, który nie umiał mówić po polsku. Takie były losy wielu kresowych rodzin, które dwadzieścia lat później miały się powtórzyć.

Gdy Jarmolińscy przyjechali do Sobotnik, na terenie szpitala był tylko nieczynny barak do leczenia gruźlików i innych chorób, postawiony w 1897 roku. Dr Jarmoliński kupił od pani Aleksandry Radziejewskiej stary domek naprzeciw szkoły, graniczący z budynkiem późniejszej apteki Czejdo i ziemią Paszkowskich. Nabył także plac i łąkę nad Gawią, posadził sad a później założył pasiekę. W budynku gminy prowadził pogadanki na temat pszczelarstwa dla rolników, którzy chcieli mieć własne ule. Jako jedyny tutaj lekarz i to pracujący w trudnych warunkach, musiał znać się na wielu zagadnieniach medycznych. W skład jego obowiązków wchodziły: mała chirurgia (składanie złamań, amputacje, szycie), położnictwo a w tym różne rodzaje porodów, okulistyka i choroby wewnętrzne. Dr Kazimierz do pomocy w stomatologii miał felczera Apolinarego Kuleszę z Wasilewicz. Przy innych zabiegach uczestniczyły i opiekę nad chorymi sprawowały pielęgniarki oraz położne, w większości pochodzące z Sobotnik i gminy. Czasami była konieczność wykonania poważnej operacji wymagającej udziału więcej lekarzy. Przyjeżdżał wówczas z Lidy znany lekarz dr Stefan Kozubowski. Doktorowi przy pracy pomagali także studenci medycyny, odbywający tutaj praktykę. W zamian za to otrzymywali nocleg, wyżywienie i trochę pieniędzy na dojazdy do Wilna na egzaminy.

Szpital się rozwijał i w 1939 roku posiadał 50 łóżek, pawilon ogólny, pawilon chorób zakaźnych, mieszkania dla pielęgniarek, dużą kuchnię ze stołówką, spiżarnię, lodownię i inne budynki gospodarcze. Nad dużą bramą wjazdową krytą dachówką widniał napis: Państwowy Szpital Epidemiczny w Sobotnikach powiat Lida województwo nowogródzkie. W specjalnej ziemiance składowano lód brany zimą ze stawu młyńskiego na Gawii. Obsypany solą i trocinami wystarczał do następnej zimy. Szpital posiadał kanalizację, którą w latach trzydziestych rozbudowano o oczyszczalnię ścieków w postaci sieci drenów i studzienek osadniczych. Zaopatrzony był też we własną elektrownię i wodociąg z pompą, doprowadzającą wodę do zbiornika na dachu jednego z budynków. Pompa mieściła się w niewielkim drewnianym domku. Była o napędzie mechanicznym i uruchamiało się ją korbą, za pomocą której napędzano duże żelazne koło. Mówiło się, że idę do szpitala kręcić wodę. Można było przy tym zarobić parę groszy. Nie była to łatwa praca, gdyż pompować trzeba było trzy razy dziennie wykonując kilka tysięcy obrotów korbą. W budynkach szpitalnych były piece kaflowe a na oddziale chorób zakaźnych centralne ogrzewanie, w czasie wojny nieużywane z powodu braku węgla.

Państwo Jarmolińscy gościli często u siebie znajomych i przyjaciół z rodzinami, tworząc w ten sposób małą elitę intelektualną Sobotnik. Wśród nich byli nauczyciele z gminy, Stanisław Selens prezes sądu z Lidy a później Wilna, sędzia Szabunia z Lidy, adwokat Witold Jankowski, Tatar Aleksander Achmatowicz sędzia z Lidy i właściciel Teniukowszczyzny, jego brat Iskander, Alfred Lange sędzia z Nowogródka, dr Bronisław Dziadul z Wilna, dr Bolesław Wieczorek, dr Rajpert, dr Nikodem Rusakiewicz z Dowgiałowszczyzny, harcmistrz Leszek Domański ps. Zeus.

Leszek ukończył geografię na Uniwersytecie im. Stefana Batorego81 w Wilnie a tematem jego pracy dyplomowej były Sobotniki. Jego ojciec był lekarzem w Nowogródku i kolegą dr Jarmolińskiego. Od młodych lat Leszek związany był z harcerstwem, przechodząc w nim kolejne stopnie do instruktora Chorągwi Wileńskiej Harcerzy. Kiedy przeprowadził się do Warszawy, został szczepowym 23 Warszawskiej Drużyny Harcerzy i instruktorem Głównej Kwatery Organizacji Harcerzy. Wybuchła wojna i Leszek znalazł się w ścisłym gronie Głównej Kwatery Szarych Szeregów82, przewodniczącym Pogotowia Harcerzy i wizytatorem Polski Wschodniej. Wiosną 1940 roku wyjechał do Wilna w celu dokonania inspekcji tamtejszej chorągwi Szarych Szeregów. Przy przekraczaniu granicy radziecko-litewskiej w okolicy Ejszyszek został zatrzymany 21 marca 1940 roku, aresztowany i osadzony w więzieniu w Lidzie. Po wielomiesięcznych przesłuchaniach, dnia 1 lutego 1941 roku skazano go na karę śmierci przez rozstrzelanie.

Od 1939 roku do wiosny 1944 roku pracował w szpitalu dr Nikodem Rusakiewicz z Dowgiałowszczyzny. Po reorganizacji AK w zgrupowania, został szefem służby medycznej Zgrupowania Wschód. W 1941 roku podczas okupacji niemieckiej pojawiła się w Sobotnikach dr Tamara Rusakowa- Kulik. Była to Rosjanka, żona lekarza wojskowego z Leningradu. Po napaści sowietów na Polskę 17 września 1939 roku znalazła się na tych terenach wraz z mężem, trzyletnim synkiem i teściową. Gdy Niemcy zaatakowały Związek Sowiecki, jednostkę męża ewakuowano a one nie zdążyły wyjechać. Nowy okupant skierował ją do pracy w sobotnickim szpitalu. Została tutaj na wiele lat, była lubiana i poważana. W latach 1942 - 43 pomocą ojcu w szpitalu służył Jan Jarmoliński.

W tym trudnym okresie wojennym szpital musiał się utrzymywać sam. Pacjenci płacili za leczenie zbożem, chowano na miejscu świnie, uprawiano ogród, pieczono chleb. Niemcy przywieźli do Juraciszek Rosjan z frontu spod Rżewa i Leningradu, i polecili sołtysom porozmieszczać ich w okolicznych gminach. Tym sposobem znaleźli się też oni w Sobotnikach. Byli to starcy i kobiety z dziećmi. Wśród nich młoda felczerka z dwójką małych dzieci, którzy przeżyli duży głód. Jako że różnej pracy w szpitalu nie brakowało, nowi przybysze zostali przydzieleni do pomocy i zamieszkali na jego terenie. Traktowano ich dobrze. Otrzymali trochę ziemi na warzywnik do potrzeb własnych, a oni z kolei uczciwie pracowali i byliwdzięczni za okazaną pomoc. Jedna z nich Warwara Muraszko do dziś mieszka w Sobotnikach.

Za okupacji niemieckiej pracowała w szpitalu Maria Kononowicz (Grzesiuki). Dzięki przyjęciu jej przez dr Jarmolinskiego, uniknęła wywózki do Niemiec. Była sanitariuszką na głównym oddziale (chirurgia wewnętrzna i ginekologia). Razem z nią pracowały też Maria Boguszewicz i Maria Żyrowicka. Janek Jarmoliński w żartach nazwał trzy Marysie odpowiednio Chuda, Gruba i Mała. Pielęgniarkami na tym oddziale były: Wika Tomaszewicz, Weronika Jakubowska, dziewczyna o imieniu Tosia. W osobnym budynku mieścił się oddział zakaźny chorych na tyfus plamisty. Byli wśród nich mieszkańcy gminy oraz ewakuowani Rosjanie. Warunki do leczenia były trudne co powodowało przypadki zarażenia także personelu oddziału. Pacjentów, którzy zmarli na tyfus grzebano w lesie za terenem szpitala.

Od października 1943 roku do lipca 1944 roku dr Kazimierz Jarmoliński pełnił funkcję szefa sanitarnego Obwodu Armii Krajowej83 Juraciszk-Iwie, na którego terenie działał 6 Batalion 77 Pułku Piechoty Armii Krajowej. Jego żołnierze duże wsparcie medyczne otrzymywali ze szpitala sobotnickiego. Był on dobrze zaopatrzony przed wojną, gdyż dr Jarmoliński kupił lekarstwa, opatrunki i inne potrzebne rzeczy za całą kwotę pieniędzy, jaką otrzymał na 1939 rok. Oprócz tego przychodziły do szpitala już w czasie wojny medykamenty, zdobywane w różny sposób przez Armię Krajową na potrzeby jej żołnierzy. Były one w szpitalu przygotowywane w specjalnych zestawach, wkładanych do toreb brezentowych dla oddziałów AK działających na terenie Juraciszki - Iwie.

Szpital polowy 6 Batalionu znajdował się w zaścianku Baranowicze koło Surwiliszek, gdzie dokonywano pierwszej pomocy medycznej. Kierował nim student medycyny Edward Miksza. Poważniejsze przypadki kierowane były do szpitali w Sobotnikach, Wołożynie, Wiszniewie i do polowego szpitala Obwodu AK Oszmiana w Antoniszkach. W lipcu 1944 roku przyszli do Sobotnik sowieccy partyzanci z Bakszt, nasłani w celu pojmania dr Jarmolińskiego i jego syna. W porę jednak ostrzeżeni wyjechali oni do Wilna, gdzie w szpitalu przeczekali niebezpieczny okres udając chorych na zakaźną chorobę.

Personel szpitala sobotnickiego w 1939 roku był następujący: Dr Kazimierz Jarmolinski, dr Nikodem Rusakiewicz, kancelista Piotr Jakubowski lat 25, Weronika Kalutówna lat 23, Wiktoria Tomaszewicz lat 24, Julia Ścieżkówna lat 20, Zofia Szlucha lat 17, Stanisława Szabunia lat 23, Stefania Szeptun lat 15, Emilian Szpinta lat 38 i jego żona Aleksandra lat 26.

Szpinta zajmował się obsługą i konserwacją szpitalnej elektrowni. Za okupacji niemieckiej była ona nieczynna, gdyż Niemcy nie dawali do niej paliwa. Szpinta robił wówczas wiadra, aby jakoś utrzymać rodzinę. Zanim na stałe osiedlił się w Sobotnikach, pracował w urzędzie wojewódzkim w Nowogródku. Jego zadaniem było dostarczanie pensji pracownikom służby zdrowia w tym do Sobotnik. Zapoznał się dobrze z dr Jarmolińskim, który przyszedł mu z pomocą, gdy Emilian uległ ciężkiemu wypadkowi. Doktor leczył go przez trzy lata i to z dobrym skutkiem. Szpinta zadomowił się w naszym miasteczku i ożenił się z siostrą żony Macieja Puczkieły Aleksandrą Sołtan.


Żydzi

Pierwsi Żydzi w Sobotnikach pojawili się prawdopodobnie w latach 1877-1880 a kolejni po roku 1891. Wybuchł wówczas duży pożar w Iwiu, wskutek którego spaliło się sto domów. W mieście tym żyła duża społeczność żydowska (804 osoby w 1847 roku). Po kataklizmie część z nich wyjechała do pobliskich miasteczek, w tym może do Sobotnik. W naszym miasteczku przed wojną było około piętnastu rodzin żydowskich. Żydzi mieszkali wśród Polaków i żyli z nimi bezkonfliktowo. Dzieci ich bawiły się i uczyły razem z polskimi. Zdarzały się jednak bardzo wstydliwe dla nas przypadki złego stosunku do Żydów. Był taki czas tuż przed wojną, że wypisywano na ich sklepach hasła: Nie kupuj u Żyda. Rzucano kamieniami przez nie zadaszoną werandę u Cemacha, gdzie się czasami gromadzili. Podczas modłów w bożnicy podglądano ich a chłopcy wrzucali do środka koguta przez komin. Po likwidacji zalążka cmentarza w Sobotnickach, Żydów grzebano w Dziewieniszkach. Dowodem tego może być fakt, że jak pamięta mój tata dziadek Bronisław wiózł do tego miasteczka zmarłą kobietę z rodziny Cemacha. Może też ktoś z nich spoczął na kirkucie84 w Lipniszkach.

Trudno jest dziś opisać sobotnickich Żydów, gdyż prawie wszyscyzginęli podczas likwidacji getta iwiejskiego. Z tych co się uratowali, nie wiem czy ktoś żyje, może ich potomkowie. Kilka lata temu zmarła w Izraelu Bejba (Bela) Helczyk. Była w czasie wojny kilkuletnią dziewczynką i niewiele zapamiętała z tamtego okresu. Żydzi mieli małą drewnianą bożnicę, w której mieszkał rabin z żoną i dwoma synami. Zajmowali się handlem i usługami prowadząc kilka sklepów w Sobotnikach, zlokalizowanych głównie przy ulicy Kościelnej. Czasami pojawiał się w miasteczku wędrowny Żyd handlarz skupujący szmaty i żelazo w zamian za igły, chustki czy inne drobne rzeczy. Wiadomości o nich zebrałem od starszego pokolenia mieszkańców naszego miasteczka.

Arkin (Horczyk) - miał za Usinowiczami duży dom z gankiem. Z lewej strony było wejście do mieszkania, z prawej do sklepu żelaznego, który prowadził wraz z siostrą Ryfką. Oboje byli niskiego wzrostu i niezbyt urodziwi. Horczyk ożenił się z Żydówką z Dziewieniszek, sympatyczną i inteligentną.

Bielski Tuvie - pochodził ze wsi Stankiewicze koło Nowogródka. Jak to Żydzi mieli w zwyczaju, przy pomocy pośrednika ożenił się z Ryfką Arkin. Razem prowadzili sklep z materiałami obok Flaszmanów, Tuvie sprzedawał także rowery. W czasie wojny Bielski był dowódcą oddziału partyzantki żydowskiej działającej w nowogródzkim. Uratował on od zagłady ponad 1200 Żydów: starców, kobiety i dzieci. Była to największa liczba ocalonych izraelitów dzięki ich rodakom w II Wojnie Światowej. Jednak Tuvie Bielski ma także ciemne strony w swojej historii. Jego oddział brał udział w bezwzględnych rekwizycjach żywności przeprowadzanych wśród polskiej ludności. Najtragiczniejsze wydarzenie nastąpiło 9 maja 1943 roku. Tego dnia partyzanci Bielskiego razem z sowieckimi napadli na Naliboki i zamordowali 128 osób.

Borejkis - szklarz, mieszkali za fryzjerem Szlomką. Mieli córkę Fejgę i syna Nachmana. Razem z nimi mieszkała siostra Borejkisowej, która była krawcową.

Cemach - mieszkali za spichlerzem, który stał na rogu ulicy Wileńskiej. Prowadzili skromny sklep, w którym sprzedawali śledzie, igły i inne drobne towary spożywczo - gospodarcze. Mieli trzy córki. Jedna z nich Henia była krawcową, druga zamężna miała syna Arczyka, na którego ojca wołali Kopka. Trzecia Sonia była żoną fryzjera Szlomki. U Cemacha można było kupić nawet w szabat, ale z tyłu sklepu.

Daniel - mieszkali na ulicy Wileńskiej przy drodze prowadzącej do Rybak. Dom był duży pod jednym dachem razem ze stodołą, gumnem i innymi pomieszczeniami. Zatrzymywali się tutaj na nocleg podróżni zmierzający do Wilna. Liba Daniel miała córkę Lorkę zamężną za Lejbą Sapożnikiem (mieli córkę Dorotę i syna Lejbę) i syna Monesa. Prowadził on sklep ze skórami i żelazem, który zaopatrywał z Lidy jego szwagier. Przywoził on również części do rowerów, z których składali kompletne bicykle według życzeń klientów. Mones znał dobrze ludzi i miał do nich odpowiednie podejście. Wiedział, komu można zaufać i sprzedać rower na kredyt. Nie żądał przy tym weksla, który musiał być poręczony przez dwóch żyrantów. Inaczej postępował Bielski, który przy każdej sprzedaży bezgotówkowej wymagał zabezpieczenia wekslowego. Mones przy pierwszych sowietach ożenił się z piękną Żydówką Beatą z Warszawy z którą miał dziecko. Ona pracowała w sobotnickim szpitalu i była dobrą pielęgniarką. Lejba Sapożnik uciekł z miejsca egzekucji. Po wojnie był urzędnikiem gminnym spisującym po wsiach inwentarz. Został zastrzelony koło Narbut.

Flaszman - mieszkali w domu Adama Mikszy. On Benjamin (Benia), ona Minka córka Matuzichy. Mieli dwoje dzieci, córka miała na imię Chajka. Prowadzili sklep z różnymi drobnymi towarami: śledzie z beczki, czekolada, sznurowadła, pasta do butów, mąka, cukier. Przysłowiowe mydło, szydło i powidło z przewagą jednak towarów spożywczych. Mieścił się on w Murowance a następnie w domu Mikszy. Tam też poszerzyli asortyment o chustki i swetry, które dobrze się sprzedawały. Mieli opinię bardzo porządnych ludzi. Widziano jak Benia szedł z dziećmi trzymając je za ręce na miejsce kaźni.

Helczyk - Lejba, Oser, Nochim, Rachela i Łejka, która była żoną Helera Jedwaba. Łejka prowadziła kawiarnię, gdzie można było kupić ciastka, kawę, herbatę, alkohol. Rachela była bardzo ładna. Wyszła za mąż za wojskowego, sowieckiego Żyda, z którym wyjechała. Helczyk ze szwagrem mieli dwie smolarnie w Dziewieniszkach i Mażulach. Wyrabiali w nich terpentynę z sosnowych korzeni. Jedwabowie mieli dwoje dzieci Siomę i Bejbę. Zostali oni przechowani w Sobotnikach podczas okupacji niemieckiej. Po wojnie Jedwab pracował w gminie. Został zabity na drodze koło Zalesia. Jego żona wyjechała do Iwia, gdzie Bejba chodziła do szkoły. Następnie obie wyjechały do Wilna, córka wyszła za mąż i w 1958 roku wszyscy wyjechali do Izraela.

Lejba Ryfka - sklep kolonialny (towary importowane z krajów pozaeuropejskich) za kowalem Lejzerem Ulfką. Lejba Beniamin - sklep kolonialny za Ryfką.

Lejzer Ulfka - był kowalem, mieszkał za Horczykiem, miał dwie córki. Z mężem jednej z nich prowadził kuźnię przy Matrunie. Ich ślub odbył się w Sobotnikach w tradycyjny żydowski sposób. Para młoda stała pod baldachimem a goście weselni modlili się. Młodzi wypili pokieliszku wina tłukąc je następnie. Była trzyosobowa orkiestra. Kiedy udawali się z bożnicy do domu, szła za nimi stara Liba Daniel i tańczyła. Zięć Ulfki ocalał z getta.

Matuzicha - mieszkała naprzeciw kościoła, miała dwie córki Lejbę i Minkę. Prowadziła mały sklepik spożywczy. Piekła bardzo dobry chleb pszenny, specjalnie na zamówienia weselne. Lejba zakochała się lwowskim skrzypku Norwidzie, który przed wojną przyjechał do Sobotnik na leczenie. Przychodziła do kościoła podczas ślubów, tak bardzo podobała jej się ta uroczystość. Zaszła z Norwidem w ciążę i oboje uciekli do Wilna. Tam ona dała się ochrzcić i wyszła za niego za mąż. Matuzicha ocalała z zagłady.

Motek - mieszkał wraz z bratem na końcu ulicy Wileńskiej, zwano ich Lejbki. Handlowali przy pomocy wujka Monesa dobrym mięsem - szczególnie wołowiną. Mones ożenił się z pielęgniarką ze szpitala. Elegancko się ubierał i jeździł sportowym rowerem. Motek był w straży pożarnej, ocalał z zagłady i mieszkał później w Moskwie.

Rabin - mieszkał w małej drewnianej bożnicy za Cemachem i kuźnią Ulfki, miał żonę i dwóch synów.

Sinieński Noachim - mieszkał za karczmą Poźniaka, miał dwie córki Rachelę i Ryfkę, prowadził sklep kolonialny.

Szlomka - Benjamin i Sonia. Mieszkali za karczmą Poźniaka, nie mieli dzieci. Prowadzili zakład fryzjerski dla pań i panów. Sonia robiła trwałą fryzurę za pomocą aparatu parowego. Obydwoje ocaleli.

Abram Zaidler - farmaceuta zatrudniony w aptece Czejdo, żonaty z rosyjską Żydówką, która Renię Jarmolińską uczyła się języka rosyjskiego, mieli jednego syna.

Podczas pierwszej okupacji sowieckiej znaleźli się w Sobotnikach Żydzi, jacy uciekli z Warszawy przed Niemcami. Inni którzy tutaj trafili, zostali podobno wymienieni z sowietami za żywność dla wojska niemieckiego. Wśród nich byli Lonia i Motek. Ona była córką rabina zastrzelonego przez hitlerowców. On po pewnym czasie poszedł do stacji kolejowej Gawia i odjechał w nieznane. Mieszkańcy zapamiętali także małżeństwo z dwoma córkami, które miały trudności w nauce języka rosyjskiego. A także właściciela wiatraków spod Warszawy, jaki kuł gospodarzom kamienie do ręcznych żarn.

Po wybuchu wojny niemiecko - sowieckiej, Niemcy rozkazali zebrać się na ryneczku w Sobotnikach miejscowym Żydom. Wybrali z nich Bielskiego, zięcia Ulfki, Helczyka i syna Matuzichy. Powieźli ich podobno na front kopać okopy, lecz im udało się uciec. Po pewnym czasie Niemcy utworzyli w centrum Iwia getto, w którym znaleźli się też Żydzi z Sobotnik. Początkowo mogli oni wychodzić z niego na przykład po żywność dla swoich rodzin. Robiły to dzieci, które przychodziły po pomoc do swoich szklonych kolegów. Pierwszych Żydów w Iwiu rozstrzelano 2 sierpnia 1941 roku. Likwidacja getta nastąpiła 12 maja 1942 roku w cztery dni po wymordowaniu Żydów z getta lidzkiego. Około 2,5 tysiąca osób rozstrzelano w Stoniewiczach koło Iwia. Dokonali tego Niemcy rękoma Litwinów. Tylko nielicznym udało się przeżyć. W miejscu zagłady znajduje się pamiątkowy cmentarz.


Szkoła

Jak wspomniałem, dzieci żydowskie uczyły się razem z polskimi w jednej szkole. Tuż przed wojną była to siedmioklasowa szkoła powszechna mieszcząca się w długim, drewnianym budynku przy drodze do Lipniszek. Sama historia szkoły w Sobotnikach liczy ponad sto lat i nie jest możliwe jej przedstawienie ze względu na brak materiałów źródłowych. Powstała prawdopodobnie w 1867 roku na fali zakładania przez carat szkół ludowych po Powstaniu Styczniowym. W 1885 roku liczyła 56 chłopców i 6 dziewcząt i być może miała tylko trzy klasy, jak to przetrwało we wspomnieniach rodzinnych Adolfa Jurgiewicza. Jako dziecko widział on podręcznik do matematyki z tamtych lat, o dość trudnych zadaniach.

Na początku XX wieku przez kilka lat nauczycielką w niej była Nadieżna Iwanowa, którą ciepło wspominała matka Adeli Grażyńskiej. Franciszek Kononowicz starszy brat mojego dziadka Jana, uczęszczał do sobotnickiej szkoły w latach 1908-11. Miała wówczas cztery oddziały i była oczywiście rosyjską, gdyż ta część Polski należała do zaboru rosyjskiego. Franciszek w wieku siedmiu lat zaczął uczyć się czytać i pisać po polsku. U kogo pobierał nauki nie wiem, gdyż do szkoły poszedł mając dziewięć lat, a nie wolno w niej było uczyć po polsku. Dopiero od 1905 roku pozwolono w zaborze rosyjskim na nauczanie w języku polskim w prywatnych gimnazjach. Franciszek mając 15 lat pracował w młynie. W latach 1915-1917 podczas niemieckiej okupacji tych terenów podczas pierwszej wojny światowej, pracował przymusowo w dobrowlańskiej cegielni.

Kiedy tylko zakończyły się działania wojenne pierwszej wojny światowej, w wielu miejscowościach byłych zaborów samorzutnie zaczęły się tworzyć polskie placówki szkolne. Na całym terytorium powstałego państwa polskiego, wprowadzono obowiązek szkolny na mocy dekretu Naczelnika Państwa85 z dnia 7 lutego 1919 roku i zatwierdzonego przez Sejm Ustawodawczy w dniu 22 lipca 1919 roku. Artykuł 118 Konstytucji z dnia 17 marca 1921 roku mówił, że: W zakresie szkoły powszechnej nauka jest obowiązkowa dla wszystkich obywateli państwa. W dniu 1 września 1921 roku przystąpiono do masowego organizowania szkół.

Powstawały one lawinowo jak grzyby po deszczu. We wsiach gdzie było czterdzieścioro dzieci zakładano szkołę z jednym nauczycielem, którego pomocą naukową był tylko kawałek kredy. Następnie organizowano wiejskie szkoły 2, 3 i 4 klasowe, do których uczęszczały dzieci z kilku pobliskich wiosek. Szkoły 6 i 7 klasowe powstawały w gminach i miasteczkach. Owe pierwsze szkółki mieściły się w wynajętych izbach prywatnych domów. Pierwszymi nauczycielami byli często młodzi ludzie bez odpowiednich kwalifikacji, lecz pełni zapału do pracy. Już w początkowym okresie ich istnienia osiągnięto bardzo dobre wyniki. Podstawową książką do nauki pisania i czytania dla wielu pokoleń uczniów, stał się elementarz Mariana Falskiego86.

Do końca lat dwudziestych została opracowana sieć szkolna powiatu lidzkiego. W 1932 roku przeprowadzono reformę szkolnictwa, która ustaliła trzy rodzaje szkół powszechnych. Szkoły I stopnia z czterema oddziałami i jednym lub dwoma nauczycielami. Szkoły II stopnia (dawniejsze 3 i 4 klasowe) posiadały 6 klas i liczyły ponad 120 uczniów. Szkoły III stopnia o 7 klasach i co najmniej 5 nauczycielach. Przed 1 września 1927 roku szkoły powiatu lidzkiego, do którego należała wówczas także Ziemia Szczuczyńska, podlegały Kuratorium Szkolnemu w Białymstoku. Po tej dacie szkolnictwo województwa nowogródzkiego, przeszło pod opiekę Kuratorium Szkolnego w Wilnie. Szkolnictwo powiatu lidzkiego nadzorował Inspektor Szkolny podległy jedynie władzom Kuratorium.

Wracamy do szkoły sobotnickiej. Po I wojnie światowej dobudowano do niej jedną klasę i mieszkanie dla kierownika szkoły. Przed 1934 rokiem funkcję tę pełnił Roman Grabowski, który uczył w niej od ponad ośmiu lat. Razem z nim w 1926 roku pracował także Jan Gadowski. W latach 1934-1938 kierownikiem został Józef Żagun słynący z dyscypliny i wzorowego porządku, czym wzbudzał wśród uczniów niemały strach. Za jego kadencji nauczycielami byli: jego żona Helena, Antoni Mosiewicz, Helena Tyszkówna, Jadwiga Paszkowska, Wiktor Konon, pochodzący z Poznania Karol Kabat, Nela Jaroszyńska, małżeństwo Sawickich i Nikiporowiczów. W 1939 roku Żaguna zmienił Jan Łaukajtys Litwin, którego żona pochodziła z Lidy.

Na terenie gminy Sobotniki szkoły o kilku oddziałach prowadzili: Walek Warszewski i Janina Sudzianka w Zalesiu, Janina Kirol w Czechowcach a następnie w Chilewiczach, Janina Bohdziewicz w Czechowcach, później przeniesiona do Lidy na stanowisko instruktora harcerskiego do szkoły powszechnej nr 5, Antoni Mosiewicz też w Czechowcach, Franciszek i Maria Grajewscy oraz Irena Wojtowicz w Kudejszach, Mazur a po nim Jan Poczobut w Szarkuciach, Jadwiga Anikówna w Korejwjczach (podczas okupacji niemieckiej prowadziła tajne nauczanie w Bożym Darze), Wacław Miszkura w Łyntupi, Jan Maliszewski w Żemajtukach, Walentyna Naumienko w Girdziunach. Stanisław i Irena Zakrzewscy w Wiguszkach.

W niektórych wsiach ze względu na małą ilość dzieci, szkoły traciły status szkół publicznych. Przejmowała je wówczas organizację Macierzy Szkolnej87. Program nauczania w tych szkołach był zgodny z edukacją państwową, a głównym ich zadaniem było szerzenie oświaty wśród miejscowej ludności. Po ukończeniu tych szkół dzieci mogły kontynuować naukę w Sobotnikach. Taką szkołę w Czechowcach po Janinie Kirol przejęła Zofia Dubicka.

Zosia urodziła się na Wileńszczyźnie w dniu św. Kazimierza w roku 1913. W maju 1936 roku ukończyła seminarium nauczycielskie im. Królowej Jadwigi w Wilnie. W tamtych latach trudno było o pracę, więc Zosia zgłosiła się do Macierzy Szkolnej, która skierowała ją do Czechowców. Przed nią pracowali tam kolejno: Janina Kirol, Antoni Mosiewicz i Janina Bohdziewicz. W takiej czteroklasowej szkółce było się nauczycielem i kierownikiem, z wynagrodzeniem mniejszym niż w szkołach państwowych. W Czechowcach Zosia zamieszkała u rodziny Józefa Łatwisa, który był sołtysem. Miał on dwóch synów Stasia i Adolfa a później żona urodziła jeszcze córkę.

Szkoła mieściła się w wynajętym domku Mikszy, który w niej sprzątał a w zimie opalał drzewem. Chodziły do niej dzieci z Czechowców, Borowik i Nackowicz. Nauka odbywała się na dwie zmiany, gdyż w jednej małej izbie nie mogły się pomieścić wszystkie dzieci. Zaopatrzenie w sprzęt taki jak stół i ławki było z gminy. Ona także opłacała pana Mikszę za wynajem pomieszczenia. Dzieci przychodziły na zajęcia i uczyły się chętnie. W 1938 roku Zosia napisała do Macierzy Szkolnej do Warszawy o trudnych warunkach pracy w tych stronach. W odpowiedzi przyjechał samochód, który przywiózł ubrania, buty, książki i przybory szkolne dla dzieci, pieniądze na gorące mleko dla najmłodszych, aparat radiowy, nasiona kwiatów do ogródka przed szkołą. Maszt do anteny radiowej został zrobiony z wysokiej, prostej sosny, którą podarowała ze swojego majątku Łyntupka pani Radziejewska. Wieczorami przychodzili słuchać radia także mieszkańcy wsi. Aleksandra Radziejewska była siostrą nieżyjącego już Witolda Gana. Mieszkała w dworku Łyntupka w pobliżu drogi z Sobotnik do Borowik. Po wojnie nie chciała wyjechać do Polski. Zmarła w 1949 roku i została pochowana obok brata na sobotnickim cmentarzu.

Od roku 1937 Zosia uczyła czytania i pisania przedpoborowych z Czechowców, Borowik i Nackowicz. W kursie tym młodzi chłopcy chętnie uczestniczyli. Latem 1938 roku prowadziła kolonie letnie w Sobotnikach. Organizowane one były dla dzieci pracowników oświaty i samorządu z Lidy. Zosia zaprzyjaźniła się z rodziną Jarmolińskich, a doktor zaprosił ją i kolonistów na pierwsze młode, ziemniaki ze swojego ogrodu. Spotykała się z innymi nauczycielami w wolne dni na herbatce i przyjacielskich rozmowach, grze w siatkówkę. Wraz z Witkiem Puczko, Janką Kirol, Jadzią Anikówną i Welą Szyszko nauczycielką z Lipniszek tworzyli gromadkę przyjaciół. Dołączali do nich: Leszek Domański (Zeus), pochodzący ze Śląska Jurek Pukocz, Karol Kabat, z Poznania przyjeżdżał na wakacje jego brat Zdzisław. Szczególnie Leszek a dokładnie Lechosław Jan Józef, był miłym, wesołym chłopakiem, urodzonym społecznikiem. O swoich przyjaciołach nie zapominał nawet będąc bardzo daleko od nich. Na adres Janki Kirol do Chilewicz przychodziły kartki z USA z Chicago i Milwaukee, gdzie Leszek przebywał na harcerskich wojażach.

W 1939 roku szkoła w Czechowcach była wizytowana przez inspektora z Lidy Mariana Mitułę. Wizytacja wypadła dobrze i była szansa, aby ją przemianować na państwową. Wychowankom Zofii Dubickiej nie dane było jednak przejść do szkoły w Sobotnikach. Przyszedł 1 wrzesień 1939 i napaść Niemiec na Polskę, a następnie 17 wrzesień i zdradziecka agresja Rosji Sowieckiej na wschodnie tereny Rzeczpospolitej. Nastąpiła likwidacja polskich szkół. Nauczycieli z omawianego w tej pracy terenu wysłano do Iwia i Lidy na kursy języka białoruskiego. Po ich ukończeniu Zosia Dubicka wróciła do Czechowców, ale pracowała już w szkole białoruskiej. Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 roku i okupacji tych terenów przez Niemców, nastąpiła likwidacja szkół. Zosia została w Czechowcach i pracowała w gospodarstwie Łatwisów, u których mieszkała.

Od roku 1942 była członkiem konspiracji o pseudonimie Fala w I Kompanii 6 Batalionu 77 PP Armii Krajowej. Działała na terenie Żemłosławia, Sobotnik i Iwia. Po wyparciu Niemców przez bolszewików, Zosia za przynależność do AK została aresztowana 14 grudnia 1944 roku przez NKWD i bez sądu wywieziona do łagru w tajdze, w Komi ASSR. Tajga była potężna i groźna. Panowała w niej taka cisza, że zimą prawie nie czuło się mrozu. Pewnego razu Zosia wybrała się z koleżankami do lasu na jagody. Znalezione owoce były duże i piękne jak korale. Spróchniałe, powalone drzewa rozsypywały się pod ludzkim ciężarem. Dziewczyny zabłądziły. Na szczęście w pobliżu przechodziła linia kolejowa i gwizd lokomotywy naprowadził je na drogę powrotną. A pociąg przejeżdżał tam tylko raz dziennie. Zosia była drobną kobietą, więc praca w lesie była ponad jej siły. Ulitowała się nad nią pewna Chinka, która też była zesłana i wzięła do prac pomocniczych w obozowym szpitalu.

Pewnego razu ogłoszono kobietom, że są wolne i wracają do Polski. Był rok 1948. Jechały ze zesłania w jeszcze gorszych warunkach niż je tam wywożono. Zosię przywieziono na sąd do Lidy i Iwia, na mocy wyroku którego została zwolniona. Nikt jej jednak nie przeprosił za bezprawne wywiezienie na Sybir. Usłyszała tylko, że było to konieczne działanie profilaktyczne. Pracowała później w urzędzie statystycznym w Niemenczynie. Do Polski wyjechała w 1959 roku i zamieszkała u siostry w Warszawie. Nie mogła się z początku przyzwyczaić w kraju do normalnego jedzenia. Jak zjadła kawałek bułki to chorowała. Zgłosiła się do pracy w domu dziecka w Konstancinie i pracowała w nim aż do emerytury. Z tego okresu miała grono przyjaciół, byłych wychowanków. Zosia Dubicka zmarła 8 kwietnia 2002 roku.

Nie ma już w Czechowcach rodziny Łatwisów, u których mieszkała.Nie ma domu Mikszy, w którym mieściła się szkoła. Zosia miała miłe stosunki z mieszkańcami gminy Sobotniki, była lubiana i taka zachowała się w pamięci tych, którzy ją znali. W całym swoim życiu była otwarta na innych ludzi i wiele dla nich zrobiła. Bardzo dobrze wspominała te strony, serdeczność osób, których znała i piękno przyrody.

Janina Kirol urodziła się w 1912 roku w Petersburgu, także na św. Kazimierza, czyli 4 marca. Szkołę podstawową i gimnazjum ukończyła w Słonimiu u sióstr Niepokalanek, a żeńskie seminarium nauczycielskie w Wilnie. Jej pierwszą pracą był rok szkolny 1932/33 we wsi Dalekie koło Lidy. Szkoła mieściła się w osobnym budynku a nauczyciele mieli do swojej dyspozycji trzy pokoje i kuchnię. Następnie także przez rok pracowała w Tokarach w gminie lidzkiej. Jesienią 1934 roku otrzymała od inspektoratu szkolnego w Lidzie, nakaz pracy do nowopowstającej szkoły w Czechowcach w gminie sobotniki. Przyszła do niej na miejsce Antoniego Mosiewicza i pracowała przez rok szkolny 1934/35.

Na każde rozpoczęcie roku szkolnego ks. Bagiński odprawiał mszę świętą dla nauczycieli i uczniów. Następnie pedagogów zapraszał do siebie na herbatę. Do młodej nauczycielki w jej pierwsze wakacje, przyjechała z Wilna w odwiedziny mama z siostrami i bratem. Przyjechali oni także, aby poznać opisywaną przez Jankę w listach okolicę: rzekę Gawię, pachnące łąki i piękne lasy. Prawie każdego dnia po południu Kirolowie odwiedzali państwa Jarmolinskich, grali w siatkówkę, palili ognisko. Wieczorami z latarkami chodzili nad Gawię łapać raki kryjące się pod korzeniami drzew, które następnie wypuszczali z powrotem do wody. W czasie kolejnych wakacji młodzi ludzie odpoczywali i bawili się w grupie najbliższych przyjaciół. Często przyjeżdżał młody kleryk z Wilna Antoś Sadowski. Przebierał się w cywilne rzeczy i pływał kajakiem po Gawii. Na drodze z Borowik do Sobotnik w miejscu gdzie Łyntupka wpada do Gawii był mostek. W jego pobliżu znajdowała się romantyczna łąka, na której rosło dużo rozmaitych kwiatów. Szczególnie urokliwie wyglądało to miejsce wiosną, kiedy zakwitały przebiśniegi, konwalie, kaczeńce i zawilce.

Po wakacjach Jankę przeniesiono do szkoły w Chilewiczach, a na jej miejsce przyszła Zosia Dubicka. W Chilewiczach pracowała od roku szkolnego 1935/36 do końca czerwca 1941. Była to publiczna czteroklasowa szkoła, ale robiono w niej program sześciu klas. Były klasy 1, 2, 3 i klasa 4, w której przerabiano później materiał z klas 5 i 6. Rejon szkolny był duży: Chilewicze, Wodole, Jakunka, Wasilewicze, Kisłe. Dzieci było więc niemało zwłaszcza z Wodola. Szkoła mieściła się na końcu wsi w domu Stanulewicza o przezwisku Gutka. W klasie była szafa-sklepik. Można w nim było nabyć ołówki, pióra, zeszyty. Te rzeczy nie były drogie. Kosztowały na przykład 10 groszy a jak ktoś nie miał pieniędzy, to mógł przynieść jako zapłatę dwa jajka. Naftę do lamp i kredę dawała gmina. Jeżeli dzieci z różnych przyczyn były potrzebne w gospodarstwach rodziców, to mogły danego dnia nie przyjść na zajęcia. Natomiast w okresie kopania ziemniaków robiono ogólną przerwę w nauce. Odbywała się ona sześć dni w tygodniu i nie była to łatwa praca. Dzieci chodziły na zajęcia chętnie, choć warunki lokalowe były trudne i brakowało miejsca. Zdarzały się po lekcjach wojny między uczniami z poszczególnych wiosek. Proszę Pani! Proszę Pani! Wadolcy biją się z wasilickimi!. Wołały przestraszone dziewczynki. Trzeba było interweniować, ale Janka dawała sobie dobrze radę. I jak mówi pamięta się zwykle dzieci bardzo grzeczne i dobre, albo bisurmanów. Nauczyciel przed wojną dobrze zarabiał. Janka miała wraz z dodatkami około 200 złotych pensji. Żywność nie była droga, dzięki czemu mogła pomagać finansowo rodzinie, mamie mieszkającej w Wilnie. Nauczyciele mogli od ręki uzyskać pożyczki w lidzkim banku, którym kierował Ryszard Kaczorowski.

Wybuchła wojna i przyszła nowa rzeczywistość. 22 października 1939 roku zorganizowano wybory, w których ludzie mieli się wypowiedzieć oczywiście za przyłączeniem tak zwanej Zachodniej Białorusi do BSRR. Komisje utworzono w poszczególnych okręgach szkolnych, w tym przypadku w Wasilewiczach. Pani Janina została jej członkiem a przewodniczącym Grzegorz Nikołajew. W pokoju przygotowano dwa miejsca do głosowania przedzielone kawałkiem materiału, a obok stanął żołnierz z karabinem. Obliczanie głosów odbyło się wieczorem i wszystkie uznano za ważne. Zarówno te z prawidłowo postawionym iksem przy nazwisku, jak i te gdzie krzyżyk przekreślał całą kartkę. Na drugi dzień przyjechała komisja z Iwia i po kontroli miała pretensje do Kirolówny, że robiła błędy w swojej pracy. Nikołajew ją bronił mówiąc, że nie miał nikogo innego. Ubrany był w polską marynarkę wojskowego kroju. Kupił ją w iwiejskim Sielpo, zaopatrującym szkoły w różne materiały gospodarcze. To też się nie spodobało komisji. Usłyszał, że ma się ubierać skromniej. Pani Janina zaprosiła go do siebie na herbatę. Zobaczył jak mieszka, ubiera się a gdy obejrzał w albumie je suknie balowe posmutniał. Nam cały czas mówiono, że poszliśmy z postępem do przodu powiedział. Przegoniliśmy innych a w rzeczywistości zostaliśmy w tyle.

Gdy zbliżał się koniec grudnia pani Janina dowiedziała się, że nie będzie żadnych świąt Bożego Narodzenia a szkoła w Chilewiczach ma normalnie funkcjonować. Na zajęcia przyszło jednak tylko kilkoro uczniów. Zaraz po świętach wraz z Jadzią Anikówna pojechały do Iwia na krótkie szkolenie. Nocowały w żydowskim domu z oknem na podwórko. Było tak zimno, że do spania zdejmowały jedynie wierzchnią odzież a woda w miednicy była zamarznięta. Kiedy szły na śniadanie do stołówki Janka zauważyła, że koleżanka ma białe od odmrożenia policzki. Uratowały je nacierając mocno śniegiem. Tego samego dnia wybrały się do banku po pieniądze. Idąc rozmawiały ze sobą po polsku. Usłyszał to miejscowy sekretarz, młody Żyd Rahacz. Powiedział do nich: Zapomnijcie mówić po polsku. Już ta wasza pańska Polska nigdy nie powróci!. A im, jakby nóż w serce.

W lecie 1940 roku Janka pojechała wraz z koleżankami na ogólny kurs dla polskich nauczycieli w Lidzie. Odbywał się on w szkole przy zamku. Siedziały w pierwszej ławce: ona, Zosia Dubicka i Jadzia Paszkowska. Pod koniec urządzono dla nich propagandowe zebranie. Janka zapamiętała bardzo jedno wystąpienie. Jak ta Polska was gnębiła! Grzmiał ktoś na mównicy. Nie mogliście nic osiągnąć, wszystko było przed wami zamknięte!" Prezydium zaintonowało międzynarodówkę. Było bardzo późno i ciemno na sali. Nikt na szczęście nie widział łez, które mogły być odczytane przeciw niej. Zebranie się przedłużało i za oknami zaczęła robić się szarówka. Janina wiedziała, że teraz musi się trzymać. Stanisławowi Zakrzewskiemu akurat zmarła matka. Rodzina ta po rewolucji przyjechała do Polski z Kaukazu. Staś i jego żona Irena założyli czarne opaski żałobne i tak uczestniczyli w szkoleniu. Zobaczył to Rahacz i nie znając obyczajów polskich bardzo się wzburzył. To jakaś organizacja! Krzyczał i kazał im zdjąć opaski.

Politrukiem w Sobotnikach był Iwan Morozow, który sprawdzał czy nauczyciele chodzą do kościoła. Janka z Zosią szły zwykle do zakrystii, natomiast Jadzia Paszkowska siadała przy samym ołtarzu. Morozow wszedł raz do zakrystii a one aby nie być widoczne, szybko uklękły wśród stojących mężczyzn. Musiał jednak coś zauważyć, gdyż chciał później wymusić od nich przyznanie się do obecności w kościele. Gdy spostrzegł u ucznia łańcuszek z medalikiem na szyi, to go zrywał. W domu Paszkowskich kwaterowali Rosjanie. Raz jeden z nich zwrócił się do Jadzi ze słowami: W pańskiej Polsce syn rolnika nie mógł być oficerem. A ona odparowała żelaznym argumentem, że to nieprawda gdyż jej brat jest kapitanem.

W roku szkolnym 1940/41 władze sowieckie przysłały do pomocy w Chilewiczach swojego nauczyciela, na którego mieszkańcy mówili Tawariszcz. Uczył on część dzieci w domu Józefa Niechwiadowicza, brata mojego dziadka Bronisława. Alfred Kulesza z Wasilewicz wspomina o sobie, że był dobrym uczniem, a pani Kirol zachęcała jego ojca, aby kontynuował naukę. Wspomina dalej, że po powrocie ze szkolenia w Lidzie, pani Janina powiedziała dzieciom, aby zwracały się do niej od tej chwili nie Proszę Pani, ale Janino Wikientowna. Pewnego razu zjawił się na zajęciach sowiecki inspektor szkolny. Dzieci, co chwilę zwracały się do swojej nauczycielki słowami: Proszę Pani, proszę Pani!. Na pytanie inspektora, dlaczego tak robią odpowiedziały, że zawsze tak mówią, są Polakami i tak je nauczono. Zimą 1941 roku Janka wybrała się do kościoła na święto Matki Boskiej Gromnicznej. Wracała pieszo do Chilewicz. W Wasilewiczach zeszła z ubitej drogi chcąc iść skrótem. Śniegu było jednak tak dużo, że co chwilę się w nim zapadała. Doszła jakoś do domu, ale odmroziła sobie nogi. Na drugi dzień zawieziono ją saniami do dr Jarmolińskiego, któremu udało się ją uratować.

Wkrótce po wybuchu wojny niemiecko - sowieckiej nastąpił atak lotniczy na teren gminy i spadły jedna lub dwie bomby na Wasilewicze, które prawie doszczętnie spłonęły. Zginęła wówczas Janki uczennica Jadzia Konarska, bardzo ładna dziewczyna. Razem ze swoim kuzynem Stasiem leżeli na łące w pobliżu której nastąpił wybuch. Jemu nic się nie stało. Spadła też bomba na Chilewicze, ale na szczęście za stodołami w pobliżu zabudowań Korzeniewskich. Wyrwała ogromny lej, a jej odłamki znajdowano w odległych miejscach. W czasie tego nalotu, autorka wspomnień skryła się wraz z innymi w sieniach domu Zuzanny Stanulewicz i modliła o opiekę Boską - Chilewicze ocalały.

Po tych przeżyciach Janka wyjechała, aby połączyć się z rodziną. Zamieszkała z nią w Żyrmunach. Była tam ładna, siedmioklasowa szkoła. Przyszli bolszewicy i zamienili ja na białoruską. Jak przyszli Niemcy, urządzili sobie w niej kwatery. Potem znowu przyszli sowieci a pośrodku tego magla byli uczniowie i ich nauka, wychowanie. W 1941 roku na święto Armii Czerwonej kazano nauczycielom przystroić salę na akademię. Dziewczyny wpadły na pomysł i zrobiły napis Chwała tobie Armio. Jaka armio, czemu tylko armio, a może polska armio? Spytał się podejrzliwie miejscowy dygnitarz. Ale gdzież tam. Wiadomo, że Czerwona Armio, odpowiedziały. Janka wraz z Marysią Pawlakówną Janczukowicz dostały kolejne zadanie. Miały przeczytać ludziom urzędowe pismo po białorusku. Kirol jakoś władała tym językiem. Czytając opuszczała jednak po dwie, trzy linijki. Robiła to tak sprytnie, że nikt się nie zorientował. W Żyrmunach pozostali do końca czerwca 1945 roku. Następnie wyjechali do Polski i ostatecznie zamieszkali w Szczecinie. Józef Kirol brat Janiny był na froncie gdzieś pod Lwowem. Gdy sowieci wtargnęli do Polski ślad po nim zaginął. Ostatni jego list do siostry nosi datę 17 września.

Wśród nauczycieli sobotnickich bardzo lubiana przez uczniów była Helena Tyszkówna. Jak wspomina Janina Szejbak, była ona zawsze pogodna, częstowała dzieci cukierkami, miała dla nich zawsze czas po zajęciach. Także lubiana była żona ostatniego kierownika szkoły Wanda Łankajtys, która często pożyczała uczniom swój rower do przejażdżek. Dużym wydarzeniem dla grupy dzieci z 5 i 6 klasy była wycieczka do Wilna w maju 1939 roku. Niektóre z nich, aby pokryć koszt wyprawy pracowały dorywczo na przykład przy sprzątaniu a resztę pieniędzy dokładali rodzice.

Jak powiedziała pani Janina w przede dniu swoich dziewięćdziesiątych urodzin: Cała historia siedzi w nas. Jak my odejdziemy to nic nie zostanie. Nauczyciele, prawdziwe siłaczki i siłacze tamtego czasu. Owe Janki, Heleny, Zosie, Jadwigi, Eweliny, Antosiowie, Stasiowie, Karolowie, Witkowie i wielu, wielu innych.

W roku 1959 ukończono budowę nowej szkoły w Sobotnikach. W starej odbywały się do niedawna zajęcia techniczne dla chłopców. Po wojnie zbudowano szkołę w Chilewiczach. Materiał na nią wzięto z rozebranego po śmierci Aleksandry Radziejewskjej modrzewiowego dworku Ganów. W latach 1946-70 działała początkowa szkoła w Girowiczach, w 1945-50 w Wasilewiczach. W 1956 roku otwarto siedmioklasowa szkołę w Wodolach, a w 1964 roku początkową w Rudzewszyźnie W latach siedemdziesiątych była czteroklasowa szkoła w Zalesiu. Tych szkół już nie ma. Aktualnie w Sobotnickiej gminie są trzy szkoły: dziewięcioletnia w Kudejszach kontynuująca tradycję przedwojenną, oraz jedenastoletnie w Żemłosławiu i Sobotnikach. Ta pierwsza powoli, ale nieuchronnie zmierza do swego kresu. Obecnie uczy się w niej kilkunastu uczniów, a na początku lat siedemdziesiątych było ich około stu. Związane jest to z wymieraniem małych wiosek, opuszczaniem ich przez młodzież w poszukiwaniu miejsca gdzie jest praca, rozwój, w lepszych warunkach można założyć rodzinę, dzieci mają blisko do szkoły. W Ślesarach koło Kudejsz w 1984 roku było 156 mieszkańców. Teraz jest ich 51 z czego pięciu pracuje a reszta to emeryci.


Do wojny

Dzieci nie tylko uczyły się i bawiły, ale też pomagały rodzicom w gospodarstwie. Miały jak to na wsi sporo obowiązków i też tak jest obecnie. Większość z nich pochodziła z ubogich rodzin. Latem chodziły w zgrzebnych koszulach i często boso. Kołdry w ich domach były wypchane lnianymi pakułami a materace słomą wymłóconą cepem. Na początku maja rozpoczynał się wypas bydła, typowe zajęcie dla dzieci. Dni były tak ciepłe, że chłopcy którzy paśli konie i poili je w Gawii nie mogli się opędzić od komarów. Latem pola poprzetykane były białymi plamami gryki, z których w upalne dni szczególnie po deszczu, unosił się w powietrzu zapach miodowego nektaru.

Dzieci wolny czas spędzały nad Gawią, chodziły do lasu zbierać poziomki, jagody, maliny i grzyby. Dobre miejsce na rydze było w pobliżu cmentarza. Sporo grzybów i borówek było w lesie zwanym Ściana za Dowgiałowszczyzną. Chodziła tam Adela Grażyńska ze Stasią Czejdo i Fejgą Borejkis. Znanym miejscem na grzyby była też kudra koło Borowik, gdzie wypasano bydło i zatrzymywali się taborem Cyganie. Grzyby rosły też gęsto na końcu sobotnickiej kolonii nad Matruną. To niedaleko dziadka Bronisława, gdzie zaczyna się Wielka Droga na Jodzieńce. Miał tam ziemię weterynarz Stanisław Sienkiewicz, którą kupił od Ciemniewskiego. Rósł na niej niewielki lasek z sosnami, brzozami i olchami. Była to kraina borowików nadal chętnie odwiedzana przez grzybiarzy.

Atrakcją głównie dla starszych chłopców było łowienie ryb. Duże ilości różnych ich gatunków żyły w Gawii. Rarytasem jednak były pstrągi, które na tarło płynęły w głąb Matruny (Matrena na mapie z 1930 roku). To czysta źródlana rzeczka o żeńskim imieniu (imieniny Matruny 9 kwietnia), zasilana po drodze od źródła wodą z licznych krynic. Początek bierze blisko Kudejsz a wpada do Gawii w Sobotnikach. Na Matrunie w pobliżu gospodarstwa Henryka Kaweckiego jest trzęsawisko zwane Luna. Podobno kiedyś pochłonęło pana i panią przejeżdżających przez nie karetą. Przed wojną wzdłuż Matruny było sporo miejsc z czystą źródlaną wodą. Bardzo dobrze gasiła pragnienie i była tak zimna, że aż bolały zęby.

Pstrągi przypływały na tarło w listopadzie. Pokonywały dwa kilometry pod prąd, aby znaleźć miejsce złożenia ikry na wysokości gospodarstwa mojego dziadka na kolonii. Ryby łowiły zespoły czteroosobowe a połów odbywał się nocą. Jedna z osób trzymała kaganiec do oświetlania, druga kosz ze smolakami, trzecia siatkę do ryb i czwarta ości, którymi rzucano w ryby. Tacie raz udało się złowić sześciokilogramową sztukę. Innym razem jego siostra Janka wyciągnęła dwukilogramową. Jeżeli ryby łowiono wędką, to kij do niej zrobiony był z leszczyny a żyłka z włosia końskiego. Złowione w listopadzie pstrągi były przechowywane do wigilii, na której spożywano też śledzie kupione u Żydów. Na świątecznym stole pojawiały się także inne skromne potrawy jak kapusta z grzybami, kisiel owsiany czy kasza pęczkowa z makiem. Kto miał pszczoły dodawał do niej miód i podobno była całkiem smaczna. Pieczono też na święta wysokie pszenne baby, do których nie żałowano jaj i masła. Było to jednak rzadkością tak jak wydająca się bardzo prosta potrawa makaron na mleku. Nasza ziemia nie nadawała się na uprawę pszenicy a mąka pszenna była droga. Smak tych tak rzadkich w swoim dzieciństwie potraw mój tata pamięta do dzisiaj.

Zimą dzieci w miarę możliwości korzystały z zamarzniętego stawu młyńskiego. Prawdziwe łyżwy miało kilku, gdyż były drogie. Pozostali mieli je zrobione z deseczek olchowych z rowkiem pośrodku, do którego przymocowany był drut. Bawiono się także w katelnię. Mocowano pionowo koło od wozu wraz z długą drewnianą łatą. Na jednym końcu przywiązane były sanki. Dzieci trzymały drugi koniec i krążyły wokół koła, obracając coraz szybciej sanki i siedzących na nich kolegów. Te wszelkie atrakcje jak pozwalał czas, były przerywnikiem w pracach w gospodarstwie.

Jak wspomniałem wcześniej, Maciej Puczkieła (Jagorczyk) warsztat ślusarsko-kowalski. Był bardzo dobrym majstrem, wszechstronnym w swoim zawodzie. Wyuczył się fachu w Bokszyszkach u mistrza Podrazika. Miejscowość ta i jej okolica były zamieszkałe przez osadników wojskowych, uczestników wojny polsko-bolszewickiej. Puczkieła potrafił zrobić wszystko w swojej dziedzinie. Miał ręczną tokarnię do metalu, którą zrobił sam i potrafił hartować do niej noże. Toczył wały do maszyn, osie do kół, dorabiał części do różnych maszyn rolniczych jak sieczkarnie czy arfy88. Potrafił nawet sam zrobić arfę. Opiekował się pompą wody w szpitalu. Proboszcz Bagiński lubił palić, a podczas wojny łatwiej było o tytoń niż papierosy. Puczkieła zrobił ks. Bagińskiemu ręczną maszynkę do krajania tytoniu. Niemcy rekwirowali na potrzeby armii męskie rowery. Maciej potrafił przerobić je na damki likwidując ramy i chroniąc w ten sposób. Zapewne robił też wiele prac na rzecz Armii Krajowej. Często przyjeżdżał do niego w nocy należący do konspiracji Ludwicki, mąż kierowniczki poczty. Coś zabierał i wywoził w nieznane miejsce. Tak wspomina pani Maria Tuczkowska, córka Macieja Puczkieły.

Różne metale w zależności od potrzeb przywoził Maciejowi z Lidy Żyd Mones. Składał on również rowery z części. Można było u niego zamówić rower z żądanymi elementami na przykład z piastą krajową lub zagraniczną, oponami szosowymi lub balonowymi, z przekładnią lub nie. Na początku Monesowi w tym interesie pomagał Puczkieła, a później uczniowie będący u niego na praktyce jak Kazik Bohuszewicz. Maciej miał renomę jako dobry majster z patentem. Praktykanci, którzy się u niego wyuczyli otrzymywali odpowiednie zaświadczenie, dzięki któremu łatwiej mogli znaleźć pracę. Oprócz Puczkieły podobne warsztaty w Sobotnikach mieli: Żyd Ulfka Lejzer i Marek Boguszewicz a w Rybakach Kazimierz Sienkiewicz. Ostrzyli w nich lemiesze do pługów, podkuwali konie, nabijali obręcze na koła, robili sierpy z nacięciami tak zwane narohi, brony i wiele innych czynności. Antoni Minko terminował w zawodzie u Ulfki. Pewnego razu gdy był głodny, wrzucił do garnka kawałek podgardla i je ugotował. Gdy się o tym dowiedziała żona kowala, przez tydzień szorowała naczynie, aby pozbyć się śladów nie koszernego jedzenia.

Szewstwem zajmowali się: Błażej Grażyński, Józef Misa, Ignacy Miszkura. Różne prace stolarskie wykonywali Stecowie. Bardzo dobrym krawcem w Sobotnikach był Jan Hryniuk, u którego uczył się po wojnie brat taty Albin, też później dobry fachowiec. W tym rzemiośle pracowali również: Leonard Kuprel, Jan Bohuszewicz, który szył kożuchy a przed nimi jeszcze Bronisław Tuczkowski Froł. Krawcową była też pewna kobieta. Nie była tutejsza i nazywano ją Warszawka. Wynajmowała pokój u Bolesława Aniśkiewicza. Pięknie szyła a jej klientelą była sobotnicka inteligencja. Z pod jej ręki wychodziły także sukienki dla dziewczynek sypiących kwiaty podczas uroczystości Bożego Ciała. Zakochał się w niej niedobrą miłością Kola Kwiatkowski (Wileniec). Chodzili ze sobą przez pewien czas. Kola był chorobliwie zazdrosny i często bił dziewczynę po twarzy. Gdy na jednym z balów tańczyła dłużej z innym chłopce , rzucił się na nią z nożem i zranił. Rzucał później Warszawce kwiaty przez okno do szpitala, ale to wszystko było na nic. Dziewczyna wyjechała.

Piekarnia na krótko przed wojną mieściła się w Murowance Panasewicza. Nazwa tego budynku wzięła się stąd, że był on częściowo murowany. Wynajmował ją piekarz Juchniewicz. Józef Poźniak prowadził karczmę ze sprzedażą napojów alkoholowych z wyszynkiem. Sprowadzał do niej dobrą wędlinę w tym suchą kiełbasę krakowską. Wódkę i piwo przywoził mu wozem konnym z Lidy Bolesław Boguszewicz. Ze względu na nocną, daleką podróż i atrakcyjny towar, Poźniak wyposażał przewoźnika w pistolet do obrony. Podczas odpustów, gdy uroczystości kościelne były zakończone, mężczyźni szli do karczmy na wódkę. Wybuchały przy tym skrywane, powściągane urazy do sąsiadów. Te animozje kończyły się czasami bijatyką. Jej uczestnicy obmywali później i ostudzali rozpalone emocje zimną wodą z Matruny. Osoby, które wolały w innej atmosferze wypić kawę czy herbatę, kieliszek alkoholu, zjeść ciastko, wybierały kawiarnię Helczyków. Na odpusty i inne uroczystości przyjeżdżał czasami fotograf. Jego zdjęcia wykonywane starą techniką nazywano pięciominutówkami.

Rodzina Czejdo prowadziła aptekę mieszczącą się w ich domu. Jej założyciel Bolesław Czejdo urodził się pod Wilnem. Ukończył gimnazjum w Petersburgu a następnie studia farmaceutyczne w Odessie razem z Wołłejką, ojcem znanego aktora Czesława. Do Sobotnik przyjechał na początku lat dwudziestych. Kupił duży dom na rogu ulicy Lipniskiej i otworzył aptekę. Najstarsza jego córka Helena wyszła za mąż za Henryka Drozdowskiego, który kiedyś był nauczycielem w sobotnickiej szkole a przed wojną sekretarzem w naszej gminie. Gdy Bolesław Czejdo zmarł w 1932 roku, jego żona Aleksandra przejęła pieczę nad apteką. Miała dobre przygotowanie handlowe z okresu wileńskiego. Jednak do fachowego prowadzenia apteki musiała zatrudniać dyplomowanych aptekarzy. Ostatnim był mgr farmacji Zajdel.

Posterunek policji państwowej mieścił się wpierw obok Murowanki. Tuż przed wojną został wynajęty na ten cel dom Józefa Poźniaka na ulicy Gieranonskiej. Posterunek w 1939 roku liczył pięć osób. Jego komendantem był Błażej Fijałkowski a posterunkowymi Władysław Gajek, Jan Kępa, Szymon Wójtowicz, Józef Żukowski, wcześniej był nim też Furs. W 1933 roku posterunkowym był Paweł Wojtas, który pochodził ze Zbąszynia w Wielkopolsce. Jego brat Feliks w raz z dwoma kolegami dokonali w 1933 roku dużego wyczynu. Przeszli pieszo trasę wzdłuż granic Polski, pokonując 2549 km w ciągu 102 dni. W tym czasie odwiedzili 150 miejscowości. W dniu drugiego września 1933 roku o godzinie 19.00 zawitali do Sobotnik, gdzie bawili i odpoczywali aż jedenaście dni.

Sołtysem sobotnickim tuż przed wojną był Joachim Bil. Przed nim przez kilka kadencji Aleksander Poźniak, który miał duży autorytet i cieszył się poważaniem wśród mieszkańców. Urząd wójta sprawował Wacław Stasiewicz, sekretarzami gminy byli Edward Jankiewicz z Iwia i Henryk Drozdowski. Wcześniej wójtami byli Wojnicki i Michał Soroko, były senator i właściciel majątku Trypla. Funkcje sekretarzy kolejno pełnili Romejko, Koroński i Bronisław Kasjan. Przed rokiem 1917 sobotnickim wójtem był Franciszek Koczan. Wśród urzędników w 1939 roku byli także: Wacław Bień z Bieniakoń, który pełnił funkcję drogomistrza, sekwestrator89 Józef Hryncewicz, Michał Ostrowski. Woźnym w gminie był Piotr Bohuszewicz Pietruk, który po wojnie pali w szkolnych piecach. W budynku siedziby gminy było niewielkie pomieszczenie z okienkiem pod sufitem, gdzie chwilowo umieszczano aresztowanych, co zdarzało się raczej rzadko. W gminie urządzano choinki bożonarodzeniowe dla ubogich dzieci, organizowane przez Społeczny Komitet Dobroczynny. W jego skład wchodzili między innymi ks. Bagiński, Stefania Jarmolińska, pani Trawińska.

W Sobotnikach działały drużyny Związku Strzeleckiego90 męska i żeńska, prowadzone przez nauczycieli Antoniego Mosiewicza i Karola Kabata a wcześniej Szczebiota. Młodzież uczyła się musztry wojskowej, strzelania z floweru91, udzielania pierwszej pomocy. Strzelnica mieściła się nad Gawią niedaleko szpitala. W pobliżu znajdowała się też przystań kajakowa. W naszym miasteczku była Ochotnicza Straż Pożarna, którą dowodził komendant Palczewski. Choć skromnie wyposażona liczyła sporo członków. Cechował ich duży zapał i entuzjazm w wykonywaniu swych obowiązków. Kiedy paliło się i mieli wyruszyć na akcję, Stanisław Tuczkowski (Zygmul) dawał trąbką znać wzbudzając tym popłoch wśród dzieci. Pożary zdarzały się rzadko. Ludzie mieszkali w drewnianych chatach pokrytych w większości słomianymi strzechami, w których łatwo było zaprószyć ogień. Byli więc bardzo ostrożni. Strażacy natomiast często urządzali zabawy, na które przyjeżdżała cywilna orkiestra z Iwia.

W miasteczku było sporo powtarzających się nazwisk rodzin nie zawsze ze sobą spokrewnionych. Aby je jakoś rozróżniać wprowadzono przydomki, które były związane z jakąś charakterystyczną cechą danej osoby lub rodziny ale nie tylko. Istniało również nazewnictwo pochodzące od imienia ojca lub dziadka. Na przykład wśród rodzin o nazwisku Tuczkowski były: Froły (od Floriana), Zygmul (syn Zygmunta), Adasiuk (syn Adama), Barańczyk, Winczury, Michałek, Pietrusiki (od Piotra), Wincuki (od Wincentego), Trietiak (posiadacz trzeciej części włóki). Rodzinę mamy zwano Jasiuki od imienia dziadka lub Dominikowe od pradziadka. Innych Kononowiczów zwano Grzesiuki, jeszcze innych Emilianowe. Aniśkiewiczów (mama mojego taty) Karszuny, czyli Jastrzębie itd. Taka sama praktyka istniała w wioskach należących do sobotnickiej gminy. Tym bardziej, że w niektórych w przeważającej większości mieszkały rodziny o tym samym nazwisku jak w Pietrymanowszczyźnie Tuczkowscy, w Ślesarach Kursewicze, w Jakunce Niechwiadowicze. Ta tradycja, choć może w mniejszym zakresie przetrwała do dnia dzisiejszego.

Gmina nasza miała miejscowego Sabałę92, który żył na przełomie XIX i XX wieku. Był nim Marcin Byczko ze wsi Kisłe. Dmochowscy, właściciele pobliskiego majątku Jakuń, często zapraszali go do siebie. Przed nimi i ich gośćmi, Byczko snuł swoje bajania i różne opowieści. W dowód sympatii i uznania, Dmochowscy podarowali mu 10 ha ornej ziemi.

W Sobotnikach nie było elektryczności oprócz szpitala, który miał własny generator. Zaledwie kilku rolników posiadało kieraty do napędzania sieczkarni, młockarni, wialni do oczyszczania ziarna, młynków. Urządzenia te produkowała w Lidzie fabryka braci Szapiro. Większość gospodarzy miało ręczne wialnie lub arfy, zboże młóciło cepami przeważnie we dwóch lub trzech, gdyż trzeba było tę czynność powtórzyć dwukrotnie i była to ciężka praca. W ostateczności ziarno oczyszczano biorąc je na drewnianą szufelkę i rzucając pod wiatr. Nie było to przyjemne zajęcie. Popularne były ręczne sieczkarnie produkcji angielskiej firmy B & Sons z Londynu, które służą ludziom i dzisiaj. W gospodarstwach były konie, wozy, pługi, brony, żarna i inne narzędzia ręczne. Zboże ścinano kosami i narohami. Przy pomocy tych ostatnich zbierano źdźbła służące później do krycia dachów strzechą. Inwentarz gospodarski był typowy. Prawie każdy miał owce dostarczające wełny i skór na kożuchy. Dziś tych zwierząt w Sobotnikach jest niewiele.

Ziemia gospodarzy była przeważnie rozrzucona w kilku miejscach w postaci długich sznurów, co było nieporęczne w jej uprawianiu. W dodatku nie zbyt urodzajna, piaszczysta, zawierała dużo kamieni i nie było czym jej nawozić. Można jeszcze było spotkać w użyciu słowo włóka i nie miało ono jednolitej miary. Tam gdzie ziemia była lepsza włóka równała się 12 ha na przykład w Ślesarach, a więc mniej niż normalnie 16,8 ha. Kto miał mało ziemi na swoje potrzeby, mógł skorzystać z serwitutu. Serwituty dawane chłopom to były jednak gorsze ziemie i łąki. Na przykład Józef Dmochowski przeznaczył na ten cel 10 ha błotnistej ziemi.

Większe włóki były w posiadaniu potomków tak zwanych ziemian, o których wspomniałem wcześniej. Nazwa ta wśród starszego pokolenia mieszkańców naszej gminy nie jest obca. W pobliżu Sobotnik ziemianie mieszkali w okolicy Trab. Pochodzili od bojarów litewskich wywodzących się z pogańskiej jeszcze szlachty. Z czasem dostali się oni pod panowanie Gasztoldów, litewskich magnatów. Ziemianie stracili na znaczeniu, gdy po unii polsko-litewskiej wykształcił się na Litwie stan szlachecki na wzór polskiego. Z czasem ich status został zrównany z ludźmi zachożymi lub pochożymi czyli tymi, którzy jako wolni chłopi osiedli na pańskiej ziemi biorąc ją w dzierżawę i mogący dowolnie zmieniać miejsce pobytu. W odróżnieniu od nich chłopi dzielili się na dwie kategorie. Jedna to ojczyce, którzy byli przywiązani do ziemi i bez woli pana nie mieli prawa zmieniać miejsca pobytu. Drugą był chłop ciahły, który nie mógł być sprzedany bez ziemi, na której żył. Mógł on jednak w dobrach skarbowych zostać osadnikiem i czynszowym chłopem.

Bojarowie zamieszkiwali przeważnie we własnych folwarkach nad rzekami Dudą, Gawią i Opitą, w Pokoziu Tatarskim, Zabłociu, Stedzkach. Mogli także otrzymywać ziemię za zasługi podczas towarzyszenia swemu panu na wojnie, czy też tworząc załogi obronne zamków. Nazywano ich bojarami pancernymi (ziemianami). Nie musieli oni odrabiać pańszczyzny ani wykonywać innych prac na rzecz dworu. Ich zadaniem była obrona granic, na którą musieli być zawsze przygotowani. Gdy dwór gieranonski zaczął zmuszać ich do prac poddańczych, wystosowali w 1590 roku protest do króla Zygmunta III z prośbą o przyłączenie ich do chorągwi93 szlacheckiej powiatu oszmiańskiego. Wśród podpisanych były dwa nieobce mi nazwiska: Grzegorz Soroko, Grzegorz i Maciej Masłowie. Przed wojną Michał Soroko był właścicielem majątku Trypla. Marianna Jankowska z domu Masłow spoczywa na przykościelnym cmentarzu sobotnickim.

Król wyraził na to zgodę oznajmiając swoim listem, że ziemian tych z posłuszeństwa wobec zamku gieranonskiego wyzwala i oddaje pod władzę sądów ziemskich grodzkiego, podkomorskiego i chorągwi powiatu oszmianskiego. Mają oni posługę wojenną królowi i potomkom jego pod chorągwią oszmiańską dawać i mieć zagwarantowaną po wieczne czasy wszelką wolność, swobodę i prawa jak inna stara szlachta Wielkiego Księstwa Litewskiego. Byli też bojarowie putni, których obowiązkiem było dostarczanie listów, strażowania, ścigania żołnierzy dezerterów, egzekwowania podatków skarbowych. Zamieszkiwali oni w Korejwiczach, Sontakach, Białundziach, Jodkowiczach, Dziszewiczach, Koniuchach, Andruszkach. Zarówno jedni jak i drudzy mieli po włóce ziemi.

Jak pisze Czesław Jankowski94 w Powiecie Oszmiańskim nasze tereny były nazywane Oszmiańską Saharą, która rozciągała się od Dorż i Surwiliszek aż za Lipniszki i Dudy. Była to ziemia piaszczysta, gęsto usiana kamieniami, na której rosła anemiczna gryka i zieleniły się kępy bujnych jałowców porastające płaskie uroczyska. Okolica ta ogarnięta była jakąś melancholią, a już zupełnie ponury nastrój przynosił słotny, jesienny dzień. Niebo zaciągało się chmurami, powietrze było mgliste i wilgotne a wszystko to wytwarzało uczucie jakiejś beznadziejnej pustki. Ja mam także podobne doznania, gdy jestem w Sobotnikach w listopadowe dni związane ze Świętem Zmarłych.

Powiat oszmiański przed uwłaszczeniem posiadał najwięcej własności prywatnej względem całej powierzchni niż inne powiaty guberni wileńskiej. W latach 1855-1860 największymi majątkami były hrabiego Tyszkiewicza w Wołożynie z 3782 poddanymi, hrabianki Tyzenhauzówny w Iwiu z 2890 i hrabiego Chreptowicza w Wiszniewie z 2944 osobami. Po uwłaszczeniu posiadanie ziemi przestało być wyłącznie przywilejem szlachty. Zaistniała wówczas własność ziemska rządowa, duchowieństwa, osób prywatnych i nadziałowa chłopów. I co bardzo ważne nie wielkość, ale wprowadzanie nowoczesnej i starannej gospodarki na ziemi stawały się coraz istotniejsze. Choć największy i najludniejszy w porównaniu z innymi w guberni wileńskiej, powiat oszmiański był bardzo zaniedbany. Szczególnie w opłakanym stanie znajdowały się rozdrobnione gospodarstwa uwłaszczonych chłopów oraz szlachty zagrodowej, które prowadziły archaiczną gospodarkę. Między innymi zniesienie później pańszczyzny niż w innych krajach Europy spowodowało, że tutejszy lud był zdemoralizowany, żył w ciemnocie i nędzy. Tłumnie udawał się do kościoła, lecz o religii katolickiej miał niewielkie wyobrażenie. Byle jak mieszkał i odżywiał się a o higienie nie było mowy. Wystarczyła mu misa ugotowanych kartofli, zatłuszczony kożuch i kałuża błota przed zadymioną chatą.

Mieszkańcy tej ziemi byli ze swej natury spokojniejsi i powolniejsi w działaniu niż gdzie indziej, przy tym bardzo konserwatywni. Na żadną zbiorową akcję we wsi ludzie nie mogli się zdobyć. Byli niezaradni, kłótliwi, złośliwi i ciemni jak przysłowiowa tabaka w rogu. Często dopuszczali się kradzieży, byli bardzo zabobonni a rządziły nimi rubel i wódka. W powiecie było bardzo mało przemysłu, nawet w miastach i miasteczkach. Był on tak jak i handel opanowany przez Żydów. Chłopi nie zajmowali się rękodziełem. Jedna trzecia ziemi znajdowała się w niepolskich rękach. Tak pod konie XIX wieku opisywał te ziemie Czesław Jankowski. Czy był to prawdziwy osąd? Czy coś z tych ludzkich cech charakteru przetrwało do dnia dzisiejszego? Każdy kto pochodzi z tych stron czy tu mieszka, może sobie odpowiedzieć na to pytanie.

W Sobotnikach i gminie dominowała tak zwana prosta mowa, która bardzo mi się podoba, ma swój niepowtarzalny urok. Stawiam ją przed językiem białoruskim, który z kolei lubię bardziej niż rosyjski. Jak wspomina mój tata w Gieranonach mówiono językiem polskim, gdyż sporo było w tamtej gminie potomków szlachty zaściankowej. Starsi ludzie, którzy chodzili do szkoły przed wojną, a szczgólnie osiemdziesięciolatkowie świetnie mówią po polsku, bez żadnego kresowego akcentu, mimo że tak rzadko mieli możliwość używania tego języka w sowieckich czasach. Także wielu urodzonych parę lat przed wojną jak na przykład mój wujek Albin, dobrze posługuje się językiem polskim.

Wiosną 1939 roku rozpoczął się proces scalania gruntów jako efekt rządowej reformy rolnej. Część gospodarzy z Sobotnik przeniosła się na kolonie, gdzie wreszcie mieli ziemię w jednym kawałku. Nastąpiła wówczas wyraźna poprawa bytu. Przy komasacji gruntów jedna osoba z rodziny której to dotyczyło, musiała odrobić prace związaną z pomiarami. Pomagała mierniczym w ich pracy, ale w innym gospodarstwie. Nosiła taśmy, kółka i szpile, brała udział w ich rozstawianiu. Kolonia sobotnicka rozciągała się pod wsie Rybaki, Borowiki, Dowgiałowszczyzna, Łyntup i wzdłuż Matruny w kierunku Jodzieńców do Wielkiej Drogi prowadzącej z Antokola. Tam już zaczynała się ziemia majątku Kwiatkowce Ciemniewskiego. Dziadkowie Niechwiadowiczowie przenieśli się nad Matrunę na tak zwany wynos, gdzie mieli około 10 ha ziemi. Otrzymali jej trochę więcej niż uprzednio posiadali, gdyż ta była piaszczysta i gorszej jakości. Rozciągała się ona od Matruny do Zielonej Drogi w kierunku Rybak. Była długości około 800 m i szerokości 113 m. Za Zieloną Drogą inni gospodarze mieli ziemię uprawną prócz łąk, znajdujących się w innym miejscu.

Nastąpiła przeprowadzka, która wymagała sporo pracy, poświęcenia a także pieniędzy. Na ten cel dziadek Bronisław wziął z banku pożyczkę w wysokości 200 zł żyrowaną przez dwóch kolegów: Mikołaja Stańczyka i Bogusława Boguszewicza. W otrzymaniu pożyczki dopomógł Mietek Grażyński, który pracował wówczas w starostwie w Lidzie. Z niej między innymi opłacił dziadek budowę studni, której koszt wyniósł 10 zł. Trzeba było wykopać dół na głębokość 10 kręgów, kupić cement i opłacić Zygmula, który na miejscu przy pomocy swojej formy robił kręgi. Żwir brano z terenu gospodarstwa a przy pracach tych pomagało dwóch sąsiadów. Rozebrano po kolei wszystkie budynki, przeniesiono je na nowe miejsce i ponownie złożono. Postąpiono tak wpierw ze stodołą, w której spano, następnie z chlewem i na końcu domem. Wszystko to kosztowało sporo wysiłku, ale budowa nowej siedziby była jeszcze trudniejsza.

Ornej ziemi dziadkowie mieli około 8 ha. Jej uprawa to była typowa trójpolówka. Wiosną siano owies, jęczmień, łubin na nasiona, saradelę na sieczkę. Pod koniec maja sadzono ziemniaki, pod które dawano obornik. W czerwcu siano grykę, po niej łubin jako nawóz pod żyto. Po ziemniakach siano jęczmień i nieraz koniczynę. Żyto siano 8 września w dniu Matki Boskiej Siewnej. Dodawano do niego ziarna, jakie z kwiatami i ziołami były poświęcone w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Niektórzy rolnicy skrapiali ręce wodą święconą i pierwszą garść rzucali w ziemię w kształcie krzyża ze słowami: W imię Boże. Hodowano przeważnie dwie świnie na cały rok. Na jesieni jedna była zabijana a druga sprzedawana. Prawie w każdej rodzinie były po dwie krowy, koń, owce i barany. Dziadek Bronisław miał przed wojną oprócz kobyły ładnego czarnego źrebaka. Gdy szedł front w 1944 roku, sowieci zabrali go w zamian takiego, który nie nadawał się do pracy na roli.

W Sobotnikach nie było tartaku. Najbliższy znajdował się w Giełożach i należał do Janiny Umiastowskiej. W latach 1930-39 kierował nim Stanisław Starosta. Stąd też a także ze względu na finanse, chłopi wypiłowywali deski z nie okorowanych pni drzew ręcznie. To bardzo ciężkie i żmudne zajęcie wykonywano latem. Było gorąco, popiło się wody ze studni i robiło się jak wspomina mój tata. Kloc drzewa umieszczano na wysokich kozłach. Stał na nim mężczyzna prowadzący długą piłę. Dwóch innych z ziemi pociągało ją od dołu. Specjalistą od prowadzenia piły był Franciszek Kuprel. On też potrafił ja dobrze naostrzyć. Główna konstrukcja domu składała się z drewnianych belek okrawanych na cal grubości od pierwotnego wymiaru. Łączono je przeważnie w węgieł na obłap, czasami na nakładkę, rzadziej na jaskółczy ogon. Belki uszczelniano wkładanym w specjalnie zrobioną szczelinę. Z okrągłych belek stawiano chlewy, stodoły.

Dachy domów przeważnie były pokryte słomianą strzechą, w mniejszym stopniu dranką (dranicą). Dranka to deseczki sosnowe, które drało się (stąd też nazwa) przy pomocy specjalnego urządzenia podobnego do kieratu. Pień sosnowy długości około 50 cm przepoławiano na pół. Kilka takich kawałków układano wokół specjalnego urządzenia. Zaprzęgano konia i ten chodząc dookoła poruszał mechanizm z nożami, które zestrugiwały z kolejnych klocków deseczki o odpowiedniej grubości. Po wojnie jednymi ze specjalistów krycia dranką byli Marian i Walenty Tuczkowscy Wincuki. Rzadkością było krycie dachu gontem ze względu na drogi materiał świerk i pracochłonność wykonania ręcznych fug. Taki dach ma Henryk Kawecki.

Pieniędzy nie zawsze starczało, dlatego często brano towary w żydowskich sklepach na kredyt, spłacając go na przykład piłowaniem drzewa, co wynosiło 2 złote za dzień. Średnia krowa kosztowała około 100 zł, rower 156 zł, para butów 30 zł, pół litra wódki 2 zł, zapałki krótkie 5 groszy, długie 8, paczka machorki 60 groszy a jak nie starczało na całą, to sklepikarz Żyd przecinał ja na pół i sprzedawał za 30 groszy, bułka 8 groszy, jajko 3 grosze. Pud lnu na początku uprawy kosztował 30 zł a później 16. Żydzi którzy opanowali handel, umawiali się co do ceny i trudno było go korzystnie sprzedać. Ziarno kosztowało od 1,8 do 2,0 zł za pud a po zbiorach najwyżej 1,7 zł. Mój tato wspomina, że jak skończył trzecią klasę to nie otrzymał świadectwa do czwartej. Trzeba było za nie zapłacić 10 czy 20 groszy i tych pieniędzy w domu brakowało. Pamięta, że kierownik szkoły Józef Żagun jedynie wyczytał jego promocję do następnej klasy.

Ludzie w Sobotnikach starali się oszczędzać nawet na zapałkach, które dzielono na dwoje a jak się dało to i na czworo (dobre były te przedwojenne zapałki). Często zamiast nich posługiwano się krzesiwem. Składały się nań: krzemień, kawałek stalowego płaskiego pilnika lub kawałek kosy pługa i hubka. Robiono ją z narośli na brzozie, którą gotowano do miękkości a następnie suszono. Dobrą hubką był też kawałek lekko nadpalonej flanelowej koszuli. Przy pomocy takiego krzesiwa rozniecano ogień, zapalano papierosy. Posługiwano się nim w szczególnie w czasie wojny, gdy o zapałki było rzeczywiście trudno. Żeby mieć parę groszy na papierosy i zapałki, wożono pnie wraz z korzeniami smolnych drzew do smolarni w Surwiliszkach.

Rodziny małorolne często nie mogły doczekać się, aż zbiorą wiosną pierwszy zasiew żyta. Szczególnie ciężkie były dla nich lata 1934/35. W 1934 roku przeszedł nad Sobotnikami potężny huragan. Siał spustoszenie na polach, zrywał dachy stodół przenosząc je o kilka gospodarstw dalej. Zniszczyły przykościelne klony a w lesie za Gawią połamał potężne sosny. Wiosną 1937 roku, gdy na polach zrobiono już podorywkę, niespodziewanie spadł śnieg przykrywając grubą warstwą ziemię. Trudno było zbyć produkty rolne w Sobotnikach, gdyż każdy posiadał swoje. Nieraz udało się coś sprzedać urzędnikom gminy, policjantom czy nauczycielom. Tata po drodze do szkoły zanosił dwa litry mleka rodzinie policjanta Kępy. Co pewien czas jeżdżono na targi do Iwia (środy), Trab (wtorki), Dziewieniszek (czwartki), Lidy (poniedziałki). Czasami wybierano się konnym wozem do odległego o około 120 km Wilna. Trudno było jednak coś zarobić, gdyż podaż płodów rolnych była duża i nie były one drogie.

Chcąc zaradzić wielu problemom życia wiejskiego, w 1929 roku grupa aktywnych osób powołała do życia spółdzielnię Siła, czyli tak zwaną Kasę Stefczyka95. Wpierw mieściła się ona w domu Czejdo. Na jej czele stanął były kierownik szkoły Roman Grabowski. Nowa placówka zaczęła się dobrze rozwijać, aż do kryzysu za wójta gminy Wojnickiego. Kierownik spółdzielni Zakrzewski przeniósł Siłę do nieodpowiedniego pomieszczenia w domu Usinowicza. Klienci zaczęli kupować w sklepach prywatnych a w końcu nauczyciele też odmówili swojej współpracy. Spółdzielnia zaczęła wykazywać spory deficyt. Chcąc ratować tak potrzebną instytucję, jej członkowie usunęli z kierownictwa Zakrzewskiego.

Wiosną 1936 roku powołano nowy zarząd w skład, którego weszli: sekretarz gminy Józef Groński, organista Wacław Sadowski, zastępca wójta Ignacy Chodźko i inni. Powoli i systematycznie zaczęła się poprawiać sytuacja spółdzielni. Przybywali klienci i rosły obroty. Ważnym zadaniem było także propagowanie korzyści i zasad życia spółdzielczego wśród ludności gminy. W kwietniu 1936 roku spółdzielnia liczyła 150 członków a ówczesny jej obrót wynosił około 18000 zł. Prezesem zarządu i kierownikiem Siły był Apolinary Kulesza. Członkami zarządu byli Michał Soroko i Joachim Bil. Rada Nadzorcza składała się z Wacława Sadowskiego i Józefa Grońskiego. Sklep spółdzielczy znajdował się w małym budynku obok domu parafialnego. Kierował nim Stanisław Putrzyński.

W rodzinach, w których było kilkoro dzieci a mało ziemi istniał problem jak ją później podzielić. Dlatego niektórzy mieszkańcy naszej gminy, decydowali się na emigrację zarobkową za granicę. Taka podróż była bardzo kosztowna. Oni jednak na tyle byli zdeterminowani, że chcieli wyjechać na zarobek, wrócić i dokupić upragnionej ziemi. Do Francji wyjechali: Franciszek Kononowicz starszy brat dziadka Jana, Anna Paszkowska, Stanisław Dziadul. Do Ameryki wyjechali: Boguszewicze z Antokola, Szarycz, Aleksander Kononowicz i inni. Aż do Urugwaju udał się Jan Karawacki, następnie jego siostra Bronisława. Część z nich tam zostawała, inni wracali, aby za ciężko zarobione pieniądze kupić ziemię, którą między innymi sprzedawał ze swojego majątku w Kwiatkowcach Ciemniewski. Ci, którzy wrócili nie zdawali sobie sprawy, że wkrótce wybuchnie wojna i ich wysiłek pójdzie na marne. Ludzie wyjeżdżali również wcześniej, na początku XX wieku.

Dziadek Stanisława Tuczkowskiego (jego matka Floriana po śmierci męża wyszła powtórnie za mąż za Stanisława Narona) miał ośmioro dzieci, pięć dziewczynek i trzech chłopców. Najstarszy syn był w carskim wojsku, z którego uciekł do Finlandii a następnie wyjechał do Ameryki. Tam ożenił się z panną, która przyjechała z Wodoli. Przyjechał do niego z Sobotnik brat Stanisław, ojciec Stasia. Znalazł pracę na kolei, gdzie w wypadku stracił nogę. Stanisław wrócił do domu i z bratem Michałem kupili konia z wozem, którym wozili pocztę z Sobotnik do Juraciszek. Niektórzy mieszkańcy z naszej gminy wyjeżdżali też do większych miast rosyjskiego imperium, do Petersburga, Moskwy.

Starsza i przyrodnia siostra Wacka Iwanowskiego jeszcze przed pierwszą wojną światową wyjechała do Petersburga. Pracowała jako szwaczka na dworze carskim, a jej mąż Józef Dworzyński był tam ogrodnikiem. Z rodziną jej męża byli spokrewnieni Wasilewscy. Gdy wybuchła rewolucja, Dworzyńscy wyjechali z Rosji i zamieszkali koło Warszawy. Wasilewscy zostali a jeden z nich Aleksander, zastał marszałkiem Związku Radzieckiego. W tym miejscu przedstawię ciekawą historię Stefana Boguszewicza z Antokola. Przed wojną wyjechał on do Ameryki. Tam urodził mu się syn, który gdy dorósł przyjechał do Sobotnik i założył tutaj rodzinę. Zaraz po zakończeniu II wojny przedostał się do Warszawy. Tam w ambasadzie amerykańskiej pokazał swój paszport tego kraju. Dzięki temu mógł szybko wyjechać i po pewnym czasie ściągnął do Ameryki z Sobotnik żonę i dziecko.

Kazik Bohuszewicz (Winniki) jako starszy uczeń szkoły podstawowej wykonywał różne dodatkowe zajęcia, które przynosiły mu skromny dochód. Wyjmował pocztę ze skrzynki przy ulicy Gieranonskiej, stemplował i zdawał staremu Tomaszowi Kuprelowi, który odwoził ją do Juraciszek. W domu Kupreli przy tej samej ulicy mieścił się urząd pocztowy. Jego kierowniczką była Modesta Krasnodębska, która w nim mieszkała. Tuż przed wojną funkcję tę pełniła Janina Ludwicka. Jej matka Zofia Łozicka była urzędniczką, a mąż kierownikiem poczty w Lipniszkach. Kuprelowie mieli drugi dom przy ulicy Wileńskiej. Kiedy spalił się on za okupacji niemieckiej, dali wymówienie pani Modeście. Wtedy wynajęła ona mały domek przy drodze do Huty.

Kazik za niewielką opłatą pomagał też w pracach na plebani. Wszystko to po to, aby wesprzeć finansowo starszego brata Witolda. Uczył się on w Wilnie w szkole technicznych urządzeń kolejowych. Witek pracował później w fabryce samolotów w Lublinie i został lotnikiem. Cała rodzina Winników była bardzo religijna i choć uboga, to celem rodziców a szczególnie matki było wykształcenie dzieci. Nie była ona akuszerką, ale umiała dobrze przyjmować porody i ludzie mieli do niej wielkie zaufanie. Serdecznymi kolegami Kazika byli Wacek Korwiel i Witek Sienkiewicz, z którymi między innymi pasł krowy na łące Popław za młynem należącej do majątku Żemłosław. W siostrze Witka był później zakochany, ale rodzice mieli dla niej upatrzonego innego kandydata.

Po ukończeniu szkoły Kazik poszedł na roczną praktykę kowalską do Żemłosławia. W tamtejszej kaplicy młodzież bywała często na nabożeństwach. Następnie pracował w Sobotnikach w kuźni u Macieja Puczkieły (Jagorczyk) a wieczorami składał rowery w sklepie Daniela Monesa. W tym czasie był też zakrystianinem u ks. Bagińskiego i śpiewał w chórze kościelnym. Do chóru wciągnął go najstarszy brat Janek, z którym jeździł do Trab sprzedawać ogórki. Kazik dostał się na kurs kierowców samochodowych do Lidy organizowanych przez Związek Strzelecki. W Lidzie mieszkał u brata referenta karnego i pracował jako konduktor autobusowy na trasie Lida- Szczuczyn w spłóce Lidzianka Krygiera. Tam też otrzymał kartę powołania do 13 pułku kawalerii w Nowej Wilejce, a na początku 1939 roku odbył kurs kierowców w 7 Batalionie Pancernym w Grodnie. Kiedy jego brat Witold otrzymał przydział do 5 Pułku Lotniczego w Lidzie, często spotykali się w cukierni na mieście.

Nauka, zdobycie zawodu czy pracy, nie były wcale łatwe szczególnie w biedniejszych rodzinach. Na Nowogródczyźnie prawie wcale nie było bogactw naturalnych, rozwiniętego przemysłu, fabryk, stąd też i o pracę było trudno. Jedynym z trzech miast w województwie po Słonimiu i Baranowiczach, które rozwijało się gospodarczo, w którym istniało dobre szkolnictwo średnie w tym i zawodowe była Lida. Bardzo intensywny rozwój miasta nastąpił w drugiej połowie 1927 roku, dając mu pierwsze miejsce pod względem uprzemysłowienia w województwie. W latach 1935-39 Lida dalej rozwijała się gospodarczo i została czołowym ośrodkiem gospodarczym na północno - wschodnich ziemiach II Rzeczypospolitej. W 1939 roku w mieście czynne były następujące większe zakłady przemysłowe: fabryka obuwia gumowego Ardal, fabryka wyrobów gumowych Unigum, fabryki maszyn i narzędzi rolniczych Benfland i Poland, fabryka drutu i gwoździ Drutindustria, fabryka sprężyn Zwój,fabryka chemiczna Korona, dwa browary, trzy fabryki wód gazowanych, trzy fabryki cukierków, trzy kaflarnie, dwie fabryki wojłoków, dwie olejarnie, rafineria terpentyny, sześć tartaków, osiem młynów, osiem piekarń i cztery drukarnie.

Wracajmy do naszych Sobotnik. Jeżeli chodzi o zdobycie jakiegoś fachu, to na przykład nauka zawodu krawca trwała trzy lata. Jednak dopiero w ostatnim roku majster pokazywał kroje. Przez dwa lata uczniowie pomagali mu przede wszystkim w gospodarstwie. Opłata za naukę wynosiła 200 zł, a za tą sumę można było kupić dwie średnie krowy. Jeżeli nie było gotówki to trzeba było ją odrobić. Tak było w rodzinie taty ale już po wojnie, gdy jego młodszy brat Albin uczył się za krawca u Jana Hryniuka. Tata w ramach opłaty wywoził obornik i orał jego pole. Niektórzy robili kursy przydatne w rolnictwie w celu podniesienia swoich kwalifikacji. Józef Naron ukończył kurs weterynaryjno - hodowlany w Iwiu. Następnie rolniczo - pszczelarski w Lidzie i w swoim sadzie założył małą pasiekę. Należał do kółka teatralnego prowadzonego przez panią Sadowską i szkolne nauczycielki. Był delegatem na pogrzeb serca marszałka Józefa Piłsudskiego na wileńskiej Rossie. Gdy uprawa lnu się upowszechniła i była coraz bardziej opłacalna, gospodarze którzy zasiali go więcej mogli przeznaczyć część zarobionych pieniędzy dalsze kształcenie dzieci.

Prawie każdy starał się być samowystarczalny w swoim gospodarstwie. Umiano robić cebry, duhi96, wyplatać koszyki, robić reźginie do noszenia słomy, siana, cepy z dębowym bijakiem i wiązaniu gązewkowym, świerkowe kosiska do kos, grabie, brzozowe miotły. Pałąk koszyków i oplot przeważnie był z wikliny, a poprzeczne wzmocnienia z jałowca. Chociaż to było zakazane, to czasami oplot robiono z korzeni młodych sosen, które jeszcze rozszczepiano na połowę. Bardziej zaawansowane w technologii użytkowe przedmioty wykonywane były przez specjalistów i kupowano je na jarmarkach. Były to różnego rodzaju beczki, plecione z wikliny pałukiszki zakładane na przód i tył drabiniastego wozu, chomąta, konopne sznury, garnki i sagany, gliniane wypalane dzbanki i wiele innych przedmiotów. Pierwsze brony, jakie się pojawiły były całkowicie drewniane i niektórzy chłopi umieli je sami robić. Tata już ich nie widział w użyciu. Zostały przeznaczone na bocianie gniazda, chętnie na nich zakładane przez te ptaki. Pamięta brony drewniane ale z żelaznymi zębami, po których do użytku weszły całkowicie żelazne.

Służono swoimi umiejętnościami innym i korzystano z pomocy sąsiadów, gdy nie potrafiono czegoś samemu wykonać. Można było w ten sposób zarobić parę groszy lub dokonać transakcji usługa za usługę. Na przykład Zygmul robił przy pomocy blaszanej formy betonowe kręgi do studni, które zaczęły zastępować drewniane studnie kwadratowe. Niektóre studnie były bardzo głębokie na 20 bitonów jak mówią u nas (1 biton-80 cm wysokości). Taką miał Lutuś, który mieszkał w pobliżu Łyntupskiej Drogi niedaleko dziadka Jana. Drewnianą studnię widziałem jeszcze w latach siedemdziesiątych w Pietrymanowszczyźnie. Była to jedyna studnia na całą wioskę. Za nią na wygonie była druga z żurawiem. Służyła ona do czerpania wody dla pojenia bydła. Drewniane studnie stawiano w miejscach, gdzie było bliżej do wody. Drzewo na ten cel wybierano dębowe lub olchowe i układano je w kwadrat jedno na drugim, zbijając w narożnikach. Taka studnia mogła być też zbudowana z desek o długości 3 m ustawianych pionowo i zbijanych poprzecznie co 1 m. Takie są w okolicach nadniemeńskiej Brzozówki.

Były też studnie kamienne. Budowę rozpoczynano od wykopania ile się dało koła o średnicy około 5 m. Następnie kopano kolejne koło o mniejszej średnicy odrzucając ziemię na powstałą ławę a z niej na zewnątrz i tak dalej aż do wody. Wnętrze studni wykładano polnymi, specjalnie dopasowanymi kamieniami, które nie były łączone żadną zaprawą. Taka studnia głęboka na 20 bitonów też jedyna na cała wieś była w Annopolu. Taka była w Sobotnikach na Antokolu. Jest w Dowgiałowszczyźnie, a w Narbutach wszystkie są z kamienia. Jednie pierwszy krąg naziemny jest betonowy, lub w starszych studniach drewniany. Wykopanie studni przed wojną było niemałym kosztem, dlatego nie w każdym gospodarstwie się ona znajdowała. Wodę ze studni czerpano przy pomocy żurawia lub kołowrotu. Dużą umiejętnością było postawienie pieca. Dobrymi majstrami w tej dziedzinie po wojnie byli Leonard Dubicki i Henryk Grażyński z Dowgiałowszczyzny.

Dziadek Bronisław Niechwiadowicz oprócz pracy na roli zajmował się dodatkowo stolarką i ciesielstwem. Potrafił postawić dom, położyć dach ze strzechy, zrobić okno, drewniane winkle, cebry, naprawić koło u wozu. Mógł tym pracom poświecić więcej czasu, gdy mój tata podrósł i zaczął samodzielnie bronować. Tata niezbyt miło wspomina tę pracę, uciążliwą dla młodego chłopaka, ale tak właśnie głównie wyglądało życie codzienne dzieci i młodzieży. W miarę dorastania przybywało obowiązków w gospodarstwie a do tego dochodziła jeszcze nauka.

Młodzieży w Sobotnikach przed wojną było sporo. Męska dzieliła się na trzy grupy: podrostków po szkole podstawowej, tych co byli w wieku przedpoborowym, oraz kawalerów po wojsku. W niedzielę i święta ci starsi spotykali się z dziewczętami na wspólnych zabawach lub potańcówkach. Przychodzili także rodzice. Marek Boguszewicz bardzo lubił tańczyć. Ubierał się na czarno, na kręconą czuprynę nakładał kapelusz i porywał swoją córkę w skoczne rytmy. Poznał uroki dużego miasta pracując kilka lat w Petersburgu. Szczególnie ważnym dniem dla młodych był 24 czerwca. Obchodzono wtedy Noc Świętojańską a dzień ten uznawano także za Święto Morza. Młodzież późnym wieczorem wypływała ze śpiewem na Gawię przystrojonymi kwiatami łódkami i kajakami. Dziewczęta plotły wianki, układały je na deseczkach, stawiały dwie zapalone świece i puszczały na wodę.

Ci z mieszkańców Sobotnik, którzy mieli mało ziemi lub nie mieli jej wcale, starali się zarabiać na życie w różny sposób. Jan Sienkiewicz (brat Stanisława, który był weterynarzem) posiadał folusz i maszynę do czesania wełny. W Borowikach wyrabiano z niej walonki. Józef Storta grał na weselach i zabawach jako cymbalista, łowił ryby, które sprzedawał a zimą palił w szkolnych piecach. Syn jego Wiktor zginął na wojnie. Franciszek Kuprel też łowił ryby, ale siecią i dzierżawił na ten cel kawałek Gawii. Zajmował się także wraz z innymi spławianiem nią drzewa. Stanisław Misa był etatowym pastuchem ulicy Wileńskiej. Wcześnie rano wychodził z trąbką sygnałówką dając nią znać, aby z zagród wypędzano bydło. Natomiast Jakub Lencewicz pasł sobotnickie owce. Kto miał możliwości to wynajmował pokoje urzędnikom, policjantom, nauczycielom i letnikom, żeby mieć dodatkowy, bardzo potrzebny dochód. Marek Boguszewicz oprócz domu i warsztatu ślusarsko - kowalskiego przy ulicy Wileńskiej, miał drugi duży dom. Znajdował się on w głębi sadu, który ciągnął się aż do pierwszych zabudowań na Antokolu. W domu tym wynajmował pokoje. Sam przeważnie pracował w Żemłosławiu. Ulica Wileńska pięknie wyglądała wczesną wiosną. Kwitły bzy i inne kwiaty w przydomowych ogródkach. Z tyłu zabudowań znajdowały się duże sady, także na innych ulicach. Bielono płoty, wprowadzono numerację domów i zaczęto stawiać tak zwane sławojki97.

Kobiety miały w gospodarstwach nie mniej pracy i obowiązków niż mężczyźni. Wychowywały dzieci, przygotowywały posiłek, piekły chleb, pomagały w polu. Chleb piekło się raz w tygodniu po cztery, pięć dużych bochenków ważących po około trzy kilogramy. Wyrobione w drewnianej dzieży ciasto kładło się na suche liście od kapusty lub chrzanu i wkładało do rozgrzanego pieca. Mąka do wypieku była czysto żytnia z dodatkiem odrobiny ugotowanych i przetartych ziemniaków aby chleb nie czerstwiał. Upieczony bochenek miał kolor grahamu. Prawie w każdym domu był kołowrót do przędzenia nici, w niektórych krosna. Moja babcia Wiktoria Kononowicz z domu Raksa była dobrą tkaczką. Potrafiła wytwarzać różnokolorowe desenie, więc przynoszono do niej nici i zamówienia. Babcia tkała na przykład trzy nakrycia na łóżko biorąc jako zapłatę jedno dla siebie. Pochodziła z Nackowicz i za młodu była bardzo ładną, wesołą, gospodarną i energiczną dziewczyną. Często przysyłano do niej swatów, także z Sobotnik. Pochodziła stąd jej mama Kazimiera i miała też krewnych wśród rodzin Dziaduli i Szejbaków.

Jednym z zalotników był dziadek Jan Kononowicz. Jego oświadczyny, spokojnego i nieśmiałego młodzieńca zostały w końcu przyjęte. W miejscowym zwyczaju, zapowiedzi ślubne odczytywane są w kościele dwukrotnie i tak też jest obecnie. Dziadek musiał jednak spłacić co było tradycją, konkurenta z Zygmunciszek, który również przysłał swatów i będąc pewny swego dał do kościoła na zapowiedzi. Lipniski proboszcz pytał się w żartach Wiktorii, dlaczego wychodzi za mąż za chłopaka, który nie zna katechizmu. Ona zaś odpowiedziała, że przy niej się nauczy. Ślub odbył się w Lipniszkach a młoda para zamieszkała w domu rodzinnym Kononowiczów w Sobotnikach. Babcia Wiktoria nosiła długie włosy zaplecione w warkocz. Gdy urodziła czwarte dziecko córkę Władysławę, zachorowała na tyfus. Musiała ściąć swoje piękna włosy, które jak odrosły nie były już proste, lecz lekko kręcone.

Moja mama z siostrą Zosią często chodziły do swego dziadka Emiliana Raksy do Nackowicz. Wybierały drogę na skróty z Dwgiałowszczyny przez pola i lasy. Pierwsze z zabudowań wioski pojawiała się stodoła dziadka stojąca na małej górce. On sam siedział zwykle na ławce przed domem. Dziewczyny witały się z nim, całowały w rękę i wchodziły do środka. Tam je częstowano jedzeniem choć one wzbraniały się mówiąc, że nie są głodne, co oczywiście nie było prawdą. Kiedy zdarzało się że nocowały, pieczono stos blinów i gotowano wereszczakę. W gęstym sosie pływały kawałki kiełbasy i podsmażanej słoniny. Wpierw jadły one a później inne dzieci.

Len, który wszedł do uprawy w połowie lat trzydziestych większość przeznaczała na swoje potrzeby. Uprawa tej rośliny a szczególnie obróbka była bardzo uciążliwa. Kto zasiał i zebrał go więcej, sprzedawał pojawiającym się Żydom zwożącym len do Wołkowyska. W jego zbiorze brałem raz udział. Pamiętam, że zrywaliśmy go ręcznie pod koniec sierpnia w palącym jeszcze słońcu. Następnie wiązaliśmy w snopki układane po kilka obok siebie. Niejednej kobiecie weszła w rękę bolesna drzazga od lnianego źdźbła. Ja pomagałem w zbiorze cioci Zosi, w obrabianiu jej kołchozowego poletka. Każdy w podobny sposób musiał pomagać kołchozowi w zamian za przydział ziemi pod ziemniaki, pod trawę na siano, czy buraki. W ten sposób uzależniano ludzi od kołchozu, gdyż nie mając własnej ziemi nie mogliby oni wyżywić zwierząt, jakie hodowali a tym samym i swoich rodzin.

Jeszcze wcześniej, gdy len dopiero wschodził, przystępowano do jego pielenia. Wszystkie prace polowe przy lnie wykonywały kobiety. I to nie dlatego, że mężczyźni nie lubili tej pracy. Otóż środek ciężkości ciała u kobiet jest niżej położony niż u mężczyzn. Dlatego też łatwiej im było wykonywać prace polowe wymagające ciągłego schylania się. Gdy główki stawały się twarde, liście zżółkły a włókna zaczynały odchodzić od rośliny, następowała pora zbierania lnu. W pierwszej fazie leżał on cienką warstwą na polu celem przeschnięcia. Następnie poddawany był kilkukrotnej obróbce. Młócono go cepami na ściernisku i zostawiano, aby środek łodygi rozłożyły bakterie. Przeważnie zabierano go jednak do stodoły i rozkładano, aby następnie drapać specjalnym metalowym grzebieniem zwanym czohraczem. Robiono to w celu oddzielenia nasion, które suszono. Źdźbła polewano wodą i moczono około dwu tygodni a następnie rozkładano i tak leżały pewien czas. Jak włókna zaczynały odchodzić, zabierano len do suszarni, która znajdowała się w pobliżu Gawii za Tuczkowskimi w kierunku na Dziewieniszki.

Po wysuszeniu len łamano (międlono) w międlicach lub cierlicach celem oddzielenia części drzewnych (tzw. paździerza) od włókna. Stąd też polska nazwa miesiąca, w którym to czyniono, październik. Następnie len trzepało się drewnianą trzepaczką. Czynności te powodowały także zmiękczenie włókien. Z kolei len czesało się za pomocą specjalnej trzepaczki, wysokiej z twardego drewna, z powbijanymi gwoździami. Materiał jaki uzyskiwano w pierwszej kolejności, był przeznaczony do wyrobu worków. Znów len czesano tym razem szczotką ze świńskiej sierści i otrzymany produkt szedł na ręczniki. Po kolejnej obróbce uzyskany surowiec przeznaczony był do wyrobu odzieży, obrusów. Całą zimę kobiety przędły nici na kołowrotach, nawijały na snowadła, tkały na krosnach a później wiosną wybielały płótno, rozkładając je na słońcu w pobliżu rzeki i polewając wodą. Robiono też burnusy, ale z owczej wełny podpinane filcem. Narzucane na kożuchy podczas deszczu czy śniegu, były bardzo przydatne w czasie jazdy wozem.

Z Sobotnik można było się dostać do innej miejscowości autobusem. Przez miasteczko przechodziły dwie linie zamiejskie. Linia nr 19a Wilno-Iwie przez Dziewieniszki. Długość trasy wynosiła 110 km, czas trwania podróży ponad 4 godziny. Był jeden kurs w ciągu dnia a bilet na całą trasę kosztował 7 zł. Na trasie były następujące przystanki: Wilno, Jaszuny, Małe Soleczniki, Wielkie Soleczniki, Bieniakonie, Konwaliszki, Dziewieniszki, Sobotniki, Gieranony, Lipniszki, Iwie. Linia nr 18b Wilno-Traby przez Dziewieniszki i Sobotniki. Trasa miała długość 101 km, jechało się ponad 4 godziny a bilet na całą podróż też kosztował 7 zł. W ciągu dnia był jeden kurs z przystankami: Wilno, Jaszuny, Małe Soleczniki, Wielkie Soleczniki, Bieniakonie, Konwaliszki, Dziewieniszki, Sobotniki, Traby. Doktor Stanisław Hryniuk z Szarkuć jako młody chłopiec został wyprawiony w pierwszą podróż autobusową do Wilna. Nowe doznania i przeżycia w trakcie jazdy spowodowały, że zakończyła się ona dla niego w Dziewieniszkach. Zrobiło mu się słabo i musiał wyjść z pojazdu.

Sobotniki przed wojną były miejscowością wybitnie wypoczynkową. O ich walorach świadczyło przede wszystkim zdrowe, żywiczne i balsamiczne powietrze o leczniczych właściwościach. Przyjeżdżały tu na wakacje i nabranie sił dzieci z Lidy i Wilna oraz Żydzi głównie z Lipniszek. Ci ostatni a wśród nich Szyszko i Goldlang ze swoją kucharką. Wynajmowali pokój na ulicy Lipniskiej u państwa Bahdziuli płacąc 50 złotych za dwa miesiące. Przyjeżdżali inni i też na tej samej ulicy wynajmowali pokoje a w ogrodach rozwieszali swoje hamaki. Stąd najbliżej mieli do Gawii. Pojawiali się harcerze, którzy w tutejszych lasach organizowali obozy. W czasie ich trwania urządzali także dla sobotnickiej młodzieży ogniska połączone z częścią artystyczną.

Gawia to nizinna, czysta i bardzo wartka rzeka płynąca częstymi zakolami. Jej źródła znajdują się na linii wododziału rzek Niemna i Wilii. Lewe dopływy Gawii to: Wersoka, Okupa, Klewa, Jakuń, Sudroga, Dunaj. Prawe to: Żyżma (Mała), Brodówka, Matruna, Łyntupka, Trypla, Opita, Żyżma (Duża), Berdówka. Gawia wypływa z okolic przedwojennego folwarku Dziaki oszmiańskiego rejonu i prawie od razu wpływa na Litwę. Na tę cześć rejonu solecznickiego, który w nieregularnym i dziwnym kształcie przypominającym worek (stąd używana czasami nazwa Worek Dziewieniski), graniczy z białoruskim rejonem iwiejskim. Płynąc dalej omija Dziewieniszki i za Girdziunami znów wpływa na Białoruś. Obok Podworańców, przez Szarkucie, Żemłosław, Sobotniki, Galimszczyznę płynie dalej i przy wiosce Burnosy wpada do Niemna.

Bieg Gawii można podzielić na trzy części. Górny prowadzi od źródeł (215 m n.p.m.) do Dziewieniszek (163 m n.p.m.) i wynosi 18 km. Średni spad wody na tym odcinku to 2,4 m/km. Rzeka płynie przez teren pagórkowaty i bezleśny. Brzegi i dno ma żwirowate.

Środkowy bieg Gawii to odcinek Dziewieniszki-Galimszczyzna. Jest to okolica niewielkich wysokości o łagodnych stokach. W pobliżu sobotnickiego cmentarza płynie przez miejsce, nad którym wznosi się kilkunastometrowa skarpa przy leśnej drodze do Dobrowlan. Być może gdzieś w tym miejscu znajdowało się starożytne grodzisko Monwidów. Ten teren, przez który płynie Gawia jest lesisty a poziom wody w stosunku do morza wynosi: w Żemłosławiu 148 m, Sobotnikach 144 m, Galimszczyźnie 140,2 m. Dolina rzeczna ma od 250 do 500 m. Długość tego odcinka to 30 km a średni spadek wody 0,77 m/km.

Dolny bieg Gawii rozciąga się od Galimszczyzny do ujścia rzeki (121 m n.p.m.) do Niemna. Jest to teren prawie płaski. Dolina rzeczna poszerza się od 1 do 1,5 km, łącząc się od wsi Ściganie (130 m n.p.m.) z doliną rzeki Żyżmy (tzw. Pacowskiej) osiągając przez to szerokość około 4 km. Rzeka płynie teraz przez szerokie błota, następnie piaszczystą równinę i łączy się z Niemnem ojcem wód. Długość tego odcinka wynosi 27 km, średni spadek wody 0,7 m/km

Piotr Ławrów w 1849 roku wymienił na Gawii następujące mosty: w Daubuciszkach, Dziewieniszkach, Żemłosławiu, Sobotnikach, Borowikach, Galimszczyźnie, Lipniszkach i Gawii. W 1939 roku na rzece istniały mosty w: Dziakach, Kotkiszkach, Dojlidach, Podworańcach, Łostowce, Rymoszach, Beczanach, Skrejczanach, Girdziunach, Sobotnikach, Borowikach, Galimszczyźnie, Lipniszkach, kolejowy przy stacji Gawia, przy młynach w Daubuciszkach, Dziewieniszkach, Gudelach, Żemłosławiu, Sobotnikach, Gawii.

Sejm Rzeczypospolitej uchwałą z 1775 roku uregulował sprawy związane ze spławem drewna między innymi Gawią i Żyżmą. Ławrów pisał w 1849 roku, że Gawią spławiano od majątku Dziewieniszki niewielkie tratwy i luźne kloce drzewa. Z kolei Siemionow w Słowniku geograficznym imperium Rosyjskiego (t. I/1863 r., str. 601), podaje, że spławiano nią także len i siemię konopne na niewielkich tratwach. Długość Gawii obliczał na 80 wiorst, szerokość do 30 sążni a głębokość do dwóch. Smirnow powołuje się w swych przedstawieniach na Sztukenberga, który jednak jako początek spławu wymienia wieś Zygmunciszki. W 1904 roku Gawia została uznana za rzekę spławną przez Ministerstwo Dróg i Komunikacji a także rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 9 listopada 1927 roku.

Kilka słów w tym miejscu też o pięknej rzece Żyżmie, największym dopływie Gawii. Początek bierze w folwarku Pietraszki w gminie bieniakońskiej. Ma długość około 70 km. Przy jej ujściu do Gawii leżą trzy wsie: Sontaki (Lipniskie), Sontaki Małe i Wielkie. Jej szerokość (1849 r.) dochodziła do 5 sążni, głębokość do 1,5 sążnia. Były na niej młyny w Balkunach, Łuszczykowszczyźnie, Gojcieniszkach, Hermaniszkach i Lewaszach. Na wiosnę spławiano nią drewno zbijane w niewielkie tratwy począwszy od Werenowa i Hermaniszek. W 1566 roku Żyżma była opisana jako granica między powiatem lidzkim a oszmianskim i taka przetrwała do reform włościańskich w 1861 roku i utworzenia gmin. W latach 1801 - 1843 Żyżma stanowiła granicę guberni wileńskiej i grodzieńskiej.

Żyją jeszcze osoby, które pamiętają jak przed wojną spławiano Gawią drzewo wycinane z lasów żemłosławskich, wiązane na Niemnie w flisackie tratwy. Ludziom dawała i daje przyjemność zażywania chłodnych kąpieli w upalne letnie dni, czego i ja co roku doświadczam. Prąd wody jest tak silny, że płynąc przeciw niemu stoi się prawie w miejscu. Gawia jest nadal bardzo czysta, choć ryb jest znacznie mniej niż przed wojną, jest też znacznie płytsza. Janina Kirol wspomina, że z Zosią Dubicką nieraz przechodziły Gawię w bród podnosząc wysoko spódnice, ale były tylko dwa takie względnie bezpieczne miejsca. Dzisiaj można tego dokonać w wielu miejscach szczególnie wtedy, gdy podnosi się poziom wody w sztucznym zalewie w Żemłosławiu. Jest tam niewielka elektrownia wodna zbudowana w latach pięćdziesiątych.

Do sobotnickiego młyna na Gawii wiodła drogą wysadzaną lipami, będącą przedłużeniem Antokola. Za lipami po lewej stronie stał dom, w którym mieszkał kierownik młyna Łukasz Tepech. Kawałek dalej była szopa, gdzie zajeżdżały wozy z ziarnem czekające w kolejce do milenia. Idąc dalej nasypem droga prowadziła do długiego mostu, po którym wjeżdżało się do samego młyna. Był on niemały, posiadał cztery koła poruszane wodą, każde poprzez mechanizm napędzający jeden duży kamień młyński. Trzy kamienie przeznaczone były do mielenia ziarna żyta. Czwarty kamień, na którym była zamocowana blacha w postaci dużej tarki, służył do mielenia ziaren jęczmienia i pszenicy. Kamienie trzeba było co jakiś czas nakuwać. Ważyły po około 300 kg a do ich zdejmowania i przewracania służyło urządzenie przy pomocy którego mogły to zrobić dwie osoby.

Pszenicy u nas uprawiano niewiele, gdyż tutejsza ziemia jest dla niej niezbyt urodzajna. Także urządzenia do mielenia nie były do niej przystosowane. Natomiast młyn w Galimszczyźnie posiadał system mielących walców, z którego otrzymywano mąkę pszenną dobrej jakości. Jęczmień raz oczyszczony przeznaczony był na mąkę, którą dodawano do pieczenia blinów, robienia klusek. Z dwukrotnie oczyszczonego otrzymywano pęcak. Pszenica oczyszczona z plew i zmielona dawała mąkę z której wypiekano chleb podobny do grahamki, ale trochę ciemniejszy. We wspomnieniach taty, który pracował we młynie w latach 1951-56, jęczmień i pszenicę przed mieleniem wstępnie oczyszczano otrzymując nazwany z rosyjskiego szatark. Koszt tej czynności był dość wysoki, dlatego nie oczyszczano uprawianego najwięcej żyta. W pierwszych latach po wojnie ludzie nie mieli pieniędzy i za mielenie płacili w naturze. Za proste mielenie płacono 9 kg ze 100 kg, za mielenie oczyszczonych ziaren 15 kg ze 100 kg. Energia wodna Gawii napędzała windę w młynie służącą do wciągania worków z ziarnem i opuszczania z mąką. Za młynem była piła wodna do ciecia desek i dom młynarza, jego ogród i domek, w którym mieszkał stróż.

Staw młyński był duży i głęboki a praca młyna uzależniona od ilości zgromadzonej w nim wody, którą regulowały zastawy i która zależała także od pory roku. Wody było mniej zimą przy silnych mrozach, oraz upalnym i suchym latem. Młyn pracował wtedy krócej w ciągu dnia. Do jego obsługi był kierownik, trzech pracowników i stróż. W gospodarstwach były też ręczne żarna, w których mielono żyto i grykę potrzebne do karmienia świń. Młyn został rozebrany pod koniec lat pięćdziesiątych, przeniesiony do Żemłosławia i tam zamieniony na elektryczny. Szkoda go było, gdyż odremontowany mógł jeszcze służyć ludziom zasilany darmową energią. Feliks Kawecki powiedział, gdy przenosili młyn: Dajcie mi pomocników a go odremontuję!

Charakterystycznym miejscem obok Gawii jest uroczysko Sinie Oko. Bagienne bardzo głębokie miejsce pełne wody. Znajduje się blisko rzeki w miejscu, gdzie przed cmentarzem łukiem zbliża się ona do lasu. Przed wojną z Gawii dobry kawałek przed młynem wypływał strumyk i w tym miejscu było niewielkie trzęsawisko. Kilka razy geolodzy badali w nim wodę, która miała rdzawy kolor. Strumień biegł dalej obok lesistej góry zwanej Czerwoną Górą w kierunku Siniego Oka i wpadał do Gawii niedaleko miejsca, gdzie był kiedyś koński cmentarz. Fragment strumienia z bagiennym miejscem porośniętym drzewami zachował się i stał miejscem obecności bobrów. Istnieje przypuszczenie, że to było kiedyś stare koryto rzeki Gawii.

W Sinim Oku znajdują się fragmenty wbitych drewnianych pali, prawdopodobnie są to pozostałości mostu. Na Gawii w pobliżu Rybaków znajdowały się też pale po obu jej brzegach, rzadko powbijane na odcinku kilku metrów. W tym miejscu chyba też był most, przez który prowadziła droga z Rybak do Dobrowlan. Także przy dwóch wyspach, które znajdowały się przed młynem, były po obu brzegach pale w wodzie, ale już gęsto powbijane. Nie wiadomo, czemu służyły. Od Sobotnik do Rybak rósł kiedyś jeden jałowiec, a teren ten nazywano Kaciszki. Rosły też tam potężne wierzby zasadzone przez Umiastowskich. Była też tam duża Luna. Trzęsawisko osuszono odprowadzając wody do Gawii, jałowiec wycięto i cała tę ziemię przeznaczono pod kolonie.

Przyglądając się mapie naszej gminy i okolicy, która odpowiada stanowi w terenie z 1923 roku, można z niej wyczytać kilka ciekawych rzeczy. W Jakuni, Kwiatkowcach, Pogawiu, Trypli, Zakrzewszczyźnie i Zarankowszczyźnie stały dwory, w Żemłosławiu pałac. Nie wiem jak te dwory wyglądały, ale zapewne były niewielkie. Folwarki w naszej gminie były w Hucie, Zalesiu, Luszniewie, Skrobowszczyźnie, Łyntupi. Smolarnie znajdowały się koło Wysockich i Mażul, cegielnie w Dobrowlanach i Pietrymanowszczyźnie. Gajówki były koło Dobrowlan, Wodoli, Bożego Daru, Skrobowszczyzny, niedaleko Girdziun nad Gawią. W pobliżu Szajdziun była gajówka o nazwie Bołtuciowa. Młyny wodne na dopływach Gawii stały: trzy na Podokupce, dwa na Opicie, jeden na Wersoce.


Wojna

1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę. 3 września Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom co dało początek II wojnie światowej, a 17 września zdradziecko zaatakowała nas Rosja Radziecka. Wschodnia Polska na mocy traktatu niemiecko-radzieckiego Ribentrop-Mołotow z dnia 23 sierpnia 1939 roku i skorygowanego 28 września, znalazła się pod okupacją sowiecką. Była to ponad połowa kraju. Mężczyzn w wieku poborowym z Sobotnik i gminy objęła mobilizacja. Niektórzy jak Bolesław Boguszewicz, Mikołaj Stańczyk, Albin Tuczkowski i inni poszli na front 1 września. Dziadek Bronisław i dwóch innych ze wsi Byczki poszli siódmego. Tata podwiózł ich do Zalesia, skąd udali się do Juraciszek. Dziadek wrócił po tygodniu nie powąchawszy prochu. Ci, którzy w wyniku działań wojennych dostali się do niewoli niemieckiej, czasami wracali jak ranni Kazik Bohuszewicz i Staś Kawecki. Leczył ich później dr Jarmoliński. Albin Tuczkowski trafił do obozu w Ostaszkowie. Widział na własne oczy co się tam działo. Uniknął zagłady może dlatego, że był prostym żołnierzem i ręce miał twarde od pługa. Z niewoli wrócił do domu na wpół żywy i krańcowo wycieńczony.

Żołnierze, którzy po 17 września dostali się do niewoli sowieckiej i zostali wywiezieni na Sybir, starali się później znaleźć w armii gen. Władysława Andersa98. Tworzyła się ona na mocy paktu polsko - radzieckiego z 30 sierpnia 1941 roku i układu wojskowego z 14 sierpnia tegoż roku. Andersowcy przeszli chwalebny szlak bojowy walcząc o wolność swojej ojczyzny poza jej granicami, jak to często było w naszej polskiej historii. Prawie nikt z nich po wojnie nie wrócił do swojego domu na Kresach, które znalazły się w granicach zaborczych sowietów. Założyli swoje gniazda w nowej Polsce, w innych krajach, ale ze swej pamięci i serc rodzinnej ziemi nie usunęli.

Wśród nich z Sobotnik i gminy byli: Stanisław Iwanowski, Mieczysław Grażyński, Stanisław J. Tuczkowski, Stanisław K. Tuczkowski, Michał Tuczkowski, Józef Puczko, Jan Kępa, Bernard Boguszewicz, Stanisław Korwiel, Wanda Czejdo, Stanisław Paszko z Borowik, Jan Zawitkowski z Żemajtuk, Stanisław Czesnołowicz z Huty, Ludwik Kropa z Pasieki, Józef Łatwis z Czechowców, Stanisław Bibla z Galimszczyzny, Stanisław Ładyko z Wiguszek, dzieci gajowego Urbanowicza z Mażul, Albin i jego siostra, córka gajowego Szluchy z Borowik, Stanisław Kisły z Kisłych, Stanisław Zajkowski z majątku Łyntupka. W Afryce w obozie dla starszych osób i dzieci, którzy wyjechali z Rosji pracowali: Mikołaj Stańczyk, Stanisław Boguszewicz Kniaziuk.

Bernard Boguszewicz z Antokola był zawodowym podoficerem. Wraz z żoną, która była w zaawansowanej ciąży i dwojgiem innych osób miał być przeprowadzony na litewską stronę przez pewnego człowieka z Jodzieńców. On jednak zdradził i poprowadził ich na rosyjskiego pogranicznika. Mogli żołnierza zabić i uratować się, ale przeciwna temu była żona Bernarda. Zostali aresztowani i zesłani na Sybir. Tam rodzinę rozłączono. Urodziła im się córka, która wkrótce zmarła a matce groziła amputacja nogi. Uratował ją lekarz z Krakowa, który też przebywał na zesłaniu. Bernard Boguszewicz wyszedł z Rosji z Armią Andersa. Walczył pod Monte Cassino99 i po wojnie połączył się z żoną. Tragiczne przeżycia z zesłania pozostawiły na nch piętno do końca życia. W tej wielkiej bitwie brał także udział Stanisław Ładyko z Wiguszek, Antoni Paszko z Borowik, Witold Grażyński z Dowgiałowszczyzny, który poległ w czasie walk. Zginął 17 maja i spoczywa u stóp wzgórza w kwaterze F2, szereg VI.

Antoni Paszko przed wojną służył w 19 Pułku Artylerii Lotniczej w Lidzie. Przy przekraczaniu granicy polskiej z Rumunią, został schwytany przez Sowietów i wywieziony do obozu w Obziersku. Po zwolnieniu wstąpił do wojska polskiego w Tocku. Znalazł się następnie w Egipcie, gdzie został przydzielony do Brygady Karpackiej. Brał udział w kampanii włoskiej i został ranny pod Monte Cassino. Po zakończeniu wojny mieszkał przez pewien czas w Anglii i Holandii. Na stałe wyjechał do USA, gdzie pracował, żył na emeryturze i zmarł w 2003 roku w wieku 93 lat.

Kazik Bohuszewicz (Winniki) wraz z trojgiem osób próbował wiosną 1941 roku przedostać się na Litwę. Przewodnikiem był Litwin z Dziewieniszek, który wyprowadził ich wprost w ręce żołnierzy sowieckich. Zostali aresztowani, osądzeni i zesłana na Syberię. Wydostali się z Rosji z Armią Andersa. Kazik trafił do Anglii i został żołnierzem 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka100, a za kampanię w Europie Zachodniej 1944-45 otrzymał Krzyż Walecznych101. Jego brat Witold też służył w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Zginął śmiercią lotnika nad Adriatykiem koło Brindizi, gdy wracał na Lancasterze z lotu do Polski. Do kraju latał z cichociemnymi i bronią dla Armii Krajowej. Taki był los tułaczy wielu żołnierzy kresowych.

Sowieci we wrześniu 1939 roku nie zajmowali polskich terenów bezkarnie. Opór stawiały placówki Korpusu Ochrony Pogranicza. Dzielnie walczono w Grodnie i Sopoćkiniach. Na Polesiu biła się Samodzielna Grupa Operacyjna generała Franciszka Kleeberga102. Wobec przeważających sił dwóch wrogów działania frontowe ustały i Polska została podzielona między Niemcy i Związek Sowiecki, którzy przypieczętowali swoją przyjaźń wspólną defiladą wojskową w Brześciu.

Mimo tak tragicznej sytuacji, już pod koniec września 1939 roku zaczęły się tworzyć na terenie północno-wschodniej Polski lokalne organizacje konspiracyjne i oddziały partyzanckie. Niektóre z nich mimo aktywnych działań NKWD, przetrwały do nadejścia Niemców jak na przykład w lasach szczuczyńskich, Puszczy Nalibockiej czy Iwieńcu. Na tych terenach nie działał jeszcze ZWZ103, gdy tworzyły się samoistnie liczne struktury podziemne. W Lidzie było pięć organizacji podziemnych. W Grodnie działało POW104 obejmujące swym zasięgiem cztery województwa. W białostockim działały bataliony śmierci Strzelców Kresowych, które między innymi likwidowały oficerów NKWD. Powstawało sporo dobrze uzbrojonych oddziałów partyzanckich.

Północno-wschodnia Polska została nazwana przez Sowietów Zachodnią Białorusią. Nie była to jednak nazwa geograficzna, ale sztuczne pojęcie polityczne, które nie miało odpowiednika przed wojną. A oto skąd ono się wzięło. W układzie Ribentrop-Mołotow z dnia 28 sierpnia 1939 roku linia demarkacyjna105 a później granica między Niemcami a ZSRR miała przebiegać na rzekach Wiśle i Sanie. Warszawa miała być niemiecka a jej część prawobrzeżna Praga sowiecka. Powstać miały trzy niby twory państwowe: Zachodnia Białoruś ze stolicą w Wilnie, Zachodnia Ukraina i Polska Republika Związkowa. W skład tej ostatniej miały wejść tereny między Wisłą a Bugiem: Lubelszczyzna, Wschodnie Mazowsze, Zachodnie Podlasie.

23 września 1939 roku Niemcy podpisały z Sowietami drugi układ o granicy i przyjaźni. Za oddanie im terenów między Wisłą a Bugiem, Litwa znalazła się w strefie wpływów sowieckich. 10 października tego samego roku podpisała ona układ z Rosją na mocy którego otrzymała północno-zachodnią część województwa wileńskiego łącznie z Wilnem. Ziemie na wschód od linii San, Bug, Pisa i dalej przecinającej na połowę powiaty ostrowski i ostrołęcki nazwano Zachodnią Białorusią ze stolicą w Białymstoku. Jednak przed wojną terenów tych tak nie nazywano. Powstał dziwny twór, który miał pewne cechy państwa. Posiadał granice z Litwą, Niemcami, Zachodnią Ukrainą i ZSRR (wschodnia granica Polski). Armia Czerwona tworzyła elementy administracji w postaci komitetów chłopskich i gwardii robotniczej (milicji). 22 października powstało Zgromadzenie Ludowe, które podczas obrad w dniach 28 - 30 października przekazało Zachodnią Białoruś do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Następnie w dniu 2 listopada Rada Najwyższa ZSRR uchwaliła ustawę o włączeniu Zachodniej Białorusi do BSRS.

Wybory październikowe na całym terytorium Polski zajętym przez sowietów zostały poprzedzone olbrzymią, zawczasu przygotowaną akcją propagandową. Ich podstawowym celem było uzasadnienie zajęcia tych ziem przez Armię Czerwoną. W wyborach chodziło nie o przekonanie kogokolwiek, co do słuszności poczynań, ale o sprawowanie władzy, sprawdzenie jakie poparcie będą mieli sowieci. Na wiecach przedwyborczych nie miało większego znaczenia, co mieli do powiedzenia agitatorzy, ale o sprawdzenie obecności. Kto na nich nie był, tego od razu traktowano jako wroga i kwalifikowano do wywózki. Same zebrania były często farsą, gdy jako delegatów przedstawiano niepiśmiennych i przerażonych ludzi a nawet kryminalistów. Komisje wyborcze często zbierały nieważne głosy traktując je jako "za" na przykład w szpitalach od ciężko chorych ludzi. Społeczeństwo tych ziem traktowało przeważnie wybory jako szopkę i cyrk. W 1940 roku odbyły się jeszcze kampanie wyborcze do rad: najwyższej, obwodowych, rejonowych, miejskich i wiejskich.

W październiku rozpoczęto otwieranie szkół ale już białoruskich, wprowadzając do nich język białoruski, sowieckie programy nauczania i nauczycieli. W listopadzie wszyscy mieszkańcy Kresów Wschodnich zostali odgórnym zarządzeniem obywatelami ZSRR. 4 grudnia 1939 roku utworzono na terenie nowogródczyzny województwo baranowickie o powierzchni 23300 km2 z 118400 mieszkańców, trochę większe od przedwojenno województwa nowogródzkiego. 15 stycznia 1940 roku zamiast dotychczasowych powiatów wprowadzono 101 mniejszych rejonów w tym iwiejski o powierzchni 720,6 km2 i liczbie ludności 36231 osób, juraciski o powierzchni 1104,9 km2 z 38907 mieszkańcami. 12 października 1940 roku wprowadzono nowy podział gmin w rejonach, tworząc także ich więcej niż dotychczas. Z sobotnickiej zostały wydzielone gminy kudejska i ślesaraska. Była to też okazja do przeprowadzenia spisu ludności. Sobotniki liczyły wówczas 148 domów i 940 mieszkańców.

Wprowadzenie sowieckich reform gospodarczych zamiast poprawić, obniżyły i to wyraźnie poziom życia ludzi. W miastach i miasteczkach wystąpiły problemy z zaopatrzeniem w podstawowe produkty żywnościowe i przemysłowe. Rozpoczęły się pierwsze próby kolektywizacji wsi. Wprowadzono wysokie podatki i szarawarki 106. Ludność, która coraz trudniej znosiła narzucone rygory i poczynania nowej władzy, zaczęła stawiać jej opór. Był on o wiele większy niż powszechnie sądzono i miał dużo elementów. Najważniejszym był patriotyczny, czyli odbudowa państwa polskiego. Prowadziło to do powstawania licznych organizacji konspiracyjnych. Kolejnym był sprzeciw szczególnie wśród chłopów, wobec narzuconego i nieludzkiego systemu. Bardzo aktywni byli tu chłopi białoruscy, którym przecież nie żyło się lekko w przedwojennej Polsce. Z akt NKWD, do których polscy historycy mają coraz większy dostęp dowiadujemy się, że nasilenie sprzeciwu nastąpiło w pierwszej połowie 1940 roku kiedy władze przystąpiły do pierwszych kolektywizacji.

Białorusini w tym także wielu tych, którzy na początku byli za nową władzą, "przejrzeli na oczy". Tym bardziej, kiedy niejednego z nich wywieziono na Syberię. Czekali i pragnęli nadejścia armii polskiej a od wiosny 1940 roku niemieckiej jako mniejszego zła. Mówili, że: Chcieli nas Polacy opolaczyć i przez 20 lat to im się nie udało, a Rosjanie zrobili to w ciągu dwóch miesięcy. Armię Czerwoną witaliśmy z harmoszką i pod czerwonym sztandarem a wojsko polskie powitamy na kolanach. Wśród aresztowanych przez NKWD w latach 1939-41 konspiratorów i osób czynnie występujących przeciw nowej władzy było 14 % chłopów białoruskich. Natomiast aż 31 % stanowili oni wśród aresztowanych za agitację przeciwko nowemu systemowi.

Następnym elementem oporu były ucieczki przed wywózką szczególnie mężczyzn, z których później tworzyły się oddziały partyzanckie. Dalej były elementy humanitarne polegające na pomocy uciekinierowi, bo to był krewny, sąsiad, krajan. System sowiecki był tak samo obcy i wrogi dla wierzącego katolika, prawosławnego czy żyda, a więc były motywy religijne sprzeciwu.

Największym jednak sukcesem ziem północno-wschodnich w walce z sowieckim okupantem był masowy, bierny opór, głównie chłopski. Uwidocznił się on w pierwszej połowie 1940 roku gdy przystąpiono do kolektywizacji, o której nie wolno było jeszcze mówić rok wcześniej. Ten chłopski opór spowodował, że się ona nie powiodła. Kołchozy107 powstawały i rozpadały się. Na ich stworzenie rozparcelowano 25% wielkich gospodarstw rolnych, pozostawiając 75% na przyszłe sowchozy108. Dla przykładu w województwie nowogródzkim na 162400 gospodarstw powstały tylko 202 kołchozy, w poleskim na 169000 zaledwie 136. Do tych kołchozów szli przede wszystkim ci, którzy w wyniku parcelacji dostali gołą ziemię i nie mieli czym jej obrobić. Chłopi mający możliwość zachowania czy utworzenia indywidualnej gospodarki, bronili się przed kołchozem rękami i nogami. Istniał także opór przy oddawaniu podatków, ukryty handel prywatny, masowy szmugiel i przemytnictwo, ukrywanie się i ucieczki za granicę. Istniała samopomoc sąsiedzka: wysyłanie paczek wywiezionym, pożyczanie zboża na podatki, fałszowanie dokumentów i kolportaż prasy.

Profesor Tomasz Strzembosz, na którego wykład odnośnie do Zachodniej Białorusi powyżej się powołuję, wprowadził w swych badaniach i poszukiwaniach pojęcie biernego i czynnego oporu indywidualnego oraz zbiorowego. Bierny polegał na zachowaniu siebie, swojej tożsamości, na tym że: nie biegam na każde zebranie czy wiec o ile nie muszę, nie kłaniam się w pas sekretarzowi, nie jem w domu na gazecie ale obrusie, chodzę do kościoła, nie unikam kontaktu z rodziną wywiezionego. Nie ulegam agitatorowi, który przychodzi do mnie do domu i nie zdejmuję ze ściany krzyża czy ikony. Dzięki temu oporowi zachowała się tak bardzo ważna podstawowa tkanka społeczna. Czynny opór indywidualny polegał na tym, że: nie biegnę po paszport, nie głosuję, nie podpisuję, nie wezmę, nie idę do wojska. Wymagało to ogromnej wewnętrznej odwagi, często większej niż pójście z kolegami z oddziału do ataku.

A oto przykłady czynnego oporu zbiorowego. Baranowicze 11 listopada 1939 roku, Święto Niepodległości Polski109. Dziewczęta z żeńskiej szkoły przychodzą na zajęcia odświętnie ubrane tak jak zawsze, choć dzień ten jest inny od poprzednich. Nauczycielka powiedziała im aby były dzielne, gdyż Polka jest zawsze dzielna niezależnie od panującej sytuacji. Defilada w Lidzie w dniu 7 listopada 1939 roku w kolejną rocznicę Rewolucji Październikowej. Na trybunie za koszarami sowieccy przedstawiciele, w pochodzie polska szkolna młodzież. Tuż przed trybuną rzucają oni na stos wręczone im wcześniej flagi, transparenty i plansze, podnoszą kołnierze gimnazjalnych płaszczy, wkładają ręce do kieszeni i tak idą. Za trybuną stoi polska orkiestra kolejowa w przedwojennych jeszcze mundurach z orzełkami na guzikach. Uczniowie się prostują i przed orkiestrą idą na baczność.

Już na początku września 1939 roku zaczęto stosować represje wobec duchowieństwa katolickiego. Było to 18 lub 19 września, kiedy ks. Antoni Twarowski wracał z Lidy do swojej parafii w Juraciszkach. Razem z nim jechał kleryk Marczyk. Koło Kniazikowców Wielkich zostali oni zatrzymani przez komunistyczną grupę złożoną miejscowej ludności, która czekała z bramą powitalną na sowieckie wojska. Kapłanów popędzono w kierunku Lipniszek i na polu za wsią Ściganie zastrzelono. Kilka dni później został zabity batiuszka z cerkwi w Kniazikowcach. Społeczeństwo kresowe wyraziło sprzeciw wobec polityki terroru podczas wyborów do rady najwyższej BSSR dnia 24 kwietnia 1940 roku. W niektórych biuletynach napisanych po białorusku ukazały się hasła: Niech żyje Polska!, Niech żyje Państwo Polskie! Osoby, które wiedziały jak naprawdę wygląda sowiecka władza i czuły się szczególnie zagrożone, uciekały wcześniej na Litwę. Byli to między innymi policjanci, urzędnicy państwowi, właściciele ziemscy. Tym, którym to się nie udało, ich rodzinom i wszystkim innym, którzy według sowietów mogli stanowić jakiekolwiek zagrożenie dla ich rządów, groziły starannie zaplanowane wywózki realizowane w kilku etapach.

Pierwszy miał miejsce 10 lutego 1940 roku, kiedy to wywieziono urzędników i pracowników państwowych z miast, sędziów i prokuratorów, policjantów, właścicieli ziemskich i pracowników leśnictwa. 13 kwietnia wywieziono rodziny aresztowanych wcześniej przez władze sowieckie, a także kupców i pracowników rolnych ze skonfiskowanych majątków ziemskich. Trzecia deportacja odbyła się w czerwcu tego samego roku. Dotknęła ona uchodźców przed represjami niemieckimi tak zwanych bieżeńców, głównie osób pochodzenia żydowskiego z zachodniej i centralnej Polski. Byli to nauczyciele, drobni kupcy, inteligencja twórcza, robotnicy. I czwarta deportacja też w czerwcu, ale 1941 roku. Wywieziono w niej ludność wszystkich poprzednich grup i dodatkowo inteligencję zawodową, wykwalifikowanych robotników, kolejarzy, zamożnych rolników, więźniów i dzieci z sierocińców. Po raz pierwszy na większą skalę wywieziono ludzi zamieszkałych na Wileńszczyźnie. Druga podobna akcja z tego regionu miała miejsce w 1944 roku po wyzwoleniu Wilna. Ogółem represjonowano i wywieziono z Kresów Wschodnich około 1,5 milionów obywateli polskich, w tym uchodźców z zachodniej i centralnej części kraju. W tej liczbie było około 250 tysięcy dzieci i młodzieży w wieku do 17 lat. Powyżej 14 lat traktowani byli na zesłaniu jak dorośli i mieli te same co oni obowiązki.

Okazało się też, że nowa i obca władza ma sympatyków wśród sobotnickiej społeczności. Kilka rodzin ujawniło swoje komunistyczne przekonania, z którymi wcześniej się kryło, gdyż przed wojną nie były one popularne w społeczeństwie. Należeli oni do Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. Niektórzy z nich może i byli ideowcami, ale inni zapisali się tylko dlatego, że płacono za to pieniądze. Sami zaś byli biernymi członkami. Nie znając zupełnie sowieckiej rzeczywistości w Rosji, dali się omamić złudnymi obietnicami lepszego życia. Byli też i tacy, którzy nie mieli żadnej moralności i poczucia godności. Sowieci łatwo i z premedytacją do nich docierali, oferując pracę w gminie i milicji. Ludzie ci chodzili później z karabinami po miasteczku, wieczorami skradając się pod oknami i podsłuchując, o czym się rozmawia w domach. Często będąc pod wpływem alkoholu, zmuszali dziewczęta aby z szły z nimi na wieczorki taneczne. Gdy tata z sąsiadem Bolesiem Boguszewiczem sprzedawali mleko Żydówce Lejbie, jeden z miejscowych gorących komunistów miał pretensje, że nie oddają go państwu.

Także niektórzy Żydzi i to wcale nie biedni sprzyjali Sowietom. Było to trochę dziwne, gdyż powinni byli zdawać sobie sprawę, że prędzej czy później stracą swoją własność. Może na ich postawę wpływało to, że Żydzi byli przez sowietów faworyzowani tak jak ubodzy Białorusini, w celu między innymi skłócenia kresowego społeczeństwa. Mentalność i charaktery ludzi, jacy przylgnęli do nowej rzeczywistości sowieckiej a także ją samą, dobrze charakteryzuje wiersz nauczyciela Wiktora Puczki. Oto on poniżej, w moim może nie najlepszym tłumaczeniu.

Oto nastały czasy Wcale już nie chcą

że lepszych nie trzeba pracować w szkole

nie ma już Boga, księży ale wolą jeździć

panów, piekła i nieba w polu traktorem

Co kto chce robi Jednak jeszcze serca

kobiety pracują na polu trochę pozostało

a na krosnach tkają może mi durnemu

jak umieją chłopi to się wydawało

Weźmy na przykład Dowiedzieli się niedawno

że pojedziesz w gości że towarzysz chory

szczerze ciebie ugoszczą na rynku wylali

że aż bolą kości z łez swoich morze

Biją pchają i szturchają Jadzia cichuteńko

słabe dziewczyny i szczerze westchnęła

a z boku podśmiewają się następnie na obraz

przeklęci kaci z nadzieją westchnęła

Spać kładą do łóżka Anioł Pański Zosia

które było pańskie trzy razy zmówiła

nałożą piżamę pięć rubli ofiary

w delikatne paski na tacę złożyła

Rano śniadanie Janki twarz od żalu

trzeba przygotować mocno poczerwieniała

leżących w łóżkach zobaczyć jego ducha

kawą napoić bardzo zapragnęła

Chodzą bez sukienek Ale ten łajdak

ubrane w koszulki wcale nie był chory

wieczorem jak diabły wypił za dużo wódki

tańczą walce, polki na swoją niedolę

Przychodzi niedziela Jeść wcale nie może

stoją przed kościołem nic mu nie smakuje

patrzą jak ich chłopcy to miękkie to twarde

kryją się za murem to takie to siakie

Nadchodzą wybory A na deser głodny

zgłaszają kandydatów za kawą się rozgląda

palą, piją, bawią się zamiast wypić szklankę

jadą do powiatu osiem szybko żąda

Pod koniec 1939 roku sowieci na dużych żemłosławskich polach rozpoczęli budowę lotniska przy pomocy sprowadzonych więźniów. Na ten cel skupowano od rolników odpowiedniej wielkości kamienie, z których oczyszczali swoje pola. Nigdy jednak nie otrzymali oni za nie obiecanych pieniędzy. Kamienie wozili także Białorusini z Czerkiesów i Białego Brzegu z okolic Bakszt. Na każdą rodzinę przypadała pewna norma metrów sześciennych specjalnie wybranych, gładkich kamieni. Przywozili je konnymi wozami ojcowie rodzin, którym towarzyszyły ich córki. Na nogach owiniętych białymi onucami, miały założone plecione łapcie. Nocowali w Szarkuciach i innych pobliskich wioskach.

Moj dziadek Jan Kononowicz ukończył budowę drugiego domu na kolonii w pobliżu rzeczki Łyntupki. Na ten cel przysłał mu pieniądze z Francji brat Franciszek. Część domu została kupiona w całości, a resztę dobudowano z nowych materiałów. Pomagali w tym mamy dziadek Emilian Raksa i jego synowie Stanisław i Wiktor z Nackowicz, a prace nadzorował Korżenko. Kononowiczowie na kolonii mieli około 20 ha kiepskiej ziemi. Mówiło się, że kłos od kłosa rośnie na niej o kilometr. Rozciągała się od Łyntupki do drogi polnej równoległej do Łyntupskiej. Z jednej strony graniczyła z ziemią Henryka Grażyńskiego, Romanowiczów i Lutusia. Temu ostatniemu dziadek oddawał część ziemi w dzierżawę w zamian za tak zwany trzeci snop zboża (dwa sobie a trzeci dziadkowi). Z drugiej strony za miedzą byli Tuczkowscy Wincuki, za nimi Puciul, Dobrzyński i koniec kolonii na granicy wsi Łyntup.

W końcu grudnia 1939 roku miały się odbyć w Sobotnikach wybory akceptujące nowy porządek. Aby zachęcić do największego w nich udziału, rano w dniu Bożego Narodzenia sprzedawano po 2 - 3 kilogramy deficytowej mąki. Członkowie komisji wyborczej chodzili do domów tych, którzy nie przyszli na głosowanie. Gdy ktoś odmawiał wrzucenia karteczki do urny, wyjściu z domu komisja robiła to za niego. Tym samym władza miała wyniki i frekwencję, jakiej chciała. W sklepach brakowało produktów. Po naftę, której sprzedawano 2 litry na osobę ustawiały się długie kolejki. Sól była tak gruba, że przed użyciem trzeba ją było wpierw zemleć w żarnach, zapałki luzem z zaryską owinięte były w kawałek szarego papieru.

Pewnego zimowego dnia 1940 roku sowieci zorganizowali zebranie w domu parafialnym, na którym za nową władzą agitował jakiś Żyd. Na jego wystąpienie odpowiedziało parę osób mówiąc krytycznie o wprowadzonym ładzie. Wkrótce odbyły się aresztowania śmiałków. Objęły one Mieczysława Grażyńskiego, Józefa Puczkę, Stanisława Korwiela i Stanisława Boguszewicza Kniaziuka. Osadzono ich w lidzkim więzieniu a następnie wywieziono do łagrów. W lutym 1940 roku został wywieziony gajowy Stanisław Boguszewicz Franusik, gajowy Hryniuk z Dobrowlan, Wiktor Urbanowicz i jego dzieci z Mażul, rodzina Wencławowiczów z Jodzieńców i inni.

Tamta zima była bardzo ostra. Śnieg leżał równo z płotami, temperatura spadła do minus 400 C i przemarzły drzewa. Sowieci mieli przygotowane listy i dokładnie wiedzieli, kto ma być wywieziony. Przy budynku gminy stały zawsze wyznaczone furmanki, którymi NKWD jeździło po wywożone rodziny. Wacław Kawecki jechał raz swoim wozem do Skrobowszczyzny koło Kudejsz. Wywożono stamtąd bardzo biedną, ośmioosobową rodzinę osadnika wojskowego Bobrela. Dzieci nie było w co ubrać na tak duży mróz. Pod skąpą odzież rodzice włożyli im jakieś gazety, otulili czym mogli i tak pojechali. Przy wywózkach nie ominięto nawet parobków z majątku Łyntupka Aleksandry Radziejewskiej.

Wiosną 1940 roku wywieziono z Sobotnik następne osoby: Konstantego Grażyńskiego z rodziną, starego Macieja Korwiela z synem Albinem i synową, panią Kępową z córką. Albin Korwiel i jego żona uciekli z wagonu na stacji Gawia a ich ojciec zmarł w Kazachstanie. Wywieziono także ludzi z innych wiosek naszej gminy. Większości zesłanych Polaków po wielu udrękach i cierpieniach udało się wrócić do Polski. Ostatni wracali pod koniec lat sześćdziesiątych, a nawet jeszcze później. Zatrzymajmy się w tym miejscu na chwilę z zadumą. Wojna dawno się skończyła. Pozostało po niej niewiele śladów. Rozwijały się społeczeństwa, nauka, technika. Rosły dzieci, które nie wiedziały co to są okropieństwa wojny. A w sowieckich łagrach czekali z nadzieją na uwolnienie Polacy i przedstawiciele innych narodów. Wielu z nich zmarło na zesłaniu. Niektórzy po zwolnieniu zostawali na tak zwane wieczne osiedlenie w wyznaczonych miejscach, bez prawa powrotu w rodzinne strony.

Oto relacja pani Zofii Kępowej, której ojciec Jan był przed wojną policjantem w Sobotnikach. Przed wkroczeniem bolszewików na te tereny próbował wraz z innymi przedostać się na Litwę. W tym czasie jego żona Maria z córką Zosią przeprowadziły się z małego domku Poźniaków do Juchniewiczów. Okres od 17 września 1939 roku do 13 kwietnia 1940 roku przeżyły z łaski dobrych ludzi, jako że nie posiadały środków do życia. Przynoszono im produkty żywnościowe a pani Kępowa dorabiała robieniem swetrów. 13 kwietnia 1940 roku przyszedł do nich woźny z gminy z wezwaniem, aby pani Kępowa stawiła się na rozmowę. Powiedziano jej, że mąż złożył podanie, aby mogły do niego przyjechać. Ona odparła, że jest wojna, chce wyjechać do swojej rodziny i mąż będzie wiedział gdzie ich szukać. Oficer sowiecki, który ją przesłuchiwał powiedział, że za dwa tygodnie otrzyma odpowiedź. Na podobne rozmowy zostały wezwane pani Gajkowa, której mąż też był policjantem w Sobotnikach i pani Paszkowska, której córka Jadwiga była nauczycielką.

Pani Zofia pamięta, że tego dnia był jakiś pogrzeb i kiedy po południu wracały z kościoła spotkały woźnego z gminy. Powiedział im, że tej nocy zostaną wywiezione. Pani Kępowa wysłała córkę do Gajkowej, aby się gdzieś razem skryły, ale ona nie zastała jej w domu. Wtedy pani Kępowa udała się do mojej babci Wiktorii Kononowicz, gdyż żyli w przyjaznych stosunkach. Jan Kępa mieszkał przez pewien czas u dziadków i trzymał do chrztu ich syna Janka. Babcia zaprowadziła Kępowe do pewnej ubogiej rodziny mieszkającej przy tej samej ulicy. Kiedy spały rozległ się o północy wystrzał. Za oknem w pobliżu dojrzeć można było na wozie rodzinę Korwielów, którzy usiłowali uciec z Sobotnik przed wywiezieniem.

Tej nocy nie zastawszy Kępowych NKWD przyszło po moją babcię i kogoś jeszcze, aby się dowiedzieć gdzie się Kępowe ukryły. Trzymano je całą noc i grożono wywózką na Syberię. Rano gospodyni, u której się chowały Kępowe, zaprowadziła je do stodoły. Było jeszcze ciemno, padał śnieg i wiał bardzo zimny wiatr. Gdy już szarzało przyszła moja babcia, opowiedziała co ją spotkało i radziła wracać. Pani Kępowa nie mogła uwierzyć, aby bez powodu można było tak postępować z ludźmi. Postanowiła wrócić do domu i zabrać coś z rzeczy na spieniężenie. Zły gospodarz wypuścił ją w niedzielę rano do kościoła nie pozwalając na to córce i mówiąc, że matka sama nie ucieknie. Pani Kępowa była u spowiedzi i komunii świętej. Po córkę zajechała podwoda a matkę wyprowadzono z kościoła. Zebrało się dużo ludzi na ich pożegnanie. Żałowano je, ale byli też i tacy, którzy cieszyli się z nieszczęścia, jakie je dotknęło.

Kępowe zawieziono na NKWD do Iwia celem uzupełnienia dokumentów, a następnie na stację kolejową w Gawii, gdzie stał już pociąg. Tłumy ludzi czekały przed nim. Matkę z córką wsadzono do wagonu, z rodzinami policyjnymi. Gdy pociąg ruszył pani Kępowa zaintonowała pieśń Serdeczna matko..., którą po chwili śpiewali wszyscy. Przez szpary w wagonie widać było jak ludzie szli za pociągiem i sporo z nich płakało. I tak jechali do Kazachstanu ponad dwa tygodnie do ostatniego dnia kwietnia. Zesłanych przywieziono w nocy do Pawłodaru, a następnie do Gorsadu gdzie zostali wyładowani. Nie było tam żadnego drzewka, tylko hulał wiatr zacinając piaskiem wciskającym się w każdą szczelinę. Tam spotkały starego Macieja Korwiela, który prosił, aby się nim zaopiekowały gdyż miał sporo bagaży. Pani Kępowa powiedziała, że coś może pomóc, ale w tych okolicznościach do niczego się nie zobowiązuje, gdyż nie wie co je czeka. Rozłączono ich a one zostały zabrane do sowchozu.

W Gorsadzie przeżyły wielki głód. W ciągu sześciu lat nie widziały żadnych jarzyn ani nawet kartofli. Mieszkały w cielętniku razem z sześcioma innymi rodzinami. Wśród wielu przeżyć pani Zofia zapamiętała buran, czyli burzę śnieżną. W czasie jej trwania przez dwa tygodnie nie można było wyjść na zewnątrz. Nie można więc było przynieść opału ani wody. Porąbano wszystko, co nadawało się na ogień a z drugiej połowy cielętnika, która służyła za ubikację brano śnieg na wodę. Wśród mieszkających z nimi była pani Smoktunowicz z Białegostoku. Jej mąż wyszedł do pracy w czasie buranu i już nie wrócił. Jego ciało znaleziono dopiero na wiosnę rozszarpane przez dzikie zwierzęta.

Pani Zofia miała wówczas 14 lat i była bardzo zrozpaczona, kiedy zostały tylko resztki kaszy na ostatni posiłek. Współtowarzyszki niedoli powiedziały jej, aby się modliła do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Wieczorem sparzyła, bo gotowaniem nie można było tego nazwać, resztę kaszy. A na drugi dzień skończył się buran. Kiedy wyszła na dwór świeciło piękne słońce, mróz był do 40 stopni a wokół wszystko wyglądało jak w bajce. Zosia pomyślała sobie wówczas pierwszy raz o śmierci, że szkoda jeszcze umierać. Niemalże w tej samej chwili podszedł do niej ktoś z zawiadomieniem, że są dla nich dwie paczki z Sobotnik. Trochę się zdziwiły, gdyż nie miały tam krewnych. Jedna z paczek była od ks. Bagińskiego, który tułał się po miasteczku wypędzony ze swojej plebani. Druga od koleżanki szkolnej Fejgi Borejkis, której ojciec po wkroczeniu sowietów stał się wielkim komunistą.

Jeżeli paczki zesłanym przychodziły od ich rodzin, to istniało realne zagrożenie, że one też zostaną wywiezione. Okupant stosował szeroko pojętą odpowiedzialność zbiorową. Ale za co? Za rzeczy nie popełnione. Po układzie Sikorski-Majski, Stalin ogłosił amnestię dla części zesłanych Polaków, z których miała powstać armia generała Władysława Andersa. Ale przecież amnestię stosuje się w stosunku do przestępców. A jakież to przestępstwa popełnili ci ludzie, których przekrój wieku był od niemowląt po starców? Wydaje się, że ich głównym grzechem było to, iż są Polakami.

Matka Zosi która chorowała wyzdrowiała, więc mogły pójść do sowchozu wymienić jakieś rzeczy na żywność. Później zrobiło się ciepło i jak z nadejściem wiosny pojawiają się pierwsze świeże trawy, zapachy w powietrzu, w nich obudziła się na nowo nadzieja. Wierząc w pomoc Matki Boskiej często się do niej modliły o szczęśliwy powrót do domu, a pani Zofia modli się dziękczynnie po dziś dzień. Z zesłania wróciły w roku 1946.

Późną wiosną 1941 roku dawało się wyczuć w powietrzu jakieś napięcie w stosunkach niemiecko - sowieckich. Najbardziej chyba byli zorientowani w tym wojskowi. W Sobotnikach ze stacjonującego tam oddziału pułkownik, który kwaterował u dziadka Jana, a także inny oficer zwrócili się do niego z niecodzienną prośbą. Chcieli, aby trzymał do chrztu ich dzieci, które razem z żonami tam przebywały. I tak pod osłoną nocy ks. Paweł Bagiński ochrzcił w naszym kościele dwoje dzieci oficerów sowieckich. Jeden z nich pochodził z Ukrainy i zginął później na froncie. Po wojnie jego żona pisała przez pewien czas listy do dziadków. Może byli oni polskiego pochodzenia, potomkami zesłańców, lub po prostu zostali ze swoimi rodzinami na ojcowiźnie po wojnie polsko-bolszewickiej po tamtej stronie granicy? Katolikami, którzy będąc oficerami musieli skrywać swoją wiarę?

W każdym bądź razie to nie byli ci żołnierze sowieccy z 1939 roku, z których jeden kłuł w obecności ks. Bagińskiego figurkę Chrystusa w cierniowej koronie, jaka znajduje się w prawej nawie naszej świątyni. Kłuł i mówił że: Jeżeli jesteś Bogiem, to idź. A biedny kapłan stał obok i płakał.

22 czerwca 1941 roku Niemcy napadły na ZSRR. Skończyła się przyjaźń i współpraca w rozbieraniu, grabieniu i niszczeniu Polski. W armii sowieckiej byli też Polacy powołani do niej w roku 1940/41 w tym także z naszej gminy. Według władz jako grupa niepewna narodowościowo, zostali oni w większości wycofani z jednostek i przeznaczeni do tak zwanych batalionów budowlanych. Choć nie byli traktowani jak łagiernicy, to pracowali również ciężko za ubogą strawę. Do takiego obozy pracy koło Bobrujska trafił powołany do wojska Michał Tuczkowski (Froł). Za wszelka cenę chciał się z niego wydobyć. Za radą życzliwego lekarza obozowego napisał do rodziny. Chciał, aby poprosili dr Jarmolińskiego o zaświadczenie, że jest chory na głowę. A to dlatego, żeby go nie ostrzygli na zero jak wszystkich w obozie. Miało to mu pomóc w ucieczce, utrudnić rozpoznanie. Tak też się stało. Froł z kilkoma innymi uciekli z obozu. Jego towarzyszy złapano i zastrzelono a on po dwóch miesiącach pieszej wędrówki dotarł do Sobotnik. Stanisław Kononowicz też został wzięty do wojska. Zwolniono go gdy podał, że ma rodzinę w Ameryce. Gdy Niemcy weszli do Sobotnik i go spotkali z wygoloną głową, myśleli że jest dezerterem. Wielu z takich żołnierzy zmarło a większość zasiliła jednostki wojska polskiego powstałe w Związku Sowieckim. Tą drogą chcieli wyrwać się z obcej ziemi, wrócić do rodzin i ojczyzny. Franciszek Narbut z Kudejsz został powołany do Armii Czerwonej do 479 Pułku Piechoty w Woroneżu. W walkach pod Smoleńskiem dostał się do niewoli niemieckiej. Uciekł z niej i dotarł do rodzinnej wsi gdzie wstąpił do AK.

W ciągu trzech dni jadąc od Kwiatkowców i Lipniszek, wojsko niemieckie było w Sobotnikach. Lato wówczas było bardzo upalne i żołnierze mieli rozpięte mundury a rękawy wysoko podwinięte. Na linii Gawii pozycje obronne zajęły oddziały samaro-ulianowskiej Żelaznej Dywizji. Sowiecki posterunek na wieży kościelnej ostrzelał zbliżające się patrole, na co Niemcy odpowiedzieli ogniem. W wyniku tego uległo zniszczeniu pokrycie dachowe wieży kościelnej. Rosjanie wycofali się za Gawię w okolice cmentarza, skąd ostrzeliwali miasteczko niszcząc kilka zabudowań. Na szczęście nie mieli ciężkiej broni. Zaskoczenie niemieckim atakiem wśród mieszkańców Sobotnik było również duże. W domach wkładano właśnie chleb do pieców, gdy rozległy się strzały, które unieruchomiły ludzi w ich obejściach.

Jan Korwiel przebywał wtedy u znajomego na kolonii nad Matruną. Na odgłos strzałów wybiegł ze stodoły zobaczyć co się dzieje i został ciężko trafiony. Nie udało się go uratować a ze względu na zaistniałą sytuację, został pochowany na cmentarzu przykościelnym. Zginęli także w tamtych dniach Adam Korwiel i Józefina Tuczkowska. Oboje byli ułomni a na widok Niemców zaczęli uciekać. Zostali zastrzeleni i także spoczywają przy kościele. Czas zatarł wszelki ślad na tabliczkach na ich mogiłach. W nocy z 22/23 czerwca wybuchł pożar w żemłosławskiej gorzelni. Spaliło się wielu ludzi a sporo było poparzonych. Połakomili się oni na pozostawiony bez nadzoru spirytus, który miał znaczną wartość handlową. Przywieziono ich do sobotnickiego szpitala, gdzie jednak trudno było im pomóc. Zginęło bardzo dużo więźniów Rosjan, którzy w Żemłosławiu budowali lotnisko. Jak to się mówi nie było gdzie stanąć, tylu ich tam leżało. Zostali pochowani w lesie naprzeciwko Szarkuć. Niemcy w tej bitwie stracili około 20 czołgów a Szarkucie zostały spalone.

Niemcy próbowali przedostać się przez most na Gawii w Sobotnikach. Był on zaminowany i czołg, który nań wjechał został rozerwany, wpadł do rzeki a jego załoga zginęła. Zniszczeniu uległ też most. Nakazano ludziom opuścić miasteczko ze względu na mającą się odbyć bitwę. Biorąc co się dało na zaprzęgnięte wozy, do których przywiązano krowy, ludzie pospiesznie opuszczali miasteczko jadąc w większości do odległej o cztery kilometry Pietrymanowszczyzny. Pozostawione w gospodarstwach tuczniki zabrali niemieccy żołnierze. Rodzina Szejbaków z ulicy Lipniskiej schroniła się na kolonii u dziadka Jana Kononowicza. Były tam wykopane ziemianki, w których chowano się gdy leciały niemieckie samoloty. Dziadek rozkładał wówczas w widocznym miejscu prześcieradła z jakimiś znakami i szczęśliwie ludzi oraz zabudowania zostawiono w spokoju. Regina Jarmolińska, która z matką schroniły się w Dowgiałowszczyźnie, co jakiś czas wchodziła na pagórek i obserwowała łunę pożaru widoczną od miasteczka. Bitwa jednak się nie odbyła. Niemcy zrobili nalot lotniczy na pozycje Rosjan zmuszając ich do wycofania się. Sowieci jak przyszli do Sobotnik zniszczyli na cmentarzu starą kapliczkę, w której odbywały się uroczystości pogrzebowe. Oświadczyli, że jeżeli istnieje Bóg to niech ich za to ukarze. Nie czekali długo, sprawdziło się. Z uciekającą administracją sowiecką gminy próbowało zabrać się dwóch jej mieszkańców w tym jeden był z Sobotnik a drugi z Zalesia. Obydwaj po wejściu sowietów ochoczo z nimi współpracowali, uważając się za komunistów i przeklinając to, co dotąd było według nich złe: państwo polskie i kościół. Ale okazało się, że nowi towarzysze nie chcieli ich zabrać ze sobą, że są oni im niepotrzebni. Zostali później rozstrzelani przez Niemców koło Iwia. Z wycofującej się sowieckiej armii zdezerterowało kilku żołnierzy, którzy zostali w Sobotnikach a wśród nich Stanisław Oniszko.

Przyjście Niemców wielu przywitało z ulgą, tak bardzo dali się ludziom w znaki Sowieci. Dla niejednego mieszkńca naszej gminy było to wybawienie przed kolejną wywózką na Sybir. Okazało się bowiem, że były sporządzone listy ludzi, jacy mieli być wywiezieni 28 czerwca jak na przykład znaczna część mieszkańców wioski Ślosarze. Ludzie jak przyszli Niemcy z radości zniszczyli trybunę we wsi.

Już po wojnie parafianie złożyli się i odbudowali wieżę kościelną. Trudno było uzyskać na to zgodę, ale udało się w następujący sposób. Jedna z kobiet pracujących w szpitalu pożyczała czasami od ks. Bagińskiego pieniądze. Jej brat pełnił ważną funkcję w województwie. Proboszcz powiedział kobiecie, że anuluje jej dług ,jeżeli ona poprosi brata aby zadziałał w sprawie remontu kościoła. Tak też się i stało. Odbudową wieży kierował pan Falkowski, który nie miał wykształcenia technicznego, ale był dobrym praktykiem. Było to trudne zadanie, gdyż trzeba było postawić rusztowanie od samego dołu kościoła do końca wieży. Po zakończeniu prac, jeden z robotników stanął bez zabezpieczenia na metalowym krzyżu wieńczącym dach wieży i szeroko rozpostarł ręce, a ktoś z dołu zrobił mu zdjęcie. Falkowski wyremontował także komin gorzelni w Żemłosławiu, wzmacniając go specjalnymi obręczami.

Nastąpił nowy okres okupacji Sobotnik. Szkołę zamieniono w silnie ufortyfikowany budynek otoczony wałem ziemno - drzewnym, w którym stacjonował oddział niemieckich żandarmów. W gminie była też formacja policji białoruskiej, organizacji utworzonej po zajęciu terenów Białorusi przez Niemców. Wśród nich byli sobotniczanie i chłopcy z innych wiosek. Większość jednak pochodziła z za Lidy, jak trzech braci z Żołudka. Część z nich należała jednocześnie do AK. Był wśród nich Stefan Kaczałko z wioski Ściganie. W latach 1935-38 ukończył on Szkołę Podoficerska dla Małoletnich w Koninie. Następnie został przydzielony w stopniu kaprala do 77 PP w Lidzie, gdzie był wykładowcą w pułkowej szkole podoficerskiej Ciężkich Karabinów Maszynowych. We wrześniu 1939 roku jako plutonowy tego pułku w składzie 19 Dywizji Piechoty brał udział w walkach pod Piotrkowem Trybunalskim, Tomaszowem Mazowieckim i Sulejowem. 2 października pułk został rozwiązany w Zdziarach w województwie lubelskim, wskutek wkroczenia na te tereny Armii Czerwonej. Kaczałko wrócił do rodzinnej wsi.

W 1942 roku został członkiem AK o pseudonimie Olszyna, skąd dostał polecenie wstąpienia do policji białoruskiej. Oddział Kaczałki z Lidy przyjechał do naszej gminy. Stacjonował przez dłuższy czas w Żemajtukach i Żemłosławiu a następnie w Sobotnikach. W Żemłosławiu był też niewielki posterunek żandarmerii niemieckiej składający się z kilku osób. Byli to starsi, spokojni ludzie. Jeden z nich Paul Szpiler pochodził ze Śląska. Miał chorą nogę, ciągle siedział w kuchni i piekł dobre placki z kruszonką. On to ostrzegł Stefana Kaczałkę, że Niemcy podejrzewają go o przynależność do AK i zamierzają aresztować. Stefan wówczas zbiegł do lasu i został czynnym żołnierzem AK. Był dowódcą w stopniu sierżanta 1 plutonu 1 kompanii 6 Batalionu 77 PP AK. Brał udział we wszystkich walkach swojej jednostki.

Niemieccy okupanci wprowadzili obowiązkowe funkcje sołtysów i ich zastępców wybranych z miejscowej ludności. Sołtysem został Albin Miksza a podsołtysami na kolonii byli Stanisław Dziadul i Marian Paszkowski. Takich funkcyjnych obywateli prześladowali później sowieci. Wujek mojej mamy Stanisław Raksa za to, że przy Niemcach był sołtysem w Nackowiczach, został skazany i zmarł gdzieś w więzieniu. Niemcy również prześladowali tych, którzy z różnych powodów pełnili jakieś funkcje w sowieckim aparacie administracyjnym.

Stanisław Kononowicz (Emilianowe) przy sowietach pracował w gminie. W 1940 roku uniknął powołania do Armii Czerwonej powołując się na fakt, że miał wujka w Ameryce. W marcu 1942 roku pojawił się w Sobotnikach niemiecki oddział do zadań specjalnych. Pewnej nocy przyszło po Stacha dwóch żołnierzy z automatami. Gdy go prowadzili, przewrócił niespodziewanie jednego i wykorzystując zamieszanie uciekł w kierunku kościoła. Przeszedł Matrunę i cały mokry pobiegł do stodoły Franciszka Kuprela. Tej samej nocy Niemcy przyszli także po innych. Zabili Władka Tuczkowskiego, ranili Kolę Kwiatkowskiego. Chcieli pojmać Antka Kononowicza, ale udało mu się uciec. Stach przez siedem dni chował się w stodole Kuprela. Następnych kilka spędził w gumnie110 Franka Paszkowskiego. W końcu przemycono go pod saniami do rodzinnego domu, gdzie była już przygotowana kryjówka w piwnicy. Sytuacja jednak nadal nie była bezpieczna. Poradzono Stachowi, aby wyjechał do Lidy, gdzie go nie znają. W Lidzie miał się zgłosić ochotniczo do pracy w Niemczech. Tak też i zrobił. Powieźli go na roboty do Austrii. Tam ożenił się i po wojnie wrócił do Polski, lecz już nie do Sobotnik.

W odróżnieniu od swoich poprzedników nowi okupanci pilnowali, aby większe pola jak majątek Ciemniewskich były obsiane. Zbudowano tymczasowy most na Gawii, na wysokości szpitala biorąc nań materiał, jaki miał przygotowany dr Jarmoliński do postawienie nowego domu. Za Niemca nie było jednak lepiej jak za pierwszych sowietów. Żydom kazano nosić opaski z gwiazdą Dawida na ręce. Zamknięto ich następnie w iwiejskim getcie, gdzie czekał ich tragiczny los. W Sobotnikach nic nie można było kupić. Nie było mydła, soli, nafty. Nie można też było nic sprzedać. Babcia Maria nosiła do Dziewieniszek sery, masło i jajka aby je spieniężyć lub wymienić na potrzebny w domu towar. Do oświetlenia chat często służyły łuczywa. Był to metrowy kawałek smolnej sosny cienki na końcu jak linijka. Wkładało się go do puszki i stawiało koło pieca. Dym z łuczywa częściowo szedł do pieca a częściowo rozprzestrzeniał się po mieszkaniu. Mydło robiono się w ten sposób, że z zabitej świni wybierano gorsze mięso, dodawano jakiś proszek przywieziony z Wilna i to razem gotowano. Otrzymane mydło było ciemne i bardzo śmierdziało. W tym też to okresie ludzie zaczęli pędzić na większą skalę samogon.

Mężczyźni sadzili tytoń, gdyż brak tej używki mocno im doskwierał. Dostępnych było kilka odmian sadzonek: multan o dużych liściach dochodzący do 190 cm wysokości, ciemno żółty po wysuszeniu karpacz, jasno żółty pomorski, żółty besarabski. Po wysuszeniu krajano go nożem a z braku papieru owijano całym liściem jak cygaro. Tytoń i papierosy przechowywano w specjalnie wyprawionym worku mosznowym nie wykastrowanego barana. Z narośli na buczynowym pniu robiono też na ten cel niewielkie pudełka z wieczkami.

W czasie okupacji niemieckiej przebywał w Sobotnikach ks. Czerniak, który służył pomocą ks. Bagińskiemu. Dzięki komendantowi policji białoruskiej w miasteczku Suboczowi uniknął on prawdopodobnej śmierci w zdarzeniu, jakie przedstawię. Zimą 1942 roku Niemcy zamknęli kościoły w Lidzie i okręgu tłumacząc to ochroną przed epidemiami. Zezwolono na odprawianie nabożeństw dopiero w czerwcu, aresztując jednak wkrótce 10 księży z Lidy i powiatu. Mieli oni być zakładnikami, gdyby nie znalazł się sprawca zamachu na żołnierza niemieckiego w Lidzie. Wśród nich był na liście ks. Czerniak. Subocz który się o tym dowiedział, powiadomił dr Jarmolinskiego a ten z kolei księdza. Potajemnie, mimo że chciał zostać na miejscu, ks. Czerniak saniami został wywieziony w bezpieczne miejsce. Po wojnie znalazł się w Szczecinku, gdzie utworzył pierwszą polską parafię na tym terenie.

A co się stało z pozostałymi księżmi? Nadal przebywali w więzieniu lidzkim. We wrześniu 1942 roku AK wysadziło pociąg urlopowy z żołnierzami Wehrmachtu na linii Białohruda-Lida, niedaleko wsi Dalekie. Po pewnym czasie przyjechało gestapo z Baranowicz i 10 marca 1943 księża - zakładnicy zostali rozstrzelani. Jeden z nich ks. Józef Bujar z Kurhanu zmarł wcześniej w więzieniu. Pozostali zginęli w lasku sosnowym koło koszar piechoty lidzkiej, w miejscu gdzie wcześniej rozstrzelano 6700 Żydów z lidzkiego getta. Wśród zamordowanych byli: Wincenty Łaban - proboszcz lidzki, Lucjan Mroczkowski i Stefan Śniegocki - wikarzy lidzcy, Aleksander Augustynowicz - proboszcz z Niecieczy, Stefan Dobrowolski - proboszcz z Bielicy, Alfons Borowski - proboszcz z Lacka, Franciszek Cybulski - proboszcz z Trab, Jerzy Ożarowski - proboszcz z Lipniszek, Wincenty Strześniewski - proboszcz z Juraciszek.

Ten ostatni został wyświęcony na księdza 18 kwietnia 1939 roku, a 4 sierpnia otrzymał nominację na wikariusza do parafii w Sobotnikach. Gdy proboszcz z Juraciszek ks. Antoni Twarowski został powołany do wojska jako kapelan, ks. Strześniewski miał na ten czas zająć jego miejsce. Pozostał dłużej, aż do ostatniej chwili. Zwłoki zamordowanych przez Niemców kapłanów, potajemnie przeniesiono nocą w Wielką Sobotę 1943 roku w inne miejsce. W 1960 roku pogrzebano je ostatecznie na cmentarzu na Słobódce, gdzie postawiono pamiątkowy pomnik.

Zimą 1943 roku Niemcy nakazali wybranym mężczyznom z Sobotnik i gminy stawić się z końmi zaprzężonymi do sań. Byli wśród nich Stanisław Stanulewicz, Wacław Tuczkowski (Wincuk), Konstanty Sobol, Fredek Tuczkowski. Poprowadzono ich w kierunku frontu gdzieś pod Smoleńsk. Chłopi po pewnym czasie wrócili, ale bez koni i sań, przynieśli natomiast ze sobą wszy. Zapewne nie dowiem się nigdy po co i gdzie jechali. Może gdzieś w okolice Katynia111, jak bohater książki Tadeusza Nowaka pt. Wniebogłosy, którego Niemcy powiedli do tego strasznego miejsca, gdzie białoruskich chłopów przymuszono do pomocy w ekshumowaniu zwłok naszych oficerów.

Na terenie Nowogródczyzny polska działalność niepodległościowa rozwijała się od początku wojny aktywizując jesienią 1941 roku. Jej podstawowym zadaniem była walka z okupantem oraz ochrona miejscowej ludności przed wywozem na roboty do Niemiec, pacyfikacją, rabunkami i podpaleniami. Niemcy zajęli Nowogródczyznę w ciągu siedmiu dni. Większość jej terytorium została włączona do utworzonego Wschodniego Komisariatu Rzeszy jako Generalny Komisariat Białoruś. Dzielił się on na komisariaty okręgowe wśród których był lidzki z Sobotnikami. Do sierpnia 1941 roku zajętym terenem zarządzał Wehrmacht, ale już wówczas rozpoczęto tworzenie cywilnej administracji i policji pomocniczej.

Aby uniknąć dużych strat wśród ludności, pierwszym z głównych zadań AK przeciw nowemu okupantowi było wprowadzenie swoich ludzi do instytucji gospodarczych, urzędów miejskich i gminnych, kolei, leśnictwa, zarządów dróg, drukarń, spółdzielni, majątków, młynów, ustalających kontyngenty, do powstałej policji białoruskiej. Na przykład w Juraciszakch prawie cała policja należała do AK z jej dowódcą Januszem Zalewskim i jego zastępcą Morawińskim. Pochodzili ze wsi Ejgirdy i byli zawodowymi podoficerami Wojska Polskiego. Na terenie obwodu Juraciszki-Iwie stworzono ponad 100 punktów kontaktowych, gdzie spotykano się, ćwiczono, musztrę, obchodzenie z bronią i materiałami wybuchowymi, szyto mundury i pałatki, przeprowadzano nasłuch radiowy.

Po powstaniu AK i jej reorganizacji Okręg Nowogródzki składał się z kilku obwodów, wśród których w grudniu 1943 roku był Juraciszki-Iwie kryptonim Cis (wcześniej Wołożyn-Iwie kryptonim Brzoza) z ośrodkami w Juraciszkach, Ługomowiczach, Trabach, Iwiu i Sobotnikach. Każdy z ośrodków składał się z kilku placówek, będących najniższymi komórkami AK. Jedną z pierwszych w Nowogródzkim był Żemłosław. Ten duży majątek przekazała margrabina Janina Umiastowska Uniwersytetowi imienia Stefana Batorego w Wilnie. Hodowano w nim bydło zarodowe a opiekował się majątkiem Wydział Rolny USB. Tuż przed wojną administrował nim inżynier rolnik Wojciech Moraczewski. Placówkę w Żemłosławiu zorganizował wiosną 1942 roku ppor. Zdzisław Bułak-Bałachowicz ps. Zdrój, którego ojciec był w latach dwudziestych pułkownikiem w wojsku polskim a stryj Stanisław generałem. Ciocią Zdroja była Stefania Jarmolińska. W żemłosławskim majątku administrował wówczas Wacław Stasiewicz ps. Dąb, przedwojenny wójt gminy Sobotniki. W obawie przed Sowietami wyjechał do rodziny żony do Krakowa. Powrócił w te strony po napaści Niemiec i stworzył dogodne warunki do rozwoju konspiracji.

Wraz ze Zdrojem znaleźli się w tej placówce także studenci z Wilna szukający tu schronienia a wśród nich: Tadeusz Łoś, Tadeusz Zawadzki ze znanej rodziny wydawców i drukarzy wileńskich (obecnie profesor historii starożytnej we Fryburgu), Jerzy Kozakiewicz, Andrzej Ciemniewski z Kwiatkowców, oraz Kazimierz Tyszkiewicz i Wiktor Puczko, którzy brali udział w organizowaniu AK w gminie Traby. Do placówki tej należeli też chłopcy z Girewicz, Narbut, Huty, Szarkuć. Byli wśród nich między innymi Marian i Stanisław Dicowie, Stanisław Kiełdanowicz, Stefan i Stanisław Hryniukowie, Jan Wasilewski, Stanisław i Stefan Chotkiewiczowie oraz inni. Placówką ośrodka Sobotniki były też Kudejsze. Zorganizował ją miejscowy nauczyciel i komendant drużyny Strzelca Stefan Jacyna ps. 120. Skupiała ona młodych ludzi z okolicznych wsi, wśród której byli: Franciszek, Jan i Stanisław Rakowiczowie, Józef Szumski, Stanisław Zdanowicz, Franciszek Usinowicz, Bronisław Miksza, Jan Jurusz, Franciszek i Stanisław Narbutowie.

W listopadzie 1943 roku zlikwidowano w Sobotnikach oddział Organisation Todt, który zajmował się eksploatacją drewna w okolicznych lasach, zmuszając chłopów do jego wywożenia. Jednocześnie żołnierze tej organizacji pilnowali, aby nikt bez zezwolenia nie brał z lasu drzewa budowlanego na swoje potrzeby. Było ich czternastu, dwóch Niemców a reszta to byli Ślązacy lub osoby z Poznańskiego. Chodzili po miasteczku, jeździli po gminie i patrzeli czy takowe drzewo jest w gospodarstwie. Jeżeli je znaleźli, to gospodarzowi groziła za to surowa kara. W większości przypadków unikano jej, wykupując się słoniną i samogonem. Bolesławowi Boguszewiczowi po przeprowadzce na kolonię brakowało w obejściu świrenu112. Ściął więc na ten cel drzewo z lasu i przywiózł na miejsce. Nie miał zezwolenia i od kary wykupił się długim czarnym kożuchem, sam chodząc przez zimę ubrany w kufajkę.

W akcji na Todta wzięło udział ponad 20 osób zmobilizowanych z Szarkuć i Huty. Zebrano się wieczorem nad Gawią i ruszono wzdłuż jej biegu. W Rybakach u kowala Kazimierza Sienkiewicza zaopatrzono się w młoty i żelazne łomy. Po przybyciu do miasteczka ubezpieczono akcję obstawiając skrycie posterunek policji w szkole i rozbrajając Niemców kwaterujących w domu Józefa Poźniaka. Następnie wykorzystując głęboką noc, wdarto się przy pomocy młotów i łomów do Murowanki, gdzie nocowali żołnierze Todta. Zaskoczeni poddali się bez oporu. Nasi zdobyli broń i amunicję, zabrali umundurowanie i buty. Na następny dzień przyjechali Niemcy z Lidy i zabrali swoich towarzyszy. Był wśród nich młody chłopak o pewnych zdolnościach plastycznych. Narysował obrazek, na którym on wraz z innymi przyjeżdżają do Sobotnik samochodem, a odchodzą boso i w bieliźnie. Od tej chwili mieszkańcy Sobotniki i okolicy odetchnęli, gdyż nie pojawił się już więcej żaden oddział Todta.

Do konspiracji przyjmowano nowych członków w tym z Sobotnik a byli wśród nich Witold Boguszewicz, Marian Sadowski, Mieczysław Pilecki, Stefan Naron, Adam Stec, Emilian Szpinta, Stanisław Suruda i inni. Stec wciągnął do AK Wiktora Nowickiego z Dowgiałowszczyzny i innych chłopaków. Organizacja rosła liczebnie, więc zaistniała konieczność jej przeformowania. W czerwcu 1943 roku Zdzisław Bułak-Bałachowicz utworzył ze swojej grupy pierwszy na terenie Juraciszki-Iwie oddział partyzancki nr 321 liczący około 70 osób. Liczebność tego oddziału jak i innych sił nadal wzrastała. W tym miejscu zaznaczę, że do AK na Nowogródczyźnie wstępowało dużo Białorusinów a także młodzieży tatarskiej. W marcu 1944 roku połączono istniejące na terenie iwiejskim oddziały i utworzono 6 Batalion 77 Pułku Piechoty113 Armii Krajowej Ziemi Nowogródzkiej. W czerwcu 1944 roku liczył on około 600 ludzi. W zaścianku Baranowicze niedaleko Surwiliszek znajdowało się stałe miejsce postoju dowództwa, na którego czele stał kapitan Stanisław Dedelis ps. Pal, a ppor. Zdrój objął dowództwo 1 kompanii piechoty. W miejscu tym znajdował się również podręczny szpital polowy batalionu, którym kierował Edward Miksza.

Różnego rodzaju środki na potrzeby oddziałów zdobywano w bezpośrednich akcjach na wrogu a także w inny sposób. Jan Jankiewicz nauczyciel z Iwia pełnił funkcję kwatermistrza obwodu Juraciszki-Iwie. Jednocześnie pracował on jako magazynier w niemieckiej instytucji spółdzielczej w Iwiu, która ściągała kontyngenty od rolników i rozprowadzała wśród nich niektóre środki produkcji. Zebrane zboże, sól, płótno i inne artykuły były przekazywane do działających w obwodzie batalionów 6 i 3. Część tych materiałów zabierali wysłannicy różnych służb Okręgu Nowogródzkiego AK. Przyjeżdżali po nie furmankami przebrani za chłopów. W magazynach spółdzielni przechowywano także zdobytą broń i amunicję. Przywożono je niby w ramach obowiązkowych dostaw, schowaną pod zbożem lub ziemniakami.

Kompania Zdroja była najsilniejszą jednostką 6 Batalionu i w szczytowym okresie liczyła około 200 osób. Ona też przeprowadziła większość akcji przeciwko Niemcom, ich kolaborantom a także sowietom. Miedzy innymi 16 marca 1944 roku opanowano Dziewieniszki i rozbrojono garnizon policji litewskiej liczący 38 osób. W czerwcu 1944 roku miasteczko to stało się miejscem postoju połączonych sztabów Okręgów Nowogródzkiego i Wileńskiego AK przed akcją na Wilno. Teren ten nazwano Rzeczpospolitą Dziewieniską. W celu zapewnienia bezpieczeństwa dowództwa i przygotowań do akcji Ostra Brama 114, gmina dziewieniska i kilka innych a w tym sobotnicka, były oczyszczane z osób uznanych za wrogie. Zastrzelono wielu ludzi, których podejrzewano o współpracę z Sowietami w okresie od września 1939 do czerwca 1941 roku. Wyroki oparte czasami na donosy wykonywano bez sądu. Można więc przypuszczać, że niektóre z nich były nieuzasadnione i były okazją do zemsty za urazy osobiste lub inne sprawy zupełnie nieusprawiedliwione do zabijania niewinnych ludzi. Spowodowało to odwrotną ostrą reperkusję sowietów, gdy przyszli w lipcu 1944 roku.

W końcu marca 1944 roku została przeprowadzona udana akcja na posterunek żandarmerii niemieckiej w Żemłosławiu Na początku kwietnia Zdrój próbował przeprowadzić akcję bojową w Sobotnikach. Celem ataku miał być oddział żandarmerii mieszczący się w obwarowanej szkole. Niemcy nie chcieli przystać na proponowane ultimatum i poddać się bez walki. Zrezygnowano jednak z ataku ze względu na przewidywane straty. Ponownie ten sam obiekt w Sobotnikach zaatakowano i to z sukcesem 26 kwietnia 1944 roku. Dokonała tego 5 kompania por. Janusza Borewicza ps. Antoni z 2 Batalionu 77 PP AK dowodzonego przez por. Jana Borysewicza ps. Krysia. Wybrani ochotnicy z tego batalionu w sile dziesięciu ludzi dokonali wielkiego i bohaterskiego czynu. Nocą z 17 na 18 stycznia 1944 roku rozbili więzienie w Lidzie uwalniając około 70 osób. Wiele z nich było poddanych ciężkim przesłuchaniom i torturom przez Niemców. Pamiętać należy, że Lida była silnym garnizonem niemieckim z dużą ilością wojska i policji.

W połowie kwietnia koło wsi Jagiełły w pobliżu Gieranon, 1 kompania przeprowadziła udaną zasadzkę na oddział niemiecki. 27 kwietnia 1944 roku zdobyto Teniukowszczyznę koło stacji kolejowej Juraciszki. Mieścił się w niej silny garnizon niemiecki chroniący kolej. W maju 1944 roku rozbrojono pododdział Wehrmachtu w pobliżu Lipniszek. To samo spotkało patrol ochrony kolei linii Lida-Mołodeczno. Pod wsią Wincuki urządzono udaną zasadzkę na Niemców, a wziętych do niewoli jeńców wymieniono na broń i amunicję. Dziewiątego czerwca 1 kompania zaatakowała niemiecki garnizon w Lipniszkach. Po wstępnej wymianie ognia wycofano się, gdyż nieprzyjaciel schowany w bunkrach stawiał zacięty opór. 16 czerwca wraz z żołnierzami z UBK115 uderzono na sowieckie bazy partyzanckie w Magieńcach i Morgiewiczach. Były także inne akcje dywersyjne jak niszczenie linii telekomunikacyjnych.

W okolicach Sobotnik miały miejsce akcje bojowe przeprowadzane także przez inne oddziały AK, w tym kombinowany batalion Bagatelka pod dowództwem mjr Macieja Kalenkiewicza116 ps. Kotwicz. 26 czerwca 1944 roku na drodze koło Kwiatkowców przeprowadził on zasadzkę na niemiecką kolumnę samochodową, która miała ewakuować majątek Żemłosław. Akcja nie powiodła się a wcześniej ranny w rękę "Kotwicz" zainfekował ranę przechodząc przez Matrunę. Trzeba było ją amputować.

Na tym terenie aktywnie też działał 3 UBK, przybyły z Warszawy i włączony później w skład 77 PP AK. Przez pewien czas jego stałe miejsce postoju mieściło się w Surwiliszkach. Wśród wielu akcji, jakie on przeprowadził były ataki na silnie strzeżoną linię kolejową Lida-Mołodeczno. W jednym z nich dnia 7 czerwca 1944 roku na południe od Trab zginął ppor. Edward Oziębło ps. Ludwik. Następnego dnia został pochowany na cmentarzu parafialnym w Sobotnikach w kwaterze żołnierzy polskich z wojny polsko-bolszewickiej. Ludwik miał piękny partyzancki pogrzeb, na który mimo nocnej pory licznie przybyła miejscowa ludność. Upamiętnia to nowa tablica umieszczona na kamiennym pomniku poświeconym poległym za wolność ojczyzny w 1920 roku. Starą zniszczyli Sowieci a był na niej napis: Żołnierzom, którzy polegli w walce o niepodległą Polskę.

Kwaterę i pomnik utworzył ks. Paweł Bagiński umieszczając w niej żołnierskie szczątki z niedalekich pól bitewnych. Otrzymał za to medal, który złożył jako wotum na ołtarzu głównym naszego kościoła. Pomnik był uroczyście poświęcony w 1934 roku w licznej obecności księży i wiernych. Maria Puczko z domu Karawacka miała wówczas 11 lat. Postawiono ją na podwyższeniu tak, aby była widoczna a jej głos docierał do wszystkich. Marysia mocno i pewnie powiedziała wiersz, który pamięta do dzisiaj:

Na cmentarzu jest cichy grób,

barwią się kwiaty u jego stóp.

Na grobie leży z śniętymi rany,

leży nasz żołnierz polski nieznany.

Stań tutaj chłopcze i uczyń ślub,

że będziesz kochać zawsze ten grób.

I nie zapomnisz wspomnieć w modlitwie,

tych co zginęli w najświętszej bitwie.

Wdowa po Ludwiku mieszkała przez pewien czas w Sobotnikach. Mówiono na nią Czarna Pani. W 3 UBK służył Wiktor Kononowicz. Przed wybuchem wojny został zmobilizowany do 19 Pułku Artylerii Lekkiej w Nowej Wilejce. W czasie walk dostał się do niewoli niemieckiej, z której uciekł. Powrócił do Sobotnik i zamieszkał wraz z Edkiem Tuczkowskim w pustym domku wywiezionego na Sybir Puciula. Niestety wśród naszych byli konfidenci i to zarówno podczas okupacji sowieckiej jak i niemieckiej. Jeden z nich doniósł na Witka i ten został aresztowany. Zabrano go do więzienia w Lidzie, gdzie przebywał w ciężkich warunkach. Jego matka Katarzyna otrzymała wiadomość, że jest już z nim bardzo źle. Powiedziano jej, że jest pewna szansa na uratowanie syna. Powinien on napisać podanie o przyjęcie do policji białoruskiej. Takie pismo Katarzyna Kononowicz załatwiła u ówczesnego kierownika młyna w Sobotnikach.

Witka wypuszczono, wcielono do policji pomocniczej i skierowano do posterunku w Berdówce koło Lidy. Wraz z innymi policjantami i żandarmami, miał ochraniać tamtejszy majątek. Poznał tam dziewczynę, dzięki której nawiązał kontakt z podziemiem. Przy nadarzającej się okazji jakiejś uroczystości, Niemcy zostali spojeni samogonem, rozbrojeni i zamknięci w piwnicy. Witek wraz z kilkoma innymi osobami uciekli do oddziału UBK stacjonującego w okolicach Iwia. Przywieźli ze sobą sporo broni, amunicji i granatów. Witka przydzielono do 1 kompanii kapitana Stanisława Korolkiewicza ps. Szczęsny i nadano pseudonim Gadulski. Podczas akcji Ostra Brama został ranny. Uniknął aresztowania przez sowietów i przedostał się do Sobotnik. Tu znalazł schronienie w domu Pileckich. Ranne kolano przychodził opatrywać Konstanty Bahdziul, który miał za sobą praktykę felczerską w Wilnie. Rana się zagoiła i Witek wraz ze swoją przyszłą żoną Jadzią Pilecką, przyjmując jej nazwisko wyjechał do Wilna. Tam załatwił obojgu nowe dokumenty i wyjechali oni do Polski.

Jedną z większych bitew stoczonych przez 6 Batalion była bitwa o Traby. Miała ona na celu niedopuszczenie do połączenia się trzech niemieckich kolumn piechoty zdążających w te strony. Wziął w niej też udział 3 UBK i kompania ppor. Bartka z 1 Batalionu Zgrupowania Nadniemeńskiego. Bitwa rozegrała się w nocy z 26/27 czerwca 1944 roku i zakończyła sukcesem. Zdobyto dużo broni w tym ciężkiej, amunicji oraz różnego rodzaju sprzętu wojskowego. Niemcy stracili około 100 zabitych i rannych żołnierzy. Straty nasze wyniosły kilkunastu zabitych i rannych. Żołnierze 6 Batalionu brali też udział w zdobywaniu Wilna w akcji Ostra Brama w ramach szerszej operacji Burza117. W toku walk zginął Marian Sadowski, syn sobotnickiego organisty. Został pochowany na wileńskiej Rossie. Ciężko ranny został Zdrój, który zmarł w nocy z 6/7 lipca i został pochowany na cmentarzu w Kolonii Wileńskiej.

Po zdobyciu razem z sowietami Wilna, dowództwo Okręgu Wileńsko-Nowogródzkiego AK zostało podstępnie zwabione na rozmowy i aresztowane. Większość żołnierzy osadzono w Miednikach Królewskich. Niektórym udało się uciec jak na przykład Stanisławowi Hryniukowi, który pieszo wrócił do rodzinnych Szarkuć a następnie wyjechał do Polski. Pozostałych wywieziono do Kaługi i innych miejsc zsyłki. Ci co przeżyli i mogli wrócić wracali, ale przeważnie do nowej Polski jak Witold Boguszewicz syn Marka, Wiktor Nowicki z Dowgiałowszczyzny.

Wiktor Puczko po akcji Ostra Brama trafił do Kaługi. Uciekł z niej wraz z innymi. Szli nocami kradnąc co się da na polach. Żywili się też drobnymi zwierzętami złapanymi w lesie i podobno zupa z jeża jest całkiem smaczna. Tak Witek dotarł do Wilna. Tam poznał swoją przyszła żonę i założył rodzinę. Utykał na jedną nogę a to z następującego powodu. W 1939 roku bolszewicy wsadzili go do więzienia w Lidzie. Gdy rozpoczął się atak Niemców na Rosję i bombardowanie miasta, zaintrygowani więźniowie gromadzili się przy zakratowanych oknach. W pewnym momencie ktoś strzelił kilka razy przez judasza do celi, w której był Witek. Został on ranny w nogę. Strażnicy uciekli a więzienie otworzono. Witek trafił jakoś do rodzinnej Łyntupi, gdzie przyjeżdżał leczyć go dr Jarmoliński.

Stefan Kaczałko po akcji Ostra Brama uniknął zatrzymania przez Rosjan. Wrócił w rodzinne strony po swoją żonę Adolfinę Mikszę z Dobrowlan. Razem mieli wyjechać do kraju. Stefan został jednak rozpoznany przez ziemlaczkę pracującą w NKWD w Iwiu i zaaresztowany. Wywieziono go do Kaługi a następnie Workuty. Dostał wpierw wyrok śmierci, zamieniony na 25 lat ciężkich robót w kopalni węgla. Z grupy więźniów wychodzących rano do kopalni, wracała wieczorem zaledwie połowa. Stefan miał szczęście. Lekarzem obozowym była rosyjska Żydówka. Poznała że jest on Polakiem, a Polacy przechowali ją przed Niemcami. Gdy trzeba było iść do kopalni, wystawiała mu fikcyjne zwolnienia chorobowe i w końcu Stefana skierowali do lżejszej pracy w cementowni. Po śmierci Stalina nastąpiła amnestia. Kaczałko nie był jednak wolny. Mógł jedynie poruszać się po całej republice Komi. Przyjechała wówczas do niego żona Adolfina i razem byli w Workucie przez trzy lata do sierpnia 1956 roku. W końcu na fali dużych powrotów do kraju Stefan został zwolniony i wraz z żoną w styczniu 1957 roku przyjechali do Gorzowa Wlkp.


Rok 1944 i lata następne

Po klęsce stalingradzkiej rozpoczął się nowy etap II wojny światowej, w której Niemcy byli stopniowo wypierani na całym froncie wschodnim. Wycofywali się także z ziemi sobotnickiej. W Szarkuciach zostali ostrzelani zupełnie niepotrzebnie przez grupkę siedmiu akowców z Łazdun. Jeden żołnierz zginął i pięciu łazduńskich. W odwecie została spalona prawie cała wioska. Zabito dużo osób w tym z trzech rodzin nikt nie został żywy. To już drugi raz tragicznie paliły się Szarkucie. Pierwszy gdy Niemcy uderzyły na Rosję Sowiecką w czerwcu 1941 roku. 8 lipca 1944 roku wycofujący się Niemcy podpalili Sobotniki. Spłonęła prawie cała ulica Wileńska. Było bardzo gorąco i sucho a budynki kryte słomianą strzechą zajmowały się błyskawicznie. Spłonąłby także młyn, ale ludzie z Frankiem Kuprelem rzucili się go ratować. Rozebrano trochę mostu za młynem i szczęśliwie, że wiatr był w kierunku lasu. Spaliła się tylko cyrkularka, czyli wodna piła do drzewa i niewielka szopa. Drugi znaczny pożar w miasteczku miał miejsce w 1946 roku, kiedy to od iskier z komina zapaliły się domy przy ulicy Gieranonskiej. Spalił się także dom parafialny i uległa zniszczeniu ze starości plebania zamieniona na przedszkole.

Po przejściu frontu pojawiali się nocami na kolonii niemieccy maruderzy prosząc o pożywienie. Kilku zjawiło się za dnia w aptece Czejdo z prośbą, że chcieliby się umyć w ciepłej wodzie. Czejdowie nagrzali wody, lecz tak jak wszyscy nie mieli prawdziwego mydła tylko coś, co było jego namiastką. Niemcy mieli jednak swoje i kawałeczek zostawili gospodarzom. Było pachnące i traktowano je jak świętość. Nie było wtedy podstawowych środków czystości, a także leków na pojawiające się choroby jak na przykład świerzb. Robiono przeciw niemu masowo maść w aptece, za którą ludzie płacili żywnością gdyż nie mieli pieniędzy.

Front przesunął się na zachód, ale jego ślady pozostały w postaci między innymi niewypałów. Kilku chłopców pasących krowy znalazło jeden z nich i zaczęło przy nim majstrować. Pocisk eksplodował zabijając Janka Sienkiewicza, Stasia Tuczkowskiego, Henia Iwanowskiego i Stasia Minkę. Troje innych zostało rannych. Ich koledzy z Dowgiałowszczyzny przerabiali aluminium samolotowe. Brali je za zgodą sowieckich żołnierzy z leżącego koło Wasilewicz wraku. Z aluminium odlewali miski, kubki, widelce, łyżki. Robili to podczas pasienia krów, kiedy ognisko na wygonie nie wzbudzało niczyich podejrzeń. Mężczyźni z innych wiosek też robili różne praktyczne przedmioty z części wraków samolotów jak naczynia stołowe i sztućce, aluminiowe grzebienie, których ząbki wycinanano piłką zrobiona z kawałka starej kosy, z elementów okien robiono lufki do papierosów.

Te same przedmioty oraz orzełki na czapki wojskowe dla AK odlewano też za Niemca w roku 1943. Wybrano do tego celu miejsce między Dowgiałowszczyzną a majątkiem Łyntupka Ganów, gdzie było spore zagłębienie tak zwany karier. Główne prace wykonywali trzynasto, czternastolatkowie: Wacek Grażyński, Kazik Grażyński, Leon Dubicki, Antek Stankiewicz, Janek Nowicki. Pomagali im sześciolatkowie: Józek Rusakiewicz, Zdzisiek Biblis i inni, którzy nosili drewno na opał i wygładzali pilnikami odlane przedmioty. Były cztery drewniane aparaty do odlewania w postaci otwieranych skrzynek, mniejsze z nich zwano szpakówkami. Były w nich wyżłobione żądane formy, do których wlewano płynne aluminium. Tło formy obsypywano drobnym piaskiem, skrzynkę zamykano, mocno uciskano, następnie odkrywano i wyjmowano odlany przedmiot. Za zrobione orzełki chłopcy otrzymali od nieznanego oficera AK po ołówku do rysowania.

Jednym z głównych poczynań sowietów w tym okresie był pobór do Armii Polskiej wśród miejscowej ludności. Mówiło się, że biorą na dopełnienie frontu. Obowiązkowi temu podlegały roczniki 1926 i starsze. Mało było mężczyzn, którzy zgłaszali się na ochotnika. Niektórzy z nich mieli kontakt z AK, posiadali broń i obawiali się represji sowieckich, łagrów, wcielenia do Armii Czerwonej. Dlatego szukali schronienia w wojsku polskim organizowanym w ZSRR. Na przykład Andrzej Bohuszewicz, mimo że był za młody do poboru, zgłosił się. Zginął w czasie działań wojennych na terenie Zachodniej Polski. Część osób poszła do wojska, bo po prostu musiała, nie udało im się od tego wykręcić, gdzieś uciec i schować. Po wojnie większość została w wyzwolonej Polsce w nowych jej granicach, starając się ściągnąć do siebie rodziny. Tym bardziej, że dochodziły do nich wiadomości o prześladowaniach ludności polskiej na Kresach i wywózkach na Sybir. Byli wśród nich także Wacław i Czesław Kaweccy. Ich brat Fredek zginął w 1945 roku podczas forsowania Odry. Na froncie polegli też: Jan Hryniuk, Jan Grażyński, Stanisław Juchniewicz brat Michała, Wiktor Jackiewicz, Bronisław Kwiatkowski, Wiktor Storta i inni żołnierze z naszej ziemi. Niektórzy jak Stanisław Juchniewicz syn Franciszka powrócili do rodzinnych domów, aby być podporą dla samotnych matek, młodszego rodzeństwa.

Wielu z kresowych żołnierzy to byli młodzi chłopcy, którzy w 1939 roku zaledwie skończyli szkołę podstawową i mieli trzynaście, czternaście lat. I jak to młodzi chłopcy w tym wieku, używali wszelkich uciech życia podczas wakacji. Nikt z nich nie myślał o żadnej wojnie, jej okrucieństwie, które mieli niedługo poznać. W chwili poboru najmłodsi z nich mieli po osiemnaście lat. Słabo wyszkoleni, rzucani byli na pierwszą linię frontu w największy ogień. Niejeden z nich biegnąc do ataku wśród rozrywających się pocisków krzyknął do siebie: Mamo ratuj!. Uważam, że podobne odczucia strachu, bezsensu wojny mieli ich rówieśnicy z innych narodów, chociaż stawali w okopach naprzeciw siebie.

Jakże różnie toczyły się wojenne losy żołnierzy z Kresów. Ci, co trafili do sowieckiej niewoli czasami wracali do swoich chat. W większości jednak wywiezieni na Sybir, wstępowali później do armii gen. Władysława Andersa. Część z nich utworzyła 1 Dywizję Piechoty im. T. Kościuszki pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga, która chrzest bojowy i ogromną daninę krwi polskiej złożyła w bitwie pod Lenino koło Orszy. Niewyszkoleni i zostawieni bez sowieckiego wsparcia polscy żołnierze ginęli koszeni pociskami jak łany zboża. Niektórzy z nich widząc, co się dzieje, pytali siebie w duchu, za kogo mają ginąć i wojować? Za Sowietów, którzy najechali i zabrali naszą ziemię? Wywieźli nasze rodziny na Sybir? Chowali się oni w lejach po bombach i przechodzili na stronę niemiecką. Taką drogę przeszedł jeden rodak z naszej gminy. Trafił do niemieckiej niewoli. W niej pomógł mu przetrwać tytoń przysyłany z rodzinnego domu. Częstował nim niemieckich strażników, którzy sami nie mieli co palić. W zamian pozwalali mu ukradkiem zbierać z pola gnijące kartofle. Rodak nasz został oswobodzony przez aliantów i w końcu trafił na kontynent północnoamerykański.

Mężczyźni nie kwapili się do armii i wielu z nich szukało różnych sposobów, aby jej uniknąć. Starano się nie mieszkać w domu, chowano się w różnych kryjówkach a w razie znalezienia próbowano ucieczek. Wujka Marii Stasiłowicz nachodzono kilkakrotnie. Przeszukiwano gumno prując siano pięciometrowymi żelaznymi prętami. Gdy go w końcu zastano w domu, ten rzucił się do ucieczki przez okno w pole. Sowieci zamknęli więc w pokoju Marię, jej brata, brata stryjecznego i zagrozili podpaleniem domu, jeżeli uciekinier nie wróci. On wrócił i jakoś udało mu się uniknąć konsekwencji, a za uchylanie się od wojska groziło siedem lat więzienia.

Stanisław Tuczkowski Zygmul, schował się przed żołnierzami pod sianem w stodole. Podczas przeszukiwania został zraniony bagnetem w policzek. Ujęto go, ale jemu udało się uciec. Złapany uniknął w jakiś sposób kary. Innym razem, gdy znowu werbowano, został zatrzymany i był prowadzony przez dwóch żołnierzy. Miał na sobie krótki kożuszek, z którego tak sprytnie się oswobodził, że okrycie zostało w rękach zdumionych sołdatów a Zygmul uciekł do pobliskiego lasu. Nie pokazywał się przez kilka dni w domu. Sypiał na miedzy i nabawił się poważnego reumatyzmu. Na tym nie koniec jego ucieczek, w których zapewne pomagała mu fantazja ułańska nabyta w wojsku polskim. W kolejnej łapance został ponownie ujęty i wraz z innymi załadowany do towarowego wagonu ze strażnikiem. Sprawa wyglądała bardzo poważnie. Na jakiejś stacji więźniowie poprosili stojące kobiety, aby te poluzowały druty zabezpieczające drzwi wagonu. Gdy pociąg wyjechał poza miasto, Zygmul poczęstował strażnika samogonem, jaki miał ze sobą. W tym czasie inni otworzyli drzwi wagonu i zaczęli wyskakiwać. Skoczył i on a żołnierz za nimi strzelił, ale mierzył w powietrze. Wrócili cało do swoich domów i nadal się kryli przed poborem.

Wacek Kononowicz wracał od Wojciecha Bahdziula do domu. Nie nocował w nim, lecz w stodole razem z Andrzejem Bohuszewiczem, który też się jeszcze chował. Tej akurat nocy Wacek był sam. Usłyszał podejrzane dźwięki i wyjrzał na zewnątrz. Stój, kto idzie?!" Ktoś zawołał i już go mieli. Został zabrany tak jak stał do domu Horczyka, gdzie był punkt poboru. Miał na nogach nowe buty z cholewami, jakie dostał od brata Witka, zdobyczne na Niemcach w akcji pod Trabami. Ubrany był w czarne milicyjne spodnie i takiż sweter. Pozwolili mu pożegnać się z rodziną a od matki dostał na drogę kawałek słoniny i chleb. Zawieźli Wacka do Iwia, gdzie trzymali go razem ze Stasiem Zygmulem. Wypytywali o brata Witka, o jego działalność w AK. Mocno Wacka przy tym pobili. Z Iwia zawieźli ich do Lidy. Jego matka poszła tam pieszo czterdzieści kilometrów, aby się z nim pożegnać i dać jedzenie na drogę.

Następnym etapem podróży był Białystok, gdzie zaczynała się selekcja do jednostek. Przyjeżdżali z nich tak zwani kupcy i brali wpierw do piechoty. Trafił do niej Marian Misa. Wacek nie chciał w niej być i schował się w toalecie. W końcu zaczęli brać do artylerii i już się nie krył. Przez Chełm zawieźli ich do Włodawy, gdzie mieli szkolenie. Spotkał tam Kolę Oniszko, który był w 50 Pułku. Następnie był Adampol i znowu krótkie szkolenie w lasach hrabiego Zamojskiego. Przydzielony został do II Dywizji Artylerii. W jednostce tej służyli także Czesław i Wacek Kaweccy, Staś Juchniewicz. Była to największa jednostka tego rodzaju broni w Wojsku Polskim. W jej skład wchodziło 9 pułków. Szlak bojowy Wacka prowadził przez Poznań, Bydgoszcz, Szczecin do Nysy Łużyckiej. Tam były najcięższe walki i bardzo dużo chłopców zginęło. Niektórzy poszli jeszcze dalej. Osiemdziesięciu chłopaków z jego jednostki przeszło na stronę amerykańską i tam zostało. Smak sowieckiego chleba dobrze poznali podczas pierwszych i drugich bolszewików. Wacek po wojnie musiał szkolić rekrutów i został jeszcze w wojsku półtora roku. Gdy go zdemobilizowano, nie chciał wracać do Sobotnik. To już nie były te Sobotniki co kiedyś.

Także i starsi mężczyźni, których obowiązywał pobór obawiali się wojska, frontu, pozostawienia rodziny i gospodarki w niepewnych czasach. Mój dziadek Bronisław Niechwiadowicz urodził się w 1899 roku. W polskim dowodzie osobistym przerobił ostatnią cyfrę na dwójkę postarzając się o siedem lat i zostawiono go w spokoju. Dziadek Jan Kononowicz rocznik 1902 wpadł na inny pomysł. Zapuścił brodę, a że włosy miał kolorem zbliżone do siwych zewnętrznie się postarzał. Tym sposobem udawał swojego ojca. Po pewnym czasie ogolił się gładko i wychodził paść krowy przebrany za kobietę, której sowieci pytali się gdzie jest jej syn. W domu dziadek chował się w specjalnej ziemiance zrobionej pod chatą. Gdy już dłużej nie mógł w niej wytrzymać, wołał swoją żonę Wiktorię, aby przyniosła mu papierosa. Mój tato już po wojnie też użył fortelu, aby nie pójść do wojska. Gdy brano jego rocznik załatwił sobie fałszywą metrykę urodzenia, na której był odmłodzony o dwa lata. Nie pracował jeszcze, więc nie miał paszportu (dowodu osobistego), który przysługiwał zatrudnionym w kołchozie lub młynie. Gdy przyszedł jego czas przyniósł prawdziwą metrykę i okazało się, że tego rocznika już nie biorą.

Dla niektórych, co się chowali przed poborem zakończyło się to tragicznie. Franek Panasewicz syn Pawła ukrył się w jamie, w której przechowywano ziemniaki. Został wytropiony i to przez swoich, którzy wysługiwali się bolszewikom za pierwszym razem i także później. Chłopak przy próbie ucieczki został zastrzelony. Wielu jego kolegów leżało postrzelonych w szpitalu w wyniku ukrywania się przed łapanką do wojska. Zdarzały się też dezercje z wojska. Uciekł z armii wujek mamy, Józef Raksa z Nackowicz. Został wraz z innymi złapany i rozstrzelany. Przed wojną jego brat Wiktor na jednej z wioskowych zabaw uczestniczył w bijatyce. Bardzo się podczas niej przestraszył i poważnie zachorował. Wkrótce zmarł, był kawalerem i został tradycyjnie pochowany z przypiętym do marynarki kwiatem. Można było w sposób legalny być zwolnionym ze służby wojskowej. Dotyczyło to na przykład pracowników gorzelni w Żemłosławiu, młyna w Sobotnikach. Ksiądz Bagiński, który od momentu pojawienia się bolszewików na naszej ziemi starał się być neutralnym a nie przeciw, uzyskał jak to wówczas mówili broń na zakrystianina. Było to zwolnienie od służby z powodu pełnienia określonych funkcji w tym przypadku w kościele..

Administracyjnie 20 września 1944 roku nasz powiat iwiejski znalazł się w województwie ze stolicą w Mołodecznie. Sowieci zaczęli kontynuować swoją politykę na zajętych ziemiach wschodniej Polski, którą przerwała im napaść Niemiec. Represjonowano i wywożono ludzi także z naszej gminy. Wczesną wiosną 1945 roku miedzy apteką a gminą zatrzymali się na krótki postój sowieci eskortujący grupę młodych mężczyzn w wieku dwudziestu paru lat. Nie dopuszczali do nich nikogo. Do apteki Czejdo udało się przedostać jakiejś kobiecie, która powiedziała, że w grupie jest jej syn i chciała na niego popatrzeć chociaż przez okno. Ludzi tych poprowadzono w kierunku cmentarza, gdzie rozchodzą się drogi na Juraciszki i Iwie. Nie wiadomo co się dalej z nimi stało. Krystyna Żołądkiewicz córka Heleny Drozdowskiej-Czejdo zapamiętała jednego z nich. Ubrany był w za krótkie spodnie sięgające powyżej kostek a na bose stopy miał nałożone zniszczone, brązowe buty. W 1945 roku został aresztowany w Lidzie jej ojciec, były sekretarz naszej gminy Henryk Drozdowski. Zesłano go do Komi skąd nie wrócił.

Wielu młodych mężczyzn ukrywało się jeszcze z bronią. Wierzyli naiwnie, że będzie tu znowu Polska. Złapani otrzymywali wysokie wyroki 25 lat jak jeden chłopak z Galimszczyzny. Po wojnie chłopcy też nie chcieli iść do wojska. Kiedy już do niego trafili, to niektórzy podejmowali dramatyczną decyzję dezercji. Tak też postąpił Feliks Staniukiewicz. Został jednak złapany, skazany i zesłany na Syberię. Rodzina posyłała mu paczki żywnościowe, których nie otrzymywał, mimo że kwitował ich odbiór. Cierpiał duży głód, który mocno odbił się na jego zdrowiu. Zwolniono go wskutek starań rodziny o wyjazd do Polski. Felks jednak nie dojechał do domu. Zmarł w 1948 roku w pociągu w Swierdłowsku, miał 25 lat.

We rodzinie Stasiłowiczów z Bożego Daru, stary Stasiłowicz dokupił przed wojną ziemi od Ciemniewskiego i miał razem 50 ha. Bardzo ciężko na niej pracował karczując nieużytki. Spał po dwie, trzy godziny na dobę. Zbudował duży dom, założył pół hektara sadu. Wszystko to dzięki swojej i rodziny wytrwałości, twardości. I wszystko przepadło. Najstarszy syn Wiktor był przed wojną sierżantem w 4 Pułku Ułanów. Służył na granicy łapiąc ruskich szpiegów, którzy zamierzali przejść do Prus Wschodnich. Gdy się o tym sowieci dowiedzieli został aresztowany. Dziewięć miesięcy trzymano go w Wilejce w ciężkim śledztwie. Skazany został na 10 lat i zesłany do Norylska, gdzie budował drogę kolejową w kierunku Morza Karskiego. Po odbyciu wyroku skazano go dodatkowo na stałe osiedlenie bez prawa powrotu w rodzinne strony. Ojciec pojechał do niego na stałe, gdyż bardzo go kochał. Drugi syn Daniś nie miał dość siły aby przetrzymać rodzinne tragedie. Wpadł w alkoholizm i popełnił samobójstwo rzucając się pod pociąg.

Sobotnicki szpital zamieniono na sanatorium wojskowe dla gruźlików. Jego pierwszymi i głównymi pacjentami byli żołnierze frontowi. Szpital ogólny stworzono w budynku urzędu gminy, zupełnie do tego nie przystosowanym. Zofię Stec wyrzucono z własnego domu przy ulicy Lipniskiej, który zamieniono na niewielki szpital dla zakaźnie chorych. Wprowadziła się na siłę z powrotem i zajęła niewielki kąt w korytarzu. Zofia Stec żona Adama, nie bała się ani Niemców ani ruskich. Została po wojnie w Sobotnikach i zaistniały nowy porządek soczyście przeklinała. Ludzie nazywali ją Mały Kobit. Aptekę Czejdo przeniesiono do domu Paszkowskich a w jej budynku zrobiono ambulatorium. Urząd gminy mieścił się w domu Horczyka. Postanowiono utworzyć w miasteczku mleczarnię. Zaraz po wojnie znajdowała się ona w Murowance. Kiedy ona spaliła się, w 1947 roku przeznaczono na ten cel murowany duży dom Usinowiczów. Pierwszy tego typu dom w Sobotnikach. W jednym z pokoi miała stanąć centryfuga. Stary Jan Usinowicz za nic nie chciał się na to zgodzić i położył się w łóżku tarasując drzwi. Wyniesiono więc go z łóżkiem na zewnątrz. Wszystko jedno wasza władza skończy się!. Krzyczał stary. Powiesiliście czerwona flagę a ona i tak zmieni się na białą i nie będzie was tutaj!. Nową mleczarnię wybudowano w pobliżu kościoła w miejscu, gdzie stoi obecnie Krama. Wyrabiano w niej masło i śmietanę, ale i to nie trwało zbyt długo. Dom Usinowicza został zabrany na potrzeby sanatorium. Drewniane wejściowe werandy do niego robił Staś Froł a pomagał mu mój tata. Budynek ten został doprowadzony do ruiny i w czerwcu 2004 roku rozebrany. W latach 1955/56 wybudowano na rogu ulic Kościelnej i Wileńskiej sklep spożywczy nazwany popularnie Czajnaja. Pracami przy jego budowie kierował Falkowski. W 1954 roku z dniem 8 stycznia utworzono województwo grodzieńskie, w skład którego wszedł rejon iwiejski. 20 stycznia 1960 roku do naszego rejonu dołączono juraciski. Ten podział administracyjny funkcjonuje po dzień dzisiejszy.

Walcząc z religią władze zamykały kościoły przede wszystkim tam, gdzie parafie nie miały kapłanów a polskie społeczeństwo było osłabione. Dużo ludzi zmuszonych zostało do wyjazdu do Polski a w ich miejsce przyszli niewierzący lub prawosławni Białorusini i Rosjanie. W powiecie iwiejskim zamknięto kościół w Łazdunach i Juraciszkach. Ten ostatni został następnie rozebrany. W tych trudnych warunkach proboszcz sobotnicki ks. Paweł Bagiński kontynuował swoją pracę. Nie wdawał się w politykę a przy kościele znowu działał chór. Wyrzucony z plebani, którą zamieniono na przedszkole mieszkał przez pewien czas u Usinowiczów. Później pozwolono mu zająć byłą stajnię należącą do plebani. Nie wolno mu było chodzić po kolędzie. Parafianie wybrnęli z tego w ten sposób, że wóz z koniem objeżdżał domostwa i ludzie wkładali do niego ofiary na kościół.

W 1957 roku ks. Bagiński obchodził pięćdziesięciolecie święceń kapłańskich. Na tę uroczystość przybyli księża z sąsiednich parafii, z Lidy, a w jubileuszowej mszy uczestniczyli bardzo licznie wierni. Pod koniec życia ks. Bagiński poważnie chorował. Przychodziła dawać mu zastrzyki Józia Gan, gdyż tylko ona potrafiła robić to bezboleśnie. Długoletni pasterz sobotnickiej parafii zmarł 24 marca 1962 roku w wieku 82 lat. Był mroźny, zimowy dzień i sporo śniegu, gdy w otwartej trumnie wnoszono jego ciało do kościoła. Po mszy w uroczystym i bardzo licznym kondukcie pogrzebowym został odprowadzony i pochowany na cmentarzu parafialnym. Ludzie chcieli, aby ich proboszcz spoczął przy kościele, ale władze na to nie zezwoliły. Odtąd parafia przez wiele lat nie miała stałego księdza.

Okres po śmierci ks. Bagińskiego był bardzo trudny dla sobotnickiego kościoła. Władze czyniły wszelkie starania aby go zamknąć. Nie zgadzały się na nowego stałego księdza i w ogóle na wizyty jakiegokolwiek kapłana. Mimo to z Polski przyjeżdżał nieoficjalnie ks. Bernard Dzierbunowicz. Zamykał się z wiernymi w kościele i odprawiał msze święte. Odprawiał je także przy krzyżach w Szarkuciach i Kudejszach, zawsze w sposób skryty dla władz. Jego zasługą było pokrycie blachą muru wokół kościoła i kapliczek różańcowych. Mieszkańcy parafii sobotnickiej nadal jednak domagali się księdza. Zezwolono na to i tak przez osiem lat przyjeżdżał w świąteczne dni ks. Apolinary Zubelewicz z Konwaliszek. W latach 1945-87 był on tam proboszczem. Jeżeli ksiądz nie mógł przyjechać, to i tak ludzie gromadzili się w kościele o wyznaczonej godzinie. Starsze osoby przybywały pieszo nawet z oddalonych o sześć kilometrów wiosek parafii. Msza odbywała się wówczas w tym zakresie, w którym można było ją odprawić bez udziału kapłana. Jan Nowicki grał na organach, wszyscy śpiewali i modlili się. Józef Wasilewski z Wasilewicz i Jan Minko z Wodoli czytali mszę św. z książeczek do nabożeństwa. Oni także, a w miarę potrzeby także inni starsi mężczyźni, wynosili na ołtarz ornat i kielich, otwierali mszał, zapalali świece. Na podniesienie kładli ornat na środku ołtarza i odkrywali kielich, dzwoniły dzwonki. Ja także brałem kilka razy udział w takich mszach. Katechezy uczono w rodzinnym gronie.

Ludzie jeździli do Dziewieniszek leżących już w republice litewskiej, gdzie w sprawach wiary było swobodniej. Dzieci przystępowały tam do I komunii św. Nie były to wielkie uroczystości, ale dla rodzin było to naprawdę święto. Także chrzciny i śluby odbywały się w Dziewieniszkach. A były to takie czasy, że ksiądz nie pytał czy rodzice chrzestni są po ślubie. Za rodziców chrzestnych odpowiadał organista lub zakrystianin. Kiedy runął Mur Berliński i upadł komunizm w tej części Europy, ludzie mogli zaspakajać swoje potrzeby także w dziedzinie wiary. I tak Sobotniki doczekały się pierwszego proboszcza po ks. Bagińskim, którym został ks. Wincenty Lisowski.

Młody kapłan z zapałem zabrał się do pracy, a było jej nie mało zarówno wśród wiernych jak i przy samym kościele. A na dodatek władze wciąż podejrzliwie patrzyły na działania księży i chciały mieć wszystko pod swoją kontrolą. Ksiądz Lisowski zorganizował zbiórkę pieniędzy na wymianę i uzupełnienie szyb w oknach naszej świątyni. Zakupionych 200 arkuszy szkła przeniósł wraz z dwiema kobietami nocą w bezpieczne miejsce. Wraz ze swoim bratem zaszklił prezbiterium. Następną ważną pracą było pomalowanie dachu kościoła, do którego zastosowano specjalny czerwony podkład. Została odnowiona sygnaturka na dachu i obraz św. Władysława Węgierskiego w głównym ołtarzu, pomalowana krypta grobowa znajdująca się w lewej nawie kościoła, postawiony nowy krzyż na pomniku nieznanego żołnierza. Za księdza Lisowskiego rozpoczęto prace przy budowie nowej plebanii. Podczas kopania fundamentów odkryto cmentarz koński z czasów I wojny światowej, na którym Niemcy chowali padłe konie. Ksiądz Wincenty uratował przed różnymi zbieraczami, kilka zabytkowych przedmiotów będących własnością sobotnickiego kościoła. Miał sporo pracy duszpasterskiej wśród swoich parafian pozbawionych 25 lat opieki stałego proboszcza.

Jednak nasz kościół po śmierci ks. Bagińskiego został uratowany tylko dzięki wysiłkom i staraniom miejscowej ludności. Na czele tych wszystkich działań stał organista Jan Nowicki z Szarkuć, pochodzący z Dowgiałowszczyzny. Był on autorem podań o przydzielenie parafii księdza, które ludzie przepisywali i podpisywali. Słano te pisma do Wilna, Mińska a bardzo często ginęły one gdzieś po drodze. Nowickiego ciągano na rozmowy do Grodna, Iwia, aby wyperswadować mu jego poczynania. Miał kłopoty ze znalezieniem pracy, nie mógł starać się o samochód. Z kolei jego żonie oferowano dobrą pracę w innej miejscowości sądząc, że jak wyjedzie to on również. Chciano z Nowickiego zrobić tajnego agenta a jak założył wzmacniacz w kościele to był wzywany na rozmowę z sekretarzem rejonowej organizacji partyjnej. Kiedy woził mąkę z młyna, namówiono kobiety aby jeden worek rozsypały w swoje torby a wina spadłaby na niego. Jana Nowickiego nie chciano przyjąć do sobotnickiej straży pożarnej, bo pisał do komitetu rejonowego partii w obronie kościoła. A jak w końcu przyjęli a on wraz z Bubnisem ze Ślesar pisali dalej, to chcieli dać mu pod opiekę wóz strażacki. Sądzili, że jak przybędzie mu więcej obowiązków w pracy, to na inne sprawy nie będzie miał czasu. Z kolei Nowicki musiał gościć i fundować poczęstunki prominentom z rejonu, aby ich jakoś udobruchać.

Dach kościoła przeciekał i wymagał remontu. Przywiezione na ten cel dachówki z Kowna okazały się kiepskie. Postanowiono więc je zastąpić czasowo eternitem. Władze zarekwirowały jednak zebrany materiał, gdyż Nowicki nie mógł udokumentować gdzie go kupił i kto mu dał pieniądze, a pochodziły one ze składek ludzi. W końcu również za pieniądze wiernych kupiono 1450 arkuszy blachy ocynkowanej, które złożono u Usinowicza w Kudejszach. Nocami fachowcy z Litwy montowali po kilkadziesiąt arkuszy, których nie ośmielono się zdejmować i w ten sposób pokryto cały dach. Największy nacisk na zamknięcie kościoła był w roku 1974, kiedy o zgrozo istniały po jego zamknięciu plany otworzenia w nim łaźni.

Przez cały czas istnienia Związku Radzieckiego walczono w nim z kościołem katolickim, prawosławnym i innymi wyznaniami. Dzieci szkolne były zmuszane aby zapisać się do pionierów, czemu przeciwni byli rodzice. Bić komunistów!. Wołał Michał Juchniewicz grożąc sprawieniem swoim pociechom potężnego lania, jeżeli się zapiszą. We wspomnieniach Lodki Tuczkowskiej także z lat pięćdziesiątych, dziesięcioro dzieci z jej klasy czwartej w tym ona i Marysia Juchniewicz, nie chciało wstąpić do organizacji. Aby złamać ich opór, zostały zamknięte w klasie po lekcjach na klika godzin. Była zima i zmrok nadszedł szybko. Przestraszone dzieci obawiały się oto jak bezpiecznie wrócą do domów, szczególnie te z wiosek. Zbliżało się święto Matki Boskiej Gromnicznej a w tym czasie jak mówili starsi, w okolicy pojawiały się wilki. Na drugi dzień oporne dzieci skreślono z listy uczniów. Gdy dowiedział się o tym Michał Tuczkowski Froł, pojechał do rejonowego komitetu partii do Iwia. Tam bez ogródek powiedział, że są na Białorusi różne grupy narodowościowe a prawo gwarantuje im kultywowanie swojej religii, przestrzegania wartości narodowych i tradycji wychowania. Zagroził, że pojedzie do polskiej ambasady w Moskwie i opowie jak traktuje się na Białorusi Polaków. Władze powiatu nakazały kierownikowi szkoły aby przyjął dzieci z powrotem. Przestraszona jego żona powiedziała, że przeprowadzi z uczniami dodatkowe zajęcia, żeby odrobiły zaległości w nauce. Dzieci te i inne nie mogły jednak należeć do żadnych zespołów szkolnych jak taneczny, chór i inne. Miał to być dla nich pewien rodzaj kary.

Uczniowie mieli nieprzyjemności, jeżeli chodzili na msze święte. Obniżano im stopnie ze sprawowania, krytykowano, wyśmiewano. Nauczycielom odgórnie nakazano, aby w niedziele i inne święta znajdowali się w pobliżu kościoła i zapisywali uczniów do niego wchodzących. Robili to także uczniowie pochodzący z rosyjskich rodzin. Siedzieli na przykościelnym murze i uważnie przyglądali się wszystkim którzy przekraczali bramę. Niektórym dzieciom udawało się niepostrzeżenie wejść z rodzicami do świątyni. Kryły się wtedy podczas mszy w zakrystii lub na chórze. Proboszcz Bagiński dawał cukierki dzieciom, a miał je zawsze ze sobą, gdy spotkane na ulicy pozdrawiały go słowami Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Na drugi dzień jego karykatura w olbrzymim berecie wisiała na szkolnej gazetce. Dzieci, które zauważono jak wchodziły do kościoła, wyczytywano po nazwisku podczas apelu. Nie szczędzono im nawet wyzwisk. Alfreda Kononowicz pamięta, że była krytycznie opisana w gazetce szkolnej, bo niosła na Wielkanoc święcone do kościoła. Jej brata i siostrę zapisanych odgórnie do pionierów, matka Michalina na drugi dzień kazała wypisać. Najmłodsza siostra mojej mamy Władzia uległa szkolnej presji i zapisała się. Gdy w domu odkryto jej organizacyjną chustę została mocno skrzyczana i ojciec szybko ją wypisał.

Michalina Kononowicz z domu Koczan (ludzie zwali ją Kaczaniszka) to przykład jednej z wielu osób, które w tych trudnych latach pozostały wierne swoim przekonaniom i tradycji w jakiej zostały wychowane. Już przed wojną śpiewała w chórze kościelnym i bardzo aktywnie uczestniczyła w życiu parafialnym jeszcze za kadencji ks. Żebrowskiego. Miała dobry głos i znała nuty ze słuchu. Dzieci swoje wychowywała po wojnie w wierze i polskości, uczciwości, szacunku do innych. Otwarcie prowadziła je do kościoła. Nie pozwoliła im na przynależność do organizacji pionierskiej i komsomolskiej. Była motorem napędowym powojennego chóru kościelnego. Gdy odważni chórzyści śpiewali przy akompaniamencie organów pieśń My chcemy Boga!, to aż szyby drżały. W jej domu śpiewano pieśni kościelne i patriotyczne. Kiedy z rodziną wyjechała w 1958 roku do Polski, ludzie w kraju dziwili się skąd jej dzieci tak dobrze mówią po polsku i znają tyle pieśni. Sama przygotowywała swoja córkę do I komunii świętej. Ona z kolei przekazywała nabytą wiedzę swoim rówieśnikom. Odbywało się to potajemnie w stodole. Kaczaniszka nie znała innej bojaźni prócz Bożej, kiedy nosiła dzieci Rosjan do chrztu w naszym kościele. Inni też potajemnie uczyli dzieci pacierza, przygotowywali je jak umieli do komunii, wcześniej wozili do chrztu tam gdzie było swobodniej, głównie na Litwę do Dziewieniszek i Wilna.

U Zygmula była na pokoju nauczycielka Rosjanka. W sobotnickich domach duże pokoje były zwyczajowo dzielone szafami na mniejsze. Gdy pewnego wieczoru mama uczyła małego Kazia pacierza, usłyszała to nauczycielka. A co wy tam szepczecie, czego pani uczy syna? Spytała. Jestem u siebie w domu i uczę tego, co chcę i nikomu nic do tego. Odparła matka. Religii nauczały również tercjarka Anastazja Sienkiewicz, oraz Julka mieszkająca koło Matruny.

Dzieci do I Komunii św. szły nieoficjalnie, skrycie przechodząc mur kościoła, w zwykły dzień, ubrane normalnie. W tradycyjne polskie święta kościelne nie szły do szkoły. Otrzymywały nagany, oceny niedostateczne, ale opuszczonych zajęć nie odrabiały. Podczas szkolnej akcji wykopów ziemniaków, Lodzia Gryszko zasypywała bulwy ziemią zamiast zbierać do koszyka i wrzucać na wóz. To przykłady oporu dzieci wobec narzuconej obcej rzeczywistości. Dopiero w 1957 roku odbyła się w sąsiednim rejonie solecznickim w miasteczku Dziewieniszki, leżącym wówczas na terytorium Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, pierwsza od zakończenia wojny uroczystość bierzmowania. Zebrały się tłumy wiernych z Litwy i Białorusi w różnym wieku. Moi rodzice byli także, a mama ze mną w ciąży. Miała wówczas 24 lata a tata 30. Przystąpili do tego sakramentu i jednocześnie byli rodzicami bierzmowanymi innych osób. Położyli im ręce na ramionach i jednocześnie im to zrobiono. W ten oto sposób wszyscy dostąpili tego sakramentu.

Pamiętam jak byłem w Sobotnikach w latach siedemdziesiątych, spytałem się jednego chłopca o medalik, który miał na szyi. Powiedział mi, że nauczycielka zauważyła go i kazała mu zdjąć. On odpowiedział, że jest wierzący i medalik będzie nosić. Nie wszyscy nauczyciele byli tak gorliwi i dostrzegali dzieci idące do kościoła, a jednak ta praktyka ciągnęła się bardzo długo. Dopiero pierestrojka i rozpad ZSRR wprowadziły swobodę w wyznawaniu religii katolickiej, prawosławnej i innych, choć nie odbywa się to bez przeszkód. Na wylocie z Sobotnik w kierunku Gieranon stoi po lewej stronie krzyż. Stał w tym miejscu przed wojną a po jej zakończeniu już go nie było. W 1983 roku z inicjatywy mieszkańców ulicy Gieranonskiej, Bolek Puczko wraz z kolegami postawili nowy krzyż. Władza kazała go natychmiast usunąć, ale ludzie z determinacją stanęli w jego obronie. Tego samego roku krzyż został poświęcony i stoi po dziś dzień.

Inną z kolei dziedziną, w której Sowiety usilnie działały po wojnie były sprawy ustalania narodowości i obywatelstwa. Jeżeli chodzi oto drugie, to w wyniku umów jałtańskich między Wielką Brytanią, Ameryką i Związkiem Sowieckim, które zmieniły granice w Europie, wszyscy mieszkańcy opisywanych tutaj ziemi zostali obywatelami Republiki Białoruskiej. Już jednak pierwsi sowieci dokonując agresji na ziemie polskie 17 września 1939 roku, jednostronnie i wbrew wszelkim prawom międzynarodowym wprowadzili 29 listopada dekret, według którego mieszkańcy zajętych ziem zostali automatycznie obywatelami sowieckimi. Dlatego też działalność AK traktowano jako niezgodną z prawem i zdradziecką.

Inaczej wyglądało z narodowością. Ten kto legitymował się przedwojennym polskim dokumentem osobistym, uważał się za Polaka i mocno stał przy tym, polskie pochodzenie miał wpisane w nowym dokumencie tożsamości. Dokument świadczący o polskości był także podstawą do starań o wyjazd na stałe do Polski. Kto takiego papieru nie posiadał miał ogromne trudności aby być zapisany jako Polak, a także jego dzieci. Władze namawiały, aby ludzie zapisywali się jako Białorusini a szczególnie dzieci urodzone po wojnie. Tych, którzy się na to nie zgadzali nękano w różny sposób aż do skutku. I ludzie często poddawali się naciskom mając przed sobą widmo głodu w rodzinie, czy też kłopoty dzieci w szkole.

Stanisław Juchniewicz syn Franciszka wspomina jak to było, gdy urodziły się jego dzieci. Przy pierwszym przyszedł do sobotnickiej gminy z papierami swoim i żony świadczącymi o polskiej narodowości i bez większych problemów zapisano dziecko jako Polaka. Gdy urodziło się drugie, miał przy zapisie tylko swój dokument. Chciano nadać dziecku narodowość białoruską mimo sprzeciwu ojca. Powiedział wtedy aby zapisać je jako Litwina, gdyż żona pochodziła z Pogawja leżącego już na terenie Litwy. Na to w gminie także nie chciano się zgodzić. Wrócił więc do domu, odnalazł dokument żony i przyszedł jeszcze raz kategorycznie domagając się zapisania dziecku narodowości polskiej, na co w końcu przystano.

Jadwiga Wągrowska córka Józefa Narona pamięta dobrze rok 1949. W sobotnickiej szkole w jej klasie liczącej 35 osób, dyrektor zadał pytanie o narodowość uczniów. Jadwiga, Kazik Poźniak, Alfreda Kononowicz i kilkoro innych odważyli się powiedzieć, że polskiej. Gdy Jadzia zapytała się Loni Paszkowskiej, dlaczego ona tego nie uczyniła ta odparła, iż mama nie kazała bo odbiorą dodatek na dzieci. I tak to jednym z sowieckich paradoksów było to, że rodzice mieli zapisaną narodowość polską, ich dzieci polską, białoruską bądź mieszaną. W ten sposób poprawiano statystyki, co było jednym z elementów celowej rusyfikacji społeczeństwa. Z Polaków robiono Białorusinów a z Białorusinów Rosjan.

Starsza młodzież, która chciała kontynuować przerwaną wojną naukę, kończyła piątą i szóstą klasę w Sobotnikach. Chcąc się uczyć dalej i myśleć o studiach, udawali się do liceum w Iwiu. Były to dla nich lata wielkich poświęceń i wyrzeczeń. Nie istniało wówczas połączenie autobusowe z tym miastem i trzeba było mieszkać na stancji. Nie raz trasę 18 km do Iwia niezależnie od pory roku i pogody pokonywano pieszo, niosąc ze sobą jedzenie z domu na kilka dni. Taką edukację przeszli: Staś Sienkiewicz, Zosia Minko, Marysia Stasiłowicz i inni. W ich rodzinach zaciskano pasa do granic wytrzymałości, aby mogli się uczyć i zdobyć wyższe wykształcenie. Staś tak jak inni woził mięso baranie na sprzedaż do Mińska. Jedna z takich wypraw o mało nie skończyła się dla niego tragicznie. Jacyś chuligani odebrali mu towar a jego samego wyrzucili z jadącego pociągu. Staś mocno się przy tym poturbował. Wnuczka Marysi Stasiłowicz oglądając jej zdjęcia z czasów studiów w Wilnie zauważyła: Babciu, ty na wszystkich fotografiach jesteś ubrana w tę samą sukienkę. Ja w tej samej sukience ukończyłam studia. Odpowiedziała ona. Maria dodatkowo była córką wroga narodu. Jakże ciężko znosiła różne przykrości.

W roku 1949 sobotnicką szkołę ukończyli pierwsi siódmoklasiści. Była to w większości młodzież mająca dziewiętnaście lat, ukończone przed wojną trzy klasy polskiej szkoły w Sobotnikach, lub w którejś z innych szkół w gminie. Wojna przerwała ich naukę a na dodatek w nowym systemie edukacyjnym, musieli powtarzać tę klasę, którą ukończyli przed wojną. Byli już ludźmi ukształtowanymi i nowa "kultura", którą przynieśli ze sobą sowieci, przeważnie nie robiła na nich żadnego dobrego wrażenia. Nie kryli się z tym, że są katolikami. W niedziele chłopcy ubierali się w garnitury, dziewczęta w lepsze sukienki. Szli do kościoła i świętowali te dni. W Sobotnikach było wówczas sporo obcych, przyjezdnych ludzi. Różnymi kąśliwymi słówkami zaczepiali chłopców idących na mszę. W odpowiedzi słyszeli: Co nas matka nauczyła, to dla nas święte. Tak, oni są otumanieni religijnym duchem i nic tu nie zdziałamy, rozmawiali miedzy sobą obcy. Jedni z nich tłumaczyli swoim kolegom, że to taki miejscowy zwyczaj, religijne święto. Krytykujcie, krytykujcie", odpowiadali nasi chłopcy. I tak nam nic nie możecie zrobić.

Ukończenie siódmej klasy w roku 1949, bardzo się wówczas liczyło. Dlatego przed końcem roku szkolnego, rozpoczęła się akcja zapisywania młodzieży do Komsomołu. Proszono, namawiano ich do zapisywania się, a opornym grożono, że jak się nie zapiszą, to nie ukończą siódmej klasy i zabierze ich armia. Tak właśnie powiedziano dwóm chłopcom z jednej z wiosek naszej gminy. Jeżeli się nie zapiszecie, to nie ukończycie szkoły. Ach tak! To my od jutra nie przychodzimy na zajęcia! Odpowiedzieli oni. Nauczycieli zatkało i na ich twarzach było widać zdumienie. Przestraszone tą sytuacją koleżanki zaczęły popłakiwać. My od jutra nie przyjdziemy do szkoły i co nam zrobicie?". Odpowiedzieli chłopcy jeszcze raz i roześmiali się. Byli jedynymi uczniami ze swojej wioski w ostatniej klasie oprócz dziewczyn. Zdawali sobie sprawę, że szkoła nie będzie chciała aby w razie konfliktu, sprawa stała się głośna i wyszła poza nią. No, jeżeli nie chcecie się zapisać do Komsomołu to wasza sprawa, ale do szkoły prosimy przychodzić=. Odpowiedziano im.

Gdy kończyli szkołę mieli po 19 lat i groziło im powołanie do wojska, do którego za nic nie chcieli iść. Próbowali różnych sposobów uniknięcia służby. Jeden z nich za każdym razem, gdy przynoszono mu powiadomienie o zgłoszeniu się po odbiór karty powołania, kazał przekazywać przez rodzinę, że jest akurat w ważnych sprawach na Litwie. Inny zdobył dane osoby, która właśnie zmarła w jednej z wiosek dziewieniskiej gminy i udawał ją na swoim terenie. Dwóch kolegów postanowiło po prostu się chować. Od jesieni 1949 roku do stycznia 1950 roku spali w stodole jednej z wiosek. W olbrzymich stogach siana w miejscach najmniej dostępnych, porobili długie korytarze i głęboko ukryte kryjówki. Następnie przeszli na stronę litewską i w jednej z wiosek zamelinowali się na dłużej. Tak przetrwali prawie dwa lata robiąc różne rzeczy. I nikt ich nie wydał chociaż wiedziano, przed czym się chowają. W końcu po wielu przemyśleniach ujawnili się. Poszli na miejscową milicję a następnie do wojskowej komendy poborowej. Ach wy tacy owacy! Ach wy bandyci! My was tu zaraz...!" Naskoczono na nich, aż im ciarki przeszły po plecach i poczuli duży strach. Na tyle byli jednak opanowani i świadomi swoich czynów, że odpowiedzieli: Zgłosiliśmy się sami. Z bronią nikt nas nie widział ani nie ujął. Nie jesteśmy więc bandytami. Gdybyśmy ją mieli i chcielibyście nas ująć, to nie daliśmy by się wziąć żywymi. A co mieliśmy robić? Byliśmy tuż przed ukończeniem szkoły a tu nagle chciała nas zabrać armia. Myślicie, że nauka nasza była łatwa? Że chodzenie zimą sześć kilometrów do szkoły to była przyjemność?". I tak jakoś argumentując uniknęli kary, ale nie uniknęli służby, która byśmy dzisiaj nazwali zastępczą.

Trafili na trzy lata do jednostek budowlanych, do Autonomicznej Republiki Tatarskiej. Wraz z nimi pojechało więcej chłopaków z sobotnickiej gminy, z Iwia i innych miejscowości powiatu. Wśród tej młodzieży byli tacy, którzy się od wojska uchylali i tacy, którzy ze względu na stan zdrowia mieli obniżoną kategorię jak mój wujek Albin. Żyli bardzo dobrze przez ten długi czas, mimo że daleko od domu. Za zarobione pieniądze musieli sami się utrzymywać: żywić i płacić za hotel robotniczy. Wpierw otrzymywali po 600 rubli, a później w specjalnej brygadzie składającej rurociągi po 900 rubli. Na owe czasy początku lat pięćdziesiątych były to bardzo duże sumy. Piwo kosztowało 1,20 rubla, pół litra wódki 2,10 rubla, żywność też nie była droga na ich zarobki. Na początku mieli pewne zatargi z miejscową ludnością, ale że nas chłopcy nie pozwolą sobie w kaszę dmuchać, stosunki szybko się unormowały. Rodziny przysyłały im paczki w niewielkich drewnianych skrzynkach a Tatarzy dziwili się, że słonina której nie jedli może być taka gruba. W paczkach była też szynka i samogon wlany do dużej, gumowej butelki termoforowej. Wujek Albin wraz z kolegą kupili maszynę do szycia i dodatkowo zarabiali. Paru z nich jako bardziej godni zaufania niż miejscowi, zostało wysłanych do Moskwy w delegację do budowy dużego sklepu. Zarabiali po 1200 rubli miesięcznie plus 300 rubli delegacji. Moskwa wywarła na nich ogromne wrażenie przede wszystkim swoim bogatym zaopatrzeniem sklepów. Na przykład kiełbas w nich było tyle, co u dobrego gospodarza drzewa w drewutni. Złota obrączka kosztowała 52 ruble, butelka szampana 1,20 rubla. Zwiedzili za specjalnymi przepustkami mauzoleum, gdzie obok Lenina spoczywał już Stalin. Mogli zostać dłużej, ale nie chcieli.

W 1955 roku miała miejsce pierwsza promocja uczniów średniej szkoły w Sobotnikach. Jej dyrektorem był wówczas A. Gonczenko a nauczycielami: Lidia Gierasimowicz, Szura Jodziewicz, F. Murawjow, I. Tołkacziowa, Drabyszewski, Dranicki, R. Nieczaj, Borowikow, Zofia Charytanowicz. Pierwszymi absolwentami byli: Kazimierz Poźniak, Bolesław Hryniuk, Stanisław Hryniuk, Janina Wasilewska, Józef Rusakiewicz, Zdzisław Biblis, Janina Karawacka, Bolesław Aniśkiewicz, Genowefa Jusiel i inni. Niektórzy zostali na ziemi rodzinnej, inni wyjechali do Polski a jeszcze inni rozjechali się po wielkim kraju sowieckim. Takie są ludzkie losy.

Tak jak dzieci do pionierów, młodzież do komsomołu, to dorosłych szczególnie tych, którzy pełnili jakieś funkcje w gminie lub kołchozie, namawiano do wstąpienia do partii. Tak było z Marcinkiewiczem, który był brygadzistą w kołchozie, a później składnikiem w Korejwiczach. Migał się chłop jak mógł odpowiadając na kolejne namowy: że nie przeczytałem jeszcze Marksa i Engelsa, nie znam historii partii, muszę się dobrze przygotować. W końcu widząc, że się w ten sposób nie wykręci, wpadł na inny pomysł. Dobrze, powiedział. Zapiszę się. Powiedzcie, co mam zrobić?. Napisz swoją autobiografię. Odpowiedziano mu. Napisał taką w której było: Mam stryjeczną siostrę w USA, jej syn jest oficerem w 6 Flocie Pacyfiku, córka pracuje w banku w Nowym Jorku. Gdy zaniósł pismo powiedziano mu, że dadzą znać kiedy ma się zgłosić na pierwsze zebranie. Nikt do niego jednak w sprawie zapisania się do partii już nie zwrócił. To był dobry pomysł, gdyż wiele osób miało krewnych za granicą, którzy tam wyjechali przed wojną i zostali. Można też było zaryzykować i skłamać, że się posiada rodzinę w kapitalistycznym świecie.

Kołchoz w Sobotnikach nie powstał od razu po wojnie, lecz w roku 1949 i nadano mu imię Nowe Życie. W 1964 roku został przekształcony na sowchoz a od 1970 roku znowu został kołchozem. Gospodarzono jeszcze na swoim. Tworzenie nowej własności rolnej zostało poprzedzone akcją propagandowo-agitacyjną mającą ukazać dobrodziejstwa płynące z przekazania ziemi państwu. Ludzie zdawali sobie jednak sprawę, co to takiego kołchoz, że zabiorą im ziemię, narzędzia pracy. Z posiadaczy nawet niewielkich kawałków roli, zostaną przymusowymi wyrobnikami uzależnionymi całkowicie od państwa. Zebrania agitacyjne za kolektywizacją były często rozbijane przez Jusiela i jego ludzi chodzących jeszcze z bronią a wcześniej przez Wacka Szawiołę z wioski Szawioły. Losy tych ludzi i ich rodzin zakończyły się tragicznie.

W gospodarstwach pojawiały się komisje mające na celu zbadanie stanu posiadania i dokonania dobrowolnego zapisu do kołchozu. Ludzie w porę ostrzeżeni starali się wówczas ukryć część swojego dobytku i zwierząt, uciekając z nimi do lasu. Na przykład w Rybakach była specjalna duża jama, w której chowano świnie. Szczególnie ostra nagonka na zapisy była w kwietniu, maju i czerwcu 1949 roku. Były też osoby, które zgłaszały się same do kołchozu i za to otrzymywały nagrody pieniężne. Sami przed tym nic bądź niewiele posiadali. Uważali, że przy nowej władzy się wzbogacą, otrzymają jakieś funkcje. Zazdrościli też innym, którzy przed wojną posiadali większy areał, dlatego ochoczo pomagali w wymierzaniu ziemi sąsiada, kiedy ją zabierano do kołchozu. Osoby, które pełniły różne funkcje w urzędzie gminy, odwiedzały gospodarstwa dokonując spisu inwentarza. W zamian za nie zapisanie na przykład drugiej krowy trzeba było im się okupić wódką, słoniną czy ziarnem. Nie pomijali nawet uboższych rodzin.

Było wśród nich dwóch sobotnickich Żydów którzy przeżyli wojnę: Jedwab i Lejba zwany Lową. Jedwab przechował się przed Niemcami w miasteczku i zatrudnił w gminie jako mierniczy. Dobrze znał miejscowych ludzi. Wiedział do kogo i ile przed wojną należało ziemi, czy była to ziemia kupiona czy dzierżawiona. Jego wiadomości były cenne kiedy tworzono kołchoz. Z kolei Lowa, który uciekł z iwiejskiego getta, dostał karabin i chodził zbierać podatki. Ludzie dopiero co podnosili spalone domy, zniszczone gospodarstwa. Trudno lub wręcz niemożliwym było im płacić podatki. Dlatego bardzo niechętnym okiem patrzyli na tych dwóch współmieszkańców, którzy ochoczo i skrupulatnie wypełniali swoje obowiązki.

Także jeden z rodowitych sobotniczan szczególnie dał się we znaki swoim ziomkom. Przyszedł raz z Rosjaninem pracującym w gminie na kontrolę do jednego z gospodarstw. W domu kazał podać coś do zjedzenia. Gospodyni przygotowała to co miała, zupę mleczną na kaszy gryczanej. Ów zaczął wydziwiać, że w zupie są plewy, że jak można tak kiepsko ich gościć. Był tak chamski, że jego towarzysz nie wytrzymał i kazał mu iść won. Ta sama osoba zobaczyła raz, że dwóm dziewczynkom pasącym konie nie udało ich upilnować i weszły one na kołchozowe pole. Uderzył je kilka razy batem po plecach i zarekwirował zwierzęta. Trzeba je był potem wykupywać. O dziewczynkach pogardliwie wyrażał się: Ach wy Palaczki, a sam był Polakiem. Także jedna z kobiet zachowywała się niegodziwie, gdyż donosiła na rodaków. Wywoływało to niechęć do niej nawet wśród niektórych Rosjan. Doszło do tego, że jeden z nich weterynarz, przyłapał kobietę jak brała wodę ze studni, zadarł jej spódnicę do góry i opieczętował tyłek swoim znakiem. Przykre było, że tak się zachowywali swoi. Minęło od tamtych wydarzeń tyle lat. Jednak jak mi powiedziano w Sobotnikach coś za serce chwytało, kiedy spotykało się żyjącego jeszcze przedstawiciela ówczesnej władzy. Rosjanie na Polaków w Sobotnikach mówili Przeki. Bardzo nie lubili, kiedy zwracano się do nich po polsku. Lodzia Tuczkowska spotkała na drodze nieznajomego pensjonariusza sanatorium gęsto obwieszonego medalami. Proszę pana!. Chciała go o coś zapytać. Ten się obruszył. Co, ja tobie pan? Towarzyszu!. Poprawiła się dziewczynka. Co, ja z tobą świnie pasłem?. Po wojnie znalazł się w Sobotnikach Kuchta, który pełnił funkcję milicjanta. Też chodził na różne kontrole, ale był ludzki i można było załatwić z nim pozytywnie różne sprawy.

Do kołchozu zabrano wpierw ziemię w Sobotnikach i najbliższym otoczeniu, zostawiając na razie kolonie i wioski. Obłożono je jednak tak dużym podatkiem, że aby go zapłacić mój ojciec i inni wozili mięso baranie i słoninę pociągiem z Juraciszek do Mińska. Trzeba też było zdawać dla państwa odpowiednią ilość ziarna żyta i owsa wioząc je do stacji Gawia, 200 litrów mleka. Była też norma na ziemniaki, masło, mięso i len, nawet jeżeli go nie posiałeś. Ludzie szli w niedzielę do kościoła i stawali wpierw w kolejce do mleczarni, aby zdać kawałek masła. Kto nie miał mleka musiał w zamian dać słoninę, tłuszcz barani lub świński, jajka w przeliczeniu dwa za jeden litr mleka. Tłuszcz przetapiano w mleczarni do stulitrowych beczek i wywożono do magazynów w Mołodecznie. Przeznaczony on był głównie na potrzeby wojska i szpitali. Jeżeli zbliżał się koniec okresu ważności dawano go do sprzedaży. Z tłuszczu, który nie nadawał się już do sprzedaży robiono mydło. Jeżeli niektórzy ludzie nie mieli na przykład mięsa a sąsiad sprzedawał krowę, to płacono jemu za odpowiednią część i on zdawał całe zwierzę. I nie było tak, aby nie można było zdać swojej normy z jakiegoś produktu. Jak ktoś nie wymłócił swojego zboża i nie oddał części, to jak mówią przyjeżdżali, sami młócili i zabierali. Za wszystko to bardzo mało płacono, a na następny rok normy były wyższe, na kolejny jeszcze wyższe. Ludzie nie mieli pieniędzy na obsianie posiadanej ziemi, coraz trudniej było im znosić narzucone podatki i kontyngenty. I tak było aż do powstania kołchozów i sowchozów.

Jako pierwszy i to już w 1940 roku powstał sowchoz Żemłosław, na bazie największego majątku w naszej gminie. W majątkach mniejszych powstały kołchozy w Kwiatkowcach im. Stalina i w Pogawiu im. Lenina. W 1945 roku zostały one reaktywowane, a następnie zakładano kolejne w prawie wszystkich wioskach naszej gminy. W 1949 roku w Sobotnikach pod nazwą Nowe Życie, w Jakuni im. Stalina, w Borowikach im. Dmitrowa. W 1950 roku w Łyntupi Brzask, w Szarkuciach 1 Maja, w Rudzewszczyźnie Pogranicznik, w Rybakach Bohater Pracy, w Nowosadach im. Rokosowskiego, w Ślesarach Jasna Droga, w Taruciach im. Stalina, w Żemajtukach Praca, w Zalesiu Pogranicznik, w Jodzieńcach Bohater Pracy. W 1951 roku w Kudejszach Czerwona Gwiazda. W 1952 roku w Białymszczyźnie im. Puszkina, w Wasilewiczach Zwycięstwo, w Czechowcach im. Czechowa, w Annopolu im. Żdanowa, w Wiguszkach im. Kołasa, w Wysockich Nowy Swiat, w Girowiczach im. Woroszyłowa, w Hucie Nowa Huta, w Dobrowlanach Brzask, w Dowgiałowszczyźnie im. Czapajewa, w Mażulach Jasna Droga, w Kisłych 1 Maja, w Ławkienikach im. Suworowa, w Chilewiczach im. Ponomarenki, w Narbutach im. Dzierżyńskiego, w Byczkach Zorza, w Wodolach Bojownik, w Podworańcach Za Pokój, w Piertrymanowszczyźnie Czerwony Kłos. W 1953 roku w Dobroplou powstał Pogranicznik. Kołchozy jak widać organizowano w każdej wiosce i było ich tyle, że ich twórcom zbrakło dla nich oryginalnych nazw. Z czasem te wioskowe kołchozy uległy likwidacji i po różnych zmianach mamy w naszej gminie kołchozy w Sobotnikach i Żemłosławiu.

W stosunku do osób, które nie chciały dobrowolnie wstąpić do kołchozu, władze stosowały metodę zastraszania. Wezwano raz do urzędu gminy Józefa Narona, Korwiela, Tuczkowskich, Kuprela i innych nieugiętych i dobrych gospodarzy. Naronowi powiedziano, że jak się nie zapisze do kołchozu to poświadczą, iż pod kościołem prowadzi antyradziecką propagandę. Będzie sądzony i wywieziony z rodziną na Sybir. Jeszcze wcześniej jego i Feliksa Kaweckiego zawezwano do Lidy na rozmowę, ponieważ jawnie okazywali swoją niechęć do władzy. Kierownikowi młyna Konstantemu Kozłowskiemu grożono wywiezieniem na Sybir jak jego ojca na Ukrainie, jeżeli nie wstąpi do kołchozu. Wśród niektórych osób groźbę zsyłki spełniono. Z Podworańców 25 marca 1949 roku zesłano rodzinę Prantkiewiczów, z Huty 1 kwietnia 1951 roku zesłano Hannę Szymakowską, z Jakuni rodzinę Suchejdów, z Sobotnik 19 kwietnia 1952 roku Bronisławę Szczepanowicz, z Galimszczyzny rodzinę Bigielów.

Ludzi na Sybir zsyłano także za inne rzeczy. Jeden z rolnik ze wsi Machały miał broszurę, w której była napisana prawda o sowieckiej zbrodni w Katyniu. Dostał za nią 25 lat, z czego odsiedział 12. Trzy lata już można było dostać za dziaruhę siana zabraną z kołchozowego pola. Zdarzały się także poważne akcje sabotażowe przeciwko nowej władzy, jak spiłowanie słupów niskiego napięcia koło Pietrymanowszczyzny. Pech chciał, że osoba, która to uczyniła zgubiła w pobliży dokumenty. Została złapana i srodze ukarana. Gdy groźby nie odnosiły skutku, starano się zmuszać ludzi siłą, karać ich. Stś Tuczkowski Zygmul dostał nakaz wycięcia 100 m3 drewna z lasu koło Bakszt. Nie dałby rady bez pomocy Antka Tuczkowskiego i Stasia Syczewskiego. Tata mój też w takiej pracy uczestniczył, odrabiając za swojego ojca. Jechało się na tydzień, brało ze sobą jedzenie, prosiło o nocleg u obcych. Była zima i wielki mróz, każdy miał ze sobą kożuch do kostek i wojłoki na nogach. Spiłowane drzewa klony, świerki, sosny padając łamały się z hukiem na drzazgi. Trzeba było to jeszcze odwieźć 30 km na stację kolejową do Juraciszek. Cała praca była za darmo. Nie udało się raz zmusić Zygmula spróbowano drugi. Dostał nakaz pracy do Archangielska. Zygmul załatwił jakoś zdjęcie rentgenowskie chorego człowieka i z nim pojechał. W Archangielsku popatrzeli na rentgena i powiedzieli, że im chorych nie potrzeba i Zygmul wrócił do domu.

W różny sposób próbowano łamać ludzi. Gdy dla niektórych rodzin nie było już wyjścia, zapisywały się do kołchozu. Michalina Kononowicz Kaczaniszka zanim to uczyniła, poszła pomodlić się przed świętym obrazem. Byli jednak tacy jak właśnie Zygmul, bracia Michał i Stanisław Tuczkowscy (Froły), Michał Juchniewicz, Stanisław Juchniewicz i inni, którzy się nie dali. Mimo kontroli siali i obrabiali nawet nocami leżącą odłogiem ziemię, także i tym, którzy o to prosili. Najmowali się do różnych robót, na przykład zimą wozili lód ze stawu młyńskiego do szpitala. Zygmul, przedwojenny ułan i znawca koni miał pod opieką zarodowego ogiera Pińsk. Pilnował z nim kołchozowego sadu. Błażej Grażyński był dobrym szewcem. Nie mógł mieć prywatnego warsztatu jak przed wojną. A gdyby nawet, to i tak zjadłyby go podatki. W swoim domu miał w jednym z pokoi podwójną ścianę. Umieścił tam warsztat szewski i po kryjomu reperował i robił buty. Tak niektórzy wytrwali do czasu wyjazdu do Polski. W pierwszych latach powojennych było spore zapotrzebowanie na usługi kowalskie. Kontynuowały swą działalność kuźnie przedwojenne i powstało kilka nowych. Prowadzili je: Antoni Minko w Sobotnikach, Jan Mackiewicz na kolonii, Kazimierz Sienkiewicz w Rybakach, Leonard Dubicki w Dowgiałowszczyźnie, Władysław i Stanisław Karpuciowie w Kisłych, Misa w Jodzieńcach. Przetrwały on do czasu wprowadzenia kołchozów.

W końcu cała ziemia prywatna została dobrowolnie oddana kołchozowi a także narzędzia pracy na niej: pługi, brony, konie z uprzężą i wozami, stodoły, obsiane pola. Później za Chruszczowa ludzie na wsi nie mieli posiadać krów, świń ani nawet kur. Wszystko miał im zapewnić kołchoz. Jak wspomina moja mama, przewodniczący kołchozu Smirnow przyjeżdżał podpity na kolonię do dziadka Jana i zataczając ręką wokoło wołał, że to wszystko teraz jego. A dziadek, który nie należał do odważnych bał się wyjść za stodołę na swoje do wczoraj pole, aby choć trochę zebrać dla potrzebującej żywioły. Mama dziadka Maria Jurgielewicz pochodziła z Czarnel. Jej siostra wyszła przed wojną za bogatego chłopa Dramzę, który miał 40 ha ziemi. Bolszewicy zabrali wszystko. Rodzina była liczna i troje z kilkoro dzieci matka musiała oddać do domu dziecka, gdyż nie była w stanie wyżywić wszystkich.

Szykany i represje jakim poddawano ludzi podczas kolektywizacji, stawiały ich często w sytuacjach dramatycznych. Na Grodzieńszczyźnie niektórzy opuszczali wioski i wyjeżdżali do miast, a inni szli walczyć przeciw Sowietom do leśnych oddziałów.

Praca w kołchozie była bardzo ciężka i przymusowa. Walenty Tuczkowski Wincuk pracował na pierwszych wprowadzonych traktorach. Nie posiadały one żadnejPraca w kołchozie była bardzo ciężka i przymusowa. Walenty Tuczkowski (Wincuk) pracował naosłony dla kierowcy. To była harówka w upalne letnie dni, w kłębach unoszącego się pyłu, w deszczową niepogodę. Jedynym lekarstwem, które pomagało to przetrzymać tym przecież twardym ludziom był samogon. Zarobki w kołchozie były kiepskie a właściwie ich nie było, gdyż za pracę płacono pod koniec roku i nie pieniędzmi, które do rozliczeń weszły później a ziarnem. Normą jej wykonania był tak zwany trudadzień. Płacono za nią 3 kg ziarna, które otrzymywało się dopiero późną jesienią. Traktorzysta który na przykład zaorał w dniu 3,5 ha ziemi otrzymywał ziarno za 5 trudadni.

W kołchozie nie można było wypracować sobie emerytury. Te z kolei były w sowchozie w Żemłosławiu. Sowchoz powstawał na ziemi, która przed wojną tworzyła jeden wielki majątek jak w Żemłosław, a ludzie nie mieli własnej ziemi, byli robotnikami najemnymi, parobkami. Płacono im regularnie, mieli dowody osobiste dzięki czemu mogli swobodnie się poruszać. Tata pracował w młynie, który należał do Żemłosławia, miał te przywileje, a wypłatę otrzymywał pieniędzmi. A że w młynie zdarzały się fuchy, uważany był za młodzieńca z przyszłością. Może dlatego został ojcem chrzestnym aż trzynaściorga dzieci. Tata dokładał starań, aby jego mąka była najlepszej jakości. Żytnia mąka wyglądała jak tortowa, a upieczony chleb podobny był do słońca. Pierwszym kierownikiem młyna po wojnie był pochodzący z Ukrainy Konstanty Kozłowski, który trafił do naszego miasteczka z frontu. Gdy wyjechał do rodzinnych stron jego miejsce zajął Józef Wasilewski z Huty.

Do kołchozów należeli chłopi, którzy przed wojną posiadali własną ziemię. Jeżeli przekazali ją dobrowolnie to otrzymywali przydomowe działki wielkości 45 arów118, jeżeli nie to trzykrotnie mniej. Było tego tak mało, że obsiewano ziemię nawet koło domu. Mimo to wielu broniło się jak mogło przed kołchozową koniecznością. Pewnego dnia Lodzia córka Michała Froła dowiedziała się, że nazajutrz kombajny mają wejść na ich ośmiohektarowe pole, skosić i zabrać plon do kołchozu. W nocy cała rodzina poszła żąć zboże sierpami. Oczywiście tą techniką niewiele mogli zdziałać. Michał przerwał pracę, machnał ręk i powiedział: A job ich mać! Pierwsze kołchozy nie posiadały własnych traktorów i innych maszyn do uprawy ziemi. Ich pola obrabiały MTSy (bazy maszynowo-transportowe, których odpowiednikiem są kółka rolnicze). Najbliższy MTS był w Lipniszkach. Za swą pracę otrzymywał ziarno dowożone do stacji Gawia. Z biegiem czasu kołchozy zaczęły kupować maszyny i MTSy przekształciły się w RTSy (bazy remontowe).

Maria Ginda córka Stanisława Storty i Marii Sienkiewicz wspomina lata pięćdziesiąte w Rybakach. W tej niewielkiej wiosce z piaszczystą ziemią mieszkali małorolni gospodarze. Ojciec jej był stolarzem przy budowie domów w Sobotnikach a następnie pracował w sanatorium, czyli przedwojennym szpitalu. Maria nosiła ojcu do pracy skromny posiłek w postaci mleka i blinów. Ojciec nie chciał zapisać się do kołchozu. Pewnego dnia przyjechała ekipa czerwonych aktywistów z miasteczka i spod okien zabrała pszczele ule i siano z pola. Trzeba było sprzedać krowę a w rodzinie zapanował głód. Do czasu wyjazdu do Polski w tej trudnej sytuacji pomagała im rodzina, dobrzy ludzie w tym dr Tamara Kulikowa, która ukradkiem dawała ojcu chleb dla dzieci. W rodzinach wielodzietnych panowała trudna sytuacja. Był głód, brakowało odzieży na zmianę. Matki prały wieczorami ubrania dzieci i wieszały przy ciepłym piecu, aby nazajutrz miały się one w co ubrać.

Koniec wojny a w jej wyniku zmiana granic i zupełnie nowa rzeczywistość sowiecka spowodowały emigrację znacznej części ludności polskiej do kraju. Wśród niej znaleźli się też mieszkańcy Sobotnik i gminy. Część z nich wyjechała już w 1944 roku i zaraz po wojnie obawiając się represji ze strony nowych władz za na przykład przynależność lub sympatię do AK, za okazywany jawny niechętny stosunek do sowietów już za pierwszej ich bytności, za pełnienie różnych funkcji w gminie nakazanych przez okupanta niemieckiego, czy też po prostu zdając sobie sprawę jak będzie wyglądało ich życie w nowej rzeczywistości. Wyjeżdżały też rodziny, które w przedwojennej Polsce żyły bardzo biednie.

Takim przykładem była wieś Wodole. Ziemia uprawna ciągnęła się tam w długich i wąskich kawałkach zwanych sznurami. Trudno ją było podzielić w spadku po rodzicach. Dziewczęta z innych wiosek nie chciały wychodzić za mąż do Wodoli, nie było do czego. Mówiono: U Wadoli wieś bez doli, U Wadoli wodki bolej. Wielu mieszkańców tej wsi wyjechało po wojnie na tak zwane Ziemie Odzyskane. Z niewielkiej wioski Jakuń nic już nie zostało. Zamieszkana była głównie przez rodziny o nazwisku Niechwiadowicz, ale nie jesteśmy ze sobą spokrewnieni jak twierdzi tata. Większość jej mieszkańców wyjechała do Polski, niektórzy znaleźli nowe miejsca na Białorusi czy w innym kraju ZSRR. Jan Niechwiadowicz był gajowym w iwiejskich lasach hrabiego Zamojskiego. 10 lutego 1940 roku zostałwraz z rodziną wywieziony na Syberię do obwodu irkuckiego. Po powrocie ze zesłania chciał zamieszkać w rodzinnej wiosce, ale mu nie pozwolono.

Ludzie mieli poważne dylematy czy zostawić ojcowiznę, rodzinny dom, groby bliskich i wyjechać w nieznane czy pozostać. W pierwszych latach powojennych niejeden uważał, że rzeczywistość zmieni się, że powróci Polska. W rodzinach dochodziło do dramatycznych rozstań. Nie wszyscy otrzymywali zgodę na wyjazd. Starsze osoby często się oto nie ubiegały. Było wiele przypadków podobnych do Jana Raksy z Łyntupi, gdzie serce jak pępowina łącząca z ziemią ojców okazywały się silniejsze. Był on głową rodziny, która w 1958 roku miała wyjechać do Polski. Jan w ostatniej chwili wysiadł z pociągu czekającego na odjazd ze stacji Gawia. Do płaczących żony i córki Jadwigi powiedział: Nie jadę, nie mogę zostawić ziemi rodzinnej. Wrócił i zajął się odnawianiem opuszczonego gospodarstwa, niewielkiej pasieki. Uczył miejscowe dzieci języka polskiego, do którego książki przesyłała mu z Polski córka Halina. Halina ukończyła przed wojna szkołę handlową i pracowała w Warszawie u swojej ciotki Antoniny Kurako. Brała udział w obronie stolicy w 1939 roku a w czasie okupacji niemieckiej działała w konspiracji. W Powstaniu Warszawskim119 była sanitariuszką a po jego upadku przeszła przez obozy w Oświęcimiu, Rawesbrucku i Zichtenhauzen.

Ci, co chcieli wyjeżdżać oprócz lęku przed nieznanym obawiali się Niemców. Znajdowali się oni jeszcze bądź wracali na tereny, na który wysyłano Polaków. Ale o dziwo, Niemcy nie traktowali kresowian wrogo, wiedząc, że są oni tułaczami z nie własnej woli. Łączył ich podobny los ludzi zmuszonych do opuszczenia ziemi, gdzie ich rodziny mieszkały od wieków.

Państwo polskie po wojnie miało być jednolitym narodowo. Dlatego też w miejsce przymusowo wysiedlanych Niemców z Ziem Zachodnich, zaczęli napływać głównie ze Wschodu Polacy. Odbywało to się na zasadzie umów z Białoruską i Ukraińską z dnia 9 września 1944 roku, oraz Litewską Socjalistyczną Republiką Radziecką z 22 września 1944 roku. Przesiedlani Polacy mieli możliwość wyboru miejsca osiedlenia. Otrzymywali odszkodowanie za mienie pozostawione na Wschodzie, w formie gospodarstwa wiejskiego lub nieruchomości miejskiej. Wyjeżdżająca rodzina mogła zabrać ze sobą dwie tony bagażu. Dla porównania przesiedlani Niemcy mogli początkowo zabrać od 20 do 50 kg bagażu na osobę, później trochę więcej. W 1944 roku z Białorusi wyjeżdżały na dziko te osoby, które czuły się bezpośrednio zagrożone represjami sowieckimi. Oficjalnie z BSRR w 1945 roku wyjechało 135 654 osób, w 1946 roku 136 419 osób. Przesiedlenia praktycznie zakończyły się w połowie 1946 roku. Ogółem w latach 1944-1948 z Litwy, Białorusi, Ukrainy i z głębi ZSRR przesiedlono oficjalnie 1518 tysięcy osób. Do tego należałoby doliczyć bardzo prawdopodobna grupę 200 000 tak zwanych dzikich przesiedleńców.

Kolejna mniejsza fala repatriacji, w której uczestniczyła także moja rodzina, została zapoczątkowana deklaracją polsko-sowiecką z 18 listopada 1956 roku. 25 marca 1957 roku Polska i ZSRR podpisała umowę w sprawie terminu i trybu kolejnej repatriacji z ZSRR osób narodowości polskiej. W sumie w latach 1957 - 1959 wyjechało do Polski około 270 tysięcy osób. Nadal jednak na teranie całego Związku Radzieckiego pozostało wielu Polaków. Ci na Kresach Wschodnich zostali na ojcowiźnie, ziemi rodzinnej. Inni pozbawieni nawet tego przebywali w różnych miejscach zesłań, często bez prawa powrotu w rodzinne strony.

Mówiąc czy pisząc o repatriantach, karcie repatriacyjnej, układach repatriacyjnych, zastanówmy się na chwilę czy to słowo używane powszechnie jest właściwe. Repatriacja to powrót do kraju jeńców wojennych, osób internowanych, wysiedlonych, przesiedleńców. Repatriant to obywatel jakiegoś kraju powracający do ojczyzny po długoletnim pobycie na obczyźnie. Repatriować to przesiedlać do kraju kogoś przebywającego dłuższy czas na obczyźnie. Tak, ludzie zesłani na Sybir przebywali na obczyźnie, ale tylko nieliczni wrócili do swojej ojczyzny, z której pochodzili i ich możemy nazwać repatriantami. Ojczyzna to nie tylko terytorium otoczone umowną granicą państwa, która dzisiaj jest taka a jutro może się zmienić. Ojczyzna to też miejscowość, w której się urodziłeś i twoi przodkowie. To siedlisko i kolebka twojej rodziny. To dom rodzinny, w którym stawiałeś pierwsze kroki, kościół w którym zostałeś ochrzczony, szkoła do której chodziłeś, rzeka w której kąpałeś się, cmentarz z grobami przodków. Gdy jednego Wilnianina przybyłego zaraz po wojnie do Krakowa zapytano, po co przyjechał do Polski, czyż nie lepiej było zostać w Wilnie, ten zdębiał. To Wilno to już nie Polska? To skąd ja przyjechałem?. Uważam, że właściwym słowem dla powojennych procesów przesiedleń ludności polskiej z Kresów do kraju, Niemców z Ziem Zachodnich i innych narodowości zamieszkujących Polskę jest ekspatriacja. Słowo to oznacza przymusowe lub dobrowolne opuszczenie ojczyzny, zerwanie z krajem. Ekspatriować, to usuwać kogoś przymusowo poza granice ojczyzny. Ja jestem ekspatriantem.

Odnośnie podpisanych układów ekspatriacyjnych jest jedna bardzo ważna rzecz, którą należy przedstawić. Przedwojenne obywatelstwo polskie, które miało być podstawą wyjazdu do kraju, sowieci interpretowali jako obywatelstwo narodowościowe. Tym samym wyłączyli z tej akcji osoby narodowości innej niż polska i żydowska, mimo że legitymowały się one polskim obywatelstwem i mieszkałyprzed 17 września 1939 roku na terenie państwa polskiego. Z drugiej strony przymusowo ewakuowano na Wschód z terenów państwa polskiego w nowych jego granicach, część ludności narodowości białoruskiej, ukraińskiej, litewskiej, rusińskiej. Ludzie ci mieli obywatelstwo polskie a podczas wojny często dawali przykład wierności swojej ojczyźnie. Polska Ludowa się ich pozbywała, nie upominając się o ich braci i jednocześnie swoich obywateli, którzy zostali po drugiej stronie granicy.

Ta wielka migracja ludzi w latach 1944 - 48 daleka była od idylli, jaką nieraz oglądaliśmy w filmach fabularnych. Władze wymienionych republik często utrudniały a nawet sabotowały wyjazdy, szczególnie w odniesieniu do rejonów wiejskich. Podróże trwały nieraz wiele tygodni, a w miesiącach jesienno - zimowych często zbierały tragiczne żniwo. W ciągu roku z Białorusi wyjechało jedynie 100 tysięcy osób, głównie z powodu braku transportu. Na przykład w lutym 1946 roku na stacjach Głębokie i Woropajewo w powiecie postawskim, prawie 100 rodzin oczekiwało pod gołym niebem i na dużym mrozie 6 tygodni na wagony. Często polski chłop z braku dokumentów, które by uznały władze sowieckie, nie mógł udowodnić swojej polskości. Musiał wtedy zapłacić pokaźną kwotę, aby wrócić do kraju. Brak w przedwojennych dowodach osobistych wpisanej narodowości powodował, że tysiące rodzin nie mogło zarejestrować się na wyjazd do Polski.

Był także okres, kiedy chłopi nie mogli tego uczynić nim nie zasiali pól, a po zasiewach, po pierwszym maja już nie rejestrowano, a z kolei dla zarejestrowanych nie było wagonów i znów trzeba było czekać. Nawet jak się już miało kartę ekspatriacyjną i uznane polskie obywatelstwo nie do rzadkości należały przypadki, że ich właściciela aresztowano i skazywano a rodzinę kierowano na tak zwaną spec zsyłkę w głąb ZSRR. W wielu miejscach ówczesnego Kraju Rad Polacy nie byli informowani o podpisaniu odpowiednich układów z państwem polskim. Dotyczyło to głównie lat 1945 - 46. Karta ekspatriacyjna po zakończeniu wyroku była argumentem w staraniach o powrót do kraju. Wielu Polaków jednak o tym nie widziało.

Ówczesne państwo polskie nie miało sprawnej administracji. Istniały olbrzymie trudności transportowe, a instytucje zajmujące się przesiedleńcami były często skorumpowane. Miejscowości do których kierowano ekspatriantów, były praktycznie okupowane przez Armię Czerwoną. Radzieccy komendanci miast i miasteczek faworyzowali ludność niemiecką, która jeszcze pozostawała na tych terenach, a żołnierze często dopuszczali się gwałtów i grabieży na ludności polskiej. Miasta, do których docierały transporty istniały często tylko na mapie tak były zniszczone jak na przykład Głogów. W Szczecinie, który mógł przyjąć dużo ekspatriantów nie było sklepów, zakładów, przemysłu, rzemiosła. Jak ekspatriantom było trudno i ciężko, że niektórzy chcieli wracać do domu, świadczą listy wysyłane do rodzin pozostałych na Kresach. Wyjazd na Ziemie Odzyskane był dla wielu tak silnym i ciężkim doświadczeniem, że do dzisiaj nie chcą go wspominać.

Michał Tuczkowski Froł starał się o wyjazd do Polski z chwilą zakończenia wojny, a zgodę uzyskał dopiero w 1959 roku. Załatwił ją za łapówkę. Jednym z decydentów w Iwiu był pewien kulawy Żyd. Podczas kolejnej wizyty Froła powiedział do niego pokazując dwa palce: Przynieś tyle pieniędzy a dostaniesz zgodę. Znaczyło to 2000 rubli, sporą sumę na tamte czasy. Michał pojawił się ponownie i wręczył urzędnikowi pieniądze. Co to jest?! Ten wykrzyknął. Miałeś przynieść 2000 a tu jest tylko 200 rubli! Nie speszony Froł odpowiedział: Pokazywałeś dwa palce a nie powiedziałeś ile. Sądziłem, że myślisz o 200 rublach, gdyż to dla mnie dużo pieniędzy. Zagniewany urzędnik wydał ostateczną zgodę na wyjazd, ale termin opuszczenia Białorusi dał do końca marca, 30 dni.

Michał Tuczkowski wraz z Michałem Juchniewiczem pracowali po wojnie w sklepie, gdzie ten ostatni był kierownikiem. Tak się stało, że mieli manko na 13000 rubli. Juchniewicz wziął całą winę na siebie. Otrzymał wyrok i został zesłany do kamieniołomów koło Czelabińska. Jeden dzień ciężkiej pracy tam odrobiony liczył się za dwa. Gdy dowiedział się o wyjazdach do Polski, napisał do władz, że jest Polakiem i chce wyjechać. Polskość miał udokumentowaną, co było podstawą starania się o ekspatriację. Odsiedział dwuletni wyrok i wrócił do Sobotnik. Sprzedał dom z częścią dobytku, licząc na szybkie załatwienie formalności. Nadzieje okazały się jednak płonne i Michał wraz z rodziną musieli długo czekać na pozytywną decyzję. Wraz z sześciorgiem dzieci zamieszkał w rozwalającym się chlewie. Żona Anna była chora a także najmłodsze dziecko, które codziennie nosił do szpitala. Michał pędził i sprzedawał samogon, aby mieć jakieś pieniądze na życie w oczekiwaniu na wyjazd. Wreszcie w marcu 1959 roku wyjechał wraz z rodziną do nowej Polski. Wacek Iwanowski też już był przygotowany do wyjazdu. Ktoś jednak doniósł przeciwko niemu do Iwia. Oryginalny polski dowód osobisty, który zdał w urzędzie nagle gdzieś przepadł. Wackowi nie pozwolono wyjechać argumentując, że nie może udowodnić swojego polskiego pochodzenia. Mieszka do dziś w Sobotnikach. Jest to jeden z wielu przykładów działania sowietów przeciw ekspatriacji Polaków do kraju. Domy po Polakach w naszej gminie kupowali i wywozili Ukraińcy. Belki z rozebranego budynku przepiłowywali wzdłuż na połowę i w ten sposób z jednego budynku stawiali u siebie dwa. Ściany dodatkowotynkowali.

Rodzina mojej mamy chciała wyjechać do Polski w 1946 roku, ale stanęła temu na przeszkodzie tragedia jaka się wydarzyła. Dziadkowie Konowiczowie, rodziny Józefa Narona, Leona Anuszka Lutusia i Wiktora Boguszewicza Franusika miały wyjechać razem. Babcia Wiktoria i Anuszek pojechali do Juraciszek po odbiór gotowych już dokumentów wyjazdu. Wróciwszy do Sobotnik wstąpili na chwilę do Naronów. Pani Naron była krawcową i szyła dla babci sukienkę ciążowa, atłasowo-granatową w białe krążki. Babcia była w zawansowanej ciąży, była bardzo ładną kobietą i ślicznie wyglądała w nowej sukience. Po przymiarce i posiłku udali się w raz z Leonem do swoich domów na kolonii położonych niedaleko siebie. Była jasna, księżycowa, marcowa noc. Trzymał mróz i leżało dużo śniegu. Nie doszli jednak do swoich domów. Zostali zastrzeleni przez miejscowego sowieckiego milicjanta, który niechętny był Polakom a szczególnie tym, którzy wyjeżdżali do kraju. Tej nocy pijany polował w okolicy z kompanami na wilki. Było to 12 marca 1946 roku.

Nastąpił trudny czas w życiu rodziny Kononowiczów. W domu oprócz dziadka i czworga rodzeństwa była jego siostra Jadwiga i matka Michalina. Obydwie nie miały jechać do Polski. W związku z wyjazdem pole choć nie małe, było prawie nie obsiane a część dobytku i zwierząt sprzedana. Dziadek wyciągnął z kufra dwa nakrycia i kapę, które spieniężył aby kupić pud ziarna. Tej nocy przyśniła mu się żona, pogroziła palcem i powiedziała, aby nic więcej nie sprzedawał, tylko podzielił na przyszłość między dzieci. Innym razem przyszła we śnie do domu i wykąpała dzieci. Gdy już mieszkaliśmy w Polsce w Żarach, babcia przyśniła się Marii Kursewiczowej z Łyntupi. Szła ulicą Zgorzelecką i pytała się ją o moją mamę: Nie widziałaś mojej Mańki, podobno gdzieś tu mieszka?

W osieroconej rodzinie na pierwsze skromne posiłki składała się między innymi zacierka żytnia i postne buraki. Najmłodsze z dzieci czteroletnia Władzia, przebywała parę dni w rodzinie Bahdziuli na ulicy Lipniskiej. Troskliwa pani Benedykta grzała jej pierzynę przy piecu i karmiła lepszym jedzeniem. Władzia powiedziała, że choć jest jej tutaj dobrze, to ona jednak woli buraczki u siebie w domu. Także Józef Dziadul zaproponował, że ją weźmie na pewien czas do siebie, ale ona nie chciała. Dzidek obsiewał coraz więcej ziemi, zbierał więcej plonów, ale i podatki musiał płacić większe. W końcu i on musiał zdać ziemię do kołchozu. Moja mama miała wówczas 13 lat i była najstarsza z rodzeństwa. Musiała pomagać w gospodarstwie, nawet bronować na bosaka. Jak się skaleczyła, to ranę jak mówi przysypała piaskiem i dalej pracowała. A jak nie chciała to dostała od ojca rózgą po łydkach i musiała robić. Musiała też myśleć o zdobyciu jakiegoś zawodu. Nauczyła się podstaw krawiectwa u Broni Boguszewicz, a że miała ku temu pewien dar została dobrą krawcową. Po pewnym czasie miała swoją maszynę do szycia, która rodzinę kosztowała krowę. Była to jednak inwestycja opłacalna, gdyż za mamy pracę ludzie płacili na przykład zbożem. Mama także przekazywała swoją wiedzę innym dziewczętom.

Prąd w Sobotnikach założono na przełomie lat 1959/60, a na kolonii u dziadka Jana około 1967 roku. Pamiętam światło lampy i zapach palącej się nafty, cienie na ścianie osób pochylonych nad stołem, czy kręcących się po kuchni. Pod koniec lat pięćdziesiątych rozebrano młyn na Gawii i przeniesiono do Żemłosławia, gdzie został przerobiony na zasilanie elektryczne. Wcześniej zmieniono bieg Matruny kierując ją prosto do Gawii. Ludzie trochę okrzepli po wojnie. Młodzież wieczorami zbierała się po domach i długo siedziała przy lampach naftowych. Dziewczęta szyły, wyszywały, rozmawiały i żartowały z chłopcami czasami aż do pierwszej w nocy. Mamy babcia Michalina wołała wówczas z łóżka: "Mania kończ szycie, nafty zabraknie!". Cieszono się zwykłymi, drobnymi sprawami. Na przykład tym, że ciocia Jadwiga w Dziewieniszkach kupiła za koguta kawałek perkalu dla mamy, z którego ona uszyła sobie spódniczkę na zabawę. Czternaście kilometrów do Dziewieniszek i z powrotem, ciocia pokonała oczywiście pieszo.

Młodzieży w miasteczku i na kolonii było tak dużo, że w niedziele wypływała z kościoła jak młoda fala, spacerując później długi czas pobliskimi uliczkami. W święta parafialne już po odpuście, młodzi zbierali się w umówionych miejscach aby porozmawiać, wypić przysłowiowy kieliszek wódki, spróbować upieczonych przez dziewczęta ciastek. Spójrzcie na fotografie z lat pięćdziesiątych. Na te uśmiechnięte twarze, wesołe oczy, które wyrażają nadzieje i oczekiwania na lepsze życie. Mimo młodego wieku widziały już nie jedno, co człowiek może zgotować drugiemu w okropnym czasie wojny. Doświadczyli prawdziwego braku chleba w swoich domach, tragedii rodzinnych. Przed nimi całe dorosłe życie, które dopiero co się zaczęło i nie wiadomo jak się potoczy. W sklepach w miejscowej opinii pojawiło się lepsze zaopatrzenie, którego synonimem była tak zwana kochanowska kiełbasa wyrabiana w Iwu. Bardziej ambitna młodzież, która chciała się wyrwać z wiejskich realiów widziała szansę w nauce. Wkładała w nią wiele wysiłku i poświęcenia, kończyła studia i szukała pracy w dużych miastach Białorusi i poza nią.

Moi rodzice pobrali się w czerwcu 1955 roku. Mama jako młoda dziewczyna miała duże powodzenie u chłopców. Jej pierwszą miłością był Staś Grażyński. Młodszy brat taty Albin oświadczył się jej przed pójściem do wojska. W końcu pewnego dnia tata ze szwagrem Antosiem Kursewiczem i litrem samogonu przyszli do mamy w swaty, które zostały przyjęte i dano na zapowiedzi do kościoła. Gdy dowiedział się o tym mieszkający w Wilnie Edek Leszkowicz, specjalnie przyjechał do Sobotnik. Chciał mamę zabrać do siebie i z nią się ożenić. To wszystko sprawiało wrażenie, że mama jest niezdecydowana i zwleka z zamążpójściem. Przychodzili do niej dziadek Bronisław Niechwiadowicz z córką Janiną, aby przemówić mamie do rozsądku. Za to zwlekanie tata i Heniek Kawecki chcieli sprawić mamie lanie. Żona Mariana Paszkowskiego Wołka przyszła do domu Kononowiczów i uderzając dłonią w stół, argumentowała za dobrą partią, jaką miał być tata.

W końcu doszło do wesela. Dzień przed nim a była to sobota, mamy koleżanki i koledzy bawili się u niej, a taty u niego w domu. W niedzielę zaproszeni goście zjawili się w domach młodej pary, gdzie posadzono ich za stoły. Na miejscu już byli zamówieni muzykanci. U Kononowiczów wesele rozpoczęli Szejbakowie tańcząc poleczkę. O godzinie dziesiątej przyjechał po mamę tata z drużbami i młodzieżą, jaką zaprosił. Druhny mamy wpięły wybranym chłopcom towarzyszącym tacie kwiatki w klapy marynarek. Taty kolega ze Ślesar przybył z wiankiem dla panny młodej. Zapukał do drzwi i spytał się czy może wejść do tego domu. Wszedł i powiedział Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Następnie ułożonym wierszem zaczął mówić o mamie, o jej zamążpójściu. Mówił tak wzruszająco i od serca, że wielu obecnych płakało a mama przez cały czas. Młoda para uklękła i mamy babcia przypięła jej do welonu wianek z mirty i wraz z mamy tatą udzielili im błogosławieństwa. Następnie młodzi z przyjaciółmi wsiedli do samochodu ciężarowego i pojechali do Sobotnik do domu Szczyknów. Tam poprawiono ubrania, zrobiono ostatnią kosmetykę i parami za nowożeńcami, przed którymi szli muzykanci ruszono do kościoła. Mamę prowadzili pod ręce Albin Kursewicz i Jan Nowicki a tatę Hanka Nowicka i siostra mamy Zosia. W kościele młodzi przed ks. Pawłem Bagińskim złożyli przysięgę małżeńską i nałożyli sobie obrączki wybite ze srebrnych monet przez kowala Jana Mackiewicza

Po ceremonii ślubnej wrócono na kolonię do Kononowiczów. Tam ojciec mamy wraz ze swoją matką przywitali ich chlebem i solą. Następnie weselnicy usiedli za stoły. W tym miejscu dodam, że para młoda była tradycyjnie na czczo od północy. Wieczorem mama pożegnała się z ojcem i babcią, zabrała wyprawę weselną i z tatą pojechali do jego domu, gdzie mieli zamieszkać. Najmłodsza siostra mamy Władzia bardzo przy tym płakała i też chciała jechać, więc mama wzięła ją na kolana. Po drodze tradycyjnie często zagradzano im przejazd i też tradycyjnie młodzi musieli wykupywać się wódką aby ruszyć dalej. Na miejscu oczekiwała ich para: chłopak przebrany za dziewczynę i młódka przebrana za chłopaka. Udawali oni, że nic nie wiedzą o nowożeńcach mających zamieszkać w tym domu. Rodzice taty uroczyście przywitali młodą parę chlebem i solą i zaprosili gości do stołów. Mama rozdała prezenty swoim teściom i chrześniakom taty. Muzykanci zaczęli chodzić wokół stołów i grać dla każdej pary. W zamian zaproszeni goście wkładali do koszyka pieniądze jako prezent ślubny dla młodych. Młodzież została ulokowana u sąsiadów Boguszewiczów, gdzie odbywały się tańce. W poniedziałek był dalszy ciąg wesela: oczepiny, gorzka wódka i tańce. Dziadkowie Niechwiadowiczowie byli bardzo za synową. Mama umiała już dobrze szyć i miała sporo zamówień. Uczyła podstaw kroju i szycia inne dziewczyny a za jej pracę płacono nawet zbożem. Zazdrośni i złośliwi ludzie mówili, że nie potrafi wydoić krowy. Tym wszystkim teściowa odpowiadała, że nie urwie się przez to krowi cycek i że sobie poradzą. Bardzo lubiła synową tak jak jej mąż, który nawet czyścił mamie buty.

Rodzice chcieli wyjechać do Polski w 1957 roku. Bardzo do tego dążyła mama pamiętając jak ważne było to dla jej matki. Pewnego razu jej tata wracając z Sobotnik, zaszedł do Syczewskich na kolonię. Usiadł na ganku i rozmawiając z Anną Syczewską nagle się rozpłakał. Dlaczego płaczesz? Spytała się ona. Ach, wpierw żona zakręciła, żeby do Polski jechać a teraz córka. Odpowiedział dziadek Jan. Był po paru głębszych, co miało wpływ na jego stan. Pojadą i żyć będą. Powiedziała Anna. Zajdź do nas i posiedź. Nie, pójdę. Odprowadź mnie tylko do rzeczki. Anna odprowadziła go do kładki na Matrunie a on popłakując poszedł w kierunku domu. Starania rodziców o wyjazd były bardzo uciążliwe. Mama wspomina, że ludzie oczekiwali w wielogodzinnych kolejkach do sobotnickiej gminy, gdzie przyjmowano podania. Kilkakrotnie papiery rodziców były odsyłane do poprawki z zupełnie błahych przyczyn, a wszystko to po to, aby utrudnić i zniechęcić do wyjazdu. Dobrze, że dziadkowie posiadali polskie dowody osobiste, co było podstawą przy staraniu się rodziców o wyjazd. Cała ta specjalnie opóźniana procedura uzyskania zgody bardzo martwiła mamę, która chciała abym urodził się w Polsce. Była w mocno zaawansowanej ciąży, którą pod koniecjej trwania ciężko przechodziła.

Urodziłem się jednak w Sobotnikach 6 lipca 1957 roku, poród w szpitalu przyjęła bardzo dobra położna Wika Tomaszewicz, ochrzcił mnie ks. Paweł Bagiński. Tego lata tata wraz ze Stanisławem Karpuciem z Kisłych drugi raz złożyli papiery w Iwiu w związku z wyjazdem do Polski. Zgoda przyszła w marcu następnego roku z zastrzeżeniem, że musimy wyjechać w ciągu trzech miesięcy. Nastąpiło to 1 maja 1958 roku. Pożegnaliśmy się z bliskimi u dziadków Niechwiadowiczów. Stamtąd wraz z rodzinami Kwiatkowskich z ulicy Gieranonskiej i Dziemianowiczów udaliśmy się ciężarówką do stacji Gawia, gdzie stał już pociąg z innymi ekspatriantami. Mieliśmy ze sobą niewielki dobytek zgromadzony głównie w panieńskim kufrze mamy. A także telewizor, który tata kupił w Wilnie aby sprzedać w Polsce i mieć parę groszy na początek. Przydzielono nam brudny wagon do przewozu cementu i tak ruszyliśmy w drogę. Po przekroczeniu granicy dotarliśmy do Białej Podlaskiej, gdzie wręczono nam dokumenty ekspatriacyjne, zapomogę pieniężną i żywność nadalszą drogę. Cały nasz skład udał się do Czerwińska w zielonogórskim z tym, że kobiety i dzieci pojechały pociągiem osobowym.

Nad ranem tuż przed Poznaniem nasz pociąg zderzył się z towarowym. Mama akurat mnie karmiła, kiedy nagle nastpiło potężne uderzenie. Wypadłem z mamy rąk pod siedzenie i chyba dlatego nic mi się nie stało. Okno w przedziale zbiło się a z półek pospadały bagaże. W pociągu byli ranni, wśród nich dziewczyna z rozciętym policzkiem. Dość szybko pojawiły się karetki pogotowia ratunkowego, aby udzielić pomocy poszkodowanym. Następnie pociąg ruszył i wkrótce zatrzymał się w Poznaniu, gdzie już na nas czekano. Otrzymaliśmy śniadanie i prowiant na dalszą drogę, a jakaś elegancka pani pilnowała abyśmy dostali wszystko, co nam się należało. Dojechaliśmy w końcu do Czerwińska, gdzie był nasz punkt ekspatriacyjny. Tam też dojechał tata. Miał podczas podróży zdarzenie, w czasie którego mógł stracić życie. Podczas snu o mało nie spadła mu na głowę beczułka z kiełbasą, która zsuwała się z półki nad nim. Tata we śnie jakby coś przeczuwając, zdążył jednak obudzić się w porę. Mama udała się sama do Poznania aby spotkać się z ciocią Marią, żoną nie żyjącego już wujka Franciszka brata dziadka Jana. Wróciła bardzo zasmucona, gdyż Poznań był wówczas miastem zamkniętym i nie przyjmował ludzi na stałe zameldowanie120. Nasza sytuacja nie była więc jasna. Widząc strapioną minę mamy, jakiś uprzejmy kolejarz poczęstował ją chlebem cienko posmarowanym smalcem. Z kolei odwiedziła nas ciocia Maria Kononowicz a ja już samodzielnie stałem trzymając się krzesła. Powiedziała rodzicom, że jeżeli osiedlimy się na ZiemiachOdzyskanych, trudno nam będzie przenieść się do Poznania. Pomogła nam ulokować się w pegeerze w Witosławiu koło Osiecznej w leszczyńskim. Zamieszkaliśmy tam w pokoju z kuchnią a na powitanie dostaliśmy dwa worki ziemniaków i trochę mąki. Tata miał adres Stanisława Dziadula, który wyjechał z Sobotnik w 1945 roku i mieszkał w Żarach. Napisał do niego a on przyjechał do nas i namówił rodziców, aby się przeprowadzili. Odstąpi nam część swojego mieszkania, będziemy wśród swoich a i o lepszą prace będzie łatwiej niż na wsi. On sam początkowo osiadł w Polsce na gospodarce, ale później wybrał miasto. I tak po trzymiesięcznym pobycie w Witosławiu zamieszkaliśmy na pięć lat w Żarach.

Początkowo u Maryli i Stasia Dziaduli. Następnie w tym samym domu na parterze pan Baran z Lwowa odstąpił nam duży pokój ze swego mieszkania, a z małej skrytki rodzice zrobili kuchnię. W tym samym budynku mieszkali jeszcze państwo Jarczyńscy z Tarnopola, Wróblewscy z centralnej Polski, Kaczmarkowie z krakowskiego, Dziemianowiczowie z naszej gminy. Całe Żary opuszczone przez Niemców zamieszkane było przez ekspatriantów z Kresów Wschodnich i częściowo mieszkańców środkowej Polski. Z tych kilku dziecięcych lat tam spędzonych przypomina mi się łąka za domem, przez którą przepływał strumyk gdzie starsi chłopcy znęcali się nad żabami. Byłem wzorem do naśladowania w piciu surowych jajek przez małe otworki w skorupce. Próbowałem z rówieśnikami palić pierwsze papierosy. Wśród nich był Andrzej Matowiecki. Jego ojciec był Żydem, który w czasie wojny został przechowany przez polską rodzinę. Ożenił się później z dziewczyną z tej rodziny.

Aby zachęcić do lepszego jedzenia, rodzice dawali nam przykład pana Chmielewskiego. Miał on w pobliżu niewielkie gospodarstwo a w nim wóz z koniem, na który czasami nas zabierał. Znany był z pracowitości i porządku. Rodzice mówili więc nam przy posiłku: Zjedz do czysta jak gospodarz Chmielewski. Nie pamiętam czy to skutkowało na przykład przy zacierce na mleku lub zupie szczawiowej, której podstawowy składnik sprzedawany był w zalakowanych butelkach. Natomiast z pewnością lubiłem ciupę składająca się z zimnego mleka i pokruszonego chleba a jeszcze lepiej pszennej bułki. Moim pierwszym rowerem był Bobo, na którym uczyłem się jeździć trzymany przez tatę za pomocą kija przywiązanego do siodełka. Czasami ubierałem jego spodnie galfe, nakładałem oficerki, kapelusz i stojąc w pokoju przed toaletką przybierałem różne pozycje i miny. Odpowiednio ustawione lustra zwielokrotniały nieskończenie w lewą i prawą stronę moją postać. Przypominają mi się Cyganie chodzący po domach ze swoimi patelniami i wróżbami. A także pojawiający się cojakiś czas rzemieślnicy, z których jeden wykrzykiwał, że garnki lutuje, a drugi zachęcał do ostrzenia noży i nożyczek.

A gdzie osiedlili się w Polsce inni nasi ziemlacy? Największe ich skupiska są to: Stargard Szczeciński, Walim, Jelenia Góra, Kowary, Chojnów, okolice Nysy, Gdańsk, Sławno, Torzym, Sulęcin, Żary, Gorzów Wlkp., Hajnówka, Sulęcin oraz wiele innych małych miasteczek i wsi na Ziemiach Odzyskanych. Po przyjeździe do danej miejscowości nie zapuszczali od razu korzeni na stałe. Każdy miał jakiś adres w Polsce kogoś z rodziny, sąsiadów lub kolegów, którzy przyjechali wcześniej. Odwiedzali się wzajemnie, szukali swoich. Patrzyli jak żyją, rozważali możliwość przeprowadzki. Wyrwani ze swoich gniazd nieraz rzucani na morze obcości i niepewności. Aklimatyzowali się różnie, jedni lepiej drudzy gorzej zależnie od swojej zaradności, cech charakteru i innych. Najlepiej dzieci i młodzież, nieświadomie przezywane przez rówieśników ruskimi, czego i ja doświadczyłem w Poznaniu. Ta nowa ziemia jakże często była różna od ojczystej. Od gór, zza których jak mówili słońca nie widać po morze, olbrzymią i tajemniczą wodę bez końca. Jedni trafiali na wieś, gdzie praca i trud był znajomy. Inni do miast i miasteczek, do nowej i nieznanej im pracy w fabrykach. Niektórzy tęsknili do ojcowizny. Szczególnie starsi, których młodość na niej upłynęła. Tęsknili świadomie i podświadomie. Władysław Karpuć zamieszkał w Chojnowie. W ostatnim okresie życia ciężka choroba przywiązała go do łóżka. Wstawał z niego i wychodząc z domu mówił, że idzie do Kisłych, do swojej rodzinnej wioski.


Powroty

Pierwszy raz pojechaliśmy do Sobotnik z Żar, gdy miałem pięć lat w październiku 1962 roku. Przed tym kontakt z rodziną był jedynie listowny. Dziadek Bronisław pisał do nas listy, które niestety nie przechowały się. Nie pamiętam tego pierwszego pobytu. W 1963 roku zamieszkaliśmy na stałe w Poznaniu. Urodziła się moja siostra Irena i odtąd całą rodziną w okresie letnim jeździliśmy prawie co roku na ojcowiznę. Z tych pierwszych wyjazdów pamiętam między innymi trudy podróży, jakie przechodziliśmy. Do Kuźnicy Białostockiej gdzie była polska komora celna i straż graniczna, dojeżdżało się pociągiem ciągnionym przez parowóz. Był on zawsze przepełniony, więc często staliśmy lub siedzieliśmy na bagażach w zatłoczonym korytarzu. W Kuźnicy trzeba było wysiąść i przejść z walizkami przez budynek komory celnej. Następnie wsiadaliśmy do czekającego pociągu radzieckiego, który jechał już po torze szerszym niż u nas. Dojeżdżaliśmy nim do Grodna gdzie była radziecka kontrola celna i wojskowa. Trochę pamiętam czerwony, chyba jeszcze przedwojenny budynek dworca kolejowego w Grodnie.

Droga powrotna przez granicę była jeszcze bardziej uciążliwa. Raz do Grodna odprowadziły nas siostry mamy Zosia i Władzia, i razem długo czekaliśmy na odprawę celną. Ja kręciłem się po holu dworca i przyglądałem stoiskom z upominkami. Wśród różnych drobiazgów leżały papierośnice w kolorze złota, wytłoczone z cienkiej blachy aluminiowej, drewniane fajki z główką zamykaną metalowym wieczkiem i długim cybuchem, całe w ozdobnych wypalanych ornamentach, pionierskie i komsomolskie odznaki. Z późniejszych lat zapamiętałem upał poczekalni na dworcu w Grodnie, z której nie mogliśmy wyjść na peron. A jak już pociąg stał na peronie, to jeszcze trzymali nas za barierkami przy budynku dworca, nie pozwalając nie wiadomo czemu, wchodzić do wagonów. Pamiętam, że czuliśmy się okropnie takim traktowaniem, stojąc w pogotowiu z bagażem w ręku, zmęczeni, spoceni, aby w końcu jak na komendę rzucić się biegiem w kierunku pociągu w celu zajęcia siedzących miejsc.

Następnie w jadącym już pociągu, radzieccy pogranicznicy dokładnie sprawdzali wagony biegając wpierw po dachach. Z kolei trzeba było opuścić zajmowany przedział, a oni dokładnie go przeszukiwali być może w obawie, czy ktoś nielegalnie nie zamierza przekroczyć granicy. I znowu w Kuźnicy pieszo z bagażami przez naszą kontrolę celną, a po niej szybko na wyścigi do czekającego pociągu. Jak pamiętam w tym kierunku podróżowało zawsze dużo ludzi. Świadczyło to o tym, ile rodzin było rozłączonych i miało po obu stronach granicy bliskich krewnych. Każdy jechał do swoich ze sporym bagażem i z niemniejszym wracał, chcąc przy okazji zarobić parę złotych. No niechby się chociaż za podróż zwróciło, jak mówił mój tata. Zdecydowanie jednak więcej osób jeździło z Polski na Białoruś niż w odwrotnym kierunku.

Parę razy podróż w obydwie strony odbyliśmy radzieckim pociągiem międzynarodowym. Było to o tyle wygodne, że nie musieliśmy przesiadać się na granicy do innego składu. Wsiadaliśmy do niego w Poznaniu. Tata wręczał pieniądze opiekującej się wagonem dziewczynie (dzieweczce), która zawsze znalazła wolne miejsca. Przejście z torów szerszych na normalne i odwrotnie następowało się w ten sposób, że na granicy wymieniano w wagonach podwozia z kołami. Specjalna maszyneria unosiła pojedynczy wagon z podróżnymi do góry. Następnie wytaczano podwozie, wprowadzano nowe i wagon opuszczano. Cała operacja dla składu pociągu trwała około czterech godzin. Nie można było wówczas opuścić wagonu i pół biedy, jeżeli to odbywało się w nocy, gdy pasażerowie spali. Za dnia i to upalnego trudno było wytrzymać w nagrzanym wagonie. Pociąg ten kursował z Leningradu przez Wilno, Grodno, Warszawę, Poznań, gdzieś do Niemiec czy Francji. Aby kupić bilet powrotny, trzeba było jechać do Wilna i wystać swoje w kolejce, zamiast szybko załatwić sprawę i choć trochę zwiedzić to piękne miasto. W Wilnie też do niego wsiadaliśmy. Jeden raz zawiózł nas do Wilna samochodem kuzyn z Lidy. Jechaliśmy przez Bieniakonie i właśnie wówczas pierwszy raz zobaczyłem na przykościelnym cmentarzu grób Maryli Wereszczakówny, wielkiej miłości Adama Mickiewicza.

Spod grodzieńskiego dworca braliśmy taksówkę i jechaliśmy prosto do Sobotnik. Czasami wsiadaliśmy w autobus do Lidy a stamtąd innym lub też taksówką dojeżdżaliśmy na miejsce. Taksówkarz nie mógł podjechać pod sam dom dziadków Kononowiczów ze względu na podmokły i bagnisty teren w pobliżu przepływającej Łyntupki, w którym zrobione były przez traktory głębokie koleiny. Nad tą rzeczkę biegaliśmy z siostrą myć się na kładkę łączącą jej bliskie brzegi. Na Łyntupce było większe miejsce zwane jamką, w którym kąpaliśmy się z Krysią i Jurkiem Grażyńskimi, dziećmi sąsiadów dziadka Jana. Tam pewnego razu siostra skaleczyła się w piętę a dzień wcześniej gąsior boleśnie uszczypnął ją w plecy. Czasami siostrze dokuczałem tak, że spokojny zazwyczaj dziadek Jan groził mi dziaszką (paskiem), jeżeli nie przestanę. Kolegowałem się z chłopcami z bliskiej Dowgiałowszczyzny. Starsi z nich nauczyli mnie znanej ludowej piosenki Kasił Jaś kaniuszynu, spahladau na dziauczynu ... (Kosił Jaś koniczynę i spoglądał na dziewczynę ...)..

Za dziadkowym gumnem w niskim wówczas lasku rosło zawsze dużo grzybów, na które wybierałem się z kuzynem Witkiem. Nasze koszyki szybko napełniały się olbrzymimi padasinawikami (koźlarz czerwony) i trzaszczewikami (koźlarz szary). Nie brakowało też dorodnych borowików. Owe wyprawy do lasu uzupełnialiśmy zbieraniem poziomek, malin i jagód. Pamiętam smak kompotu z gruszek suszonych przez dziadka. Poznałem u niego Józefa Dobrzyńskiego, wąsatego osadnika Piłsudskiego, na którym z tej strony kończyła się kolonia sobotnicka i rozpoczynała wieś Łyntup.

W domu u dziadka nie było jeszcze prądu. Wieczorem siedzieliśmy przy lampie naftowej a nasze duże cienie tajemniczo poruszały się na ścianie. Po kierasin czyli naftę do lamp, chodziłem z dziadka siostrą Jadwigą do sklepu w Łyntupi. Z siostrą mówiliśmy do niej babciu. Podobno w młodości była na służbie u hrabiego w Petersburgu. Z tego czasu została jej pamiątka w postaci samowara w srebrnym kolorze. Podarowała mi go w prezencie i stoi on u mnie na serwantce121 z książkami. Babcia była niewielką i żwawą osobą. Zawsze uśmiechnięta, miała dobry i życzliwy charakter. Chodziła wokół domu przeważnie boso i stopy miała bardzo stwardniałe. Babcia Jadwiga przeraźliwie podczas snu chrapała, do czego nie mogłem się przyzwyczaić. Kto by przypuszczał, że z tak drobnego ciała mogą się wydobywać niezwykle silne i wibrujące dźwięki. Kiedy odjeżdżaliśmy żegnani wśród łez i szliśmy w stronę drogi prowadzącej do Sobotnik, zawsze stała w oknie. Ja kilkakrotnie oglądałem się za siebie a ona wciąż patrzyła za nami. W końcu przysłaniały nas drzewa a babcia na pewno jeszcze tam była.

Podczas jednego z pierwszych pobytów na rodzinnej ziemi pojechałem z mamą i jej siostrą Władzią do Leningradu. Mieszkała tam nasza krewna Walentyna z rodziny Grzegorza Kononowicza Grzesiuka. Jego siostra i dwaj bracia wyjechali na początku XX wieku do ówczesnego Petersburga, gdzie ona wstąpiła do zakonu tercjarek. Wala była córką jednego z braci. Obydwaj w czasie II wojny światowej byli w Armii Czerwonej i zginęli. Siostra i Wala przeżyły oblężenie Leningradu. Siostra prawie wcale nie opuszczała mieszkania, ciągle modliła się i w jej domu nie ucierpiały nawet szyby. Pojechaliśmy też do Wilna. Pamiętam wizytę na jakimś dużym bazarze, gdzie mama kupiła mi kalejdoskop. Była to niewielka kartonowa tubka z kolorowymi kawałkami szkła i systemem lusterek w środku. Patrząc do wnętrza tubki i obracając ją wokół osi, otrzymywałem różnokolorowe symetryczne obrazy, za każdym razem inne. Nie pamiętam czy byliśmy wówczas pokłonić się Ostrobramskiej. Zrobiłem to w 1988 roku z pięcioletnim Jasiem, z którym byliśmy także na Rossie tam gdzie spoczywa Matka i Serce Syna. Z tej pierwszej wizyty w Wilnie zostały mi na pamiątkę czarno-białe pocztówki ukazujące wileński gotyk przyprószony zimowym puchem.

Od dziadka Jana do dziadków Niechwiadowiczów jeździłem sam rowerem. Ścieżka wiodła prosto przez piaszczyste miejsce zwane Łysą Górą, na którym rosły wówczas niewielkie sosenki. Dalej przez drogę na Gieranony obok gospodarstwa Henryka Kaweckiego, przez kładkę na Matrunie, trochę w prawo i już byłem prawie przed ich domem stojącym na lekkim wzniesieniu. Dziadka Bronisława pamiętam jak wyglądał. W opinii rodziny i znających go ludzi był bardzo dobrym i spokojnym człowiekiem. Raz jednak mocno się zdenerwował, gdy niechcący utopiłem wiadro w studni. Babcia Maria była inna. Bardzo energiczna, zdecydowana i głośno wyrażała swoje myśli na przykład krytyczne o bolszewikach. Nie jadła pomidorów a o kurkach mówiła, że to żydowskie grzyby gdyż nie bywają robaczywe. Nie lubiła jak przychodzili goście do domu i trzeba było ich częstować. Pamiętam dobrze jej głos.

W tej części kolonii sobotnickiej mieszkało sporo dzieci, z którymi się zaprzyjaźniłem. Kąpaliśmy się w zimnej Matrunie przeważnie goło, bo tak było wygodnie. Łowiliśmy w niej ryby i to w następujący sposób. W wąskim miejscu rzeczki robiliśmy dwie przegrody oddalone od siebie o parę metrów. W drugiej licząc z biegiem wody był otwór, przez który ona wypływała zostawiając ryby miedzy przegrodami. Raz z Kazikiem Mackiewiczem zanieśliśmy nasz połów do jego domu. Gdy ryby już dobrze skwierczały na patelni stwierdziliśmy, że nie zostały wypatroszone i cała nasza praca poszła na marne. Innym razem wybrałem się z grupą chłopaków na niezbyt chwalebną akcję zrywania jabłek z cudzego sadu. Gospodarz nas zauważył i zaczął gonić a ja uciekając przez kartoflane pole zgubiłem sandał.

Robiłem też piesze wycieczki w trochę dalsze strony. Z kolonii szedłem w kierunku Łyntupi, następnie jakimiś ścieżkami kierowałem się na Kwiatkowce do Pietrymanowszczyzny, gdzie mieszkała zamężna siostra mamy Zosia. Z jej synem Witkiem podczas pasienia krów próbowaliśmy ujeżdżać cielaki, ale z marnym jednak skutkiem. Za to upieczone w popiele ogniska ziemniaki posypane solą były przepyszne. Stamtąd był już tylko krok do Ślesar, gdzie z kolei założyła rodzinę siostra taty Janka. Z miejscowymi chłopakami graliśmy w piłkę nożną na pastwisku. Była ona sznurowana i miała kształt jaja co bardzo utrudniało mi granie. Chodziliśmy z kuzynem Jankiem do lasu na orzechy laskowe, a przy jednej z wypraw pokazał mi miejsce, gdzie były duże i tajemnicze jamy wody. Pewnego razu pojawił się duży tabor cygański, który nocował w pobliżu wioski. Dorośli straszyli dzieci, że jak będziemy niegrzeczni to Cyganie zabiorą nas ze sobą.

W Sobotnikach w byłym domu Żyda Horczyka obejrzałem podczas któregoś z pobytów trzy części filmu Fantomas. Na piętrze mieścił się klub, w którym kino objazdowe przy przepełnionej sali dało swój pokaz. Na parterze budynku mieścił się urząd gminy. Tego domu już nie ma. Jak napisałem wcześniej, pod koniec lat pięćdziesiątych oddano do użytku pierwszy po wojnie nowy sklep spożywczy w Sobotnikach. Można w nim było kupić podstawowe produkty spożywcze, kawę, herbatę, słodycze, papierosy, piwo, wódkę. Pamiętam dobrą gruzińską herbatę, która przywoziliśmy do domu. Były to niewielkie sześcienne paczuszki owinięte papierem z kolorową owijką. Lepsze gatunki pakowane były w metalowe pudełka z wieczkiem na zawiasach i dodatkową wewnętrzną przykrywką. Sklep nazywano popularnie Czajnaja i do dziś stoi na rogu ulicy Wileńskiej, pełniąc podobną rolę. Obok niego była przez pewien czas mleczarnia i artel, czyli spółdzielnia produkcyjna. Znajdowały się w niej szewc i usługi krawieckie.

Z czasem na placu za byłym domem Horczyka wybudowano nowy, murowany budynek gminy, w którym mieści się także kołchozowe biuro. Obok postawiono podobny. Na jego parterze otworzono duży ogólnospożywczy sklep a na piętrze niewielką restaurację. Przez długi czas mieściła się także w nim spółdzielnia krawiecka. Było w niej kilkanaście stanowisk z maszynami do szycia i zatrudniała ona sporo osób w większości kobiet. Pracował w niej brat taty Albin i ich kuzyn z Chilewicz Staś Niechwiadowicz. Obydwaj zajmowali się głównie krawiectwem męskim. Byli fachowcami w swej pracy i potrafili uszyć wszystko: garnitur, płaszcz, kurtkę skórzaną, kożuch, zimową czapkę z króliczych skór. Spółdzielnia upadła z nadejściem pierestrojki.

Nasza rodzina przyjeżdżała do Poznania bardzo rzadko. Dziadek Jan był dwukrotnie i raz spotkał się u nas ze Stasiem Dziadulem, który specjalnie w tym celu przyjechał z Żar. W młodości byli dobrymi kolegami. Wspominając dawne czasy i ciężki los jakiego doświadczyli, wypili sobie troszeczkę na łonie natury. Wracając do domu trzymali się za ręce i śpiewali "...dolo mojaż dolo...".

W roku 1966 byliśmy już przygotowani do kolejnego wyjazdu. Jedliśmy akurat obiad, gdy dostarczono nam telegram o śmierci dziadka Bronisława Niechwiadowicza. Pamiętam jak wybuchnęliśmy płaczem i wypełnił nas ogromny żal. Dziadek wcześniej nie chorował i zmarł nagle na zawał serca. Zdążyliśmy do Sobotnik na jego pogrzeb, leżał w kościele w otwartej trumnie. W licznym kondukcie pogrzebowym, drogą usłaną gałązkami jedliny odprowadziliśmy dziadka Bronisława na cmentarz. Babcia Maria ciężko przeżyła jego śmierć. Nie chciała mieszkać sama, sprzedała dom i przeprowadziła się do córki Janiny do Ślesar. W każdą niedzielę i inne święta udawała się pieszo do kościoła, sześć kilometrów w jedną i tyle samo w drugą stronę. Podczas jednych wakacji w Sobotnikach tuż przed wyjazdem, spotkałem z tatą babcię idącą do kościoła. Powiedziała wówczas na pożegnanie do niego: Staś, my się już chyba więcej nie zobaczymy. Tak też i było. Babcia Maria zmarła 18 czerwca 1975 roku. W przeddzień wigilii Bożego Narodzenia 1971 roku, zmarł po ciężkiej chorobie dziadek Jan. Mama pojechała na pogrzeb swojego ojca a my w domu mieliśmy bardzo smutne święta. W 1979 roku zmarła jego siostra Jadwiga, babcia Jadwiga.

W pamięci z kolejnej wizyty w Sobotnikach, mam podróż z siostrą z Iwia do Wilna pod koniec lat siedemdziesiątych. Razem z nami jechała około osiemdziesięcioletnia staruszka o pogodnym i żywym spojrzeniu niebieskich oczu. W Iwiu kupiła Trybunę Ludu pytając o nią czystą polszczyzną bez słyszalnego kresowego akcentu. Gazeta ta była wówczas dostępna w większych miastach począwszy od powiatowego. Gdzieś na trasie poprosiła kierowcę autobusu o zatrzymanie się. Wysiadła i podreptała ścieżką przez łąkę w kierunku widocznego lasu, do znanego i bliskiego sobie miejsca. W okresie powstania w Polsce Solidarności a później stanu wojennego, wyjazdy na Białoruś były utrudnione a wręcz niemożliwe. Mogły się o nie starać osoby mające tam krewnych w pierwszym pokoleniu jak rodziców, rodzeństwo. Ja przez kilka lat nie mogłem pojechać do Sobotnik, do bliskiej rodziny.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych zmarli brat mamy Janek, którego los rzucił za Tułę i brat taty Albin. Janek służbę wojskową odbył w radzieckim wojsku w Niemczech. Następnie pracował jako kierowca. Albin był uznanym krawcem nie tylko w gminie, ale i poza nią. Miał wadę serca i poddał się operacji. Trudno jest na wsi uniknąć ciężkiej pracy fizycznej nawet, jeżeli jest się chorym. Jego serce nie wytrzymało. Albin został pochowany na sobotnickim cmentarzu obok swoich rodziców. Obydwaj wujkowie odeszli stanowczo za wcześnie. Wśród rodzeństwa mojego taty był jeszcze jeden brat Czesław, który urodził się z wadą serca. Zmarł w czasie wojny.

Jeżeli ktoś umiera w naszych stronach, to w noc przed pochówkiem rodzina i znajomi odmawiają przy zmarłym różaniec, a następnie śpiewają psalmy do północy. Gdy zmarły był mieszkańcem Sobotnik,trumna nazajutrz jest wynoszona na ścieżkę wysypaną jedliną z domu do ulicy i przenoszona na ramionach mężczyzn w kondukcie pogrzebowym do kościoła. Kiedyś jedliną zaznaczano drogę aż do cmentarza. Po mszy pogrzebowej mężczyźni także na ramionach niosą trumnę na cmentarz, a to kilometr drogi. Jeżeli zmarły pochodził z którejś wiosek gminy, to trumnę z nieboszczykiem przewożą samochodem do kościoła, a następnie na cmentarz. Przez pierwszych trzydzieści dni odmawiany jest w domu zmarłego różaniec. Na dzień trzydziesty jest zamawiana w jego intencji msza i organizowany uroczysty poczęstunek dla najbliższych. Pierwsza rocznica śmierci jest też obchodzona uroczyście.


Moje Sobotniki

Odwiedzam Sobotniki od czterdziestu lat. Od ponad dziesięciu jeżdżę co roku przeważnie sam. Raz była ze mną żona, kilka razy dzieci. Rodzicom trudniej jest się wybrać ze względu na wiek. Tata ostatni raz był na pogrzebie młodszego brata Albina w 1989 roku. Mamę udało się namówić na Zjazd Lidzian122 w 2001 roku. Czasami bywam w Sobotnikach dwukrotnie, kiedy jestem właśnie na Zjeździe Lidzian lub na Wszystkich Świętych. Dzięki majowym lidzkim Zjazdom poznałem bardziej piękno Nowogródczyzny, gdyż przeważnie poza Sobotniki nosa nie wychylam. Miałem też lata rekordowe 2002 i 2003,kiedy trzykrotnie zawitałem na rodzinnej ziemi.

Moja podróż na Białoruś rozpoczyna się w Poznaniu. Następnymi etapami są Warszawa i Białystok. W mieście tym na dworcu PKS zwykle wsiadałem do rafiku, który zawoził mnie do Lidy. To białoruski mikrobus, kursujący na trasie Białystok-Lida-Białystok. Kiedyś jeździł pięć razy w tygodniu a obecnie tylko raz. Codziennie oprócz świąt, można do Lidy dojechać rejsowym autobusem Białystok-Mińsk-Białystok. Kursuje także autobus Białystok-Lida-Białystok. Granicę przekraczamy na przejściu drogowym w Kuźnicy Białostockiej skąd kierujemy się na Grodno. Zaraz po wjechaniu na białoruską ziemię, wyczuwam inne zapachy, oglądam inne obrazy. Jakby umowna granica między państwami była parawanem oddzielającym dwa różne światy, dwie różne rzeczywistości. Częściowo jest to prawda, ale trochę i uprzedzenie przy wjeździe do sąsiedniego kraju. A może ta wyczuwalna inna atmosfera to kresowa emanacja, to szybsze bicie serca i niespokojne oczekiwanie na spotkanie czegoś znanego i obawa przed obcym?

Mijamy pierwsze po białoruskiej stronie charakterystyczne wioski o drewnianej zabudowie i szybko zbliżamy się do Grodna. Krótki postój na Placu Sowieckim (przed wojną Batorego) i rzut oka na kościół farny pod wezwaniem św. Franciszka Ksawerego. Naprzeciw niego po zachodniej stronie placu stała Fara Witoldowa, czyli kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Była to najstarsza i największa świątynia w Grodnie. Przed wojną służyła miejscowemu garnizonowi. W 1962 roku została uznana przez władze za niepotrzebną i zburzona. Most na Niemnie. Moja głowa szybko obraca się w lewą i prawą stronę, aby jak najwięcej utrwalić w pamięci obrazów tej bliskiej sercu rzeki. I dalej już prosto na Lidę. Po drodze mijamy drogowskazy prowadzące do upamiętnionych w naszej historii miejscowości. Tej starszej jak, Skrzybowce123 i nowszej jak Wiewiórka, gdzie był pochowany mjr Jan Piwnik Ponury124.

Kilka razy moja podróż z Białegostoku przebiegała inna trasą, gdy z powodu rozbudowy zamknięte było przejście w Kuźnicy Białostockiej. Jechaliśmy wówczas do przejścia granicznego w Bobrownikach. Wkrótce po przekroczeniu granicy zbliżamy się do rozstaju dróg. Drogowskaz pokazuje na Brzostowicę i Grodno a my kierujemy się na Wołkowysk i Słonim. Teren jest tutaj trochę wyżynny a droga przed nami opada i wznosi się jak wstążka poruszana ręką gimnastyczki. W Wołkowysku jest druga po Grodnie na Białorusi jedenastoklasowa (średnia) szkoła z polskim językiem wykładowym. To w tym mieście 11 stycznia 1386 roku, Wielki Książę Jagiełło wraz ze swym orszakiem przyjął posłów krakowskich. Potwierdzili oni wolę całej szlachty Królestwa Polskiego o zaproszeniu władcy Litwy na tron polski przy spełnieniu pewnych warunków. Jednym z nich było zobowiązanie potwierdzone przez Jagiełłę w Wołkowysku, że cała Litwa przyjmie chrzest i religię chrześcijańską. Kolejny drogowskaz. W lewo na Grodno i Roś, w prawo na Słonim i Różankę, a my jedziemy prosto na Mosty i Szczuczyn. W mijanych miejscowościach dużo jest koloru niebieskiego. Niebieskie są słupy, płoty, okna, drzwi budynków, elementy architektury cerkiewnej, metalowe przydrożne krzyże, ogrodzenia nagrobków na cmentarzach. Kolor ten spotykam też w Sobotnikach. Podobno symbolizuje on niebo i przybliża je ziemi. Jest to również kolor nadziei i tajemnicy bytu. Świątynie prawosławne pomalowane na niebiesko symbolizują Matkę Boską lub Michała Archanioła.

Niemen przekraczamy między wioskami Mosty Prawe i Lewe. Niemen, ojciec wód. Raz był zakryty ulewnym deszczem a innym razem słoneczny, szeroko rozpostarty a w jego wodzie daleko od brzegu stał samotny rybak. W podróży towarzyszy nam sierpniowe słońce, którego dzienna wędrówka dobiega końca. Pod jego blaskiem ziemia przybiera barwy złoto-brązowo-zielone. Jedziemy obok pól, które właśnie oddały swój plon. Mijamy miejsca po ludzkich siedzibach, gdzie został stary sad z polskimi jabłkami jak mówią tutejsi. Zauważyłem, że ktoś jednak tu przychodzi by zebrać skromne sianokosy, posadzić ziemniaki na niewielkim poletku. Po prawej stronie Różanka z ładnym kościołem z kamienia a przy drodze stoi wysoki krzyż z dużą figurą Chrystusa. W prawo kierunek na Żołudek i Zdzięcioł a my kierujemy się na Lidę. Coraz częściej pojawiają się przydrożne kapliczki i krzyże. Mijamy miejsce, gdzie stoją obok siebie krzyż katolicki i prawosławny jak dwaj nierozłączni bracia. Wreszcie dojeżdżamy do Lidy, wieczornej, letniej i bardzo ciepłej.

Lubię to miasto, lubię Lidę, jej ulice, miejsca. Kobiety, dziewczyny o szczupłych zgrabnych sylwetkach i włosach od bardzo jasnych blond, prawie białych, po kolor dojrzałej, złotobrązowej pszenicy. Lubię sprzedawane na ulicy pierożki z mięsem, kapustą i grzybami, które podawane na ciepło szczególnie smakują w mroźne, zimowe dni. Lubię piwo lidzkie z dużą goryczką, kwas chlebowy zimny że aż bolą zęby, śmietankowe lody w waflowym kubeczku. Magicznym dla mnie miejscem jest dworzec autobusowy. Przedstawia to mój wiersz, który powstał w Lidzie 03.10.2001 roku.


Dworzec autobusowy w Lidzie

Prybył awtobus Minsk-Grodna!

Informuje przez megafon zdecydowany kobiecy głos.

To moje ulubione miejsce w mieście.

Tu rozpoczyna się i kończy podróż.

Do tego miejsca wracam,

kiedy Lida jest miejscem jednodniowej podróży.

Z czetwiortej pasadki adychodzić

awtobus Lida-Woronowa czerez Żyrmuny!

W budynku dworca można kupić codzienną

prasę, periodyki, kalendarze.

Jest punkt apteczny i przechowalnia bagażu.

Ludzie stoją przed kasami, siedzą w poczekalni.

Ci którzy wkrótce będą odjeżdżać, zajmują miejsca

przy stanowiskach autobusowych.

Różnie ubrani z różnym bagażem.

Jedni jadą gdzieś dalej do znanych wszystkim miejsc:

Grodno, Mińsk, Nowogródek, Białystok.

Inni podążają bliżej: Zdzięcioł, Raduń, Szczuczyn, Iwie.

A po drodze w znanym im tylko wioskach i miasteczkach

wysiadają ci, na których czeka rodzinny dom,

ktoś bliski i serdeczny.

Waditiel! Padajditie k dyspiedczeru!

Zapach chleba z pobliskiej piekarni miesza się

z przyjemną wonią pierwszych, opadłych jesiennych liści.

Głośna muzyka z budki, w której sprzedają kasety.

Łupiny słonecznika na asfalcie.

Oblężony stolik, gdzie ktoś kolejny w loterii

chce wydrapać swoje szczęście.

Pribył awtobus Słonim-Lida!

Adprawlenije awtobusa w dwienadcać czasow!

Powoli odchodzę mijając tych, którzy się spieszą

i tych, którzy jeszcze maja czas.

Ostatnie zakupy przed odjazdem.

Kobiety stoją po ryby przed sklepem na kółkach.

Młody mężczyzna biegnie z butelką piwa w ręku.

Coraz cichszy głos z megafonu.


Drogę z Lidy do Sobotnik pokonuję rannym autobusem 725. Pomimo różnych pór roku, na przykład letniego rześkiego poranku, chłodu i szadzi na trawie po nocnym, wczesnojesiennym przymrozku, rannego wstawania gdy się jest zmęczonym i niewyspanym po podróży z kraju, niewygody lidzkiego autobusu, kiepskiej za Lipniszkami drogi gdzie kończy się asfalt a czasami jazdy na stojąco, bardzo lubię tę podróż i trasę. Pół jeszcze śpiąc wsłuchuję się w rozmowy pasażerów o ich codziennych sprawach, problemach w pracy, wypłacanych z opóźnieniem kołchozowych pensjach, niskich emeryturach, sotkach (100 m2) które kołchoz daje daleko od domu a tylko swoim blisko, o tym czy kartofle zostały już wykopane, że na przedmieściu Lidy można mieć 70 sotek (1 sotka = 100 m2) kartofli i wyhodować trzy świnie. Ale to już ostatni raz, mówi jedna kobieta.

Porannej podróży do Sobotnik zawsze towarzyszy wschodzące słońce. Kiedy jechałem w końcu września 2001 roku, na trawie była szadź po nocnym przymrozku. Na pogodnym niebie słońce rysowało pierwsze kreski. W autobusie usiadłem od strony wschodzącego blasku. Po kilku minutach jazdy jego promienie były tak intensywne, że z łatwością przebijały unoszącą się w oddali nad łąkami mgłę. Musiałem zmrużyć oczy do wąskich, osłoniętych rzęsami szparek, przez które jak przez filtr przechodziły kolory żółty i czerwony. Mgła miała wygląd gęstych kłębów waty przybierającej czasami kształt cienkiej, mlecznej nitki. To był piękny widok na towarzyszących nam dużych pustych przestrzeniach, pokrytych jesienną trawą.

Gdy wsiadałem na rogatkach Lidy autobus był prawie pusty, ale w Ściganiach dołączyło do nas kilkanaście babulek. Ciepło ubrane, na głowach miały chustki przetykane złotą nitką. Takie same jak przed dwudziestu, trzydziestu laty. Były ożywione i pogodne. Miały zaczerwienione od mrozu policzki i uśmiechnięte twarze. Żartowały w autobusie jak młódki, jak uczennice jadące do szkoły. Wysiadły w Lipniszkach i podreptały do kościoła na niedzielną mszę. Spotykam je zawsze, jeżeli wyjeżdżam z Lidy do Sobotnik w świąteczny poranek. Przejeżdżamy przez most na Opicie pod Lipniszkami. Nad wodą unoszą się poranne opary. Tuż przed Zygmunciszkami z lewej strony trochę w polu stoi krzyż, otoczony dużym kamiennym kołem. W tym miejscu był kiedyś stary cmentarz i stała drewniana kaplica, która została przeniesiona na cmentarz parafialny w Lipniszkach. Rubrycela125 wileńska z 1929 roku podaje, że kaplicę ufundował w 1623 roku król Zygmunt III, stąd może i nazwa wioski. Wystawiam ciągle twarz do słońca. W zimnym poranku jego promienie choć jeszcze słabo grzeją, to są ożywcze. Niosą za sobą światło i radość, zapowiadają ładny dzień.

Zygmunciszki, Kamienczany, Centralna. Centralna to nowa wioska powstała dla przesiedleńców z Czarnobyla. Stoi w niej zbudowana w 2001 roku piękna kaplica pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego i Matki Boskiej Wspomożycielki Wiernych. Centralna, Nackowicze skąd pochodziła babcia Wiktoria jedyna osoba z moich dziadków, której nie dane mi było poznać. Mijane wioski leżą wzdłuż głównej drogi i mają podobną zabudowę. Domy stoją szczytowymi ścianami po obu stronach ulicy. Za nimi są zabudowania gospodarcze, czasami przylegające w jednej linii do budynku mieszkalnego a nieraz stojące oddzielnie od niego. Jest to typ zabudowy zwany ulicówką. W niektórych wioskach naszej gminy na przykład w Ślesarach, jest inny układ. Budynki gospodarcze i sad stoją naprzeciw domu po drugiej stronie ulicy. Nackowicze skąd pochodzili pradziadkowie Raksowie, leżące trochę w prawo od drogi Czechowce gdzie uczyła Zosia Dubicka, Borowiki i już są Sobotniki.

W Sobotnikach byłem w kilku różnych porach roku. Maj jest tam bardzo piękny. Przyroda w pełni rozkwitu, pachnie czeremcha a wzrok przyciągają kobierce kwitnącego adwańczyka czyli mlecza. Wieczorem przez otwarte okna słychać śpiew słowików. Na nocnym niebie widać wyraźnie gwiazdy rozrzucone gęsto jak ziarenka piasku. Są tak nisko, że wystarczy wyciągnąć rękę aby schwycić którąś z nich i wypowiedzieć życzenie. I to czyste powietrze przenikające całe ciało. Jego zapach czasami dociera do mnie do Polski. Szczególnie czuję go, gdy zbliża się pora wyjazdu do Sobotnik. Dochodzi do mnie wówczas jego delikatne zapraszające muśnięcie. Jedna z niewidzialnych nici łącząca mnie z tym miejscem.

Najpełniejsze dla mnie są jednak letnie pobyty. Staram się przyjechać przed odpustem parafialnym w dniu 27 czerwca na św. Władysława. Jest on zawsze bardzo uroczysty z procesją wokół kościoła. Jest jeden wyjątek, kiedy procesja okrąża nasz kościół aż trzykrotnie. To Wielkanoc. Następne duże wydarzenie religijne to pielgrzymka, tradycyjnie w pierwszą sobotę lipca do diecezjalnego sanktuarium maryjnego w Trokielach pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Trokiele to mała wioska w rejonie werenowskim, 27 km na południowy - zachód od Sobotnik. Gdy byłem tam pierwszy raz w roku 1995, miejsce to zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Za murem na niewielkiej przestrzeni otaczającej drewniany kościółek było mnóstwo ludzi z przewagą młodzieży, dużo księży, sióstr i braci zakonnych. Przez bramę wejściową wchodziły kolejne pielgrzymki przybyłe autobusami z całej Grodzieńszczyzny, z Litwy, Polski, oraz piesze grupy z okolicznych w tym lidzkich parafii. Była także grupa pielgrzymów z Francji.

W oczekiwaniu na mszę świętą młodzież, która noc spędziła na modlitewnym czuwaniu, śpiewała nowe piosenki religijne akompaniując sobie na gitarach. Następnie był czas skupienia ze spowiedzią świętą i licznym w niej udziałem wiernych. W końcu suma odpustowa, której przewodniczył ordynariusz grodzieński biskup Aleksander Kaszkiewicz. Niezapomniane na mnie wrażenie wywarło to, że wszystko odbywało się w języku polskim. Na uroczystości trokielskie w 1999 roku młodzież dekanatu iwiejskiego wyruszyła z kilkudniową pielgrzymką. Szli przez miasteczka i wsie począwszy od Surwiliszek. Dalej były Traby, Ejgirdy, Juraciszki, Łazduny, Dudy, Iwie, Lipniszki, Sobotniki, Gieranony i Trokiele. Szli w słońcu i deszczu a na trasie oczekiwali ich ludzie z noclegiem, skromnym poczęstunkiem. W ciągu pięciu dni pokonali ponad 120 km i tak już jest co roku.

Młodzież z naszej parafii bierze także udział w pielgrzymce do Budsławia, w warszawskiej pieszej pielgrzymce do Częstochowy, oraz listopadowym nocnym czuwaniu w intencji Polonii na Jasnej Górze. Młodzi ludzie poznają również inne regiony Polski jakich nie ma w ich kraju, a mianowicie morze i góry. W okresie kanikuły dla najmłodszych organizowane są półkolonie przy kościele, a dla trochę starszych obóz pod namiotami w Krzywiczach nad Niemnem. Budsław na Mińszczyźnie jest głównym sanktuarium maryjnym katolików na Białorusi. 2 lipca 1998 roku został ukoronowany papieskimi koronami obraz Matki Boskiej Budsławskiej. Do tego miejsca pielgrzymują ludzie nawet z bardzo odległych państw. W 1997 roku szła do Budsławia z Lidy przez Sobotniki grupa, wśród której byli wierni z Białorusi, Polski, Ukrainy, Hiszpanii, Wenezueli i Kolumbii.

Przełom czerwca i lipca to w Sobotnikach główna pora sianokosów. Przy sprzyjającej pogodzie trwają krótko i przebiegają sprawnie. Gdy pada deszcz zaczyna się zabawa ze zbijaniem siana w kopy. Jak przestanie padać trzeba je rozrzucić aby dalej schło, pada - znowu w kopy i tak dalej do stanu, w którym będzie je można zwieźć do stodoły. Jest to w sumie bardzo ciężka praca, gdyż jedna krowa potrzebuje na zimę trzy pełne wozy siana, które trzeba skosić, wysuszyć i zwieźć. A niektórzy mają po dwie krowy a nawet i konia. Po takim pracowitym dniu, kąpieli w Gawii, dobrze jest usiąść do kolacji, smacznie zastawionego stołu. Kieliszek żytniego samogonu dodaje energii, ożywia i poprawia humor. Wśród różnych potraw, zawsze sięgam po kawałek grubej na kilka palców słoniny, którą jem ze smakiem z ciemnym chlebem, nieodzownym towarzyszem każdego posiłku.

Letnie poranki są rześkie i ciepłe. Przez otwarte okno wpływa powietrze, które napełnia całe moje ciało. Daje mu swoją energię, chęć do życia, działania. Jest tak ożywcze, że wygania mnie z łóżka mimo wczesnej pory i wakacji. Zwykle i tak budzą mnie krowy, które o piątej rano są wyganiane na pastwisko. Cisza. Miasteczko jest jakby wymarłe. Postrzegam jedynie promienie słoneczne ostrożnie zaglądające do wnętrza pokoju. Powoli dochodzą do mnie pierwsze dźwięki. Wpierw są to pojedyncze, nieśmiałe ptasie trele, śpiewy i świergoty. Przybierają na sile, łączą się w zespoły, chóry, by wreszcie wybuchnąć w pełen radości koncert. Jego pierwszym i najważniejszym widzem jest słońce królujące już niepodzielnie nad ziemią.

Gawia, której wartka woda długo się nagrzewa, chłodna za dnia wieczorem staje się niespodziewanie przyjemnie ciepła. Zawsze mam obawę przed pierwszym zanurzeniem, a później jest już cudownie. Można się rzucać w jej nurt i płynąć szybko z prądem. Można próbować płynąć przeciw niemu, ale to nadaremne. Przyjemnie jest kroczyć po mieliźnie, albo usiąść w wodzie z głową i ramionami wystającymi na powierzchnię, na wieczorne słońce. Słyszę wtedy głos rzeki, czuję jej energię, która usiłuje mnie ruszyć z miejsca, pchnąć przed siebie i uprowadzić gdzieś do Niemna.

Matruna jest zawsze tak zimna, że trzeba wpierw stopy ostrożne przyzwyczaić do wody aby w niej brodzić. Doświadczyli tego moi synowie, gdy poszliśmy obejrzeć żeremie bobrów. Widok zbudowanej przez te zwierzęta tamy, dzięki której utworzyło się małe jeziorko, wyrastające z niego drzewa i inna roślinność sprawiały wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w amazońskiej dżungli. Bobry od kilku lat zadomowiły się na naszej ziemi. Są na Matrunie tworząc długie rozlewisko jeszcze przed gospodarstwem Henryka Kaweckiego, prawie do wysokości domu dziadka Bronisława. To jest ich kraina, w której oprócz bocianów można także spotkać czaple siwe i inne ptaki. Bobry może chciały się też usadowić u ujścia Matruny do Gawii, gdyż poprzegryzały w tym miejscu wiele drzew. Są w dwóch miejscach na Łytupce. Za Dowgiałowszyzną i na wysokości Tomaszowego pola, czyli sąsiedztwa dziadka Jana. Z wąskiej, zarośniętej drzewami i krzewami ledwie płynącej rzeczki, powstało od tego miejsca w kierunku Łyntupi jeziorko. Ślady ich bytności widziałem jadąc do Dobrowalan a następnie Żemłosłwia, kiedy przejeżdżałem przez liczne po drodze strumyki.

Początek lipca to pora na pierwsze maliny, poziomki, dojrzewające powoli jagody i grzyby, które pojawiają się wcześniej. Zapobiegliwi sobotniczanie krzątają się w swoich ogrodach, starając się posiać i posadzić jak najwięcej. Produkty żywnościowe są drogie a pensje i emerytury niewysokie. Jak to jest w wiejskim życiu na Białorusi, każdy chce a własciwie musi być w miarę samowystarczalnym, jeżeli chodzi o wyżywienie. Nie jest to jednak łatwe. Kiedy byłem w Sobotnikach na przełomie września i października 2001 roku wybrałem się z kuzynem Jankiem do lasu na kury. Na kury do lasu? Tak na kury, ale nie na ptaki, lecz na grzyby. Inna ich miejscowa nazwa to panczuki lub niemczyki. Rosną w sosnowych borach, pokrytych miękkim i gęstym dywanem mchu, poprzetykanym polankami krzewów borówki czernicy. My wybraliśmy się na nie w bok od drogi prowadzącej do Iwia, w kierunku Mażul. Grzybów było tak dużo, że wkrótce zapełniliśmy nasze koszyki. Sam nigdy nie podniósłbym takiego grzyba. Był z rodzaju blaszkowatych i zupełnie mi nieznany. Jest bardzo dobry zarówno gotowany jak i smażony. Spróbowałem w domu je rozszyfrować. Według mnie była to płachetka kołpakowa (łac. rozites caperata), jeden z najbardziej wydajnych i najsmaczniejszych grzybów jadalnych. Na grzybobraniu znalazłem też kilka prawdziwków i rydzów. Te ostatnie w tym roku obrodziły i Janka żona Irka dużo ich zasoliła na zimę. Ostatnimi jesiennymi grzybami są zielonki i podzielonki. Można je zbierać koszami koło Girowicz.

I jeszcze jedno zdanie o grzybach, ale niejadalnych. Wiesiołka czyli sromotnik bezwstydny (łac. phallus impudicus). Zbiera się go jak jest niewyrośnięty w postaci sporej kulki. Zalewa wódką (jedna kulka na pół litra) i zostawia na miesiąc w ciemnym miejscu, najlepiej zakopany w ziemi. Przecedzony naciąg podobno dobrze leczy nieżyt żołądka. Wyrośnięty wiesiołek ścina się, suszy i też zalewa wódką. Powstały preparat służy do nacierania bólów pochodzenia reumatycznego. Inny sprawdzony lek z domowej apteczki jest pomocny w leczeniu cukrzycy. Należy wykopać korzeń chrzanu długości 20 cm (lub kilka mniejszych), umyć go ale nie oskrobać, pokroić na małe kawałki i włożyć do dużej butelki. Dodać siedem, dziesięć małych ząbków czosnku (lub pięć dużych), zalać całość litrem piwa i postawić na dziesięć dni do ciemnego, chłodnego miejsca. Przecedzić całość i pić trzy razy dziennie po stołowej łyżce przed jedzeniem, przez pierwsze trzy dni. Następnie należy zmierzyć poziom cukru i odpowiednio do niego przyjmować preparat.

Ludzie mieszkający w naszej gminie, na lidczyźnie, na Białorusi to naród zbieraczy darów lasu. Zbieranie przede wszystkim grzybów to wielka dla nich przyjemność. Podobnie jagody, maliny, borówki i żurawiny, za którymi jadą nawet po kilkadziesiąt kilometrów. Kuzyn Janek będąc raz w Baranowiczach, widział przed dworcem kolejowym około dwieście kobiet stojących w rzędzie z wiadrami pełnymi wspaniałej czerwieni żurawin. Letnią porą na dworcu autobusowym w Lidzie zawsze spotykam ludzi z koszykami i wiadrami. Zbieranie to domena zarówno kobiet jak i mężczyzn. Kobiety dodatkowo uprawiają ogrody i działki przydomowe na wsi. Plony z nich przetwarzają robiąc często wyszukane i smakowite kompozycje.

W pierwszą niedzielę października jest jeszcze jedno ważne wydarzenie w naszym miasteczku. Jest to święto Matki Boskiej Różańcowej, tradycyjnie obchodzone od ponad stu lat i uważane za najważniejszy odpust w parafii. Byłem na nim pierwszy raz w 1999 roku. W Sobotnikach przywitała mnie piękna wczesnojesienna pogoda. Świeciło mocno słońce. Kolorowe liście opadały z drzew i wzdłuż ulicy Żemłosławskiej utworzyły sznureczki prawie zbiegające się na horyzoncie. Wokół kościoła powstały z nich wzorzyste kobierce o wspaniały barwach i kolorach jak w żadnej innej porze roku. Nie powstydziłby się ich perski tkacz dywanów. Oprócz kolorów był jeszcze zapach. Przyjemny zapach świeżo opadłych liści, w którym splatały się różne wonie kolejnych miesięcy, okraszone ciepłem babiego lata. Wiał znajomy, lekki, ciepły wiatr i grał bliską sercu melodię. Następnego dnia pogoda się trochę zmieniła. Zmienił się też wiatr. Raz był to lekki powiew, to znów poryw, albo gwałtowny, krótki wicher, który rzucał we mnie liśćmi, kręcił z nich w powietrzu barwne spirale.

Ze względu na ważność święta, msze odbyły się tylko w Sobotnikach. Przybyło bardzo dużo ludzi począwszy od kilkuletnich dzieci po tych, którzy dawno już wkroczyli w jesień życia. Byli księża z dekanatu iwiejskiego i z Polski. Msza odpustowa rozpoczęła się procesją wokół kościoła. Na jej czele szły dzieci niosące olbrzymi, drewniany różaniec. Za nimi kroczyły poczty sztandarowe, panie niosące feretrony i wierni. Przy kapliczkach znajdujących się w kościelnym murze odmawialiśmy tajemnice radosne różańca świętego. Po mszy ludzie zostali jeszcze przy kościele, oglądali zdjęcia związane z historią Sobotnik, rozmawiali o swoich sprawach.

Listopad jest przeciwieństwem maja. Dni są zimne, często zacina deszcz a nawet śnieg. Niebo jest ciągle pokryte szarymi chmurami, a pozbawione liści drzewa sprawiają przygnębiające wrażenie. Nie lubię tych dni choć jest coś, co oprócz pamięci o zmarłych sprawia, że chcę wtedy tu być. Jest to możliwość spotkania wielu ludzi pochodzących z Sobotnik a mieszkających poza nimi. Przyjeżdżają oni czasami tylko raz w roku właśnie na groby bliskich. Zjawiają się z miast i miasteczek Białorusi, z bliskiej Litwy i trochę dalszej Polski, z Łotwy, Rosji i innych miejsc, gdzie ich zawiódł los. Zapełniają do ostatniego miejsca kościół i w procesji podążają na cmentarz.

Sobotnicki, parafialny cmentarz za Gawią. Teren jego jest nierówny i naturalnie pofalowany, co przydaje mu swoistego uroku. Groby ogrodzone są tradycyjnie płotkami z furtką. Świeże, tegoroczne daty. Sprzed kilku, kilkudziesięciu lat i te sponad wieku. Jan Kursewicz zmarł w 1955 roku, żył 90 lat a więc urodził się w 1865 roku. Jakie długie miał życie, ile ważnych wydarzeń na nie przypadło. Jak wiele ciekawych historii z naszej ziemi mógłby opowiedzieć. Teresa Wasilewska zmarła 28 września 1952 roku, żyła dwanaście lat. Urodziła się w czasie wojny a jej krótkie dzieciństwo przypadło na trudne lata powojenne. Czy miała w nim dobre chwile? Krótkie napisy na nagrobkach, nieraz z błędami, wykute czasami niesprawną ręką. I dwa piękna epitafia126 na marmurowych płytach:

Panna Herminia Preuss służąca wiernie lat 30 u hrabiostwa Władysława i Janiny Umiastowskich w Żemłosławiu, gdzie zmarła mając lat 70 w 1919 roku. Wieczny pokój racz jej dać Panie. Krzyż postawiła margrabina Janina Umiastowska z Żemłosławia

Józef Hryniuk z Dobrowlan, doskonały kucharz, poczciwy człowiek. Służył wiernie trzem pokoleniom lat 70 w Żemłosławiu. Jakubowi i Annie Umiastowskim, synowi marszałkowi Kazimierzowi i Józefie Umiastowskim, wnukowi hrabiemu Władysławowi i Janinie Umiastowskim. Umarł mając lat 99 w 1917 roku. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Krzyż postawiła margrabina Umiastowska z Żemłosławia


Za cmentarzem w pobliżu drogi na Dobrowlany płynął kiedyś niewielki strumień. Miał kształt pogrzebacza do pieca na długim kiju. W języku białoruskim nazywa się on kaczerha i tak też nazwano to miejsce. Z tyłu za cmentarzem został wyznaczony nowy teren pochówków. Na dotychczasowym brakuje już miejsca. Miejsce oczyszczono z drzew i krzewów, zostały zakupione elementy ogrodzenia. Wydawałoby się, że nic nie stoi na przeszkodzie aby kontynuować i doprowadzić do końca potrzebne prace. Okazało się jednak, że bark jest chęci współpracy ze strony gminnej i powiatowej władzy. W jej możliwościach jest użyczenie ciężkiego sprzętu potrzebnego do pracy w ziemi. A przecież cmentarze na Białorusi nie są własnością parafii lecz gmin i miast. One przede wszystkim powinny łożyć pieniądze na ich utrzymanie. W rzeczywistości robią to parafianie i tym bardziej niezrozumiała jest niechęć niesienia pomocy ze strony urzędników. Jest także cmentarz przykościelny, na którym znajdują się groby wspomniane wcześniej. Ostatnią osobą, która została pochowana przy kościele był zmarły w 1946 roku organista Wacław Sadowski. Prawdopodobnie gdzieś pod warstwą ziemi mogą znajdować inne inne, starsze groby, gdyż zanim powstał cmentarz parafialny prawdopodobnie chowano ludzi w okolicy kościoła.

Jeden raz byłem w Sobotnikach zimą, na przełomie lutego i marca. Zima była prawdziwa z dużą ilością śniegu i kilkunastostopniowym mrozem. Świeciło mocno słońce i było bezwietrznie. Patrząc z okna wieży kościelnej widziałem jedynie białe wstążki ulic i grube, śnieżne czapy na domach. Płynące do nieba smużki dymu świadczyły o tętniącym w nich życiu. Zwisające z dachu budynku dawnej gminy długie sople lodu wyglądały jak fantastyczny grzebień, który niczym pryzmat rozszczepiał padające nań słoneczne światło. Kiedy szedłem z miasteczka na kolonię po skrzypiącym śniegu pamiętam, że bolały mnie oczy nie przyzwyczajone do tak dużej dookoła ilości bieli. Wszędzie było biało, biało i pięknie.

W czasie moich pobytów w Sobotnikach staram się w miarę możliwości pomóc rodzinie. Chodzę na cmentarz, gdyż zawsze jest coś do zrobienia przy grobach dziadków. Pewnego roku malując ogrodzenie, usłyszałem dziwny głos nieznanego mi ptaka. Udałem się w jego kierunku i w wysokim, martwym pniu sosny zobaczyłem otwór dziupli. Wychylała się z niego głowa pisklęcia, głośno domagając się pożywienia. Wkrótce zjawiła się matka, duży okaz dzięcioła czarnego i zaczęła karmić swoje małe. Nasz cmentarz jest siedliskiem dzięciołów różnych gatunków, spotkać na nim można też sowy. Innym razem wracałem na kolonię do cioci Zosi przez dawne pole dziadka Jana. Było świeżo skoszone przez kombajn i mokre od padającego niedawno deszczu. Zobaczyłem na nim gromadę kilkunastu bocianów szukających pożywienia. Jeszcze tego samego dnia przeszła ogromna, gwałtowna nawałnica z grzmotami, błyskawicami i intensywnym deszczem. Płynąca na ziemi woda łączyła się w małe strumyczki rwące do przodu z olbrzymim impetem i rozlewające się na skoszoną łąkę. Gdy burza się kończyła wyszedłem przed dom i brodziłem po kostki w ciepłych strugach płynącej wody, a stopy miałem wkrótce białe i delikatne jak niemowlę.

Kiedy byłem w Sobotnikach w sierpniu 2002 roku, wybrałem się rowerem do Łyntupi. Z daleka zauważyłem na niebie dużą chmurę jakiś ptaków. To pojawiała się ona to znikała. Podjechałem bliżej drogą prowadzącą w kierunku Korejwicz i co ujrzałem? Olbrzymie stado co najmniej stu bocianów. Kroczyły za traktorami orzącymi pole i coś tam z ziemi wydłubywały. Zapewne był to ich sejmik i ostatnie przygotowania przed odlotem na zimę do ciepłych krajów. W oddali bieliła się kapliczka w Korejwiczach. Byłem przy niej pod koniec września tego samego roku. Nocny przymrozek pobielił szronem zaorane pole. Powietrze było rześkie i przejrzyste a słońce oświetlało domy rozrzucone szeroko na horyzoncie jak chutory127 i odbijało się od białych ścian kapliczki. W Łyntupi czekały na mnie wspaniałe jesienne barwy drzew. W intensywnym słońcu liście klonów pyszniły się jasnym brązem, purpurą, czerwienią, pomarańczowym złotem, żółcią, trochę jeszcze zielenią. Łyntup to ciekawie usadowiona wioska. Trochę zwartej zabudowy i kilkanaście chałup rozrzuconych w różnych miejscach. Rower jest najlepszym środkiem do poruszania się na naszej ziemi. Wszędzie można nim dojechać. Czasami pomaga lub przeszkadza w tym wiatr. Gdy jechałem do przydrożnej kapliczki w Kwiatkowcach, był przeciwko mnie i musiałem się z nim mocować. Wiał ostro, dmuchał, gwizdał, szumiał w uszach tak, że nie słyszałem co do mnie mówi jadący obok ziemlak. Chwilami musieliśmy schodzić z rowerów i prowadzić je kawałek. W drodze powrotnej wiatr popychał mnie delikatnie w plecy, dając odpocząć zmęczonym pedałowaniem nogom.

Młode nogi mogą spokojnie przemierzać naszą ziemię pieszo. Gdy przyjechałem z synami i siostrzeńcem na św. Władysłwa w 2001 roku, trudno było o rower dla każdego z nas. Do Żemłosławia przez Rybaki i Szarkucie nie idzie się długo i jest to przyjemny spacer wśród lasu. Droga przez Rybaki wygląda jak zielony tunel. Po obu jej stronach rosną potężne drzewa i krzewy. Wioska była kiedyś większa i miała trzy równoległe rzędy chat. Biegła przez nie droga na Szarkucie wysadzona gęsto ogromnymi brzozami, które tworzyły biało - zielony tunel. Jakie to było piękne, wspominają starsi mieszkańcy. Szarkucie są ładnie położone na wysokim brzegu Gawii, która w tym miejscu jest szeroka. Jest to spora wieś i co bardzo ważne, mieszka w niej dużo młodych ludzi. Byliśmy z wizytą u gościnnych Gieni i Alfreda Kuleszów, a następnie poszliśmy z panem Fredkiem do bliskiego Żemłosławia.

Obeszliśmy prawie wszystkie miejsca znane z przedwojennych opisów. Z niektórych nic nie pozostało jak Wenecji zakrytej przez jezioro. Z dużego domu wypoczynkowego dla uczonych i artystów pozostało lekkie wzniesienie z fundamentem i kilka wejściowych stopni. Co ciekawe pozostał ślad drogi, jaka od domu prowadziła do długiego i malowniczego mostu, który to opadając to wznosząc się prowadził przez dolinę Gawii na drugi jej brzeg, gdzieś w okolice rezerwatu bobrów. Ślad jest dobrze widoczny w czystej wodzie jeziora nawet kilkanaście metrów od brzegu. Lewy brzeg Gawii był kiedyś wysoki. To z niego staczano do wody pnie drzew, spławiano do Niemna i zbijano w tratwy, które dalej płynęły do miasta Mosty.

Żemłosławski pałac jest w dość dobrym stanie. Zachowało się także sporo starych budynków majątku. W jednym z nich znajduje się przetwórstwo tworzyw sztucznych, funkcjonuje też stara fabryczka spirytusu. Dobrze się trzyma rzadki okaz jesionu pensylwańskiego a zamieszczona przy nim tabliczka oznajmia, że jest on pomnikiem przyrody Białorusi. Zupełnie nowym budynkiem o bardzo ładnym wnętrzu jest kaplica pod wezwaniem Chrystusa Króla i Matki Boskiej Fatimskiej. Została też postawiona nowa figura Matki Boskiej na wprost drogi prowadzącej do pałacu. W przeciwieństwie do oryginału ma złożone ręce. Warto się przejść na most, przez który prowadzi droga w kierunku Trab. Gawia jest w tym miejscu niespodziewanie szeroka i przypomina górską rzekę.

Jesienią 2002 roku pojechałem rowerem tą samą trasą do Żemłoslawia, a następnie przez Ławkieniki do folwarku Huta. Zrobił na mnie przygnębiające wrażenie. Jeszcze kilkanaście lat temu obory były pełne bydła, świń. Teraz stoją puste i mieszka w nich tylko wiatr. Podobnie jest z dużym budynkiem z czerwonej cegły. W widocznych na horyzoncie wioskach Dobropole I i II mieszka zaledwie kilkoro starych ludzi. Do Sobotnik wracałem asfaltową tak zwaną Nową Drogą, którą przez Szajdziuny (pierwsza wioska po litewskiej stronie) można dojechać do Dziewieniszek. Zaczął kropić jesienny deszcz, a ja nałożyłem na głowę foliowy worek i gnałem asfaltem w dół popychany znajomym wiatrem. Zatrzymywałem się kilka razy aby przyjrzeć się krajobrazowi, smakować jego piękno. Największe wrażenie robiła i robi na mnie przestrzeń. Zaorane pola, pofalowana, zielona płaszczyzna wschodzących traw z samotną kępą drzew w oddali i nisko wiszącymi szarymi chmurami, asfaltowa droga z rzędem słupów wiodących prąd zwężająca się na horyzoncie, a z lewej strony widoczna w oddali wieża i srebrny dach naszego kościoła.

Tego samego roku w sierpniu znowu odwiedziłem naszą ziemię. Przyjechałem na święto Matki Boskiej Zielnej. Rowerową wycieczkę zrobiłem do Chilewicz i Wasilewicz. Jechałem dobrą, asfaltową drogą na Iwie, która prowadzi przez potężne, sosnowe lasy. Zatrzymałem się na moście na Pojakunce. To czysta, bystra i urokliwa rzeczka. Za mostem płynie w kierunku Gawii starym korytem. Na sporym odcinku do mostu zmieniono i uregulowano jej bieg. W starym, naturalnym korycie był płycizny i kilkumetrowe jamy, było też sporo ryb. Dwa pierwsze domy w Chilewiczach należały do Augustyna i Józefa Niechwiadowiczów, braci dziadka Bronisława. Przed domem Augustyna była chata Gutki, w której Janina Kirol uczyła dzieci. Chilewicze to wioska o zwartej zabudowie, przez środek której biegnie wąska, wybrukowana polnymi kamieniami ulica. Mieszka w niej trzydzieści parę osób. Wszystko to starsi ludzie, którzy tak jak dawniej trudzą się ciężką, fizyczną pracą na swoich kawałkach ziemi. Wasilewicze są wsią o wiele większą. Domy nie stoją blisko siebie i są jakby okazalsze. Wiecie, że Wasilewicze były spalone w czasie wojny i odbudowane od podstaw na nowo. Ludzie przez pewien czas żyli w bardzo ciężkich warunkach. Charakterystyczną dla mnie cechą Wasilewicz są studnie, z których wodę czerpie się za pomocą żurawi. Na przyzagrodowych poletkach brązowiły się snopki lnu.

Wstąpiłem do Stanisława Kuleszy, starszego o dwa lata kolegę taty. Odziedziczył on po swoim ojcu naturalny talent do muzykowania. Siódmą klasę szkoły podstawowej ukończył przed wojną w Iwiu. Kiedy na lekcji muzyki zagrał na skrzypcach "Jeszcze Polska nie zginęła...", zaskoczony nauczyciel docenił to i postawił mu piątkę. Staś Kulesza jeździł po wojnie z ojcem i innymi muzykantami na wesela, różne uroczystości. Grali na ziemi rodzinnej, byli w innych miejscach Grodzieńszczyzny, Nowogródczyzny, w Wilnie i Mińsku. Gdzieś w okolicy Mińska ojciec pokazał mu rzeczkę i powiedział, że tu była przedwojenna granica Polski. Staś grał później ze swoim zespołem na weselu moich rodziców, wujka Albina i wielu innych. Siedzieliśmy w dużym pokoju jego domu. Pan Stanisław zdjął z szafy skrzypce i zagrał kilka wesołych melodii. A na koniec "Jeszcze Polska nie zginęła..." i kiedy grał, jego oczy przybrały blask i zaszkliły się.

Bardzo dobrym skrzypkiem i to nie tylko był Nikodem Wasilewski z Dobrowlan. Razem ze Stasiem Narbutem z Narbut, Władkiem Byczko i kilkoma innymi grali po wojnie na wielu uroczystościach w naszej gminie. Nikodem miał też naturalny dar do różnych prac technicznych. Koło swojego domu postawił łaźnię parową czyli banię, olejarnię do tłoczenia oleju lnianego. Wybudował też niewielką elektrownię wiatrową, która jednak nie zdała egzaminu. On też budował pomnik nieznanego żołnierza na naszym cmentarzu. Jego kolega z zespołu Staś, specjalista od wygrywania na akordeonie skocznych poleczek tak mu przyśpiewywał: Nikodem, Nikodem, smaruje bliny miodem z wierzchu i pod spodem!

Ten mój sierpniowy pobyt to także była wizyta u ojca Krzysztofa w Lipniszkach. Przez sześć lat był on proboszczem naszej parafii. Pokazał mi żydowski kirkut w miasteczku, o którym nie wiedziałem, że istnieje. Pojechaliśmy też do Galimszczyzny, gdzie stoi stary, nieużywany młyn wodny na Gawii. Zbudowany jest z kamienia a jego martwe serce - kamienie młyńskie, stoi na zewnątrz. Odwiedziliśmy też wioskę Centralna z postawioną niedawno kaplicą. Ma bardzo ładne wnętrze z niewielkim chórem. Lipniski kościół pod wezwaniem św. Kazimierza widoczny jest z daleka. Został zbudowany w stylu neogotyckim ale nie z czerwonej cegły lecz z kamienia. Materiał ten pozyskano z ruin zamku w Gieranonach. W zamku tym mieszkała przez pewien czas Barbara Radziwilł, przyszła królowa Polski. Niewielkie Lipniszki mają swój herb, Pogoń na czerwonym polu. Miały też przez pewien czas miejskie prawa magdeburskie nadane w 1792 roku.

Miasteczko jest związane z osobą Józefa Piłsudskiego. W 1894 roku w tajnej drukarni, która mieściła się początkowo w lipniskiej aptece, powstały pierwsze numery pisma Robotnik, którego Piłsudski był głównym twórcą. Marszałek i później nie zapomniał o Lipniszkach. W 1935 roku z jego inicjatywy pod hasłem 100 szkół dla Wileńszczyzny, rozpoczęto budowę siedmioklasowej szkoły powszechnej, która funkcjonuje po dzisiaj. Budowę ukończono w 1937 roku. Z tego samego funduszu, na który składali się też uczniowie w ogólnopolskiej akcji Złóż pięć groszy na budowę szkół powszechnych, powstały w naszych stronach szkoły w Wiguszkach i Dojlidach. Niedawno została oddana do użytku nowa szkoła w Lipniszakach. Jest to duży piętrowy budynek połączony łącznikiem ze starą szkołą. Razem stanowią piękne zachowanie ciągłości tradycji szkolnictwa tej ziemi.

Odwiedziłem także Iwie, stolicę naszego powiatu. Można do niego dojechać mikrobusem z Sobotnik, kursującym trzy razy dziennie przez pięć dni w tygodniu. Do miasta wjeżdżamy starym traktem na Sobotniki. Najważniejszym zabytkiem Iwia jest widoczny z daleka piękny kościół pw. św. Apostołów Piotra i Pawła. Jest to budowla barokowa z dwoma strzelistymi wieżami typu wileńskiego, bardzo ciekawy przykład architektury kościelnej i jeden z najpiękniejszych w dawnym powiecie oszmiańskim. W połowie ulicy wiodącej do kościoła, stoi kamienny budynek dawnego młyna wodnego. Tuż przed nim jest uliczka w prawo, która prowadzi do iwiejskiej Krynicy. Jest to naturalne źródło wody o właściwościach leczniczych, odkryte przez Niemców podczas I wojny światowej.

Innym ciekawym i ważnym miejscem w mieście jest jedyny, czynny na Białorusi meczet tatarski w dzielnicy miasta zwanej Murawszczyzna. Iwie jest największym na Białorusi skupiskiem Tatarów, potomków osadników żołnierskich sprowadzonych przez Wielkiego Księcia Witolda. Samo miasto jest ładne. W centrum prowadzone są różne prace mające poprawić jego funkcjonowanie i wygląd. Przydałyby się one także w innych jego miejscach, na przykład w tak ruchliwym i też w pewnym sensie reprezentacyjnym jak dworzec autobusowy. Ja udałem się pieszo, to nie jest daleko, drogą wiodącą na Mińsk w kierunku Stoniewicz. Tuż za rogatkami Iwia przed dużym skrzyżowaniem, jest po lewej stronie asfaltowa dróżka wiodąca do lasu. Po kilkudziesięciu krokach znalazłem się w upamiętnionym miejscu, gdzie rozstrzelano Żydów z iwjejskiego getta. Także naszych sobotnickich współmieszkańców.

Z roku 2002 zostało mi kilka dni urlopu, które chciałem wykorzystać na pierwszą tegoroczna wizytę w Sobotnikach. W podróż wybrałem się pod koniec kwietnia, a więc w nowej dla mnie porze. Wysiadłem na dworcu autobusowym w Lidzie i pieszo udałem się do cioci mieszkającej na ulicy Tawłaja. Już po kilkunastu krokach odczułem zimno. Lida przywitała mnie chłodem, który przenikał całe ciało, był dokuczliwy. W Polsce jak wyjeżdżałem było cieplej, a wiosna śmiało pukała do naszych bram, dodając pierwszych, zielonych kolorów gałęziom drzew i krzewów. Dlatego też w podróż ubrałem się lekko, a tu w Lidzie niespodzianka. Jak mi powiedziano, niedawno były nawet kilkustopniowe przymrozki. Ja sam podczas krótkiego pobytu obserwowałem uśpioną jeszcze przyrodę, bezlistne krzewy i drzewa.

W katolicką Wielkanoc prawosławni obchodzili Niedzielę Palmową. Przynosili do cerkwi gałązki wierzby do poświęcenia. Kiedyś na wsi nadawano im cudowne właściwości. Ozdabiano nimi chaty, groby, wyganiano przy ich pomocy bydło na pierwszy wypas. Sobota 26 kwietnia była Wielką Sobotą chrześcijan prawosławnych. Tego dnia nasi bracia w wierze tak samo jak my katolicy, nieśli potrawy do poświęcenia. Po południu poszedłem ulicą Tawłaja w kierunku cerkwi na ulicy Sowieckiej (Suwalskiej), kiedyś kościoła pijarów. Przede mną szło dwóch chłopaków w wieku około osiemnastu lat. Nieśli wiklinowe koszyki przykryte ozdobnymi serwetkami. Hej, wierzący!. Krzyknął w ich kierunku rówieśnik z okna mijanego bloku. Oni nie zwracając na to uwagi szli spokojnie dalej. Ulica Tawłaja jest długa. Po drodze mijałem osoby w różnym wieku, które wracały z cerkwi z poświęconymi już potrawami. Ludzie byli odświętnie ubrani. Nieśli wiklinowe koszyki trzymając je za pałąk, lub zrobione z wikliny płytkie koszyczki trzymane na dłoni. Przed świątynią stała grupa wiernych. Dochodzili kolejni, wchodzili do środka, modlili się, zapalali świeczki.

Po pewnym czasie, wszyscy ustawili się przed cerkwią w długim rzędzie. Za chwilę wyszedł z niej batiuszka z ministrantem. Podszedł na początek szeregu i rozpoczął święcenie potraw. Krótkie i szerokie kropidło zanurzał w wiaderku trzymanym przez chłopca i soczyście zraszał święconą wodą odkryte potrawy, wymawiając przy tym słowa modlitwy. Po zakończonej ceremonii ludzie powoli rozchodzili się do swoich domów. Z kolei nadchodzili inni i cały obrzęd powtarzał się kilkukrotnie. Podobał mi się ten ceremoniał, chociaż brakowało w nim smakowitych zapachów świeconego, gdy odbywa się on wewnątrz świątyni. Za kilka dni w czwartek, prawosławni odwiedzając cmentarze będą wspominać swoich zmarłych rodziców. Wielka Sobota jest też dniem, w którym zawieranych jest wiele małżeństw. Ulicą Sowiecką mknęły ustrojone balonami samochody wiozące nowożeńców i ich najbliższych. Niektóre zapewne już po głównej ceremonii, zatrzymywały się w pobliżu skrzyżowania z ulicą Kirowa. Młodzi wraz z swatami szli do pobliskiego zakładu fotograficznego, aby zrobić pamiątkowe zdjęcia.

Pierwszy raz byłem w Sobotnikach wczesną wiosenną porą, gdy pąki na krzewach i drzewach nie były jeszcze rozwinięte. A przecież to był koniec kwietnia, powinny być kwietne piękne dni, karsawik w języku białoruskim nazywa się ten miesiąc. Soki już dawno zaczęły krążyć w drzewach. W marcu niektórzy mieszkańcy naszej gminy spuszczają sok z brzóz, jak tylko pocznie krążyć obudzony z zimowego snu. Białoruska nazwa miesiąca sakawik w pełni odpowiada temu stanowi przyrody. Jedno duże drzewo daje 120 litrów soku w ciągu czterech dni. Z tego samego pnia sok może pobrać też ktoś inny i to podobno bez szkody dla samego drzewa. Jest on w smaku trochę kwaśny. W umiejętnym połączeniu z cukrem i rodzynkami ulega fermentacji, a schłodzony jest bardzo smaczny do picia. Tego roku odpust parafialny na św. Jerzego przypadł na oktawę Wielkiej Nocy, dlatego przeniesiono go na poniedziałek 28 kwietnia. Chociaż był to powszedni dzień, na uroczystość przyszło dużo ludzi. Była msza odpustowa z litanią do św. Jerzego i procesją wokół kościoła.

Tej wiosny ludzie rozpoczęli wcześniej sadzić ziemniaki, obawiając się większej suszy niż w roku ubiegłym. Jadąc rowerem z Żemłosławia przejeżdżałem obok Ławkienik, gdzie mieszkańcy byłego majątku trudzili się ręczną pracą w polu. Wpierw jednak trzeba było wywieźć obornik w pole. Z Sobotniki i wiosek wyruszyły w różne strony konne wozy wypełnione obornikiem. Z daleka wyglądały jak pracowite żuki mozolnie pokonujące swoje trasy. Po przywiezieniu na pole obornik trzeba rozrzucić i najpóźniej na drugi dzień zaorać, aby zachował jak najwięcej wilgoci w ziemi. Większość zaoruje obornik przy pomocy pługa i sadzi ziemniaki ręcznie. Wynajęcie techniki jest kosztowne. Za wszelkie prace związane z posadzeniem ziemniaków przy pomocy traktora na 800 m2 trzeba zapłacić 100 dolarów, znacznie więcej niż wynosi wiejska pensja. Kilka lat temu tyle kosztował cielak, a teraz na pokrycie kosztów potrzebne są dwa cielaki. Przeważnie sprzedaje je się kołchozowi, który płaci za nie z dużym opóźnieniem przez co część pieniędzy zjada inflacja.

Gdy przyjechałem do Sobotnik na przełomie czerwca i lipca powiedziano mi, że przywiozłem słońce. Prawie cały maj i czerwiec padało i ludzie obawiali się o ziemniaki, które z nadmiaru wilgoci mogą gnić później w kopcach. Ale ta słoneczna pogoda szybko się skończyła. W czwartek dwa dni przed świętem pojechałem na jeden dzień do Lidy przez Iwie. Tuż przed Lipniszkami nasz autobus spotkał grupę młodzieży z naszego dekanatu Iwie pielgrzymującą do Trokiel. Nieśli ze sobą transparent z napisem Maryjo błagamy o trzeźwość. W jednodniowym pobycie w Lidzie trafiłem na święto piwa. Festyn urządzono koło Kurhanu przy ulicy Tawłaja. Można było raczyć się renomowanym piwem beczkowym i butelkowym lidzkiego browaru, spróbować szaszłyka, obejrzeć występy piosenkarzy i zespołów młodzieżowych.

W piątek rano w Sobotnikach przy deszczowej już pogodzie, pożegnaliśmy naszą iwiejską pielgrzymkę. Piątego lipca w sobotę pojechałem do Trokiel. Mimo wyraźnych oznak pogorszenia pogody, uroczystościom jak zwykle towarzyszyło intensywne słońce. W polowym ołtarzu znajdował się napis: Dziatki moje. Odmawiajcie różaniec, drugie z haseł tegorocznego święta. To już trzeci mój udział w Trokielance. Chciałbym kiedyś tu przejść z naszą pielgrzymką iwiejską. Słoneczna pogoda utrzymała się do niedzieli wieczorem. Wieczorem rozpadało się i tak było przez kilka dni do mojego wyjazdu. W naszych stronach mówią, że od Jana katolickiego w dniu 24 czerwca do Jana prawosławnego w dniu 7 lipca zawsze musi padać, a nawet jeszcze o tydzień, dwa dłużej. I można pogodę przewidzieć dokładnie. Jeżeli słonce jest wieczorem zakryte chmurami, nazajutrz będzie padać. Jeżeli o poranku nie ma rosy to następnego dnia będzie deszcz. Jak wrony siedzą na czubkach drzew to będzie ciepło, jeżeli na gałęziach to zimno. Jeżeli przy tym skrzeczą, też będzie padało.

Stałem pod skąpym okapem dziadkowego domu a pojedyncze krople deszczu spływały mi po skroniach za kołnierz koszuli. Było ciepło. Gdzieś bokiem, niespiesznie, wędrował po niebie grzmot. Poprzez delikatny szmer padającego deszczu, przebijały się energiczne śpiewy ptaków, jakby dla nich ta pogoda była dobra jak inne. Na niebie nie było widać żadnych chmur, tylko jednolitą szarą powłokę. I nagle od strony Gieranon ukazało się słońce. Jak słup silnego reflektora padało na ziemię załamując się na gałęziach drzew. Gdzieś tam zapewne było widać tęczę a ja zazdrościłem ludziom, którzy mogli ją oglądać. Obróciłem twarz w kierunku słońca i z zamkniętymi oczami pochłaniałem jego promienie.

Spacer po okolicy nawet w taką pogodę może być przyjemny. W oddali na skraju lasu widać było dym z ogniska. Snuł się powoli to w lewo to w prawo, trochę do góry i znowu na boki, jakby walczył z padającym deszczem. Nie wiem komu przypadła dzisiaj kolejka pasienia krów, ale widać było, że tym ciepłem ogniska chciał zrównoważyć nieprzyjemną pogodę. Zmoczona bociania mama w Dowgiałowszczyźnie smętnie stała nad trójka swoich pociech, których nie chronił żaden parasol. Skręciłem za wioską i poszedłem w kierunku Łyntupi. Z lewej strony w oddali było widać las zwany Ściana. Przed nim aż po horyzonty rozciągała się delikatnie pofalowana płaszczyzna zbóż. Po prawej stronie minąłem parę zamieszkałych chat, następnych kilka stało pustych. Ukryte w gąszczu drzew i krzewów, z zabitymi deskami oknami i drzwiami, zapadniętymi dachami. Obok nich stały rozpadające się gumna, w których nawet wiatr nie chce gwizdać. Schowane domy jakby nie chciały żeby je ktoś oglądał, jakby wstydziły się swojej samotności i bezradności. Opuszczone i zapomniane jak stary, nikomu niepotrzebny człowiek. A przecież kiedyś było w nich gwarno, dawały schronienie i ciepło. Gdzie się podziali ich gospodarze? Starzy odeszli do Pana, a ich dzieci jeżeli je mieli, znalazły sobie nowsze domy, wygodniejsze miejsca, bliżej życia i ludzi. Przeszedłem też obok pustych miejsc po domach, które może wywędrowały gdzieś ze swoimi gospodarzami, aby nadal dawać im dach nad głową, rodzinne znajome ciepło, poczucie bezpieczeństwa.

Skręciłem w kierunku mostku na Łyntupce. W lewo lekko pod górę biegła droga do Korejwicz. W pobliżu przy drodze wyłożonej polnymi kamieniami stało kilka chałup. Minąłem krzyż schowany w wysokim krzewie bzu jakby nie wiedział, że dla niego złe czasy skończyły się. Szedłem łyntupską drogą w kierunku Sobotnik. Przede mną pojawił się konny wóz i po chwili skręcił w boczną dróżkę. Jechali nim ona i on. Oboje młodzi, wracali do domu. Jak sobie radzą na tym prawie pustkowiu, gdzie jedyną zmianą od dziesięcioleci wydają się być tylko słupy linii niskiego napięcia? Czy mają dzieci, jak wygląda ich życie rodzinne? Na brzozie przybity kawałek deski z napisem Ł3. Idę dalej i po chwili z prawej strony ukazuje się pole lnu. Zielone, cienkie łodygi zakończone niebieskimi główkami, pochylonymi po ciężarem wiszącej kropli deszczu. Len, zielony jeszcze len a w nim niewielki biały klin gryki. Nachylam się nad kwiatami aby sprawdzić czy to ten sam zapach, który jest uwięziony w słoiku z gryczanym miodem. Ten sam.

Zachodzę jeszcze nad kudrę niedaleko łyntupskiej drogi i wracam do dziadkowego domu. Dom dziadka Jana Kononowicza na kolonii. Jakże upływający czas zmienił jego otoczenie. Trzydzieści lat temu z daleka widoczny był jego dach i charakterystyczne dwie wysokie brzozy. Drzewa kiedyś wycięto a wszystko zakryte jest lasem. Najbliższe sąsiedzkie domy stoją puste. Olch i łozy zarosły Łyntupkę. Dawno nie ma już jamki, w której kąpaliśmy się jako dzieci. Trawy bagienne coraz śmielej sobie poczynają a leśne maliny tworzą plątaninę kolczastych zarośli i rodzą niewielkie owoce. Woda Łyntupki ledwo płynie i aby usłyszeć jej szmer, trzeba przyłożyć do niej ucho. Przyroda powoli, ale nieubłaganie przejmuje z powrotem to miejsce w swe ramiona. Wchodzę na chwilę do starego gumna, aby dokonać pewnego rytuału. Zakręcić kilka razy ręczną sieczkarnią i żarnami. Żaren już się nie używa i drzemiący w nich duch zapewne dziwi się, kto i po co budzi go na tę krótką chwilę. Takim samym dla mnie rytuałem jest kąpiel w Gawii i brodzenie w krynicznej Matrunie.

Sobotniki 2003 po raz trzeci to kilka dni pod koniec września tuż przed wprowadzeniem wiz. Porządkowałem groby dziadków, odwiedziłem szkolnych kolegów ojca, aby coś jeszcze więcej dowiedzieć się o naszym miasteczku. Mimo kwietniowych obaw o suszę i długotrwałych letnich deszczy, ziemniaki udały się. Nasze pola są gęsto usiane kamieniami a to podobno służy dobremu urodzajowi tego warzywa. Ludzie zbierali ostatnie jesienne grzyby. W pełni działa sklep spożywczy w dawnym domu Kupreli przy ulicy Wileńskiej. Gdy wracałem do domu prawo o wizach obowiązywało od kilku dni. Na przejściu granicznym w Kuźnicy Białostockiej było pusto, co dawało wrażenie jakiejś nierealności.

Kto dawno nie był w Sobotnikach zobaczy odremontowany i ogrzewany kościół, nową plebanię i budowane w miasteczku domy z kirpicznej, białej cegły. Prawie wszędzie jest gaz ziemny a część domów ma bieżącą wodę z pompy głębinowej i wieży ciśnień. Dzieci mogą swobodnie uczęszczać na katechezę, przystępować do I komunii św., narzeczeni brać ślub w kościele. W szkole dzieci mogą uczyć się na zajęciach fakultatywnych języka polskiego, ale to tylko teoria. Praktycznie nie ma komu prowadzić zajęć. Niech to jednak nikogo nie zwiedzie, że jest dobrze. Lata złej, wypaczonej polityki doprowadziły do tego, że są ogromne zaniedbania w każdej dziedzinie życia. A co gorsze, nie widać rzeczywistego kroku do przodu i to w dobrym kierunku. Jest marazm, stagnacja i wręcz cofanie się. Pełno jest jeszcze pamiątek po niedawnej i niezbyt chlubnej przeszłości: betonowych sierpów i młotów, czerwonych gwiazd, pomników Lenina, radzieckich nazw ulic, pompatycznych nazw kołchozów. Dzisiaj śmiesznie brzmią i są puste w swej wymowie a jednak istnieją.

W Sobotnikach jednym z głównych problemów ważnym też dla całej gminny jest likwidacja miejscowego szpitala. Dawny, przedwojenny szpital zamieniony na sanatorium dla gruźlików, już od dobrych kilku lat stoi pusty. Początkowo jego teren był pilnowany, a później zostawiono go bez opieki. Rozpoczęła się grabież i dewastacja stojących tam budynków. Straszą teraz one pustymi oczodołami okien, otworami po wyrwanych drzwiach, poniszczonymi i rozszabrowanymi wnętrzami. Jak wiecie szpital ten przeniesiono do budynku gminy i to on ma być zamknięty. To prawda, że od początku nie nadawał on się do tego celu. Prawda, że dawno jest wyeksploatowany. Prawda, że chorzy przebywają w ciężkich warunkach, gdy na przykład zimą zamarza woda w nie zaizolowanych rurach. Prawdą jest także to, że szpital gminie był, jest i nadal będzie bardzo potrzebny.

Jego likwidacja to odcięcie około 4000 osób od bezpośredniej opieki szpitalnej. Chyba błędem jest też sądzić, że potrzeby w tej dziedzinie zstąpi ludziom szpital w Iwiu czy też nowobudowany w Juraciszkach. W Sobotnikach ma zostać jedynie ambulatorium do zabiegów doraźnych. Jest pomysł a nawet gotowy projekt, aby na cele szpitalne dla 50 osób przeznaczyć stojący obok kościoła pusty od dobrych kilku lat budynek po byłych sklepach. Znalazłyby się pieniądze na adaptację pomieszczeń, ocieplenie budynku, doprowadzenie wody i cieplika, założenie kanalizacji. Wydawało się, że jest już na to wstępna zgoda, ale machina urzędniczo-administracyjna postawiła nowe, niemożliwe do spełnienia warunki.

Jeżdżąc rowerem po okolicy Sobotnik widziałem kolonie i wioski leżące w oddaleniu od dróg, którymi wiedzie jakaś komunikacja. Mieszkają w nich także rodziny z dziećmi, które chodzą do przedszkola, szkoły. Spytałem się kuzyna w jaki sposób dostają się one do Sobotnik? W rodzinach, w których jest jakiś samochód podwozi się dzieci swoje i sąsiadów. Mogą dojść do drogi, którą regularnie choć rzadko jeżdżą autobusy, mogą po prostu iść pieszo nawet zimą, jak ich rodzice i dziadkowie. Dzieci można odpłatnie dowozić kołchozowym autobusem. Nie każdego jednak na taki wydatek stać. Za dowóz dzieci z okolicznych wiosek do szkoły w Lipniszkach, trzeba zapłacić od osoby 12000 rubli na miesiąc, czyli około 6 dolarów. Pensje są niewysokie i gdy się ma więcej niż jedno szkolne dziecko jest to poważna suma.

Coraz więcej ziemi leży odłogiem, gdyż zadłużone kołchozy nie mogą jej obrobić. W naszych stronach jest to spory kawałek między Byczkami, Rudzewszczyzną i Skrobowszczyzną. W Rudzewszczyźnie w kołchozowych oborach były krowy i jałówki, w Mażulach jałówki, w Ślesarach dwie obory pełne krów i jedna z cielakami, puste budynki stoją w folwarku Huta. W Narbutach, Dobrowlanach i Ławkienikach stoją fragmenty jakiś murowanych budynków. W Sobotnikach hodowano kiedyś 2500 krów, w Borowikach 5000 świń a obecnie jest ich około 800. Tak samo mniej jest kołchozowych zwierząt hodowlanych w Sobotnikach, Jodzieńcach.

Rolniczą ziemię można brać w prywatne ręce już od kilku lat. Jest parę osób w naszej gminie, które to uczyniło. Niedawno było na ten temat zebranie, na którym zachęcano ludzi do przejmowania kołchozowej ziemi. Oświadczono, że kto chce ją brać, to nie będziemy stawiać przeszkód. Na to podniósł się pewien chłop i powiedział, co na ten temat myśli:

Hektarów rękoma nie obrobisz. Potrzebny jest traktor, urządzenia pomocnicze, a może przydałby się mały kombajn. Na to potrzeba niemało pieniędzy, ale załóżmy, że będę je miał. Trzeba jednak, aby istniały warsztaty, gdzie będzie można naprawić zepsuty sprzęt. Do gospodarstwa musi być przeprowadzona siła a nie jedna faza napięcia. Powinienem mieć osobowy samochód, aby objechać moje pole, udać się do powiatu załatwić swoje sprawy. Przypuśćmy, że to wszystko będę miał. Jednak to tylko władza będzie dyktować ceny i skupować produkty rolne, obłoży mnie wysokim podatkiem, abym czasami nie pokazał, że jestem lepszy niż nieproduktywny kołchoz. A potem coś jej może stuknąć do głowy i zechce mnie rozkułaczyć. Tak przecież kiedyś już było.

Białoruś, moja Białoruś, po której ziemi stąpam i widuję tylko we fragmencie. Której piękno przyrody i zabytki oglądam na żywo a także w albumach. Której dobrych i życzliwych ludzi spotykam na swojej drodze. Dlaczego nie chcesz być samodzielnym i niezależnym państwem, sama o sobie stanowić? Można ciebie do Rosji porównać jak mrówkę do słonia. Ale mrówka ze słoniem mogą się wzajemnie szanować i wbrew pozorom żyć obok siebie na równych prawach. Jeżeli nie będziesz się oto starać, zostaniesz powoli wchłonięta, nawet nie zauważysz jak i kiedy. Twój język będzie przeżytkiem, twoja kultura będzie jedynie folklorem dla zagranicznych turystów. Będziesz o sobie mówiła jestem Białoruś, ale nie będziesz wiedziała, co znaczy to słowo, czym się różnisz od innych krajów, narodów.

Idąc Łyntupską drogą z Sobotnik na kolonię do Kononowiczów, lubię się zatrzymywać co pewien czas i oglądać za siebie. Miasteczko staje się coraz mniej widoczne, aż całkowicie znika prócz widocznej jeszcze wieży kościelnej. Coraz słabszy jest też dochodzący z niego dźwięk cywilizacji, wzmacniany czasami przez samochody jadące w kierunku Gieranon. Wokół mnie rozciągają się pola zakończone na horyzoncie kreskami lasów. Idę dalej drogą, skręcam w szeroką ścieżkę prowadzącą przez pole i znowu się oglądam. Widać jedynie koniuszek wieży z krzyżem, a może mi się tylko wydaje. Tutaj już nie dochodzą do mnie żadne dźwięki stworzone przez człowieka. Siadam wtedy na ziemi lub polnym kamieniu i wsłuchuję się w głosy przyrody, śpiew skowronków, muzykę owadów. Choć moje zmysły rejestrują to wszystko, otacza mnie przyjemna cisza, w której czuję zapach i oddech ziemi. Jest jeszcze wiatr. Letni wieczorny wiatr, który mnie spotyka, gdy idę przez otwarte pole. Nabieram go głęboko w płuca, wypełnia moją koszulę, czuję go na plecach, udach, na odsłoniętej skórze. Wieje mi w plecy delikatnie popychając, szumi w uszach jakby chciał coś powiedzieć. Wystarczy jednak skręcić głowę w bok a raptownie znika. Chowa się przede mną, jakby nie chciał abym go zobaczył.

To już koniec wycieczki, to już kończy się moja wizyta. Juto nocuję w Sobotnikach, jadę do Lidy i tego samego dnia do Poznania. Powrót do domu to dla mnie tak gwałtowny przeskok do innego chociaż swojego otoczenia, że trudno jest mi się zaaklimatyzować w pierwszych dniach. Jeszcze wczoraj w Sobotnikach kuzyn przepuszczał mnie do rannego autobusu do Lidy. Jeszcze wczoraj w Lidzie robiłem ostatnie zakupy. Dzisiaj już jestem w Poznaniu, ale myślami jeszcze tam. I tak będzie przez kilka dni. Pobyt w Sobotnikach minął mi szybko. W domu wydaje mi się, jakby mnie nie było bardzo długo.

Moje Sobotniki. Często o nich myślę. O ludziach, których już nie ma. Tych bliskich, jakich twarze i głosy pozostaną zawsze w mojej pamięci i tych poznanych, co też już odeszli. Myślę o miejscach, po których chodziłem, zdarzeniach w jakich uczestniczyłem i przeżywałem. Miasteczko pojawia się w moich snach, czasami nierealne, gdy unosząc się w powietrzu jak na fali płynę nad nim mijając jakieś ruiny zamków, przydrożne kapliczki, nieznane mi budowle. I ciągle coś mnie tam ciągnie, gna. Z pewnością jest to niewidzialna nić łącząca mnie z miejscem urodzenia jak pępowina łączy niemowlę z matką. Także pamięć o zmarłych, którzy często pojawiają się przed moimi oczami. Chwiejąca się gałązka poruszona przez przechodzącego przed chwilą dziadka Jana, ślad bosej stopy babci Jadwigi, milczące spojrzenie dziadka Bronisława, zapamiętany głos babci Marii, uśmiech wujka Albina.

Moje Sobotniki. Nasze Sobotniki.


Kazimierz Niechwiadowicz


Z korespondencji z rodakami

Serdecznie dziękuję za list, za zdjęcie. Ogromnie wzruszyłam się. Pamiętam kościół. Chciałabym bardzo, chociaż raz przed śmiercią być w Sobotnikach, chociaż to już nie te same Sobotniki. Zawiozę to wszystko bratu do Kanady niech zobaczy i powspomina. Ogarnie go nostalgia.

Modesta Seifert z domu Grażyńska

Dziękuje Ci za list i czasopisma. Czytając ich byłam duszą na swojej ojcowiźnie. Jak pojedziesz znowu to pozdrów od nas krajanów. Twoje listy, Ireny wiersz, przechodzą z rąk do rąk, ale w obrębie tylko naszej rodziny. Reszty naszych krajanów to nie bardzo interesuje. Piszesz Kaziku, że w Sobotnikach pasłeś krowy i robiłeś sianokosy. Zazdroszczę ci tej przyjemności.

Alfreda Danuta Kononowicz (Emilianowe)

Bardzo dziękuję za miły list i ładne zdjęcia z moich kochanych okolic pracy. Bardzo miłe stosunki miałam z mieszkańcami tych okolic. Bardzo serdecznie wspominam te strony.

Zofia Dubicka

Dziękuję bardzo za list i wszelkie wiadomości. To wszystko, co jest związane z naszą stroną jest mi miłe pomimo to, że już sporo lat jak jesteśmy tutaj. Teraz oczywiście zostały tylko wspomnienia z dawnych lat, gdyż już zbliżamy się do brzegu.

Stanisława Bałdowska z domu Czejdo

Jestem poinformowana o Pańskiej działalności na rzecz rodaków z Sobotnik i nie tylko. Bardzo doceniam to, co Pan robi. Serdecznie dziękuję za list i zdjęcia. To mi przywraca wspomnienia lat młodzieńczych.

Chciałam podziękować Panu w imieniu mojej matki oraz własnym za korespondencję. Mama czytając listy od Pana zawsze płacze na wspomnienie miejsca, gdzie się urodziła i spędziła młodość.

Elena Cegieło z domu Kononowicz, córka Władysława (Emilianowe) i Zofii z domu Minko

Śpieszę podziękować za relację z naszych ukochanych ziem ojczystych. Czytając rozkleiłem się do łez. To samo uczyniła małżonka. W czasie mojej ostatniej wizyty w naszych rodzinnych stronach, nawet napotkany kamień był dla mnie relikwiarzem, na który w latach mojego dzieciństwa a później nastolatkiem siedziałem. Z tamtych czasów mojej młodości zostały do dziś na cmentarzu okazałe sosny, które wiernie towarzyszą zmarłym.

Franciszek Narbut z Narbut

Kochane Sobotniki, mieszkańcy tego miasteczka, kościół, w którym służyłem do mszy świętej. Jak odległe to lata, ale spędzone tam dzieciństwo i część młodości pozostaną w pamięci do końca moich dni.

Witold Boguszewicz syn Marka

Nie wiem jak mam Panu dziękować za to, że Pan zwrócił się do mnie z tymi materiałami. Próba uzupełnienia była dla mnie wielkim wysiłkiem i kosztowało mnie to wiele trudu. Ale nagrodą były dla mnie wspomnienia młodych lat, które odżyły przy odtwarzaniu z pamięci jak to te Sobotniki wyglądają.

Jadwiga Paszkowska

Serdecznie Panu dziękuję za piękne listy, życzenia i zdjęcia, które sprawiają mnie tyle radości, a szczególnie te ostatnie i ta nasza stara szkoła z której jest tyle wspomnień i bądź co bądź dużo wiedzy jak na tamte czasy. Wycieczka do Wilna to było moje pierwsze zetknięcie się z wielkim światem, nieraz opowiadam przy różnych okazjach o pięknym Wilnie i jego zabytkach.

Zofia Grzywaczewska z domu Kępa

Serdecznie dziękujemy za list i fotografie. Chodziłam do tej szkoły, co Pan przysłał zdjęcie, gdzie uczyli cytatów Lenina i Stalina a nie wzorów chemii i fizyki.

Jadwiga Wągrowska z domu Tuczkowska

Wzruszona byłam bardzo, bo na nowo odżyły wspomnienia z tamtych stron, gdzie spędziłam młodość. Ciągle teraz myśli moje zwracają się do miejsc, gdzie spędziłam czasy dobre i złe, bo wojenne. Czy jest tam ktoś, kto mnie pamięta? Może mieszka tam ktoś z moich uczniów?

Janina Kirol

Sobotniki, ta nasza ziemia tak piękna, tak biedna, zasługuje żeby o niej pamiętać i kochać ją. I chyba wszyscy, kto stamtąd pochodzi to ją kocha. Lasy śliczne, Gawia piękna, czysta i pełna ryb. Łąki nad Gawią pełne kwiecia pachnącego - nie ma nigdzie takiej ziemi.

Krystyna Strejczek z domu Stasiewicz

Pozdrawiam najserdeczniej Pana z rodziną i bardzo, bardzo dziękuję za list z opisaniem pobytu w Sobotnikach i w Lidzie. Nie wiem jak można wyrazić uznanie młodemu człowiekowi, który mocno tkwi korzeniami w ziemi swoich przodków i zachęca, mobilizuje innych, aby nie zatracili więzi z tą piękną ziemia z grobami przodków.

Irena Hryncewicz

Dziękuję Panu za fotografię z naszej szkolnej wycieczki do Wilna w 1939 roku, a także za wystawę fotografii sprzed wojennych lat, które obejrzałem pod kościołem, a także za historię naszego kraju. Serdeczne Bóg zapłać.

Adolf Jurgielewicz z Taruć

Tam mimo biedy spędziłam beztroskie, najprzyjemniejsze lata dzieciństwa. Pamiętam kościół ze zniszczoną wieżą, gdzie podczas procesji sypałam kwiatki. Święta Bożego Narodzenia i prezenty wykonane domowym sposobem, wspólne ubieranie choinki, wypatrywanie pierwszej gwiazdki. Tam zostało moje serce. Często marzyłam, aby pojechać do Sobotnik, powspominać. Niestety nie było już tam nikogo z rodziny.

Krystyna Żołądkiewicz, córka Heleny Czejdo

X X X

Czy pamiętasz, jak pachnie chleb

ten z kresowego pieca?

Czy pamiętasz, jak pachnie las,

kiedy ptaki na północ lecą?

Czy pamiętasz kościelny dzwon

i bujne łąki za młynem?

Pozwól sobie nie raz

tęsknotą się upić jak winem.

Posłuchaj jak szumi kłos

urzeczony chabrów błękitem.

Tamto - jak letnia noc, krótki sen

co przychodzi przed świtem.

Czy pamiętasz jak pachnie deszcz

budzący trawy z omdlenia?

Tamto - co wywołuje w duszy

ocal od zapomnienia.

Irena Hryncewicz


Spis mieszkańców Sobotnik 1939/40

Spis mieszkańców Sobotnik z lat 1939 - 1940 wzięty ze spisu parafialnego. Obok nazwiska podany jest wiek. Liczba porządkowa odpowiada tej, która podana jest na planie miasteczka. Oznaczenia literowe: c - córka, dz. dzieci, m. - matka, s. - syn, wd. - wdowa, wdowiec, ż - żona, post. - posterunkowy.

I. Plebania

1. Ks. Bagiński Paweł, proboszcz 59, w kapłaństwie 32, ks. Aleksandrowicz Apolinary, wikary 45, w kapłaństwie 21.

2. Sadowski Wacław 44 (organista), ż. Władysława z Gruszeckich 36, dz.: Marian 15, Władysława 14.

3. Dr medycyny Jarmoliński Kazimierz 45, dyr. szpitala państwowego, ż. Stefania z Bałachowiczów 39, dz.: Janusz 20, Regina 15.

II. Ulica Gieranonska - strona prawa patrząc od Kwiatkowców

4. Tuczkowska Michalina z Łatwisów 70, dz.: Kazimierz 30, Maria 24, Teofila 22

5. Marczyk Stanisław 54, ż. Emilia z Fiodorowiczów 49, wychowanica Irena 8

6. Kawecki Feliks 47, ż.: Teresa z Puciulów 34, dz.: Alfred 19, Wacław 18, Czesław 14, Henryk 9, Andrzej 7

7. Tuczkowski Michał 41, ż. Marianna z Tuczkowskich 37, c. Jadwiga 15,

Tuczkowska Anna 69 (wd., m. Marianny)

8. Minko Antoni 39, ż. Bronisława z Karawackich 37, dz.: Stanisław 10, Zofia 8

9. Dobrzyński Józef 35, ż. Albina z Kwiatkowskich 27, dz.: Józef 6, Anna 4

10. Kwiatkowska Józefa z Fiodorowiczów (m. Albiny) 61, c. Marianna 18

11. Kwiatkowski Jan 51, ż. Elżbieta z Olszańskich 49, s. Mikołaj 28

12. Zofia Łozicka z Bukowskich 65 (wd.), c. Janina Ludwicka z Bukowskiach 30 (magister, urzędniczka pocztowa w Lipniszkach)

13. Missa Stanisław 51, ż. Józefa ze Stortów 41, dz.: Bronisław 22, Marian 17, Maria 12, Józef 9, Albin 6.

14. Storta Maria z Krukłów 70 (m. Józefy)

15. Missa Kazimierz 49, ż. Anna z Pieciuków 54, dz.: Jan 26, Wiktor 25, Józef 28 i jego ż. Stanisława 26

16. Raksa Michał 56, ż. Anna z Kreczów 60, dz.: Jadwiga 27, jej c. Władysława 5, Wacław 25, Helena 20, Albin 19, Maria 15.

17. Tuczkowski Stanisław 34, ż. Anna ze Szczerbów 40, dz.: Józefa 10, Stanisław 8.

18. Tuczkowska Michalina z Juchniewiczów 60 (wd.), d.: Wiktor 31, Wiktoria 21

19. Karawacki Michał 26, ż. Helena z Ejgierdów 26, c. Stanisława 3

20. Karawacka Faustyna 69.

21. Karawacki Józef 32, ż.: Józefa z Juchniuków 32, dz.: Alfreda 5, Janina 2.

22. Fijałkowski Błażej 39 (komendant posterunku policji państwowej w Sobotnikach), ż. Jadwiga z Pardejów 25, dz.: Jerzy Wojciech 3, Bohdan Eugeniusz 2.

III. Ulica Gieranonska- strona prawa

23. Szczykno Michalina z Bohuszewiczów 62, dz.: Felicja 32, Albin 31,

jego ż. Adolfina 24, ich c. Janina 1.

24. Juchniewicz Konstanty 43, ż. Amela z Foszkiewiczów 36, dz.: Leonard 14, Czesław 13.

25. Panasewicz Kamila z Weskanów 66 (wd.), dz.: Józefa 28, Helena 24, Józef 2.

26. Panasewicz Paweł 70, ż. Urszula 51, dz.: Jadwiga 19, Antoni 18, Józef 15, Franciszek 13.

IV. Ulica Kościelna - strona lewa przy kościele

27. Putrzyński Stanisław 45, ż. Anna z Lisowskich 36, dz.: Henryk 14 (syn z pierwszego małżeństwa), Lisowska Marianna z Lipków 73 (m. Anny).

Ciwuńczyk Anna 65.

28. Aksinowicz Maria z Klocewiczów 30, c. Małgorzata 6 (po pierwszym mężu Bukejko).

V. Ulica Kościelna- strona prawa w kierunku ul. Lipniskiej

29. Lejba Beniamin.

30. Lejba Ryfka.

31. Bielski Tuvia.

32. Arkin (Horczyk).

33. Usinowicz Jan 65, ż. Bronisława z Korowajczyków 53, dz.: Bolesław 30, Alfons 27, Jan 15, Jadwiga 12.

34. Miksza Adam 83 (wd.), dz.: Albin 39, jego żona Helena z Paszkowskich 36, ich dz.: Stanisław 11, Tadeusz 8, Irena 4.

35. Flaszman, żona i dwoje dzieci (mieszkali w domu Mikszy).

36. Wójtowicz Szymon 36 (posterunkowy), ż. Janina z Pawłowskich 33, dz.: Halina 8, Ryszard 6.

37. Gajek Władysław 45 (post.), ż.: Maria ze Świątkowskich 38, c. Jadwiga 11.

38. Kuprel Leonard 31, ż.: Felicja z Paszkowskich 31, c. Leonarda 3.

39. Jedwab.

40. Helczyk.

41. Borejkisowie.

42. Sinieński Noachim z żoną, dz.: Oser, Rachela, Ryfka.

43. Szlomka z żoną.

44. Poźniak Józef 35, ż.: Genowefa z 23, dz.: Kazimierz 2, Teresa 1, Poźniakowa Michalina z Tuczkowskich (m. Józefa).

45. Paszkowska Emilia z 60, s. Franciszek 38.

46. Kępa Jan (post.), ż.: Maria z Grzywaczewskich 40, c. Zofia 14.

47. Tomaszewicz Jan 28, ż.: Wiktoria z Poźniaków 26.

48. Czejdowa Aleksandra z Morozowskich 55 (wd.), dz.: Wanda 21, Bolesław 19, Stanisława 17, Morozowska Weronika z Iwanowskich 81 (wd.), m. Aleksandry.

49. Kasjan Bronisław 48, ż.: Lidia z Greniuków 30, dz.: Władysław 16, Irena 15 (po pierwszej ż. Natalii), Ryszard Zbigniew 7, Waldemar Lech 2 (po drugiej ż. Lidii).

50. Bień Wacław 30, ż.: Genowefa z Czyglików 22.

51. Bohuszewicz Piotr 40, ż. Władysława z Tuczkowskich 38, c. Władysława 4.

52. Łaukajtys Jan 35 (kier. szkoły), ż. Wanda z Bojarczyków 35, s. Bogusław 3.

53. Niszto Bronisława 21 (służąca).

54. Tomaszewicz Eustachy 21, ż. Maria z Demidowiczów, s. Jerzy 3.

55. Juralewicz Marianna 88, Wasilewska Petronela 49.

56. Żukowski Józef 39 (posterunkowy), ż. Teofila z Bielskich 26, dz.: Mieczysław 4, Danuta 1.

57. Bielska Jadwiga 21.

58. Tyszko Helena 39 (nauczycielka).

VI. Ulica Lipniska - strona prawa

59. Grażynski Błażej 50, ż. Emilia z Iwanowskich 42, dz.: Adela 12, Stanisław 11, Adolf 9.

60. Naron Stanisław 42, ż.: Florianna 47, dz.: Bronisława 13, Stefan 12, Józef 4,

Stanisław 20 (s. Florianny po pierwszym mężu Tuczkowskim) .

61. Stec Aleksander 51, ż. Maria 49.

62. Szejbak Stanisław 39, ż. Anna 39, dz.: Janina 12, Felicja 10, Leonarda 8, Zofia 1.

63. Tuczkowski Justyn 66, ż. Kazimiera z Kiełdanowiczów, dz.: Albin 23,

Michał 20, Wiktoria 17.

64. Zofia Tuczkowska 70 (wd.), dz.: Michalina 41, Stanisław 34,

jego ż. Kazimiera 31, Edward 25.

65. Bahdziul Wojciech 52, ż. Benedykta 48, dz.: Władysława 18, Józef 16, Adolfina 14, Helena 12, Stanisław 9.

66. Kononowicz Emilian 53, ż. Katarzyna z Wojtkiewiczów 51, dz.: Jan 26, jego ż. Michalina z Koczanów 33, ich c. Alfreda 2, Wiktor 23, Stanisław 21, Bronisław 16, Wacław 14,

Władysław 11

67. Iwanowski Józef 37. ż. Albina z Sienkiewiczów 29, dz.: Tadeusz 8, Jan 5.

68. Iwanowski Tomasz 72, ż. Katarzyna z Butkiewiczów 62, c. Gertruda 30.

69. Stańczyk Stanisław 28, ż. Janina z Niechwiadowiczów 24, c. Anna 3

70. Personel Szpitala Państwowego w Sobotnikach: Jakubowski Piotr 25, Kalutówna Weronika 23, Tomaszewicz Wiktoria 24, Ściechówna Julia 20, Szlucha Zofia 17, Szabunia Stanisława 23, Szeptun Stefania 15, Szpinta Emilian 38, jego ż. Alexandra 26.

VII. Ulica Wileńska- strona prawa

71. Rabin z żoną i dwoma synami.

72. Cemach z żoną, trzema córkami i wnukiem.

73. Hryncewicz Józef 64, ż. Paulina z Bilów 46, c. Irena 1.

74. Bil Franciszek 56, ż. Franciszka 41, dz.: Antoni 19 (po pierwszej ż. Paulinie). Stanisław 13,

Marianna 9, Kaczyńska Franciszka 72 (m. Franciszki).

75. Bil Joachim 41, ż. Felicja z Kurhańskich 43, dz.: Jan 20, Anna 17 .

76. Bil Józef 46, ż. Wiktoria z Fiłonów 31, dz.: Wiktoria 8, Maria 6.

77. Kozyr Emilia 75.

78. Grażyński Konstanty 61, ż. Bronisława z Paszkowskich 48, dz.: Mieczysław 22, Maria 18, Modesta 8.

79. Kuprel Kazimierz 78 (wd.), dz.: Anastazja 41, Franciszek 31, Fabian 25.

80. Kuprel Tomasz 72.

81. Kuprel Edward 43, ż. Kazimiera 30, dz.: Kazimiera 5 i Leokadia 5.

82. Stankiewicz Józef 35, ż. Józefa z Szymańskich 31.

83. Iwanowski Maciej 71, ż. Paulina ze Stańczyków 46, dz.; Wacław 11, Henryk 8

84. Bohuszewicz Stanisław 40, ż. Maria z Iwanowskich 38, dz.: Antonina 4, Zofia 2.

85. Stańczyk Mikołaj 41, ż. Marianna z Raksów 42, dz.: Wacław 18, Stanisław 16, Leonarda 13.

86. Panasewicz Kajetan 36, ż. Helena z Raksów 35, s. Andrzej 5.

87. Bohuszewicz Jan 64 (wd.), dz.: Witold 25, Kazimierz 22, Janina 17, Andrzej 13.

88. Bohuszewicz Jan 34, ż. Maria z Poźniaków 28, c. Władysława 1.

89. Bohuszewicz Zofia z Mikszów 61 (wd.), s. Jan 33, jego ż. Franciszka 26.

90. Bohuszewicz Wiktor 35, ż. Anna z Iwanowskich 25.

91. Sobol Antoni 81, ż. Józefa z Bohuszewiczów 61, dz.: Konstanty 39 (po pierwszej ż. Annie), Stanisława 25.

92. Hryniuk Jan 41, ż. Emilia z Byczków 36, dz.: Jan 13, Władysław 10.

93. Bohuszewicz Janina 16.

94. Tamulewicz Elżbieta z Matusewiczów 76 (wd.).

95. Juralewicz Piotr 79, ż. Maria z Juchniewiczów 66, dz.: Fabian 49, Emilia 41, Józefa 40, Wiktoria 28.

96. Juralewicz Jan 45, ż. Michalina z Poźniaków 33, c. Halina 3.

97. Wasilewski Bronisław 30, ż. Helena z Jakubowskich 31, dz.: Teresa 6, Edward 5, Władysława 2.

98. Chodyko Aleksander 34, ż. Janina 4, dz.: Zofia 9, Janina 4.

99. Tepech Łukasz 69 (wd.).

100. Budrewicz Maria 43.

101. Grażyńska Anastazja 15.

102. Grażyński Albin 37, ż. Zofia z Dołmatowiczów 35, dz.: Jan 14, Janina 11, Teresa 8.

103. Romejko Stefania z Jankiewiczów 51 (wd.), dz.: Zofia 23, Aleksandra 21.

104. Teofila Dołmatowicz z Tuczkowskich 59 (wd.), dz.: Adolf 28, jego ż. Maria z Wasilewskich 20.

105. Suruda Stanisław 30, ż. Anna z Dołmatowiczów 27, s. Stanisław 4.

106. Raczyńska Anna z Plurtów 55 (wd.), dz.: Albina 21, Józef 21.

107. Aniśkiewicz Józef 35, ż. Bronisława z Kaczyńskich 29, dz.: Józefa 8, Janina 6, Stanisław 3.

108. Kaczyńska Zofia z Raksów 54, s. Albin 18.

109. Tuczkowski Franciszek 41, ż. Apolonia z Poźniaków 39, c. Teresa 1.

110. Tuczkowski Władysław 29, siostra Marianna 31, siostra Ludwika Żulpowa z Tuczkowskich 36 (wd.)

111. Aniskiewicz Bolesław 21, ż. Genowefa z Kaczyńskich 28, s. Tadeusz 2

112. Anna Aniśkiewicz z 71.

113. Niechwiadowicz Bronisław 39, ż. Marianna z Aniśkiewiczów 31, dz.: Stanisław 11, Janina 9, Albin 7, Czesław 5

114. Aniśkiewicz Józef 63, ż. Emilia z Miśkielów 54, dz.: Bronisław 30, Jan 26 (po pierwszej żonie Emilii)

115. Korwiel Antonina z Puczkiełów 75 (wd.), dz.: Sylwester 47, Stanisław 35, Jan 30, jego ż. Maria z Katkowskich 25.

116. Korwiel Aleksander 46. ż. Elżbieta z Więskich 39, dz.: Maria 16, Adela 13, Stanisław 12.

117. Korwiel Justyn 70, ż. Teofila z Grażyńskich 42, dz.: Adam 26 po pierwszej ż. Michalinie 26, c. Marianna 7.

118. Sienkiewicz Stanisław 52 (zmarł), ż. Kamila z Tońków 37, dz.: Stanisław 12, Jan 10, Józef Kazimierz (ur. 19.03.1940).

119. Tońko Anna 31.

120. Sienkiewicz Anastazja 46.

121. Sienkiewicz Dominik 45, ż. Julianna z Bohuszewiczów 33.

122. Sienkiewicz Jan 57, z. Marianna z Janowskich 49, dz.: Witold 21, Stanisław 15.

123. Juchniewicz Justyn 55, ż. Michalina z Naronów 42, c. Anna 11.

124. Juchniewicz Władysław 55, siostra Anna 70.

125. Karwacki Franciszek 41, ż. Felicja z Grzybowskich 41, dz.: Wiktoria 19, Leon 13, Jadwiga 11, Józef 7, Jan 9, Kazimiera 5, Henryk 3.

126. Poźniak Aleksander 68, ż. Anna z Tuczkowskich 6, s. Stanisław 33, jego ż. Stefania z Klebieków 33.

127. Mones.

128. Motek.

129. Tuczkowski Tomasz 53, ż. Maria z Sewerynów 51, dz.: Danuta 21, Wacław 19, Walenty 14, Alfred 12.

130. Puczkieło Jan 48, ż. Stanisława z Wasilewskich 41, s. Józef 15.

VIII. Ulica Wileńska- strona lewa w kierunku centrum

131. Kawecki Wiktor 44, ż. Stefania z Syczewskich 43, dz.: Stanisław 23, Wiktor 21, Marian 10, Marianna 4.

132. Puczkieło Maciej 36, ż. Stefania z Sułtanów 33, dz.: Stella Maria 9, Emilian 6, Zofia 1.

133. Kononowicz Grzegorz 48, ż. Zofia z Juchniewiczów 45, dz.: Antoni 18, Jadwiga 17, Maria 14, Adolfina 12.

134. Naron Michał 82 (wd.), s..Michał 34, ż. Maria z Karwackich 23.

135. Korwiel Maciej 70 (wd.), dz.: Jan 38, jego żona Maria z Ładyków 26, ich syn Janusz 3, Stanisław 33, Wacław 25, Albin 23.

136. Kasperowicz Roman 31, ż. Weronika z 29, dz.: Krystyna Wiesława 6, Helena Teresa 1.

137. Puczkieła Marianna z Hordziewiczów 71, s. Stanisław 39, jego żona Józefa z Pietrulewiczów 31.

138. Burkot Józefa z Puczkiełów 44, s. Jan 15.

139. Grażyński Piotr 52, ż. Anna z Puczkiełów 50, dz.: Jadwiga 26, Józefa 14, Henryk 11.

140. Paszkowska Julia z Juralewiczów 64 (wd.), d.: Jan 32, jego ż. Genowefa 24, Bolesław 21.

141. Paszkowski Marian 29 (syn Julii), ż. Stanisława z Szluchów 24, dz.: Eleonora 3, Marianna 1.

142. Paszkowski Michał 29, ż. Anna z Wołodźków 26.

143. Paszkowska Józefa 33 (siostra Michała) 33, s. Stanisław 10.

144. Bohuszewicz Stanisław 30, jego matka Teofila z Mikszów 66.

145. Leszkowicz Stefania z Bohuszewiczów 32 (wd.), dz.: Józef 12, Maria 10.

146. Bohuszewicz Bolesław 73, ż. Zofia z Dziadulów 27, dz.: Maria 5, Jan 1 .

147. Ławrysz Wiktoria z Kulniów 68 (wd.).

148. Syczewska Cecylia z Romanowiczów 51 (wd.), s. Stanisław 13.

149. Jukowicz Bogumiła 56.

150. Michalina Tuczkowska z Bohuszewiczów 61 (wd.), c. Jadwiga 18, c. Teofila 34 (po m. Elżbiecie).

151. Mołoczko Konstanty 35, ż. Wiktoria z Tuczkowskich 33, dz.: Andrzej 5, Zofia 2.

152. Tuczkowski Justyn 58, ż. Anna z Kubszów 48, s. Walenty 18 (po pierwszej ż. Magdalenie).

153. Anna Puczkowa z Iwanowskich 75 (wd.), s. Józef 31.

154. Puczko Stanisław 28, ż. Janina z Kraszynskich 23, c. Jadwiga 2.

155. Lencewicz Jakub 59, ż. Marianna z Jodziewiczów 59, dz.: Janina 19, Stanisława 18, Leonard 14, Marianna 8, Leokadia 6.

156. Krajewska Weronika z Kulwieciów 51.

157. Naron Józef 75, ż. Marianna z Warmanów 61, s. Józef 26, jego ż. Adolfina z Bohuszewiczów 28, ich c. Jadwiga 3.

158. Aniśkiewicz Karol 44, ż. Teofila z Juchniewiczów 41, dz.: Wiktoria 13, Stanisława 13.

159. Juchniewicz Michalina 45.

160. Juchniewicz Michalina z Korzeniewskich 61 (wd.), dz.: Michał 33, Stanisław 29, Józefa 27, Janina 19.

161. Juchniewicz Franciszek 62, ż. Stanisława z Juruszów 42, dz.: Stanisław 13, Józefa 16, Marianna 10.

162. Juchniewicz Emilia 47.

163. Bohuszewicz Marek 53, ż. Adela z Kosińskich 47, dz.: Janina 20, Mieczysław 19, Witold Anatol 16.

164. Bohuszewicz Stanisław Bolesław 46, Bohuszewicz Józefa 48, Bohuszewicz Michał 41, jego ż. Maria ze Ścieżków 26, ich dz.: Albina 6, Jadwiga 5.

165. Iwanowski Adam 64, ż Michalina z Bohuszewiczów 59, dz.: Konstanty 30, jego ż. Stanisława z Popławskich 26, Stanisław 21.

166. Bohuszewicz Augustyn 54 (wd.), dz.:, Wiktoria 19, Maria 17, Adela 12, Regina 9.

167. Miksza Ignacy 46, ż. Stefania z Kwiatkowskich 34.

168. Kononowicz Michalina z Jurgielewiczów 71, dz.: Jadwiga 39, Jan 37, jego ż. Wiktoria z Raksów 31, ich dz. Maria 6, Janina Zofia 3.

169. Storta Józef 65, ż. Wiktoria z Dziadulów 60, s. Wiktor 30, jego ż. Jadwiga z Bohuszewiczów 25.

170. Hryniuk Jan 36, ż. Zofia z Mikszów 31, dz.: Janina 7, Zofia 5.

171. Stanukiewicz Elżbieta z Tuczkowskich 71 (wd.), dz.: Stanisław 46, jego ż. Anna z Bałdowskich 42, ich dz.: Feliks 17, Stanisław 4.

172. Stanukiewicz Michał 41, ż. Joanna z Buturlów 26, c. Regina 1.

173. Usinowicz Justyn 65, ż. Teofila z Bilów 57.

174. Narbut Michał 59, ż. Weronika z Usinowiczów 54.

175. Juchniewicz Marianna z Kaczynskich 38 (wd.), dz.: Maria 13, Władysław 7, Jan 5.

176. Konon Wiktor (nauczyciel).

IX. Antokol - strona prawa

177. Bohuszewicz Teofila z Juchników 49 (wd.), dz.: Stanisław 25, jego ż. Malwina

z Bohuszewiczów 23, Stefan 20, Stanisława 13

178. Bohuszewicz Michał 72, ż. Marianna z Stortów 62, dz.: Konstanty 39, jego ż. Wiktoria z Tuczkowskich 31, Bronisława 34, Bernard 33, Jan 30, Anna 27.

179. Szarycz Antoni 52, ż. Justyna z Tuczkowskich 51, dz.: Franciszek 28, Halina 16, Felicja 13.

180. Kwiatkowski Florian 51, ż. Antonina z Hryniuków 48, dz.: Jan 18, Bronisława 13.

181. Kwiatkowski Bronisław 49, ż. Józefa z Kiewrów 41, dz.: Władysława 19,

Bronisław 17 (po pierwszej ż. Emilii), Anna 5.

182. Puciul Józef 36, ż. Zofia z Dołmatowiczów 35, dz.: Stanisław 11, Jan 8, Jadwiga 6, Wacław 2.

183. Puciul Nikodem 31, ż. Michalina z Wojtkiewiczów 30, c. Felicja 4.

184. Grażyński Edward 35, ż. Bronisława z Puciulów 36, dz.: Janina 6, Stanisław 5, Adolfina 3.

185. Jackiewicz Dominik 44, ż. Antonina z Puczkiełów 54, s. Wiktor 18.

186. Hryszko Antoni 36, Z. Józefa z Hajkowskich 26, c. Marianna 7.

167. Puciul Stanisław 39, Z. Helena z Usinowiczów 30, dz.: Franciszka 6, Anna 1.

X. Antokol- strona lewa w kierunku ul. Wileńskiej

188. Michalina Usinowicz 69 (wd.), m. Heleny.

189. Stanisław Tuczkowski 31, siostra Józefa 43, siostra Józefa 26.

190. Dziadul Kazimierz 71 (wd.), dz.: Stanisław 36, jego ż. Maria z Puciulów 36, ich c. Adela 1.

191. Dziadul Józef 39, ż. Maria, dz.: Walenty 12, Leonarda 11, Stanisława 10, Regina 8, Helena 6, Teofil 1.

192. Koczan Emilia z Tuczkowskich 56 (wd.), s. Wiktor 36.

193. Tuczkowska Józefa 62 (siostra Emilii).

194. Tuczkowski Justyn 66, ż. Stefania 61.

195. Tuczkowski Michał 31, ż. Anna z Juchniewiczów 33, c. Stanisława 4.

196. Tuczkowski Stanisław (brat Michała) 23.

197. Tamulewicz Kazimierz 35, ż. Adela ze Stanulewiczów 32, dz.: Czesław 9, Irena 6.

198. Zofia Stanulewicz z Bohuszewiczów 61 (wd.).

199. Romanowicz Teofila z Romanowiczów 43, dz.: Adolfina 18, Bronisława 14, Felicja 12, Henryk 9.

Kolonia-jej mieszkańcy przeprowadzili się z rodzinami z miasteczka po wprowadzeniu reformy rolnej

200. Paszkowski Jan

201. Paszkowski Michał

202. Tarędź Konstanty

203. Stańczyk Mikołaj

204. Suczewski Stanisław

205. Boguszewicz Bolesław

206. Niechwiadowicz Bronisław

207. Grażyński Albin

208. Sobol Konstanty

209. Stanukiewicz Stanisław

210. Tuczkowski Franciszek.

211. Puczkieła Stanisław

212. Bil

213. Iwanowski Konstanty

214. Szlucha Michał

215. Jackiewicz Dominik

216. Dołmatowicz Adolf

217. Dziadul Stanisław

218. Juchniewicz Stanisław

219. Boguszewicz Augustyn

220. Kawecki Henryk

221. Boguszewicz Konstanty

222. Kwiatkowski Bronisław

223. Stankiewicz Jan

224. Tuczkowski Albin

225. Grażyński Henryk

226. Kononowicz Jan

227. Tuczkowski Alfred

228. Puciul Nikodem

229. Dobrzyński Józef

230. Romanowicz Adolfina

231. Anuszek Leon


Spis wiosek gminy Sobotniki

1932 rok. Archidiecezja Wileńska, parafia Sobotniki, liczba mieszkańców 6100, proboszcz ks. Tomasz Żebrowski. Miasteczko Sobotniki (Subotniki). Wioski i osady: Annopol, Białynszczyzna, Borowiki, Byczki, Chilewicze (Chilewiczy), Czechowce, Dobrowlany, Dobre Pole I, Dobre Pole II, Dowgiałowszczyzna, Franciszkowo, Girdziuny, Huta, Huta folwark, Ilcewszyzna, Jakunka, Jakuń, Jodzieńce, Karejwicze, Korknięta, Kisły, Kropowo, Kryliszki, Kudejsze, Kwiatkowce, Luszniewo, Ławkienniki, Łyntupa, Łyntupka, Małachy, Mażule, Nackowszyzna, Narbuty, Nowiki, Nowosiady, Pasieka, Podworańce, Pogawje, Pietrymanowszczyzna, Romany, Rybaki, Rydzewszczyzna, Sałaszowe, Slosarze (Słosarze), Szarkucie, Szawioły, Tarucie, Tarócki Bór, Trypla, Wasilewicze, Wadole, Wysockie, Zajelniki, Zalesie, Zielanka, Żemajtuki (Żemajtecki), majątki: Żemłosław, Łyntupka, Jakuń.

1939/40. Archidiecezja Wileńska, parafia Sobotniki, liczba mieszkańców 7715, proboszcz ks. Paweł Bagiński. Miasteczko Sobotniki. Wioski i osady: Annopol, Boży Dar, Borowiki, Białyńszczyzna, Brodówka, Byczki, Czechowce, Chilewicze, Dobropole 1 i 2, Dobrowlany, Dowgiałowszczyzna, Franciszkowo, Girdziuny, Huta folwark, Huta wieś, Jakuń kolonia, Jakuń majątek, Ilcewszczyzna, Jodzieńce, Jakuńka, Korknięta Małe, Kudejsze, Kisłe, Karewicze, Kropowo, Kwiatkowce, Luszniewo, Ławkieniki, Łyntyup, Łyntupka, Mażule, Małe Mażule, Narbuty zaścianek, Narbuty wieś, Nowosiady, Nackowszczyzna, Pogawje, Pasieka, Podworańce, Pietrymanowszczyzna, Sobotniki, Szarkucie, Szawioły, Ślosarze, Trypla, Tarócki Bór, Tarucie, Wasilewicze, Wadole, Wysockie 1 i 2, Zalesie 1 i 2, Zajelniki, Pasieka, Zalesie folwark, Żemłosław, Żemajtuki.

Po wielu latach nastąpiły zmiany i aktualizując powyższe zestawienie należy dodać, co następuje:

a) nie ma już Bożego Daru, Franciszkowa, folwarków Huta i Zalesie, majątku Jakuń i Łyntupka, Ilcewszczyzny, Kropowa, Luszniewa, Pogawja, Trypli, Taruckiego Boru

b) Nackowszczyzna należy do parafii Lipniszki a Girdziuny do parafii Dziewieniszki na Litwie

c) inne są brzmienia nazw i same nazwy wiosek, na przykład Annopol to Adnopol, Ślosarze to Ślesary, Wadole to Wadol, Byczki to Nowy Świat

Obecnie nasza parafia nasza liczy około 2700 osób mieszkających w 40 wioskach. 700 osób regularnie uczestniczy w mszach św., 100 osób jest prawosławnych.


Bibliografia

1. Boradyn Zygmunt Niemen rzeka niezgody. Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 1999

2. Centralne Archiwum Wojskowe - dot. Michała Tuczkowskiego kawalera orderu VM

3. Czas miłosierdzia nr 6/2003

4. Chrapowicki Jan Antoni Diariusz, PAX, Warszawa 1992

5. Deportacje i przemieszczenia ludności polskiej w głąb ZSRR 1939 - 1945 pod red. T. Walichnowskiego. PWN, Warszawa 1989

6. Encyklopedia Popularna PWN, Warszawa 1992

7. Goniec Kresowy nr 1/94, Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna O/Białystok

8. Ignalt Mieczysław Entuzjastyczne posłuszeństwo, Gazeta Wyborcza, 23/24.10.1999

9. Jankowski Czesław Powiat oszmiański. Materiały do dziejów ziemi, ludzi, t. III, Petersburg 1898

10. Jasudowicz Tadeusz Obywatelstwo zagrabione. Gazeta Wyborcza nr 258, 05.11.1991

11. Karta nr 24/1998

12. Krawcewicz Aleksander (Grodno) Białoruś - Wielkie Księstwo Litewskie. Państwo i stosunki etniczne - Internet

13. Księgi parafialne kościoła sobotnickiego

14. Mały Słownik Języka Polskiego PWN, Warszawa 1993

15. Morelowski Marian Zarys sztuki wileńskiej z przewodnikiem po zabytkach między Niemnem a Dźwiną, Wilno 1939

16. Pobrzeże nr 9,8,7/1987 r

17. Sidorski Dionizy Panie kochanku, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1987

18. Studnicki Władysław Zarys statystyczno-ekonomiczny ziem północno-wschodnich z tablicami statystycznemi", Wilno 1922

19. Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych Krajów Słowiańskich, t. XI, Wa - wa 1890, t. XV cz. II, Wa - wa 1902

20. Słownik Wyrazów Obcych PWN, Warszawa 1980

21. Strzembosz Tomasz Okupacja sowiecka Zachodniej Białorusi 1939-41", wykład w Colegium Historicum UAM, Poznań 1998

22. Szlakiem Narbutta nr 23/2002

23. Umiastowska Janina Szmat ziemi i życia, Wilno 1928

24. Wawrzyniak Eugeniusz Ze wspomnień żołnierzy AK Okręgu Nowogródzkiego, Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych, Warszawa 1988

25. Wyszczelski Lech Operacja niemeńska 1920 roku, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2003

26. Wysłouch Seweryn Ziemia oszmiańska na rubieży dwu kultur, Wilno 1932

27. Zbąszynianin nr 2/96, luty 2003

28. Ziemia Lidzka nr 3 i 4/1936; 1 i 2/1939; 7 i 8/1939; 5/6/1992; 28/1997; 2 i 3/1999; 17/1995; 1 i 3/2000;

29. Беларускі каляндар 1993, Мінск 1992

30. Хрысціанскія храмы Беларусі, Мінск Ураджай 2001


Indeks

1 wiorsta: dawna miara rosyjska równa około 1,07 km (500 sążni) ; sążeń: dawna jednostka długości równa rozpiętości rozstawionych ramion 1,7-2,14 m.

2 sztycharz: rytownik zajmujący się sztychowaniem, czyli wykonaniem przez wyrycie obrazu na płycie metalowej, rycina odbita na papierze z takiej płyty nazywa się miedziorytem lub stalorytem.

3 solid: dawna moneta polska.

4 Zygmunt III Waza: 1566 - 1632, syn króla szwedzkiego Jana III Wazy i Katarzyny Jagiellonki, król polski od 1587, zwolennik kontrreformacji, prowadził wojny ze Szwecją, Moskwą i Turcją, przeniósł stolicę z Krakowa do Warszawy.

5 Jan Kazimierz: 1609-1672, syn Zygmunta III Wazy, król Polski 1648-1668, walczył ze Szwecją, Moskwą i Kozakami, dążył do wzmocnienia władzy królewskiej, zrzekł się tronu i wyjechał do Francji.

6 uroczysko: część terenu oddzielona od innych części naturalnymi granicami, pustkowie; u dawnych Słowian.miejsce związane z kultem bóstwa, z odbywaniem narad i sądów.

7Unia Horodelska: układ zawarty w 1413 r. w Horodle nad Niemnem, który gwarantował równorzędność dwóch państw Polski i Litwy.

8 latyfundium (łac.): wielki majątek, posiadłość ziemska.

9 Korona: nazwa części Królestwa Polskiego używana od 1569 r., obejmowała Małopolskę, Wielkopolskę z Kujawami, Mazowsze, Prusy Królewskie i Książęce, Ruś Czerwoną, Podlasie, Podole, Wołyń, Ukrainę, Spisz.

10 Krzyżacy: Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, zał. w 1190 r. w Palestynie.

11 reformacja: ruch społeczno-religijny w zachodnim chrześcijaństwie w XVI - XVII w. dążący do teologicznej i moralnej odnowy kościoła, zapoczątkowali ją M. Luter i J. Kalwin, reformacji ulegali Radziwiłłowie i inni możnowładcy.

12 Szymon Budny: 1530-1593, białoruski uczony, pisarz, tłumacz i wydawca, ideolog Braci Polskich (Arian), zwolennik umiarkowanych reform społecznych, głosił radykalne tezy religijne; Arianie: radykalny ruch społeczno-religijny powstały w Polsce w latach 1562-1565.

13 Andrzej Frycz Modrzewski: 1503-1572, polski pisarz polit. i publicysta, najwybitniejszy nasz przedstawiciel postępowej myśli społ.-polit. epoki odrodzenia.

14 starostwo: ziemia lub gród będący własnością króla w których w jego imieniu wszelką władzę sprawował starosta.

15 królewszczyzna: dobra ziemskie z których część dochodów szła do kasy króla.

16 ordynat: właściciel majątku będącego ordynacją; w okresie istnienia wielkiej własności ziemskiej był to majątek rodowy, który przechodził niepodzielny i niezbywalny na najstarszego syna.

17 Justynian I Wielki: 483-565, cesarz bizantyjski, unormował prawo w cesarstwie (kodeks Justyniana).

18 włóka: 30 mórg = 16,8 ha; morga: (mórg, jutrzyna), dawna jednostka pow. gruntów, 0,56-0,6 ha.

19 prawdopodobnie istniał w Sobotnikach niewielki dwór drewniany Radziwiłłów.

20 altarja: dochód z ołtarza, tzw. ołtarzowe.

21 podkomorzy: w dawnej Polsce zarządca dworu panującego, od XIV w. urząd podkomorzego ziemskiego , który rozpatrywał spory o ziemię między szlachcicami.

22 złoty polski: polska jednostka monetarna w XV-IX w. równa 30 groszom a od 1924 r. 100 groszom; w 1528 r. pierwszą monetą polską o wartości 1 złotego był tzw. półkopek bity w 1564 r. ze srebra.

23 przy ołtarzu Błogosławionej Cudownej Dziewicy Maryi.

24 kanclerz: w średniowieczu dostojnik kierujący kancelarią władcy, w Polsce od XIV w. Wielki Kanclerz Koronny.

25 kasztelan: w Polsce XII-XIII w. urzędnik sprawujący władzę nad grodem i jego okręgiem w imieniu panującego; od XIV w. urzędnik ziemski zasiadający w radzie królewskiej, potem w senacie.

26 podczaszy: w Polsce przedrozbiorowej zastępca cześnika kosztujący napoje przed podaniem królowi, cześnik - urzędnik dworski usługujący królowi przy stole (dający czaszę) i mający pieczę nad piwnicą.

27starosta: w dawnej Polsce urzędnik dworski sprawujący na obszarze jednego powiatu władzę administracyjną, skarbową i policyjną, w latach 1918-39 i 1944-50 szef administracji ogólnej powiatu.

28 Inflanty: historyczna kraina nad Zatoką Ryską, należąca przez pewien okres XV i XVI w. do Polski i Litwy.

29 Virtuti Militari (Cnocie Wojskowej): najwyższe polskie odznaczenie wojskowe ustanowione w 1792 r. przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.

30 Tadeusz Kościuszko: 1746-1817, generał, o białoruskim rodowodzie polski i amerykański bohater narodowy, 1775-83 uczestnik wojny o wolność Stanów Zjednoczonych, 1792 udział w wojnie z Rosją, Najwyższy Naczelnik Sił Zbrojnych Narodowych w powstaniu 1794, wydał dekrety regulujące sprawę chłopską, po klęsce maciejowickiej w niewoli ros. do 1796 r., zmarł na emigracji w Szwajcarii.

31Jakub Jasiński: 1761-1794, generał, radykalny działacz społ.-polit., poeta, poległ w czasie rzezi Pragi - przedmieścia Warszawy.

32 folwark: duże gospodarstwo rolne lub rolno-hodowlane produkujące na zbyt, często stanowiące część większego majątku ziemskiego.

33 Chłapowski Dezydery: 1788-1879, generał, działacz gosp. i kultur., uczestnik kampanii napoleońskiej, pionier postępowej gospodarki rolnej w Wielkopolsce.

34 Dembiński Henryk: 1791-1864, w VIII mianowany zastępcą wodza naczelnego powstania, w 1848-49 jeden z dowódców rewolucyjnej armii węgierskiej.

35 zaścianek: dawna osada wiejska zamieszkała przez drobną szlachtę jednego nazwiska, okolica szlachecka natomiast składała się z rodzin pochodzących z różnych rodów.

36Kalinowski Konstanty Kastuś: 1838-64, przywódca powstania przeciw caratowi na Litwie i Białorusi, obrońca praw chłopów białoruskich, stracony w Wilnie.

37 Kalinowski Józef: 1835-1907, inżynier wojsk., 1855-63 oficer w wojsku rosyjskim, 1863 kierownik wydziału Wojny Rządu Narodowego na Litwie, 1864 - 74 na zesłaniu, brał udział w wyprawach badawczych Benedykta Dybowskiego, w 1877 wstąpił do zakonu karmelitów bosych; B. Dybowski: 1833-1930, zoolog, zesłany na Syberię, odkrywca i badacz endemicznej fauny jez. Bajkał.

38 Rząd Narodowy: najwyższy organ wykonawczy podczas powstań listopadowego i styczniowego.

39 archijerej: wyższy duchowny w kościołach wschodnich.

40 serwitut: m.in. dawne prawo do korzystania z gruntów folwarcznych i chłopskich przysługujące chłopom i dziedzicom, np. prawo do wypasu bydła na łąkach, prawo do zbierania w lasach drewna na opał.

41 marszałek szlachty: od 1772 r. na ziemiach zaboru rosyjskiego przewodniczący samorządu szlacheckiego wybierany na sejmikach powiatowych, od 1863 r. mianowany.

42 Dowbór-Muśnicki Józef: 1867-1937, generał, w 1917-18 dowódca I Korpusu Polskiego w Rosji; od stycznia 1919 r. dowódca Powstania Wielkopolskiego (27.12.1918-16.02.1919) jedynego zwycięskiego w historii Polski, rozpoczęte w Poznaniu przywróciło ziemie zaboru pruskiego odrodzonej Polsce.

43 Józef Piłsudski: 1867-1935, główny twórca niepodległej Polski, polityk, marszałek Polski.

44 prezbiterium: część kościoła w której znajduje się główny ołtarz.

45 łokieć: dawna jednostka długości równa 1/3 sążnia, dzielił się na dwie stopy, w Królestwie Polskim od 1819 r. - 576 mm, łokieć rosyjski od 1849 r. - 474 mm, w krajach anglosaskich - 1,143 m; stopa: angielska i amerykańska jednostka długości równa 0,3048 m, dawniej w Polsce 0,2-1,45 m.

46 pasyjka: krzyżyk z wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa.

47 sygnaturka: najmniejszy dzwon kościelny.

48 mila: dawna lądowa miara długości; w Polsce 7146 m, po 1819 r. - 8334,31 m; w krajach anglosaskich - 1609,344 m; w starożytnym Rzymie - 1481,5 m; mila morska - 1852 m.

49 plenipotent: pełnomocnik.

50 czerwony złoty: staropolskie określenie dukata używane od XV w.; dukat: złota moneta o masie ok. 3,5 g bita od 1284 r. w Wenecji, w Polsce za Władysława Łokietka (król Polski 1320-1333), później 1528 - 1831.

51 nazwa Opita służyła wielu osadom leżącym nad tą rzeką podobnie jak Gawia; dla rozróżnienia kilku Opit jedną nazwano Talkowszczyzną, a jedną z Gawii Galimszczyzną.

52 krajczy: w Polsce do XIII w. urzędnik nadworny zajmujący się dzieleniem mięs podczas uczt, później urząd tytularny.

53 rotmistrz: w wojsku polskim w XVI-XVIII w. dowódca roty (oddziału) piechoty lub chorągwi jazdy, w kawalerii do XX w.

54 sztych: rycina odbita z płyty metalowej, dawniej każda rycina lub ilustracja książkowa.

55 pud: dawna rosyjska jednostka ciężaru równa 16,38 kg.

56 lokomobila: parowa maszyna stosowana do napędu maszyn rolniczych i innych.

57 folusz: maszyna do folowania tkanin, pilśniarka.

58 margrabia: w państwie Franków zarządzający marchią o szerszych uprawnieniach od hrabiego, później tytuł arystokratyczny; marchia: okręg administracyjny ziem kresowych w państwie Franków.

59 Władysław IV Waza: 1595-1648, król polski od 1632, syn Zygmunta III Wazy, w 1610 powołany na tron moskiewski, 1612 i 1617/18 nieudane wyprawy na Moskwę w celu objęcia tronu, 1632-34 wojna z Moskwą, organizator polskiej floty.

60 Aleksander Jagiellończyk: 1461-1506, od 1492 Wielki Książę Litewski, od 1501 król polski, syn Kazimierza Jagiellończyka.

61 Elżbieta Habsburżanka: 1526-45, córka cesarza niemieckiego Ferdynanda I, królowa Polski od 1543.

62 Zygmunt II August: 1520 - 72, król Polski od 1548, reformator, w 1569 doprowadził do zawarcia unii polsko-litewskiej w Lublinie, walczył z Moskwą, zapoczątkował budowę i organizacje floty polskiej

63 Barbara Radziwiłłówna: 1520-51, córka Jerzego, królowa Polski od 1550, zanim została żoną Zygmunta Augusta była małżonką Stanisława Gasztołda, mieszkali na zamku w Gieranonach

64 grodzisko: (grodziszcze, horodyszcze), pozostałość po grodzie obronnym głównie z okresu wczesnego średniowiecza.

65 ekspatriacja: przymusowe lub dobrowolne opuszczenie ojczyzny, zerwanie z krajem rodzinnym.

66 Władysław I Święty: ? - 1095, od 1077 r. król węgierski z dynastii Arpadów.

67 Czcigodny Władysław Święty król Węgrów, ku pamięci drogiego męża Władysława Umiastowskiego, wizerunek ten umieszczono 27.06.1906 r.

68 antypedium (łac.): zasłona z drogiej tkaniny ozdobiona haftami, okrywa z przodu dolną część ołtarza.

69 stalle: ozdobne ławy z wysokimi oparciami dla dostojników kościelnych uczestniczących w nabożeństwie

70 Francas non flectas(łac.): załamany, ale nie uskarżający się.

71kolumbarium: miejsce na trumny.

72 odryna: szopa, stodoła na siano.

73 feretron: przenośny ołtarzyk lub obraz noszony w czasie procesji.

74 morga: 0,5599 ha.

75 pręt: dawna jednostka długości, p. litewski ok. 4,87 m; także dawna jedn. pow. 0,0019-2,08 ha.

76 dziesięcina: rosyjska jednostka powierzchni gruntów - około 1,09 ha.

77 Matulewicz Jerzy: 1871-1927, błogosławiony, litewski ksiądz, odnowiciel zakonu marianów,

1918-25 biskup wileński, pośrednik w polsko-litewskich konfliktach na Wileńszczyźnie.

78 tercjarze: inaczej trzeci zakon, w kościele katolickim stowarzyszenie świeckich osób zakładane od XIII w. przy niektórych zakonach, najbardziej znane przy franciszkańskich.

79 Liga Narodów: organizacja międzynarodowa powstała w 1919 r. ze stolicą w Genewie na mocy traktatu wersalskiego; miała zabezpieczyć pokój i współpracę międzynarodową po I wojnie światowej; działała do drugiej wojny, rozwiązana w 1946 r. Jej miejsce zajęła Organizacja Narodów Zjednoczonych powstała w 1945 r.

80 Bułak - Bałachowicz: znana rodzina kresowa, Stanisław (1883-1940), generał, brat Stefanii był twórcą i dowódcą Ludowej Armii Wyzwoleńczej walczącej w okresie rewolucji z bolszewikami o niezawisłość Białoruskiej Republiki Ludowej, a także z tymi samymi po stronie polskiej w wojnie 20 - go roku, bałachowcy byli jako jedni z pierwszych wywożeni na Sybir w 1940 r.

81 Stefan Batory: 1533-86, węgierski książę siedmiogrodzki a od 1571 r. król Polski, po wojnie z Moskwą odzyskał w 1582 r. Inflanty, utworzył Trybunał Koronny i Litewski, dokonał reformy wojska, założył Akademię Wileńską, był zwolennikiem tolerancji religijnej.

82 Szare Szeregi: kryptonim konspiracyjnego harcerstwa męskiego 1939 - 44

83 Armia Krajowa: konspiracyjne Wojsko Polskie działające w okresie II wojny światowej na terenie państwa polskiego z 1939 r. i poza jego granicami; organizacyjnie powstała 14.02.1942 r.; jej zadaniem był współudział w organizacji i ochronie polskiego państwa podziemnego, walka zbrojna o niepodległość ora z przygotowanie powstania powszechnego; w 1944 r. w stanie czynnym było w AK ok. 350 tys. żołnierzy; w jej szeregach walczyło około 3 tys. radzieckich partyzantów.

84 kirkut: cmentarz żydowski.

85 Naczelnik Państwa: tytuł przysługujący Józefowi Piłsudskiemu w latach 1918-22.

86 Marian Falski: 1881 - 1974, pedagog i działacz oświatowy, autor elementarza Nauka czytania i pisania.

87 Macierz Szkolna: nazwa kilku polskich stowarzyszeń oświatowych zasłużonych dla rozwoju oświaty w Polsce w końcu XIX i w 1 połowie XX wieku.

88 arfa: siatka druciana rozpięta na ramie, używana do przesiewu piasku, żwiru, dawniej ziarna zbóż

89 sekwestrator: urzędnik egzekwujący zaległe podatki i opłaty.

90 Związek Strzelecki: polska organizacja paramilitarna założona legalnie w 1910 r. w zaborze austriackim, tajnie w pruskim i rosyjskim; celem jej było szkolenie kadr do walki z Rosją; komendantem głównym był Józef Piłsudski; od grudnia 1919 r. państwowa organizacja społeczno-wychowawcza młodzieży.

91 flower: broń palna małego kalibru używana do ćwiczeń i polowania na drobne ptactwo i ryby.

92 Sabała: prawdziwe nazwisko Jan Krzeptowski, 1809-94, góral, gawędziarz i pieśniarz ludowy; autor opowieści i pieśni góralskich oraz muzyki do nich.

93 chorągiew: w znaczeniu wojskowym podstawowa w średniowieczu jednostka taktyczno-organizacyjna odpowiadająca współcześnie kompanii, w XVI-XVIII w. jednostka we wszystkich typach kawalerii.

94 Czesław Jankowski: 1857-1929, poeta i publicysta, współredaktor petersburskiego Kraju; autor monumentalnego, wspaniałego i niepowtarzalnego dzieła Powiat oszmiański.

95 Kasy Stefczyka: wiejskie spółdzielnie oszczędnościowo-pożyczkowe założone przez Franciszka Stefczyka (1861-1924) działacza spółdzielczego i ekonomistę, pierwsza powstała w 1890 r.

96 duha: drewniany pałąk nad chomątem łączący hołoble - w zaprzęgu jednokonnym dwa dyszle połączone z chomątem rzemieniami.

97 sławojka: drewniana toaleta, nazwa pochodzi od Walerego Sławka (1879-1939), działacza politycznego i bliskiego współpracownika Józefa Piłsudskiego, będąc premierem (1936 - 39) wprowadził poprawę warunków życia higienicznego na wsi.

98 Anders Władysław: 1892-1970, generał i polityk, sukcesy w wojnie z bolszewikami 1918 - 20, w IX 1939 dow. Nowogródzkiej Brygady Kawalerii, po 17 IX internowany w ZSRR i wywieziony, dow. Armii Polskiej na Wschodzie, 1943 - 45 dow. 2 Korpusu Polskiego, II-VI 1945 p.o. Naczelnego Wodza, po wojnie jeden z przywódców emigracji.

99 Monte Cassino: wzgórze we Włoszech między Rzymem a Neapolem ze słynnym klasztorem zał. w VI w., w 1944 r. ciężkie walki z Niemcami, którzy wzgórze zamienili w kluczową pozycję obronną w tzw. Linii Gustawa będącej zaporą w drodze na Rzym; po bezskutecznych atakach wojsk alianckich, zostało zdobyte w dniach 11 - 18 maja przez 2 Korpus Polski pod dowództwem gen. W. Andersa; w jego szeregach byli żołnierze pochodzący z Kresów Wschodnich w tym z obecnej grodzieńszczyzny; na polskim cmentarzu wojskowym u podnóża Monte Cassino spoczywa ich 1070.

100 Maczek Stanisław: 1892- 2002, generał, w IX 1939 dow. 10 brygady kawalerii, 1940 organizator i dow. 10 brygady kawalerii pancernej, od 1942 1 dywizji pancernej (zwycięska bitwa pod Falaise), wraz ze swymi żołnierzami oswobodził wiele miejscowości w Belgii i Holandii.

101Krzyż Walecznych: wysokie odznaczenie wojsk. ustanowione 1920, nadawany nawet kilkakrotnie za czyny bojowe.

102 Kleeberg Franciszek: 1888 - 1941, generał, podczas I wojny św. w Legionach Polskich, w IX 1939 zorganizował i dowoził Samodzielną Grupą Operacyjną Polesie w bitwie pod Kockiem 3-5 X, zmarł w hitlerowskim obozie jenieckim.

103 Związek Walki Zbrojnej: konspiracyjna organizacja wojskowa powstała w listopadzie 1939 z przekształcenia Służby Zwycięstwa Polsce, w 1942 r. przemianowana w AK; SZP: konspiracyjna organizacja wojskowa powstała w Warszawie we wrześniu 1939 tuż przed kapitulacją.

104 POW: Polska Organizacja Wojskowa, tajna organizacja założona w 1914 r. w Warszawie z inicjatywy Józefa Piłsudskiego; wcielona do Wojska Polskiego w 1918 r.

105 linia demarkacyjna: linia ograniczająca podczas rozejmu walczące ze sobą armie, może stanowić tymczasową granicę państwa.

106 szarawark (niem.): nakładany przez państwo obowiązek ludności dostarczania ludzi i sprzętu do różnego rodzaju prac publicznych.

107 kołchoz: rolnicza spółdzielnia produkcyjna w ZSRR gospodarująca na ziemi państwowej oddanej w bezpłatne użytkowanie, własnością k. są maszyny, budynki, inwentarz, członkowie k. mają prawo do posiadania domu mieszkalnego, pewnej ilości inwentarza i użytkowania działki przyzagrodowej.

108 sowchoz: państwowe gospodarstwo rolne w ZSRR, miało profil wielkotowarowego przedsiębiorstwa rolnego.

109 11 listopada 1918 r.: utworzenie Święta Niepodległości Polski związanego z jej odzyskaniem po I wojnie światowej, tego dnia Józef Piłsudski otrzymał dowództwo nad Wojskiem Polskim i objął funkcję Naczelnika Państwa.

110 gumno: inaczej stodoła, budynek w którym składa się zboże przed wymłóceniem.

111 Katyń: miejscowość koło Smoleńska, w której NKWD zamordowało ok. 4400 oficerów polskich z obozu w Kozielsku wziętych do niewoli jesienią 1939 r. przez Armię Czerwoną, Rosjanie za tę zbrodnię fałszywie obciążali Niemców. NKWD wykonując polecenia władz najwyższych zamordowało w latach 1939-40 ponad 25000 polskich oficerów, policjantów i pracowników służb publicznych więzionych w obozach w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku. Oprócz Katynia zginęli oni w Charkowie i Twerze (mogiły w Miednoje).

112 świren: inaczej spichrz lub spichlerz, budynek gdzie przechowywano w specjalnych przegrodach zboże, groch, wędzoną słoninę i mięso.

113 77 pułk piechoty: nazwa nawiązywała do tradycji 77 PP Strzelców Kowieńskich powstałego 12.12.1918 roku z ochotników kowieńskiej samoobrony i Żmudzi, w październiku 1922 r. pułk został przeniesiony do Lidy, przebywał w mieście do września 1939 r.

114 Ostra Brama: plan zdobycia Wilna przez połączone siły Okręgów Nowogródzkiego i Wileńskiego AK przed nadejściem Armii Czerwonej, akcja rozpoczęła się 7 lipca 1944 r.

115 Uderzeniowe Bataliony Kadrowe: oddziały partyzanckie Konfederacji Narodu, konspiracyjnej organizacji polityczno-wojskowej części politycznego obozu narodowego utworzonego w 1940 r., na ich czele stał Bolesław Piasecki .

116 Maciej Kalenkiewicz: 1906 - 1944, od 18.08.1944 r. podpułkownik i komendant Okręgu Nowogródzkiego AK, współautor operacji Ostra Brama, poległ 21.08.44 r. w walce z oddziałami NKWD w Surkontach koło Pielasy w gminie Raduń. Na miejscu tym znajduje się cmentarz, na którym spoczywa Kotwicz wraz ze swoimi żołnierzami w większości chłopakami z Lidy.

117 Burza: kryptonim działań bojowych AK prowadzonych w okresie 01.1944-01.1945 na tyłach frontu niemieckiego; w sumie ok. 150 tys. żołnierzy; AK wspomagała Armię Czerwona w zdobywaniu Kowla, Wilna, Lwowa, Lublina, Zamościa, Rzeszowa; wiele miast zdobyła samodzielnie ułatwiając ofensywę wojskom radzieckim.

118 ar: 100 m2, setna część hektara.

119 Powstanie Warszawskie: 01.08.1944 - 02.10.1944, walka zbrojna AK przeciw Niemcom o wyzwolenie Warszawy w ramach akcji Burza, zginęło i rany odniosła 40 tys. powstańców i 180 tys. Cywilów.

120 Związane to było z Poznańskim Czerwcem. 28.06.1956 r. w Poznaniu miał miejsce pierwszy po wojnie protest robotników przeciwko komunistycznej władzy, który został krwawo stłumiony.

121 serwantka: inaczej witryna, niewielka szafka przeważnie oszklona, służy do przechowywania szkieł, porcelany, przedmiotów dekoracyjnych i innych.

122 Zjazd Lidzian: tygodniowa impreza w Lidzie i byłym powiecie lidzkim organizowana od 1992 roku przez Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej i Klub Miłośników Lidy z Warszawy, TKPZL powstało na bazie Klubu Miłośników Kultury Polskiej im. Adama Mickiewicza zał. 13.12.1987 r., pierwszej polskiej organizacji w byłym ZSRR.

123 Skrzybowce: znakomity i rzadki okaz cerkwi o architekturze obronnej w dawnej Rzeczypospolitej.

124 Ponury: mjr Jan Piwnik, 1912 - 44, cichociemny, d-ca II Odcinka Wachlarza Równe-Kijów, 18.01.1943 r. odbija kolegów z więzienia w Pińsku, w Charkowie niszczą 5 samolotów niemieckich, d-ca Zgrupowań Partyzanckich Ponury w kieleckim, d-ca 7 Bat. w Zgrupowaniu Nadniemeńskim, zginął 16.06.1944 r. pod Jewłaszami; Wachlarz: Wydzielona Organizacja Dywersyjna ZWZ-AK, miała zapewnić osłonę od wschodu ogólnonarodowego powstania podczas wycofywania się Niemców, opóźniać ich odwrót.

125 rubrycela: kalendarz kościelny zawierający porządek odprawiania nabożeństw na poszczególne dni

126 epitafium: napis nagrobkowy, tablica z napisem na cześć zmarłego.

127 chutor: jednozagrodowa posiadłość wiejska na słabo zaludnionych obszarach Rosji XV-XVII w.



Spis treści

Moim rodakom .........................................4

Wstęp .................................................... 5

Historia....................................................6

Umiastowscy..........................................25

Kościół.................................................. 30

Szpital................................................... 37

Żydzi...................................................... 41

Szkoła.................................................... 44

Do wojny................................................. 52

Wojna.................................................... 70

Rok 1944 i lata następne.......................... 91

Powroty..................................................117

Moje Sobotniki....................................... 122

Z korespondencji z rodakami.................. 141

XXX ..................................................... 144

Spis mieszkańców Sobotnik 1939/40.......145

Spis wiosek gminy Sobotniki.................. 154

Bibliografia............................................. 155

Indeks ................................................. 157


Książki Kazimierza Niechwiadowicza można kupić na Grodzieńszczyźnie w:

Grodno, sklepik przy kurii biskupiej na ul. K. Marksa 4: Żemłosław, Białoruskie podróże, Moje Sobotniki, Trokiele 2003.

Żemłosław rejon Iwie, biblioteka w pałacu: Żemłosław, Białoruskie podróże, Moje Sobotniki.

Lida, kiosk przy kościele pw. św. Rodziny na ul. Rybinowskiego: Żemłosław, Białoruskie podróże.

 
Top
[Home] [Library] [Maps] [Collections] [Memoirs] [Genealogy] [Ziemia lidzka] [Наша Cлова] [Лідскі летапісец]
Web-master: Leon
© Pawet 1999-2009
PaWetCMS® by NOX