Вярнуцца: Мемуары

Wspomnienia Teresy Bielskiej


Аўтар: Teresa Bielska-Nagler,
Дадана: 23-10-2014,
Крыніца: pawet.net.



Wspomnienia Teresy Bielskiej[1]

Człowiek rad by pamiętać wszystko od momentu przyjścia na świat. I aby te wspomnienia były miłe sercu, wywołujące uśmiech na twarzy. Ale nasza pamięć nie potrafi sięgać aż tak daleko, a często koszmarne przeżycia bardziej utrwalają się i trudno je wymazać z pamięci.

(12KB) Teresa Bielska - Nagler.

Trzeba więc uchronić od zapomnienia to co jeszcze potrafimy odtworzyć, wszak jest to jakaś historia rodziny ale nie tylko, bo w dużym stopniu ukazuje losy kraju.

Trudno jednak o szczegółowe opisy. Pamiętam to co zarejestrowały oczy dziecka i fakty, które przeżyłam mocno i dlatego wryły się w psychikę.

Mam dość mgliste wspomnienia z lat 1931-1932, gdy mieszkałam z rodzicami w Lidzie przy ul. Gen. Szeptyckiego. Mieszkaliśmy w domu z dużym ogrodem. Pamiętam dom w tym ogrodzie, w głębi od ulicy, a podwórze dzieliliśmy z rodziną żydowską.

W roku 1933 przeprowadziliśmy się do większego mieszkania przy ulicy Kilińskiego [2] do domu Antonowiczowej. Mieszkanie było duże, czteropokojowe, dwa wejścia: kuchenne i tak zwane paradne.

Wtedy też dnia 22 sierpnia rozpoczęłam edukację w szkole podstawowej, kolejowej.

Z mieszkaniem na Kilińskiego łączą się dość wyraźne wspomnienie ślubu mojej siostry Giny [3] z Sergiuszem Stankiewiczem [4], sędzią. Poznali się na studiach w Wilnie na Uniwersytecie Stefana Batorego. Wesele odbyło się 4 sierpnia 1936 roku, było huczne, dużo gości, tańce, wynajęty kucharz i kelnerki. Młodzi po ślubie w Kościele Katolickim (on był wiary prawosławnej, ale przeszedł na katolicyzm) wyjechali do Holszan, gdzie zamieszkali w zamku [5]. Sergiusz pracował w sądzie. Potem został przeniesiony do Dokszyc [6] i tam zastała ich wojna w 1939r.

Na Kilińskiego nie mieszkaliśmy długo, bo do 1937r. Za namową ciotki Anny Jurago [7] przeprowadziliśmy się na ulicę Miennickiego 10, gdzie w sąsiednim drewnianym domu mieszkali Juragowie. Murowane uchodziły w tych czasach za bardzo niezdrowe. Były tam dwa domy z dużym podwórzem i ogrodem. Nasz stał bliżej ulicy. Posesja należała do pani Wasilewej i jej syna Żeni. Byli to Rosjanie źle usposobieni do Polaków.

Dom bliżej ulicy zajmowaliśmy my i właścicielka z synem, w głębi drugi dom zajmowali Juragowie. Za domem był duży sad.

U Juragów mieszkała babcia, Maria Pilwińska [8], która zmarła w 1933r.

Pamiętam śmierć Babci. Umarła w domu, a mieszkała z córką Anną Jurago. Cała rodzina była przy łożu śmierci. A gdy ciało wyprowadzali z domu, ulubiony pies Babci - Tomik położył się w poprzek ścieżki prowadzącej do bramy i w żaden sposób nie można było go usunąć.

W roku 1935 Mamie operowano woreczek żółciowy. Pamiętam jak Ojciec wrócił ze szpitala i pokazywał nam garść kamieni żółciowych, które powodowały częste ataki bólu. Ojciec pracował na kolei jako konduktor, potem kierownik pociągu [9]. Oprócz pensji otrzymywał tak zwane godzinowe za czas spędzony w drodze, czyli podczas służby. Prócz tego były deputaty węgla, umundurowanie. Na służbie nie wolno było być w cywilnym ubraniu. Dwanaście biletów bezpłatnych dla siebie i rodziny w ciągu roku. Prócz tego zniżka 80% dla członków rodziny i pracownika. Bilety były na I klasę. Wujek Jurago też był kolejarzem. Jeździł na parowozach, a potem był instruktorem maszynistów. Mama i ciotka Ania nie pracowały, ale dużo udzielały się społecznie. Istniało Koło Polek, które organizowało loterie i bale na cele dobroczynne. W domu była zawsze służąca, a u Juragów dopóki żyła Babcia to kierowała pracą służącej.

Warunki materialne były chyba dobre, skoro Ojciec chciał koniecznie budować dom, jak większość jego kolegów, ale Mama nie zgadzała się i słusznie, bo wszystkie piękne domy, wówczas w modnym stylu zakopiańskim legły w gruzach podczas wojny.

Gina kształciła się na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie na wydziale humanistycznym. Irena też w Wilnie, w pomaturalnej Szkole Ochroniarskiej, Teresa w 1939r. zdała do prywatnego Gimnazjum OO Pijarów. Nauka kosztowała dużo, ale widocznie wystarczało na to jednej pensji.

Z okresu przedwojennego najmilsze wspomnienia są z Niemna nad Niemnem, gdzie spędzaliśmy każde lato w majątku Francuza Bertandego [10]. Wynajmował nam domek na trzy rodziny - Juragów, Bielskich i Skrzypkowskich. Skrzypkowscy jeździli z trzema córkami - Krysią, Renią i Bubą., ta ostatnia po wojnie została lekarzem, mieszkała w Warszawie, zaprzyjaźniona z Giną i Jankiem [11]. Ojciec ich był naczelnikiem depo (parowozowni). Lida była dużym węzłem kolejowym. Rodzice byli z nimi zaprzyjaźnieni. Do Niemna dojeżdżało się pociągiem, a młodzież na czele z ciotką Juragową rowerami. Nad Niemnem była plaża i las. Jechały razem trzy służące, które zajmowały się kuchnią i przynoszeniem obiadów do lasu przy plaży.

Wspaniałe wakacje! Chodziliśmy na grzyby, a panowie na ryby. Czasami latem jechaliśmy do Karolinowa [12] nad jeziorem Dryświaty, gdzie w majątku była siostra Ojca. Pamiętam też jedno lato spędzone w Zakopanem, gdy kolejką linową na Kasprowy Wierch wybrał się Ojciec z Irką, a Mama nie pozwoliła mnie i cały czas modliła się o ich szczęśliwy powrót. Chyba były to początki kursowania tej kolejki [13].

Życie toczyło się spokojnie, bez pośpiechu i tej obecnej nerwowości. Nie było samochodów, telewizji, elektroniki i tego szalonego postępu techniki, który często człowieka bardziej niszczy niż wspomaga. Ale tamte czasy już nie wrócą. Życie idzie naprzód i musimy nadążyć za jego rozwojem. Choć i tak nie możemy zlikwidować biedy, nędzy i głodu, który zabija miliony ludzi. Wciąż pojawiają się nowe choroby, epidemie i na ich zwalczenie też nie mamy sposobu. Widocznie raju na ziemi nie da się stworzyć żadnym postępem ani wynalazkami.

Pokolenie, które odchodzi tęskni do czasów przedwojennych, tego spokojnego i wolnego trybu życia.

Młoda generacja zaplątana w elektronikę i wszelkie zdobycze techniki, nie wie jak się żyło dawniej. Dla nich ciągły pośpiech, wyścig szczurów jest nieodzowną częścią bytu treścią życia.

Lida była miastem z przewagą ludności żydowskiej. Cały prawie handel był w ich rękach, podobnie rzemiosło. Wielu było lekarzy i adwokatów, a na ulicy słyszało się prawie tylko język żydowski [14].

Żydzi mieli swoją szkołę, synagogę, szpital, i opanowany prawie cały handel.

W Lidzie i okolicy mieszkali Polacy, Białorusini i inne nacje [15], było kilka religii. Wszyscy jakoś, bez większych problemów żyli obok siebie. Rodzice przyjaźnili się z Żydami, kupowali w ich sklepach [16]. Często byli zapraszani na żydowskie wesela. Gina z okazji swego ślubu otrzymała moc prezentów od firm w których robiło się zakupy.

W szkole miałam koleżanki Żydówki, a Irka [17] pewien czas chodziła nawet do żydowskiej szkoły, bo w polskiej oblali ją atramentem.

Pamiętam śmierć Marszałka Piłsudskiego. Był maj 1935r. Na kresach wschodnich Piłsudski otoczony był wielką czcią, kultem i miłością. Naród rozpaczał, lamentował, że bez Wodza Polska zginie. W każdym domu wisiał portret Marszałka, który należało chować, gdy wkroczyli bolszewicy. Dopiero w okupację hitlerowską można było wieszać z powrotem. Gina była na pogrzebie Marszałka z delegacją z Uniwersytetu, gdy chowano serce na Rosie, a potem w Krakowie na Wawelu.

Pamiętam jak Ojciec wynalazł specyfik na bóle reumatyczne i stawowe. Najpierw wyleczył się sam, a potem polecał innym. Lek był na tyle skuteczny, że nie nadążał robić, bo wciąż zgłaszali się chętni. Z wdzięczności za wyleczenie przynosili różne wiktuały, drób, miód itp. Potem liczył za buteleczkę 150ml po 3 zł. Niestety nie pozostawił recepty na to smarowanie. Wiem, że było robione na bazie kwasu solnego [18]. W ogóle był to człowiek bardzo zdolny. Potrafił upleść hamak ze sznurków, uszył sobie ubranie w czasie wojny, prując na wzór stare. Na brak mąki ziemniaczanej skonstruował specjalną maszynę. Można było taką mąkę wymieniać na inne artykuły. Zrobił meble, gdy nie mieliśmy na czym spać ani siedzieć, po zrabowaniu mieszkania w czasie gdy przechodził front.

Nie umiał tylko postępować niezgodnie z prawem. Żadnych handli, tak powszechnych w czasie wojny, nie uznawał. Był strasznym legalistą, co podczas okupacji nie pozwoliłoby przeżyć. Tylko dzięki Mamie nie odczuliśmy dużego głodu przez pięć lat wojny. Trudno być super uczciwym, gdy okupant grabi, morduje i stwarza nieludzkie warunki.

Żywność na kresach była przed wojną bardzo tania. Rejon rolniczy, dużo majątków, a zaludnienie bardzo rzadkie. Kilogram masła kosztował 1,50 zł, cukier miał cenę urzędową. Dolar - 5 zł. Nauczyciel zarabiał 300 zł. Wujek Ignacy miał 1000zł. Była to bardzo wysoka płaca, a przy tym nie płacili za mieszkanie, bo zawsze było służbowe, przy koszarach. Służba też była darmowa, ordynans i służąca. Na Kresach za mieszkanie czteropokojowe, z piecami oczywiście, płaciło się 25-30 zł miesięcznie. Pamiętam jak Ojciec na kilka lat przed wojną kupił radio Philips. Było to wydarzenie, bo nikt radia nie posiadał. Latem wystawiało się w otwartym oknie i grało dla części dzielnicy. Schodzili się ludzie pod płot i słuchali audycji. W niedzielę o godzinie 10 tej nadawana była z wileńskiej rozgłośni "Ciotka Albinowa" albo audycja o nazwie "Dla Wszystkich". Ze Lwowa popularny był "Szczepcio i Tońcio".

Wielkim przeżyciem dla całej rodziny była śmierć Poldka, syna Juragów. Miał zaledwie 25 lat, umierał na gruźlicę gardła w wielkich mękach, ale przytomnie. Mieszkaliśmy na jednym podwórku, ale mnie przez kilka miesięcy jego ciężkiej choroby nie wolno było do niego chodzić w obawie przed zarażeniem się ta straszną chorobą. Chodziła Mama, ale po drodze przebierała się i zachowywała wszelkie środki ostrożności. Poldek zmarł w marcu 1939 roku. Miał wspaniały pogrzeb. Moc młodzieży, rodziny, znajomych. Karawan ciągnęły trzy pary czarnych koni okrytych kirem. Orkiestra grała żałobnego marsza, a pies Juragów wył żałośnie. Widocznie zwierzę też przeżywa smutne chwile. Rodzice szaleli z rozpaczy, ale gruźlica w tamtych czasach była nieuleczalna. Nie było antybiotyków i leczyło się tylko klimatycznie. Poldek był ciągle wysyłany do Zakopanego i Krynicy, miał w płucach odmę i nic nie pomagało. Na pogrzeb przyjechał wujek Ignacy z Jarocina. Ostrzegał wszystkich, że jesienią będzie wojna, a rodzinę swoją przyśle do Lidy, dalej od granicy niemieckiej, gdy tylko rozpoczną się wakacje. Nie chciał robić w pułku paniki i wszyscy widzieli, że wysyła żonę z córką na letni wypoczynek. Wujek Ignacy był dowódcą pułku w randze pułkownika [19]. Ale nie przewidział takiego scenariusza, że bolszewicy przekroczą granicę i zajmą tereny polskie aż po Bug.

Syn wujostwa, Zygmunt okres gimnazjum spędził w Lidzie i mieszkał z nami. Wujostwo przysłali go, bo mieli nadzieje, że będzie z Irenką chodzić razem do szkoły, skończą się wagary i brak zainteresowania nauką.

Ale niewiele to pomogło, bo Zygmunt w dalszym ciągu nie uczył się i tylko robił najróżniejsze kawały nauczycielom i kolegom. Mama była wzywana do dyrektora gimnazjum co kilka dni. W końcu nadała telegram do brata - przyjeżdżaj! Zygmunta przeniesiono do internatu o.o. Pijarów i tam chodził do gimnazjum. Ale zakonnikom nie przestawał robić żartów. Potrafił w nocy uruchomić dzwony na kościele i wszystkich postawić na nogi. Rodzice (moi) mieli z nim dużo kłopotów.

W Lidzie było dużo wojska. Był 77 Pułk Piechoty i 5 Pułk Lotniczy, gdzie przed wojną pracował Janek Seheń. W 77 Pułku hodowali niedźwiedzia i wszyscy oficerowie i podoficerowie mieli obok dystynkcji wpiętego metalowego misia.

Tyle mogłam zapamiętać z dzieciństwa i lat wojennych, gdy dorastałam w warunkach tak bardzo odbiegających od normalnych.

W lipcu 1939r. przyjechała do Lidy Nina Pilwińska [20] z córką Mirką [21] i Zygmuntem oraz swoją przyjaciółką, żoną kapitana, Fagasińską, też z córką młodszą od Mirki. Częściowo zamieszkali u Juragów, a częściowo u nas.

Na wiele miesięcy przed tragicznym wrześniem 1939 roku cały kraj przygotowywał się do wojny.

Było zarządzenie o kopaniu schronów w pobliżu miejsca zamieszkania i zaklejaniu szyb paskami papieru, co miało ochronić je przed pękaniem przy silnych wstrząsach i podmuchach od rozrywających się bomb. Odbywały się szkolenia w LOK-u [22], jak zachować się podczas nalotów, udzielać pomocy rannym, zaciemniać okna od zmroku do świtu, odróżniać dźwięk syren lotniczych od innych, itd. My też mieliśmy w ogrodzie wykopany schron, co było obowiązkiem i nakazem. Przy każdym nalocie kryliśmy się do schronu.

Nikt nie spodziewał się, że zagrożenie stanowią Bolszewicy. Lawina wojenna miała nadejść ze strony Niemiec.

Dnia 1 września 1939 roku wybuchła wojna i rozpoczęły się bombardowania Lidy. Pierwsze bomby padały w okolicy dworca kolejowego. O godzinie szóstej [23] rano rozległy się głosy syren uprzedzających nalot. Wszyscy popędzili do schronów. Żydzi, prawosławni, katolicy, każdy modlił się w swoim języku i wierze. Huk samolotów, świst spadających bomb, okropne przerażenie i panika. Schron wykopany w ogródku koło domu, wyłożony drewnianymi belkami, chwilami zdawał się zawalić i wszystkich zasypać. Siedzący tam mieli wrażenie, że nie uda się wyjść na powierzchnię gdzie chyba już wszystko zostało zrównane z ziemią. Ale gdy samoloty ucichły i nalot dobiegał końca, ktoś odważny wysunął głowę ze schronu i zdawał relację z sytuacji. Płonął dom sąsiedni - Żuków. Trafiła w nich bomba. Wszyscy rzucili się na ratunek. Jedni wodę pompowali, inni nosili wiadra i podawali tym, którzy stali najbliżej ognia usiłując gasić. Ale nic to nie dało. Dom zamienił się w zgliszcza. Ojciec, który bardzo gorliwie pomagał zemdlał z gorąca i wysiłku. Samoloty niemieckie wróciły i zniżając się ostrzeliwały. Jedna osoba ranna w nogę biegała z odłamkiem nie czując z wrażenia bólu. U Żuków zginęło dwoje dzieci dorosłych [24] ponieważ schowali się do piwnicy domu, matka była ranna, a ojciec zwariował. Jeden z ich synów, Henryk był później komendantem AK [25]. Do domów Juragów i Bielskich nie doszedł ogień, bo ochroniły drzewa owocowe rosnące wzdłuż ogrodzenia. Ogólny krzyk, lament, panika trudne do opisania. Z naszych domów, Juragów i Bielskich wypadły okna razem z ramami, a ściany były podziurawione odłamkami bomb. Nic nie pomogło naiwne zalepianie szyb paskami papieru. Gdy panika trochę ustała i ucichły samoloty wszyscy biegali zobaczyć zniszczenia i leje po bombach, których było kilka w okolicach dworca kolejowego. Stamtąd leciały do nas kamienie jak piórka. Prawie każdej nocy i dnia powtarzały się takie naloty, bombardowania i ucieczki do schronu. Wkoło zabici i ranni. Sąsiednie dwa domy spłonęły.

Dnia 17 września 1939 r. do miasta wjechały czołgi radzieckie, a za nimi ciągnęły rzesze wojska [26].

Wszystko to pod hasłem oswobodzenia narodu od ciemiężców, pamieszczyków, burżujów.

Miasto zapełniło się wojskiem, czołgami itd. Ze sklepów zniknęło wszystko. Trudno było o chleb i podstawowe artykuły żywnościowe.

Żołnierze zabierali na ciężarówki wszystkie towary ze sklepów. Najbardziej zdziwił ich sklep papierniczy, bo u siebie mieli książki drukowane na gazetowym papierze, a tu "biełaja bumaga".

Istniał jeszcze bazar i siedziały straganiarki z beczkami śledzi solonych. Cóż to był za rarytas dla żołnierzy i oficerów, gdy mogli jeść śledzie prosto z beczki! Widocznie był to artykuł deficytowy obok zegarków, które gdy zauważyli, odbierali ludziom na ulicy i sami nosili po kilka na każdej ręce. Mnie też jakiś sołdat powiedział "dawaj czasy" i musiałam oddać. Ale niektórych rozbierali z ubrań, gdy coś się im spodobało. Wkroczyli do nas z rodzinami, często z malutkimi dziećmi, więc mieli dużo potrzeb i grabili co tylko chcieli.

Dzicz to była straszna! I szybko oswobodzili nas od artykułów pierwszej potrzeby. Sklepy zaczęły świecić pustkami.

Zamknęli kościoły, księży wsadzili do więzienia i rozpoczęły się aresztowania, a następnie wywózki na Sybir rodzin wojskowych, osadników, kułaków (bogatych rolników), inteligencji.

Giny mąż, sędzia wraz z księdzem i burmistrzem zostali natychmiast zatrzymani i wywiezieni do Głębokiego. Gina została w mieszkaniu przy sądzie [27] tylko ze służącą. A sąd opanowały wojska radzieckie urządzając w nim sobie kwaterę.

Gina ze służącą, Adelką uciekły w nocy do Lidy biorąc ze sobą najcenniejsze rzeczy w dwie walizeczki. Cały dobytek, nowo kupione meble, itd. zostały na pastwę losu. Gina uciekała z Głębokiego [28], 5km od granicy radzieckiej, zaraz po aresztowaniu męża. Żołnierze zrobili sobie w sądzie kwaterę, a Gina ze służącą, w nocy, uciekała z bagażem, który mogły unieść. Cały dobytek zostawiła przyjeżdżając do Lidy. A u rodziców w Lidzie była już Janina Pilwińska z Mirką i Zygmuntem.

Mama przygarnęła też znajomą, żonę leśnika, której syna z rodziną, też leśnika wywieziono w głąb Rosji. Ona cudem ocalała i uniknęła ich losu, ale została w tym co miała na sobie. Mieszkanie zaplombowano też przez NKWD. Ta pani nazywała się Pukińska i była z nami aż do wyjazdu do Polski. Męża i drugiego syna, prawnika rozstrzelali [29] Niemcy. Pukińska została w Lidzie, bo wciąż czekała na powrót syna z rodziną. W rezultacie doczekała się, bo po wojnie wrócił i zamieszkali we Wrocławiu [30]. Do śmierci utrzymywała ze mną kontakt listowy.

W naszym domu był istny obóz i do tego bolszewicy zajęli największy pokój z meblami. Przepisy radzieckie dawały 9 m. kw. na osobę powierzchni mieszkalnej. Rodzice mieli 4 pokoje. Lokatorzy w zajętym pokoju zmieniali się wielokrotnie. Politruk Wawiłow z kobietą. Urządzali awantury każdej nocy, ale trudno im było zwracać uwagę. Potem dwie Ukrainki itd. To była dzicz bez cienia ogłady czy kultury.

Kapitan Wawiłow, politruk, ciągle pytał czy jest podobny do polskiego oficera. To było jego marzeniem. Zimą wychodził rozebrany i boso na śnieg i nacierał śniegiem całe ciało. To była jego poranna toaleta. Ale człowiek ten dużo pomógł mojej Mamie, która była w okresie handlu machorką, bibułką papierosową "Sollali", sacharyną i spirytusem. Pozwolił on przechowywać w swoim pokoju nielegalny towar. Były to artykuły bardzo deficytowe i można było za nie zdobyć coś do jedzenia. Sklepy pustoszały i robił się głód. Chleb można było kupić w ilości ½ kg na osobę stojąc w długich kolejkach.

Początki były takie, że chodziło się na wieś, gdzie chłop za ruble nic nie sprzedał, jedynie na wymianę. Za 10 kg mąki - garnitur męski. W cenie była wódka, więc po kryjomu robiło się samogon i on też szedł na wymianę. Mogliśmy za to mieć słoninę, mąkę lub jajka. Rodzina była zasobna w ubrania, bieliznę pościelową itd. Stopniowo upłynniało się odzież i różne sprzęty domowe, ale w końcu zaczęło brakować, a chłop stawał się coraz bardziej pazerny i bezwzględny. Wtedy mama zaczęła handel z większym ryzykiem, handel machorką, sacharyną i bibułką do skrętów papierosowych. Często wpadało NKWD [31] z rewizją, ale dzięki życzliwości naszego lokatora kapitana nigdy nic nie znaleźli. Ten nielegalny handel musiał też odbywać się w tajemnicy przed Ojcem, który nie uznawał tego co nie jest legalne. Ojciec, który nie potrafił znaleźć się w takiej nietypowej sytuacji był przerażony poczynaniami Mamy i bał się, że wszyscy trafimy za to do więzienia. Trzeba to było przed nim ukrywać. Ale jakoś udawało się aż do wojny niemiecko-radzieckiej.

Gina ani jednej nocy nie mogła pozostać w domu. Ciągle u znajomych i krewnych. Pracowała wprawdzie, ale NKWD wszelkie aresztowania robiła w nocy. Wiele razy przychodzili po nią, ale że miała inne nazwisko, więc rodzice informowali, że tylko tu mieszka, ale jej nie znają.

Od męża, Sergiusza do Giny nigdy nie dotarła żadna wiadomość [32], prawdopodobnie Serż skazany na 8 lat, szybko umarł w warunkach obozowych. Był po operacji nerki (gruźlica), obozowe jedzenie i warunki mogły go szybko wykończyć. W domu był na ścisłej diecie, bez odrobiny soli itd., a tam nie każdy młody i zdrowy wytrzymywał mróz, głód i ciężką pracę.

Przyjechała też do nas matka Sergiusza, Zenaida Stankiewicz, która była właścicielką majątku Mołczadź [33] pod Baranowiczami. Została wyrzucona ze swojej posiadłości i ze skromnym bagażem w ręce zjawiła się w Lidzie. Załamana aresztowaniem jedynego syna pisała do władz radzieckich (Mołotowa, Stalina) prosząc o informację czy syn żyje i gdzie się znajduje. Po jakimś czasie dostała odpowiedź, że jej syn jest w obozie karnym pod Archangielskiem skazany na 8 lat robót. Nie dawała za wygraną, błagała by go zwolniono ze względu na stan zdrowia. Pewnego dnia wezwano ją do NKWD, by zawiadomić, ze jej syn nie żyje i gdzie jest pochowany. Widocznie mieli już dość jej listów i próśb, a on musiał już dawno umrzeć mając słabe zdrowie i nieludzkie warunki w obozie. Po tej wiadomości matka Sergiusza straciła przytomność i karetka pogotowia przywiozła ja do nas, ale już nie podniosła się i po trzech tygodniach zmarła. Uczyła na tajnych kompletach języków obcych. Znała francuski, niemiecki i oczywiście rosyjski.

W tym czasie, we wrześniu, wraca z frontu Tadeusz Kowalski, mąż Ireny. Pobrali się tuż przed jego wyjazdem na front.

Kowalski był trudny do poznania. Zarośnięty, w przebraniu, bo mundur musiał zdjąć. Od chłopa dostał jakieś nędzne ubranie. Wędrował pieszo wiele kilometrów. Musiał przymusowo lądować, gdy jego samolot został ostrzelany przez Niemców nad Prusami. Cudem uszedł z życiem, a w mundurze oficera nie mógł pokazać się, gdyż u nas byli już bolszewicy. Był lotnikiem, pilotem w stopniu porucznika. Musiał po powrocie ukrywać się, by ktoś z sąsiadów nie doniósł do NKWD o jego powrocie. Przyszedł nocą, tak, żeby nikt z sąsiadów nie widział i kilka dni ukrywał się, aż Irka znalazła organizację, która przeprowadzała oficerów przez rumuńską granicę. W tym czasie powstawały różne organizacje, które rzekomo pomagały polskim oficerom i ich rodzinom.

Taka organizacja miała Tadka Kowalskiego przeprowadzić przez granicę rumuńską i dalej na zachód. Oczywiście byli oni na usługach bolszewików i wszystkich uciekających oddawali prosto w ręce NKWD. Tadeusz został aresztowany, a następnie zesłany pod Archangielsk do obozu pracy na 8 lat.

Irka oczekiwała od niego wiadomości z Zachodu, gdy tymczasem nadszedł list (w języku rosyjskim) z obozu pracy. Zaczęło się wysyłanie paczek z cebulą i smalcem, o co ciągle prosił. Szkorbut i kurza ślepota dawały się we znaki.

Jeden list był zaskakujący, prosił bowiem o kupon materiału, granatowej wełny w prążki i kompas. List nie przechodził przez cenzurę, czyli wysłał ktoś z dozorców obozu. Wysłaliśmy mu to. Kompas był w puszce ze smalcem. Można domyślać się, że planowali ucieczkę, a ta wełna na ubranie miała być formą łapówki.

W sierpniu 1941r. Gen. Anders zaczął zorganizować armię z jeńców polskich i więźniów łagrów sowieckich i przeprowadził ją w 1942r. przez perską granicę na Bliski Wschód. Tadeusz znalazł się w tej armii i do końca wojny latał w Anglii.

Po wkroczeniu bolszewików rodzinom oficerów polskich groziło aresztowanie i wywózka do łagru. Ciocia Nina Pilwińska i Irenka, żony oficerów były zagrożone. Podobnie Zygmunt i Mirka. Trzeba było uciekać na tereny polskie okupowane przez Niemców, do Generalnej Guberni.

Ciocia Nina Pilwińska przypadkowo, a może nie przypadkowo spotkała człowieka, który przedstawił się jako były podoficer z pułku jej męża i zaproponował pomoc, bo teraz zajmuje się przeprowadzaniem rodzin wojskowych przez Bug na stronę niemiecką. Z miejsca zyskał jej zaufanie. Uważała, że to był cudowny przypadek, pokierowany przez Opatrzność. Zaprosiła go do nas, by pomógł przygotować się do tej ucieczki. Trzeba było wiele rzeczy spieniężyć, a potem sprytnie ukryć w bagażu przedmioty złote i wartościowe. Gość ten robił to wszystko z wielką wprawą i znawstwem. Zygmuntowi nie podobał się od pierwszej chwili i orzekł, że z nim nie pójdzie. Ucieczkę zorganizował na własną rękę. Miał wtedy 22 lata.

Dla dobrego wrażenia, ten rzekomy przewodnik modlił się w skupieniu. Widocznie Bóg wysłuchał jego próśb, bo gdy byli już w Białymstoku, złapał walizki i plecak, zmieszał się w tłumie ludzi na dworcu i uciekł. Panie zostały tak jak stały. Nawet na bilet powrotny do Lidy nie miały pieniędzy. Los potraktował je bardzo brutalnie. Wracały pociągami towarowymi korzystając z pomocy litościwych kolejarzy. Zaskoczenie w domu było ogromne, gdy wróciły okradzione - Irka, ciocia Nina z Mirką, załamane i zgnębione.

Dość szybko znalazły jednak kogoś, kto rzeczywiście przeprowadzał do Generalnej Guberni. Był to pewien prokurator. Trzeba było jak najprędzej ruszać, bo Bug już miał krę i spękany lód [34]. Tym razem wyprawa się powiodła, choć emocji i nerwów nie brakowało. Jak opowiadały skakały z kry na krę, by dotrzeć do drugiego brzegu. Nina miała rodzinę w Warszawie, a Irena pojechała do swoich teściów do Ostrowa Mazowieckiego. Tam zastała tylko teściową z jej najmłodszym synem Ryśkiem. Mąż był wojskowym i zginął we wrześniu. Starszy syn (18 l) poszedł na wojnę jako ochotnik i też zginął.

Irenka, w czasie wojny sowiecko niemieckiej wróciła do Lidy.

Wracając do historii cioci Niny i jej rzekomego przewodnika, którego nazywała "Perłą", nie skończyło się tylko na kradzieży. Gdy przebywał u nas, ciocia zwierzyła mu się, że ma broń męża, wór medali i orderów oraz masę zdjęć. On wpadł na pomysł, by te rzeczy ukryć pod podłogą kuchenną. Jednocześnie ode mnie wziął kartkę papieru i coś rysował. Zaglądając mu przez ramię stwierdziłam, że rysuje jakiś plan. Spytałam go nawet co to jest. Odpowiedział, ze to droga przez zieloną granicę.

Właśnie z tą kartką i z tym planem przyszli do nas enkawudziści. Stało się to wkrótce, gdy panie wyjechały z "Perłą" do Białegostoku.

Enkawudziści bezbłędnie trafili do kuchni i wiedzieli które deski podłogowe mają podnieść. Szukali broni i dokładnie wiedzieli, że w kuchni pod podłogą jest schowana. Ten "cudowny" przewodnik, którego ciotka Nina nazywała "Perłą" doniósł o wszystkim do NKWD.

Ale ojciec był na tyle przezorny, że broń wyjął zaraz po schowaniu i zakopał w ogrodzie. Zostały tylko zdjęcia i odznaczenia wujka Ignacego, łącznie z Virtuti Militari.

Zrobili rewizję w domu, zabrali wór orderów wujka Ignacego, zdjęcia i aresztowali Ojca. Chcieli wymusić zeznanie, gdzie jest broń i gdzie się ukryły dwie żony oficerów. Ojciec nie przyznał się, że to córka, czy rodzina, a oni sami do tego nie doszli. Twierdził, że tylko tu mieszkały i nic o nich nie wie, ani dokąd się wyprowadziły. Po pewnym czasie Ojciec opuścił areszt bardzo zestresowany i przestraszony.

Mama zeznała, że tu mieszkała "jakaś" Pilwińska, ale nic o niej nie wie, bo była zajęta pracą do której wychodziła na cały dzień. Oni nie skojarzyli, że to samo nazwisko panieńskie nosi Mama. U nich było ważne imię ojca obok nazwiska.

Zima roku 1939/40 była wyjątkowo sroga. Mróz dochodził do -42 stopni (a wrzesień był wyjątkowo ciepły, wręcz upalny). Stanie w kolejkach po chleb, którego dawali po ½ kg na osobę, więc każdy musiał stać po swoją porcję, kończyło się odmrożeniem nóg. Nie pomagały nawet walonki.

Chleb zupełnie nie przypominał smakiem normalnego pieczywa, był gliniasty, czarny i lepił się do zębów. W sklepach był jeszcze czarny, nieoczyszczony olej z rzepaku i solone, cuchnące dorsze. Natomiast w ich Wojentorgu [35] zaopatrzenie było normalne. Okna tych sklepów były skrzętnie zasłaniane, by nikt z zewnątrz nie próbował ich podejrzeć.

Pierwsza masowa wywózka na Sybir odbyła się w lutym 1940 roku. W mróz 40 stopniowy całe noce jechały furmanki z okolicznych wsi, a na nich ludzie od starych do niemowląt. W pierwszym rzędzie wywozili "kułaków", czyli gospodarzy, którzy posiadali kilkanaście hektarów ziemi. Z furmanek ładowali do wagonów towarowych, które stały kilka dni na bocznicy kolejowej, zanim zapełniły się. Jeszcze przed odjazdem przez okienka wagonów towarowych wyrzucali ciała zamarzniętych, przeważnie dzieci i ludzi starych.

Był krzyk, płacz, wołanie o pomoc, głośne śpiewy pieśni religijnych i patriotycznych.

Nikt nie mógł pomóc, ani nawet zbliżyć się do bardzo dokładnie strzeżonego przez bojców pociągu.

Kto z tych tysięcy ludzi dojechał na zsyłkę, kto po wojnie wrócił do kraju?

Znikoma garstka szczęśliwców, ale byli to ludzie często z bardzo odmienioną psychiką, którym już trudno było znaleźć miejsce w normalnym świecie.

Z chwilą rozpoczęcia okupacji bolszewickiej zamknięto szkoły polskie. Nauka w szkole z wykładowym językiem rosyjskim była bardzo trudna, gdy nie znało się ni słowa po rosyjsku. Uczniowie mieli obowiązek sprzątać szkołę, myć okna, podłogi i zamiatać ulicę przed budynkiem. Do szkoły chodziły dzieci wojskowych, a Polaków było bardzo mało. W domu całą wojnę nie mieliśmy prądu elektrycznego, więc nauka odbywała się przy lampie naftowej, a potem gdy i nafty zabrakło, przy karbidówce. Ojciec pracując na kolei miał dostęp do karbidu. Całą wojnę przeżyło się bez prądu elektrycznego w prywatnych mieszkaniach. Ten luksus miały tylko fabryki i instytucje państwowe. Nauka w domu, przy lampie naftowej, a potem przy karbidówce nie należała do przyjemności. Tak samo przez całą wojnę nie widzieliśmy cukru. W zastępstwie była sacharyna, od której, jak plotka głosiła, można było stracić wzrok. Na brak mydła był sposób - gotowało się domowym sposobem z łoju i sody kaustycznej.

I tak toczyło się nasze życie aż do momentu napaści Niemców na ZSRR, która ostatecznie uwolniła nas od groźby wywozu na Sybir.

Gdy w czerwcu 1941r. rozpoczęła się wojna Niemców z ZSRR przeżyliśmy koszmar. Front przechodził kilka dni. To było piekło na ziemi.

Z każdym dniem cięższe były ostrzały i nieustanne naloty. Powietrze było ciężkie od kurzu, pyłu ceglanego i jakichś chemicznych środków. Niektórzy myśleli, że to gaz, którym straszono jeszcze przed rozpoczęciem wojny.

Ale gazu, na szczęście nie doczekaliśmy się.

Siedzieliśmy godzinami w schronie, prowizorycznie zrobionym, a ziemia drżała jak przy trzęsieniu. Ze szpar między belkami sypał się piasek na głowę. Huk bomb i armat, wycie bombowców paraliżowało wszystkich. Trudno było sobie wyobrazić świat poza naszym kręgiem piekła. My jeszcze żyjemy, ale czy jeszcze godzinę, czy jeszcze aż dzień? Dookoła śmierć i ogień. Sowieci odchodząc wysadzili w powietrze ogromną prochownię 5 km od miasta. Wsie okoliczne zrównały się z ziemią, a do nas dolatywały kamienie i szczątki zdetonowanej amunicji. Nawet ogromne kamienie fruwały. Zdawało się, że nasz schron zawali się, nie wytrzyma tego kołysania ziemi. Tak może wyglądać tylko koniec świata. Nie wiedzieliśmy co zobaczymy po wyjściu ze schronu. Czy są jeszcze nasze domy. Zdawało się, że ujrzymy tylko zgliszcza. W schronie ludzie płakali, krzyczeli, wzywali głośni Boga. Wszyscy modlili się, każdy w swojej wierze. Byli tam prawosławni, Żydzi itd. Schron nie był obliczony na tyle osób, ale musiał wszystkich pomieścić kto uciekał od lecących bomb. Sowieci uciekając zostawiali żony i dzieci. Takie spłakane kilkuletnie dziecko znaleźli w swojej piwnicy sąsiedzi. Oczywiście zaopiekowali się i wychowali. Leżało to dziecko w piwnicy przykryte szynelem oficerskim i nie miało już siły krzyczeć. Wychowana przez polską rodzinę, ochrzczona, nigdy nie wspominała o rodzicach. Bardzo chorowała na serce i w wieku kilkunastu lat, już po wojnie zmarła.

Niemców, po okupacji radzieckiej witali wszyscy z radością, owacyjnie, kwiatami, jak wybawicieli. Zdawało się, że nic gorszego od okupacji bolszewickiej być już nie może, że przynoszą jakieś zmiany na lepsze, że skończą się aresztowania i groźba Sybiru. Tymczasem wszystko okazało się w innych barwach, szybko okazało się, że są takimi samymi wrogami. Prześladowania Polaków miały ten sam wymiar. Wszystkich, od 14 roku życia wzięto do pracy. Praca trwała 12 godzin. Zaczęły się wywózki na roboty do Niemiec. Mnie udało się uniknąć, bo zaczęłam pracować w tartaku, a potem w Fabryce Maszyn Rolniczych, jako goniec.

Wprowadzono kartki żywnościowe na chleb i margarynę w minimalnych ilościach.

Zaczęło się wyrzucanie z mieszkań, rekwirowanie mebli, łapanki na ulicach, getto dla Żydów.

Do naszego domu wpadali kilka razy i zabierali meble, które im były potrzebne. Ciężarówka stała przed domem. Wreszcie wyrzucili nas z mieszkania, bo ten lokal był odpowiedni na biuro.

Zabierano od ludności futra i wszelkie cieple rzeczy, jak swetry, szale itp. Jeżeli ktoś przechował rower, musiał zdać, tak samo jak radio. Niewola dawała się we znaki. Do tego choroby, które najwięcej dotykały mnie, bo wkroczyłam w wiek, w którym się intensywnie rośnie. Najpierw odra, bardzo ciężka, bo nie było leków. Potem awitaminoza, która powodowała wrzody na całym ciele. Do końca wojny musiałam męczyć się z wrzodami. Dopiero po przyjeździe do Włocławka wyleczono mnie wstrzykując krew z żyły do pośladka.

Wieś oddawała kontyngenty żywnościowe, a gdy coś dla siebie ukryli, byli karani. Za jedno jajko gestapo dawało miesiąc aresztu.

Gdy rodzinę Bielskich wyrzucono z mieszkania, w którym Niemcy zrobili biuro, przyjął nas do swojego domku Piotr Zalewski [36], który mieszkał z matką i siostrą. Cześć domu opróżnili dla nas, a sami ścieśnili się w drugiej połowie. Było to na obrzeżach miasta Mieszkanie miało trzy pokoiki i kuchnię przy ulicy Mołodeczańskiej, tuż przy torach kolejowych i stacji benzynowej. Jeden pokoik zajęła pani Adela Pukińska, a pozostałe dwa były dla nas - pięciu osób.

Dwanaście godzin dziennie wszyscy byli w pracy i spotykali się przed nocą. W pracy rygor ogromny, za najmniejsze spóźnienie, w najlepszym wypadku dostawało się w twarz.

W Fabryce Maszyn Rolniczych i Gwoździ pracował też Jan Seheń, Gina i Irka. Były to trzy fabryki: maszyn rolniczych, odlewnia żelaza i fabryka gwoździ. Wszystkie ulokowane blisko siebie.

Praca trwała po 12 godzin dziennie. Jan Seheń kierował fabrykami, ponieważ dyrektor, Niemiec [37] nie znał się na produkcji, był oficerem.

Janka zatrudnili, bo był inżynierem i znał język niemiecki.

Jedna z fabryk oddzielona wysokim murem i drutem kolczastym graniczyła z Gettem, gdzie byli zgonieni wszyscy Żydzi z miasta.

Do fabryki co dzień przyprowadzali Niemcy Żyda, lekarza, który pracował w swoim zawodzie. Do fabryki przyjeżdżało wielu rolników po sprzęt rolniczy lub po gwoździe. Czasami przywozili nabiał lub drób i po kryjomu sprzedawali zabitą kurę, lub jajka. Kupowanie takich artykułów było zakazane. Za jedno jajko groził miesiąc aresztu. W Gettcie panował głód gorszy niż poza nim. Ten lekarz prosił mnie bym zdobyła od chłopa kurę i przerzuciła przez mur getta w określonym czasie i miejscu, a tam mimo mrozu chodzili uzbrojeni żołnierze niemieccy. Dziś zdaję sobie sprawę z ryzyka i niebezpieczeństwa na jakie się narażałam. Ale młodość widzi wszystko innymi oczami. "By rozum był przy młodości, nigdy takiej obfitości", więc niefrasobliwość i brak rozsądku pozwoliły mi ulec prośbie lekarza i kilka razy udała się akcja "kura". Gdybym została złapana skończyłoby się to rozstrzelaniem.

Prawdziwy strach sparaliżował mnie, gdy pewnego razu przechodziłam ulicę z jednej fabryki do drugiej. Byłam gońcem w biurze i często musiałam chodzić między fabrykami. W tym czasie grupa Żydów była prowadzona na rozstrzelanie do lasu. Szli oczywiście jezdnią. Nie wolno im było chodzić chodnikiem. Na mnie, Bogu ducha winną zaczęli Niemcy krzyczeć i karabinem zaganiać do grupy Żydów z wrzaskiem gdzie mam gwiazdę i czemu idę chodnikiem a nie jezdnią U nich każdy, kto był brunetem równał się z Żydem, choć nie miał przypiętej żółtej gwiazdy. Próbowałam krzyczeć, że jestem Polką, ale to nic nie pomogło. Słaba znajomość języka niemieckiego nie pozwoliła wytłumaczyć się i wybronić z tej pomyłki. Wyratował mnie szczęśliwy traf, bo właśnie przechodził kierownik jednej z fabryk i widział tę scenę, jak mnie siłą zaganiają do grupy. Nazywał się Mrozik i znał doskonale język niemiecki. Dopadł do mnie i głośno krzycząc przekonał Niemców, że popełnili błąd. Zostałam cudem uratowana, choć strach był ogromny.

Drugi raz szczęście dopisało, gdy uciekłam z łapanki ulicznej. Niemcy każdego bruneta uważali za Żyda. Zatrzymano kilka razy Janka Sehenia i Ginę z zapytaniem dlaczego nie mają gwiazd na ubraniach i idą chodnikiem. Ale Janek znał dobrze niemiecki i wytłumaczył się, że są Polakami.

Przy fabryce w Lidzie było gospodarstwo hodowlane (świnie, drób), ale obiady dla robotników stanowiła zupa z brukwi lub ziemniaków. Każda zabita sztuka zwierząt była wysyłana do Niemiec. Gdy nadszedł dzień urodzin dyrektora pozwolił on Irenie, która pełniła funkcję kierowniczki kuchni i gospodarstwa, by zrobiła na obiad coś lepszego, żeby ludzie odczuli, że on ma urodziny. Irena długo nie myśląc kazała zabić gęsi. A dla Niemca gęś to była świętość. Traf chciał, że dyrektor, który cały dzień biegał po fabryce wpadł do kuchni i zobaczył jak kucharki skubią gęsi. W szale wpadł do biura wrzeszcząc na Irenę i był bliski bicia. Wszyscy struchleli przewidując finał tej awantury. Ale dzięki Jankowi sprawa została wyciszona. Janek powiedział, że nic się nie stało, stolarnia zrobi skrzynki i gęsi pojadą do Niemiec. I tak się sprawa wyciszyła, a nam została zupa z brukwi jedzona w ½ godzinnej przerwie. Zawsze stało się po nią w kolejce i jadło łyżkami drewnianymi ze względu na wysoką temperaturę. Kto nie zdążył wracał do pracy głodny.

Niemcy za byle głupstwo rozstrzeliwali lub wieszali. Wieszano przeważnie po trzy osoby na raz. Dwóch pracowników i jedną kobietę z naszych zakładów powiesili równocześnie. Na rynku były ustawione szubienice i wszystkich ludzi zganiali by obserwować egzekucję. Zawsze podczas takiego widowiska grała orkiestra. Niemcy robili zdjęcia wisielcom jako pamiątki z wojny i wysyłali do swych rodzin. Zwykle ciała wisiały przez trzy dni. Trzeciego dnia wyglądały makabrycznie.

Z czasów gdy wszyscy Żydzi byli skazani przez Niemców na pobyt w gettcie, doskonale pamiętam moment, jak przyszła do rodziców zaprzyjaźniona Żydówka o nazwisku Sapożnikow ze swoja wnuczką. Dziewczynka miała dwa lata - blondynka, bez charakterystycznych Żydowskich rysów. Babcia jej błagała, by moi rodzice przyjęli to dziecko. Chciała uchronić wnuczkę przed nieludzkimi warunkami w gettcie i śmiercią. Oferowała dużo kosztowności i złota. Wiedziała, że ich czeka śmierć, ale pragnęła by chociaż dziecko ocalało. Bardzo przykro było odmawiać, ale innego wyjścia rodzice nie mieli. Z bólem serca i ze łzami w oczach pożegnali się z zaprzyjaźnioną Żydówką. Zdawali sobie sprawę, że wzięcie żydowskiego dziecka równało się z rozstrzelaniem całej naszej rodziny. Zewsząd mieliśmy sąsiadów, którzy od razu zauważyliby, że ukrywamy dziecko. W owych czasach nie brakowało szpiegów i donosicieli. Polaków niestety nie cechowała solidarność. Dużo z nich pracowało dla wroga. Kolaboranci byli zarówno w okupację radziecką jak i niemiecką. Należało bać się każdego, bo nie miało się pewności czy nie jest szpiegiem. Takie przechowywanie Żydów udawało się czasem na głębokiej wsi, lub w leśniczówce, ale nie w mieście, gdzie sąsiedzi widzą wszystko i często szpiegują.

Armia Krajowa i inne partyzantki rozwijały się bardzo szybko. Był okres, ze Niemcy bali się wyjechać za miasto, bo często już stamtąd żywi nie wracali. Wszelkie napady na pociągi z żywnością na front były dziełem partyzantów. Jeżeli ktoś z młodzieży nie zdecydował się sam przystąpić do AK otrzymywał wezwanie na określony dzień i godzinę, a tego nie można było lekceważyć. Najczęściej jednak sami porzucali pracę i szli "do lasu".

Ojciec kiedyś służbowo jechał pociągiem, który wiózł transport żywności dla Niemców na wschodnim froncie, a partyzanci wykazując się dobrą organizacją pociąg częściowo wysadzili. Kto żyw ruszył do penetrowania rozbitych wagonów i zabierania puszek i wszelkiej żywności, o którą było tak trudno. Ojciec, jednak po powrocie do domu opowiadał o całym zdarzeniu oburzony, że ludzie rzucili się na rozbite wagony i zabierali co się dało, bo Ojciec nie przyniósł nawet jednej puszki do domu. Dobra zasada, ale nie w czasie wojny i głodu.

Noce w czasie okupacji niemieckiej były bardzo niespokojne, chociaż wszyscy musieli być w domach przed godziną policyjną, ale naloty i bombardowania nie ustawały nawet wówczas, gdy front znajdował się pod Moskwą. Niemieckie siły stopniowo słabły, dzięki pomocy militarnej USA dla ZSRR. Nie mieliśmy już schronu koło domu, bo mieszkaliśmy gdzie indziej niż przed wojną, wiec chowaliśmy się do piwnicy. Pójście do pracy po takiej nocy było uciążliwe. Początkowo pracowałam w tartaku, gdzie produkowano parkiety różnego rodzaju. Trzeba było odbierać z maszyny te klepki, ładować na wózek i segregować w suszarni. Tam schły kilka miesięcy ułożone na specjalnych stelażach. Było gorąco, a kurz nie pozwalał swobodnie oddychać. Gdy przeszłam do pracy do biura fabryki maszyn rolniczych, na stanowisko gońca, sytuacja poprawiła się, choć praca też trwała 12 godzin.

Pewne zdarzenie z okresu okupacji niemieckiej jest warte opisu. Pokazuje, że nie wszyscy Niemcy byli okrutni i nastawieni na zabijanie ludzi nie niemieckiej "rasy". Otóż w fabryce naszej była zatrudniona jako sprzątaczka córka lekarza z fabryki, Żydówka. Miała może 18 lat i wyjątkową urodę. Podczas sprzątania gabinetu dyrektora, który właśnie coś omawiał z Jankiem Seheniem, w momencie, gdy nachyliła się, wypadł jej zza pazuchy węzełek i po podłodze rozsypała się złota biżuteria.

Janek struchlał i czekał, że za chwilę Niemiec zastrzeli Żydówkę, która stała jak skamieniała.

On natomiast schylił się i jak prawdziwy gentelman, pozbierał rozsypane przedmioty i podał dziewczynie. Ta zaczęła szlochać i nie mogła wymówić słów podzięki. Trudno uwierzyć w taką postawę Niemca, ale Janek był tego naocznym świadkiem.

Gdy Niemcy wycofali się z pod Moskwy żadna siła nie była w stanie zatrzymać nas w mieście, by ponownie przeżywać walki frontowe. Jeszcze zbyt świeże były wspomnienia piekła jakie trwało wiele dni gdy wkraczali Niemcy. Pierwsza wiadomość, że front się zbliża zmobilizowała nas do ucieczki z miasta. Komunikacji nie było żadnej. Wszelkie środki lokomocji dawno zagrabili Niemcy. Piechotą więc szliśmy do Jewsiewicz [38] (16 km), gdzie był znajomy gospodarz, Kudosz. Irka mieszkała u niego będąc jakiś czas kierowniczką szkoły na wsi. Niedaleko był folwark Siedziejmy [39] Ejsmontów. Ja tam zostałam, bo miałam koleżankę, Gienię. Reszta rodziny ulokowała się w Jewsiewiczach. Ojciec nie poszedł z nami i pozostał w mieście. Zresztą rzadko schodził do schronu, wierząc, że będzie co ma być.

Noc gdy doszedł front do Lidy była straszna. Obserwowaliśmy łunę na niebie, huk bombowców i armat. Monstrualny nalot nie ustawał ani na chwilę. Miażdżył miasto doszczętnie. Ogień olbrzymi stał na całej przestrzeni. Z daleka obserwowaliśmy łunę nad miastem, a że mieszkaliśmy obok stacji benzynowej, a z drugiej strony przechodził tor kolejowy, byliśmy pewni, że dom nie ocaleje, a Ojciec już nie żyje. U Zalewskich nawet nie było schronu. Najgorsze scenariusze przychodziły nam do głowy. Ojciec mógł się tylko skryć do piwnicy pod domem, ale czy dom ocaleje? W tę noc rozegrało się prawdziwe piekło. Ranek wyciszył trochę nalot bombowców, ale strzały było słychać z różnych stron. Pełne strachu i obaw, że Ojciec mógł nie przeżyć, albo jest ciężko ranny bez żadnej pomocy, leciałyśmy z Irką do Lidy. Był początek lipca 1944 r., piękne lato i ten koszmar wojny. Po drodze, gdy kończyły się pola ujrzałyśmy płonący las. Niewyobrażalny ogień i temperatura, a przy tym potworny dym, który dusił. Zaczęłyśmy uciekać zakolem, bo nasza droga była w ogniu. Trzeba było dołożyć sporo kilometrów, ale do miasta dotarłyśmy. A tam widok jaki widać na wojennych filmach - przerażający.

Płonęły domy, poprzewracane słupy telegraficzne, zabite konie z rozerwanymi brzuchami, zabici żołnierze. Jeden bez głowy, drugi z wnętrznościami na wierzchu. Myślę, że dziś człowiek nie byłby w stanie przejść obok takich scen. Do tego upał nieznośny. Dotarłyśmy nareszcie. A w domu Ojciec blady, roztrzęsiony, nie potrafi nawet opowiedzieć co przeżył i co się tu działo. Dom zastałyśmy częściowo uszkodzony, bez okien i futryn, ale nie spłonął. Powyrywane drzwi i ściany całe w odłamkach bomb. Nawet w domu odłamki w meblach, a wszystko w dymie i w kurzu. Trudno było oddychać. Ojciec, który był wrogiem opuszczania miasta powiedział, że w domu nie zostanie ani chwili po tym co przeżył. Zostawiliśmy wszystko co jeszcze zostało i szliśmy byle tylko życie uchronić.

A w ogrodzie piękne róże, które Irka ścięła i włożyła do wody w czajniku i tak wracaliśmy te 16 km. z różami do Jewsiewicz, chociaż " nie czas żałować róż, gdy lasy płoną".

Po ponownym przejściu frontu, znów czerwone hordy zjawiły się, a my wróciliśmy do kompletnie zrabowanego mieszkania, pustych ścian bez okien i drzwi. Jedni uciekali, by nie przeżywać walk frontowych, a inni rabowali, często z narażeniem życia.

Ale to wszystko nie stanowiło żadnej wartości wobec przeżytego cało drugiego frontu.

Ogromnym wstrząsem i przeżyciem była dla nas wszystkich likwidacja AK przez bolszewików. Nie potrzebowali wiele czasu, by w całej okolicy pozabijać lub wziąć do obozów pracy całą młodzież z lasu [40]. Bardzo im w tym byli pomocni Litwini z okolicznych wiosek. Zabici Akowcy zakopani byli w lesie. Znalazł się jednak ktoś, kto wskazał miejsce rozstrzelania.

Grupa młodzieży, w tym Irka, udała się w nocy, by znaleźć i odkopać ciała bliskich. Z folwarku Siedziejmy rozstrzelani byli dwaj synowie. Furmanką przywieziono ciała, zbito prowizoryczne trumny i odbył się pogrzeb. Wszystko po cichu i ostrożnie, bo Litwini czuwali, by donieść bolszewikom. Inni, wywiezieni do Kaługi, przebywali w obozie kilka lat, zanim zostali odesłani do Polski. Miałam znajomego, który też był w Kałudze. Listy mógł pisać tylko po rosyjsku, bez kopert, tylko złożone w trójkąt, co ułatwiało cenzurę. Na tę korespondencję był limit, jeden list w miesiącu. Skazany musiał wybierać do kogo chce napisać.

Właśnie gdy po raz drugi przyszli na nasze tereny sowieci, z miejsca aresztowali Janka Sehenia [41]. Zarzut był zupełnie bezpodstawny i bzdurny, że pracował w okupację niemiecką jako inżynier i kierował produkcją fabryk. Dużo osób musiało pracować w swoim zawodzie i wysługiwać się Niemcom. Zawsze był nadzorca - dyrektor w randze wyższego oficera, a Polaków traktował jak niewolników. Zupełnie niezorientowany w technologii i produkcji. Za to niemiecką butą siał grozę i lęk.

Nikt nie śmiał sabotażować czy się sprzeciwiać. Dobrze jeżeli jakieś drobne przewinienie skończyło się spoliczkowaniem, gorzej gdy szubienicą lub kulą w łeb.

Ktoś, może nawet z pracowników zakładów musiał donieść do NKWD i oczernić Janka.

I tak trafił do łagru [42] w republice Komi. Praca była bardzo ciężka, przy wyrębie lasów, w śniegu do pasa. Był tam do czerwca 1946r.

Bolszewicy mimo wciąż prowadzonej wojny, znów zaczęli uruchamiać listy na masową wywózkę. Bielscy dowiedzieli się (drogą nielegalną), że są przeznaczeni do wywozu w najbliższym transporcie. Irenka uciekła na wieś do Jewsiewicz i tam uczyła w szkole białoruskiej, sama nie znając tego języka. Przechowywała się tam, aż do repatriacji do Polski.

Gdy ogłoszono możliwość emigracji, trzeba było szybko działać, by uniknąć wywozu na Sybir. Bolszewicy nazywali tę ewakuację repatriacją. Nie mogliśmy się z tym pogodzić, bo mieszkaliśmy w Polsce.

Repatriacja nasza odbyła się w 1945r. w marcu, a więc gdy czerwone hordy wtargnęły na nasze ziemie po raz drugi. Jeśli ktoś nie chciał zrzec się obywatelstwa i przyjąć białoruskiego, musiał opuścić te tereny i jechać za Bug. Obiecywali bardzo ludzką emigrację. Każdy mógł wybrać docelowe miasto w Polsce, a każda rodzina miała zagwarantowany wagon towarowy na tę "przeprowadzkę". Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

W podróż w nieznane szykowało się pudła sucharów z chleba, garnki smalcu itp. artykuły. Nikt nie ograniczał bagażu, bo rodzinie obiecany był cały wagon towarowy. Przez myśl nikomu nie przyszło, że droga z Białegostoku do Torunia będzie trwać kilka tygodni.

Nasz wybór padł na Toruń za namową Jędrka Starzyńskiego, który stamtąd pochodził. Przed wojną matka jego, czy też oboje rodzice pracowali na Uniwersytecie Kopernika w Toruniu. Jędrek bardzo zachwalał zalety Torunia, co nas przekonało.

W rezultacie oni sami też tam nigdy nie dojechali.

Cała akcja okazała się, jak wszystkie poczynania sowieckie, wielkim oszustwem i kłamstwem.

Teoretycznie każda rodzina mogła zabrać ze sobą cały dobytek, dostać wagon i wybrać miasto docelowe.

Praktyka okazała się zupełnie inna, bowiem do jednego wagonu towarowego - bydlęcego ładowano po kilka rodzin. Był ścisk, tłok, a o zabraniu mebli, najpotrzebniejszych sprzętów domowych czy odzieży, nie było mowy. Każdy zadowolił się tylko zapasem sucharów z chleba i smalcu. Pociąg odjeżdżał, a cała rampa założona była meblami, kuframi itd. Jechaliśmy w nieznane nie domyślając się jaką sytuację zastaniemy w Polsce. Czy będzie można kupić żywność. Wojna jeszcze trwała. Wymienione pieniądze były skromną sumą.

Po raz kolejny rodzina straciła cały dorobek, by w nowej rzeczywistości i obcym środowisku rozpocząć życie od nowa i dorabiać się każdego drobiazgu.

Był to trzynasty transport wileński.

Z Lidy w jednym wagonie jechaliśmy w dosyć licznym towarzystwie:

Rodzina Bielskich 5 osób - Wacław, Eleonora, Gina, Irenka, Tesia; rodzina Laskowskich: Irena z matką i babką, bratem Lolkiem oraz chłopcem w wieku Lolka, Heńkiem Sawkiewiczem; dwóch braci Orłowskich (Franek został później mężem Ireny Laskowskiej); Starzyńscy: Jędrek i Lusia z dwójką dzieci, Xenią i Wojtkiem; państwo Niewiarowscy, młode małżeństwo z dwoma córkami.

Oprócz tego jechały dwie kozy Ireny i krowa Starzyńskich.

Henryk Sawkiewicz, wówczas chłopak kilkunastoletni pochodził ze wsi, 5 km od Lidy, z rodziny bardzo biednej, gdzie było sześcioro dzieci i 2 hektary ziemi. Bardzo chciał się uczyć i jeszcze w okupację przychodził do Lidy co dzień na naukę w tajnych kompletach. Był w wieku Lolka Laskowskiego, brata Ireny. A, że matka Ireny. Pani Laskowska wraz z Frankiem Orłowskim prowadzili tajne nauczanie, więc w ten sposób trafił do ich domu i zaprzyjaźnił się z Lolkiem. Postanowił robić to co Lolek, a wiec również jechać do Polski. Zabrali go do transportu, a on miał ze sobą węzełek, w którym dostał z domu kawałek chleba i słoninę. To było całe jego "mienie". Po przyjeździe do Włocławka nadal Irena z matką opiekowały się nim i mieszkał razem z nimi. Potem przez księży załatwiono mu internat, chodził do szkoły średniej. Po maturze studiował na Politechnice. Sprowadził swoje rodzeństwo ze wsi, w tym ociemniałą siostrę. Ożenił się bogato i bardzo dobrze ułożył swoje życie, choć nie szczędziło mu ono ogromnych trudów i wyrzeczeń. Jednak największa zasługa jest pani Ireny Laskowskiej Orłowskiej, która wyciągnęła pomocną rękę.

W wagonie towarowym oprócz czterech rodzin składających się z małych dzieci i bardzo starych ludzi, przeważnie sobie obcych, w sumie ponad dwudziestu osób, był też inwentarz w postaci krowy, dwóch kóz i sterty siana. W nocy temperatura spadała poniżej zera. Często jeszcze padał śnieg. Piecyk żelazny, który stał pośrodku wagonu służył do ogrzania i gotowania jedzenia. Marne to było gotowanie, gdy przy każdym szarpnięciu pociągu, garnek z zawartością spadał z pieca. W nocy każdy siadał w kucki jak najbliżej, a gdy usnął mógł podpalić odzież. Taka przygoda spotkała jednego z pasażerów. Plecy w kurtce dymiły się.

Naszym miastem docelowym miał być Toruń. Wybraliśmy go przed wyjazdem, lecz po przekroczeniu granicy i dotarciu do Białegostoku, kazano nam opuszczać wagony. Białystok był bardzo zniszczonym przez wojnę miastem. Chyba bardziej od Warszawy. Wszędzie gruzy i zgliszcza. PUR (Państwowy Urząd Repatriacyjny) mieścił się w szkole, która dziwnym trafem ocalała podczas bombardowań.

W jednej sali był tłum koczujących ludzi. Wszyscy rozłożeni na podłodze na swoich bagażach. Warunki prymitywne, koszmarne. Trzeba było wydostać się z tego piekła.

Nasi współtowarzysze podróży - pp. Starzyńscy mieli dwoje małych dzieci. Zrozpaczeni i bezradni udali się do miejscowego księdza, który im pomógł zdobyć jakieś lokum i dzięki temu wydostać się z PUR-u. Pozostali w Białymstoku na dłużej. Zrezygnowali z dalszej podróży do Torunia. My zaś dalej wierzyliśmy, że jakoś uda nam się tam dojechać. Po pertraktacjach z kolejarzami i daniu większej łapówki, dostaliśmy wagon towarowy i obietnicę, że doczepią nas do pociągu jadącego w kierunku Torunia. Trzy rodziny złożyły się na ten wagon. W tym rodzina pp. Niewiarowskich z dwoma małymi córeczkami. Nie było już krowy w wagonie, ale pozostały jeszcze dwie kozy.

Tydzień jechaliśmy, z licznymi postojami, do Zduńskiej Woli. Tam kazali nam przeładowywać się na węglarki i polskie tory, które różniły się szerokością od bolszewickich. Dokuczał chłód i padający śnieg, zwłaszcza noce były okropne.

Po kilku dniach znów odstawiono nasz wagon na bocznicę. Należało szukać kogoś, kto za łapówkę, przeważnie alkohol, zechce nas doczepić do pociągu. Jedna z małych dziewczynek (może około 3 lat) w wagonie, ciężko zachorowała. Leżała rozpalona w wysokiej gorączce, a nad nią dwoje młodych rodziców, bezradnych zupełnie. Widok, który na długo pozostaje w pamięci. Zrobiony z koców baldachim nad chorym dzieckiem niewiele chronił od zimna i opadów. W transporcie jadącym z Wilna z podobnymi nieszczęśnikami jak my, Hygina znalazła kolegę lekarza, który zbadał dziecko i wykrył zapalenie opon mózgowych. Podał dziecku leki, które miał ze sobą w drodze. Wszyscy widzieli, że nie ma nadziei na uratowanie małej. Ale widocznie było przeznaczone, bo powoli zaczęła następować poprawa i dziecko wróciło do zdrowia. Wszyscy uważali to za cud.

Gdy po wielu trudach i dwóch tygodniach wędrówki z miasta do miasta okrężnymi drogami, dotarliśmy do Torunia, okazało się, że most na Wiśle nie jest przejezdny. Wojsko przepuszcza tylko pieszych. PUR mieścił się niestety w mieście, a więc po drugiej stronie Wisły. W Toruniu nie było sklepów, ani śladów normalnego życia. Wyglądało jakby dopiero przeszedł front. Staliśmy w naszym wagonie na bocznicy kolejowej i kazano nam płacić postojowe. Sytuacja wyglądała beznadziejnie, ale jakiś kolejarz widząc nas zmaltretowanych i bezradnych, poradził, byśmy jechali do Włocławka, gdzie jest normalne życie, a wojna nie zostawiła śladów w mieście. Wyglądało nam to na bajkę, by miasto po prawie pięciu latach wojny mogło być nienaruszone. Na Wschodzie przeżyliśmy piekło nalotów, pożarów i ciągłych bombardowań. Nawet gdy front był od Moskwą. Dwa razy byliśmy w walkach frontowych. Miasto było zrównane z ziemią. Zatem opowiadanie kolejarza wydało nam się czystą fantazją. Każdy pytał czy we Włocławku można kupić chleb. Widocznie po tylu tygodniach jedzenia sucharów marzył się każdemu prawdziwy chleb. Okazało się, ze ten Włocławek jest oddalony tylko o 50 km od Torunia. I znów łapówka, by dostać się te 50 km na południe. I tak któregoś mroźnego poranka kwietniowego znaleźliśmy się we Włocławku zupełnie nie znanym i obcym. I znów Punkt Repatriacyjny mieszczący się w gimnazjum, późniejszym GZK. Znów te same skandaliczne warunki. W salach szkolnych gęsto od ludzi rozłożonych na podłodze, na tobołkach i bagażach. Płacz małych dzieci, gwar i rozgardiasz. Dużo ludzi starych, zmęczonych i stękających.

Z naszego wagonu też umiera jedna ze starszych osób. Pochowana jest na cmentarzu włocławskim. Druga w średnim wieku, nie wytrzymała tych napięć i stresów i dostała zaburzeń psychicznych. Mówiła coś od rzeczy do siebie. Nie pamiętam jaki był jej dalszy los. Chyba zabrano do zamkniętego zakładu dla umysłowo chorych.

Włocławek okazał się miastem bez śladów wojny, bez gruzów i zniszczeń. Jedynie most na Wiśle Niemcy wysadzili w powietrze i jedno przęsło zostało zrujnowane. W wyniku tego dom sąsiadujący z mostem był częściowo uszkodzony odłamkami. Wydawało się nam, że znaleźliśmy się w innym świecie. Ludzie żyli tu normalnie, chociaż jeszcze trwała wojna.

Sieć handlowa funkcjonowała dobrze i chleb można było kupić. Nasz pobyt w szkole GZK nie trwał długo, ponieważ budynek zaczęto przygotowywać do zajęć szkolnych. Nas przeniesiono do stajen, przy ul. Toruńskiej, gdzie były koszary kawalerii. W cuchnących stajniach warunki nie były odpowiednie dla ludzi. Ale na podwórzu była pompa i choć wody nie brakowało. A często w tej wędrówce wodę zdobywało się z trudem. My dzięki Irenie, zawsze obrotnej i sprytnej, dostaliśmy mały pokoik przy biurze PUR-u, w którym Irena załatwiła sobie pracę. Nasza pięcioosobowa rodzina była w pełni szczęśliwa z takiego lokum. Widok z okna na park, a tam śpiewy słowików. I wreszcie 9 Maja 1945r. - koniec wojny!

Nasza tułaczka trwała dalej, bo w mieście nietkniętym wojennymi działaniami, nie było mowy o znalezieniu mieszkania. Ludność miejscowa patrzyła na nas bardzo nieprzychylnym wzrokiem i była wrogo ustosunkowana. Od razu dostaliśmy miano "rusków zza Buga" - czyli gorsza kategoria ludzi. Nikt nie odważył się wynająć nam nawet pokoju. Pytali tylko "Co was tu przyniosło?", "Wracajcie do siebie" itp. Na pewno wyglądem swoim nie wzbudzaliśmy sympatii. Byliśmy wymęczeni wędrówką i tułaczką trwającą szereg tygodni. Nie posiadaliśmy nic, prócz tego co na sobie. A w Polsce były zawsze jakieś antagonizmy dzielnicowe, zwłaszcza między Polską centralną, a kresami wschodnimi. Te głębokie niechęci zniknęły i zatarły się po wojnie tj. po 1945r. gdy nastąpiły przesiedlenia i społeczeństwo wymieszało się.

We Włocławku było kilkadziesiąt rodzin narodowości rosyjskiej. Rodziny te zostały przesiedlone na Wschód i właśnie po takiej rodzinie udało się Bielskim dostać mieszkanie w centrum Włocławka. Mieszkanie liche, z jedynym wejściem przez kuchnię do dwóch pokoi w amfiladzie. Od początku rozpoczął się kolejny etap życia….


Burze dziejowe, wojny, zmiany granic na mapie Europy wycisnęły swe okrutne piętno na losach rodziny Bielskich, Juragów i Kamińskich. Musiały one trzykrotnie rozpoczynać życie od nowa uciekając przez zieloną granicę do Polski lub podlegając przymusowej ewakuacji. Porzucały cały swój dobytek i jechały w zupełnie nieznaną rzeczywistość, by ponownie tam dorabiać się wszystkiego od zera. Za sobą zostawiali groby bliskich, ze świadomością, że nigdy do nich nie powrócą.

Dziś, z perspektywy czasu, trudno sobie wyobrazić jak żyliśmy przez pięć lat niewoli. W wielkim niedostatku, ciasnocie mieszkaniowej, pod ciągłym strachem, że zabiją, aresztują, wywiozą. Nieważne było, że pracowałam, Niemcy wpadali do domów i szukali młodych ludzi do pracy u siebie. Miałam w domu kryjówkę, gdzie często siedziałam sparaliżowana strachem, bojąc się nawet oddychać. Czy takie przeżycia nie zostawiają piętna w psychice na całe życie? Długo po wojnie dźwięk syren wywoływał strach i przyśpieszone bicie serca. Trudno to pojąć osobom, które tego nie przeżyły i znają wojnę tylko z filmów i literatury. Wujek Jurago, który był wielkim pasjonatem teatru, założył amatorski teatr, reżyserował sztuki, po wojnie gdy znalazł się w Szczecinku, na Ziemiach Odzyskanych, stracił chęci i zainteresowanie pracą w teatrze [43].

Wszyscy byliśmy jak rośliny wyrwane i przesadzone do innej gleby.

A takie trudno ukorzeniają się.

Nowe środowisko, często bardzo nieżyczliwe, nie pomagało by czuć się jak u siebie. Lata płynęły, a my ciągle byliśmy tymi "zza Buga", czyli gorszą kategorią obywateli.

Dalsze powojenne lata były więc również trudne i wymagające wielkiej pokory, by jakoś przeżyć.

Często wracało się do wspomnień wojennych, do tych z rodziny, którzy zginęli i tych którzy nie powrócili, bo znaleźli inną ojczyznę, założyli nowe rodziny. Często widzę, jak moja Mama z ciotką Juragową i Giną ślęczą przy karbidówce haftując ukraińskie koszule na białym płótnie. Był to haft precyzyjny, krzyżykowy, bardzo trudny do wykonania, ale sowieci sporo płacili za każdą dostarczoną sztukę.

Pamiętam Irkę, która krótko przed wojną zaczęła pracę w PBK [44] i nauczała żołnierzy analfabetów. Było takich sporo ze wsi.

I tak wojna, okupacja zmieniły zupełnie życie całej rodziny. Jedni zginęli, inni nie powrócili. A ci co zmarli, jak Juragowie i nie doczekali pełnej prawdy o mordzie Katyńskim, nie dożyli czasów, w których wolno o tym mówić. A tam prawdopodobnie zginął ich syn Wilhelm [45]. Dziś pisanie o tym ma niewielki sens, bo żadne słowa i żadne wspomnienie nie oddadzą tego co ludzie przeżyli w tamtych latach. Dramatyzm wydarzeń w przeszłości zostawił żal, ból i wielkie piętno na psychice tych co przeszli przez to piekło.

Chociaż los zaoszczędził rodzinie wywózki na Sybir to i tak przeżyła gehennę, Dużo spłynęło łez, zostały rozłączone małżeństwa, ginęli ojcowie, mężowie i bracia, zniszczone plany życiowe. Nie mówiąc o stratach materialnych. Ale w sytuacjach trudnych sens życiu daje wiara. Jedynie głęboka religijność pozwoliła przeżyć koszmar wojen i prześladowań, umocniła wiarę, dodawała siły i otuchy do przezwyciężenia ciężkich kolei losu. Te osoby, które, z wojen nie powróciły zostaną tylko w naszej rodzinnej pamięci. Wszak żyjemy tak długo, dopóki żyje pamięć o nas. Może te pobieżne notatki, choć w pewnym stopniu nakreślą obraz przodków i zachowają pamięć o nich. Nie pozwólmy umrzeć wspomnieniom i znajmy swoje korzenie.

W przełomowym roku 1989 zmienił się bieg historii Europy. Zostały zburzone ustalenia jałtańskie. Runął Mur Berliński, który w okrutny sposób rozdzielał jeden naród. Zginęły na nim tysiące ludzi uciekających od komunizmu. Może więc następne generacje nie usłyszą już huku armat, świstu spadających bomb i nie zobaczą płonących miast.

Te wspomnienia z wojny i okupacji mogą dziś ludziom młodym wydawać się niezbyt ciekawe, bardzo odległe, a może nawet śmieszne. Trudno jednak wymazać z pamięci okrucieństwa krwawej wojny. Ludobójstwo Hitlera i Stalina.

Katyń i inne miejsca kaźni, jak Ostaszkowo, gdzie ludzi zabijano strzałem w tył głowy, a zwłoki polewano kwasem solnym, by nie dało się rozpoznać i zidentyfikować. Koszmar wojny, przejście dwóch frontów i dwie okupacje są wciąż istotne i w pamięci pozostaną na zawsze. Gdy śmierć czyhała na każdym kroku, nie liczyło się nic prócz życia danego nam przez Opatrzność Bożą.

W prawie sześcioletniej wojnie zginęły miliony istot ludzkich, a ci którym udało się doczekać końca zostali obdarowani jakby drugim życiem.

Jednak hańbiące plamy na kartach historii pozostaną na zawsze i oby już się nie powtórzyły.

Zostaje pytanie dlaczego Bóg dopuścił do rządów dwóch szaleńców - Hitlera i Stalina.

Pozwolił im rozpętać przerażającą wojnę z jej straszliwymi ofiarami.

Historia potopu, który znamy z Pisma Świętego była wynikiem kary, gdy ludzie odwrócili się od Boga.

Może z II-gą wojną światową było podobnie?

Włocławek, sierpień 2007r. Teresa Bielska - Nagler



[1] Teresa Bielska, (Tesia) urodzona w 1927r. w Wilnie, zm. w 2009r. we Włocławku

[2] Albo nr.1, albo nr.8, Tesia podała dwa adresy.

[3] Gina Bielska I voto Stankiewicz, II voto Seheń, najstarsza z sióstr Bielskich.

[4] Sergiusz Stankiewicz 1908-1942 sędzia , skazany przez sowietów na 8 lat łagru w Workucie

[5] Własność Aleksandra Jagmina. Zamek o korzeniach z XIII w., w latach 30 tych XX wieku dosyć zrujnowany, ale częściowo mieszkalny. Powiat oszmiański.

[6] Miasteczko w pow. Borysowskim w pobliżu Głębokiego.

[7] Siostra Mamy

[8] Maria Pilwińska z domu Wierzyńska 1859-1933.

[9] Wcześniej jeździł wagonem pocztowym, ale co robił przed przyjazdem do Lidy - nie wiem.

Na pewno był kiedyś w wojsku, w jakichś oddziałach Gwardii Carskiej.

[10] Lub Bertaniego (?)

[11] Buba po mężu Sokołowska, lekarz radiolog. Janek Seheń pracował z mężem Buby, Leszkiem po wojnie

w Zjednoczeniu Sprzętu Ratunkowego Górnictwa. Mieli dwoje dzieci - syna Maćka i córkę Krysię.

Buba, czy też jej siostra była koleżanką matki Elizy, z kolei mojej koleżanki z klasy. Świat jest mały. Dziadek Elizy, p. Wersocki miał zakład masarski w Lidzie.

[12]Karolinowo, folwark 118 ha. należał w tym czasie do Kazimierza Bohdanowicza, męża Marii Bielskiej. Parafia

Smołwy. Maria zmarła przed 1907r. "siostrą" ojca mogła być druga żona Kazimierza, lub córka Helena (ur.1888)

[13] Pierwszy wjazd kolejki z pasażerami na Kasprowy Wierch odbył się 15 marca 1936r.

[14] Jidisz

[15] Katolicyzm, Judaizm, Islam, Karaimskie, Prawosławie, Grekokatolickie, Protestanckie.

[16] Babcia Lola robiła zakupy na kredyt. Dziadek Wacław nie znosił jakichkolwiek długów i gdy kiedyś podejrzewał, że żona kupuje na

kredyt obszedł wszystkie sklepy, ale właściciele (Żydzi) nie "wydali" Babci.

[17] Starsza siostra Tesi, Irena Bielska, I voto Kowalska, II voto Gulska

[18] Zdaje się, że był to po prostu tzw. "salmiak" - czy też produkt uboczny przy uzyskiwaniu

salmiaku. Kwas solny i cynk.

[19] Ignacy, przedostatni z ośmiorga rodzeństwa 1894-1939, podpułkownik, d-ca II bat. 68 pp.,

17 Wielkopolskiej Dywizji Piechoty. Virtuti Militari V kl. 1918-1920

[20] Janina Jasińska 1901-1982

[21] Maria (Mirka) ur.1926r., po mężu Babicka

[22] Liga Obrony Kraju

[23] Gzie indziej o piątej. Nalot niemiecki. Lida miała lotnisko wojskowe, węzeł kolejowy, koszary…

[24] W pożarze od bomby zginęła starsza córka Maria i kuzyn Bobryk. Starszy syn Władysław, oficer 5pp zginął w kampanii1939r.

[25] Henryk Żuk "Onufry", kpt. AK, patrz "Na Szachownicy Życia", oficer wywiadu AK. Miałem przyjemność rozmawiać z nim w Warszawie w końcu lat 90'.

[26] Lida została zajęta 19 września.

[27] W Dokszycach

[28] W Głębokim w więzieniu był jej mąż Serż. Więzienie w zabudowaniach klasztornych. Gina jakiś czas donosiła paczki, więc tak od razu chyba nie uciekła.

[29] Prawdopodobnie za udział w grupie przemytniczej Światopełka Kuncewicza. Rozstrzelano męża i Stacha, prawnika, drugiego syna p. Pukińskiej (w/g. książki. H. Żuka" Na Szachownicy..").

[30] We Wrocławiu są jacyś Pukińscy. Np. Rafał Pukiński (może wnuk?) ur. w 1973r.

[31] Narodnyj Komisariat Wnutriennych Dieł. Później MWD i KGB

[32] Dotarła, mam list pisany na pakowym papierze z Archangielska 23.08.1940r., ale przed wysyłką do właściwego łagru.

[33] Niewiadomo co to za majątek, bo Mołczadź to miasteczko i gmina.

[34] Początek marca 1940r.

[35] Sklep dla wojskowych

[36] Na Morgach, ale kto to ten Zalewski ?

[37] Hauptmann Rau, a potem Sonderfuehrer Dubis (w/g. H. Żuka "Na szachownicy życia")

[38] Jewsiewicze, wieś 12 wiorst od Lidy, na zachód. (Słownik Geograficzny)

[39] Siedziejmy, okręg wiejski Sukurcze, 12 wiorst od Lidy. (Słownik Geograficzny Kr.Pol.i kr.słow.)

[40] Do 1949 r. działała siatka konspiracyjna i jednostki samoobrony zorganizowane przez ppor. Anatola Radziwonika (ps. "Olech"), byłego komendanta ośrodków Szczuczyn i Lida. Drobne grupy partyzanckie działały aż do 1953 r.

[41] Dokładnie 20.01.1945.

[42] Iżma, cały czas pod śledztwem, bez wyroku.

[43] Nie do końca, coś jednak z dawnych pasji pozostało, komponował, udzielał się artystycznie.

[44] Polski Biały Krzyż

[45] Na "liście Katyńskiej" nie ma go

 
Top
[Home] [Library] [Maps] [Collections] [Memoirs] [Genealogy] [Ziemia lidzka] [Наша Cлова] [Лідскі летапісец]
Web-master: Leon
© Pawet 1999-2009
PaWetCMS® by NOX