Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Uczę polskiego

 

Pan Stanisław Maskiewicz jest nauczycielem języka pol­skiego w Lidzie. W roku 1990 zorganizował pierwszą klasę, w której naucza się języka polskiego jako przedmiotu obowiązkowego.
Rozmowę z p. Stanisławem przeprowadził Aleksander Kołyszko.


P. Panie Stanisławie, z wykształcenia jest Pan nauczy­cielem języka i literatury rosyjskiej. Jak to się stało, że zaczął Pan nauczać języka polskiego?
O. Dzięki dyrektorowi mojej szkoły. Był kwiecień 1988 roku, dyrektor p. Włodzimierz Siemionow zaprosił mnie pewnego dnia do siebie i powiedział, że bardzo spo­dobało mu się to, jak czytałem wiersz po polsku w Dniu Kobiet i dodał, że miejski oddział oświaty poszukuje człowieka, który by pojechał do Polski na kurs dla nauczycieli. Była to bardzo miła niespodzianka. Oczywiście zgodziłem się pojechać i w lipcu znalazłem się w Krakowie. Jednak moja droga do języka polskiego zaczęła się wcześniej. Pochodzę z polskiej rodziny, ze wsi Minielewszczyzna koło Mostów. W rodzinie na codzień nie mówi się co prawda po polsku, ale mój ojciec bardzo lubi polskie pio­senki ludowe i właśnie od nich wszystko się zaczęło. Ojciec prenumerował "Życie Warszawy", "Trybunę Ludu" i nauczył mnie czytać po polsku i stąd z pewnością potem było mi łatwiej z nauczaniem języka polskiego i niemieckiego. Obecnie ojciec jest członkiem Zarządu Koła ZPB w rodzinnej wsi.
P. W tym roku zorganizował Pan klasę, w której nauczanie języka polskiego od­bywa się na zasadzie wykładania tego przedmiotu jako wykładowego. Była to z pewnością niełatwa praca?
O. Można byłoby napisać całą powieść, w jaki sposób odbywała się walka o tę klasę. Po kursie w Krakowie uczyłem polskiego w trzech szkołach, w kół­kach językowych. Po przyjęciu uchwały
O językach w BSSR zrozumiałem, że teraz będzie można zrobić coś konkret­nego. Wszystko zaczęło się dnia 6 ma­rca 1989 roku. To dobra i pamiętna data, długo będę ją pamiętać. Tego dnia zaproszono mnie do Wydziału Oświaty, było już tam kilku innych nauczycieli języka polskiego. Na spotka­niu tym przewodniczący Wydziału p. A. Kazowka powiedział, że w przyszłym roku planuje się zorganizowanie pię­ciu polskich klas. Pomyślałem o tym i od razu zgodziłem się pomóc w ich organizacji. Byłem zadowolony, że ję­zyk polski będzie wprowadzony do sz­koły jako przedmiot nauczania. Po spotkaniu od razu zwróciłem się do dyrektora szkoły o listę przyszłych pierwszoklasistów. Dostałem tę listę, ale tylko na jeden wieczór. Przepisa­łem ją i zabrałem się do pracy. Nie wiedziałem wtedy, że z tą listą cho­dzili już po domach nauczyciele i według ich danych na 120 uczniów było tylko 7 chętnych do nauki języka pol­skiego. Chodziłem po domach, pukałem do drzwi, rozmawiałem. Pierwsze moje wrażenie było takie, że ludzi opano­wał strach. Nie wierzyli, że to możliwe, żeby władze zgodziły się na na­uczanie polskiego. Były jednak takie rodziny, jak Pujdak, Mozol, Gross, Sienkiewicz - prawdziwe polskie rodzi­ny, które od razu, bez żadnych pytań i wątpliwości, zaofiarowały swoją po­moc. Niektórzy się wahali, ale na 15 maja, po długiej i żmudnej pracy, miałem na liście 31 osób. Na 19 maja było wyznaczone zebranie rodziców przyszłych pierwszoklasistów. Przed samym zebraniem zaprosiła mnie do sie­bie zastępczyni dyrektora pani Kardasz na swoistą egzekucję. Pierwsze jej pytanie brzmiało: "W jaki sposób wymuszał Pan od rodziców podania o wprowadzenie do nauczania języka polskiego?" Odrzekłem na to stanowczo, że jestem Polakiem i opowiedziałem, jak na spowiedzi, że żadnego wymuszania nie było, a ona na to: "Jest Pan radzieckim nauczycielem i po co Panu jest potrzebny język obcego kraju w radzieckiej szkole? Jaki z Pana Polak, Pan jest okatoliczonym Białorusinem". Jeszcze raz powiedziałem, że jestem Polakiem i moi rodzice też są Polaka­mi i żadnych Białorusinów w rodzinie nie ma i nie było. Na zakończenie powiedziała mi: "My (administracja) nie pozwolimy otworzyć polskiej klasy w naszej szkole". Wiedziałem, że na ze­braniu będzie walka o los polskiej klasy. Zaprosiłem więc na nie członków Zarządu Miejskiego PSKO panów: A. Siemionowa, M. Chwojnickiego, T. Komincza (p. K. Choder powiedział mi wtedy, że nie ma cza­su). Jestem wdzięczny tym ludziom. Tylko dzięki nim wygraliśmy walkę o tę klasę. Pierwszy zabrał głos dyrektor szkoły i za­czął straszyć zebranych, że dzieci będą przeciążone nauką i trudno im będzie się uczyć. Po nim przemawiała zastępczyni dyrektora: "Chcecie zrobić w szkole nowy Karabach, wy sztucznie dzielicie dzieci na Polaków, Białorusinów i Rosjan". W tej sytuacji bardzo pięknie wypadł Aleksander Siemionow. Wstał i powiedział: "Jesteście komunistami. Czy znacie uchwałę KC partii o polityce narodowościowej?" Zaczął z pamięci cytować tę uchwałę przy wszystkich. Później zabrał głos Tadeusz Komincz. W końcu wygraliśmy, ale pozostało nam tylko 27 podań. Dyrektor w cztery oczy namawiał rodziców, by wycofa­li swoje podania. Wtedy pan Henryk Sienkiewicz napisał list otwarty do prezydenta Li­dy w obronie Polaków i języka polskiego w szkole. List ten podpisało ponad 30 rodziców. Pan Sienkiewicz walczył o klasę, a ja walczyłem o wyjazd do Polski na kurs nau­czycielski. Zawsze myślałem, że będę miał w tej kwestii pierwszeństwo, skoro zorganizowałem polską klasę. Okazało się jednak, że nie. Po pokonaniu wszelkich przeszkód w końcu pojechałem na to dokształcenie. W czasie, gdy byłem w Polsce odpadło jeszcze 7 osób, ale 20 wytrwało i gdy p. Mazowka ogłosił, że w szkole Nr 10 będzie nauczany język polski jako przedmiot i po sali przeszedł szmer, poczułem prawdziwe zadowolenie, że oto wszystko się udało.
P. Zrobił Pan bardzo wielką sprawę i doceniam Pańskie starania i trwanie.
O. Zawsze, gdy chodziłem po domach rodziców, często w deszcz i błoto, myślałem: "Jeżeli nie ja, to kto?". Dzisiaj jednak, pomimo tego zwycięstwa, jestem bardzo zaniepokojony. Jeśli spojrzeć na sytuację w Lidzie, to sprawia ona wrażenie, że działaczom naszego Zarządu ZPB wydaje się, iż nauczyli oni już wszystkich lidzkich Polaków języka polskie­go i sprawę oświaty i szkolnictwa polskiego odłożyli na boczny tor. Pewna nauczycielka z Kraju powiedziała mi, że język polski na Kresach to chwilowa moda, a ja doprawdy nie wiedziałem co jej na to odpowiedzieć. Oby nie miała racji.
P. Panie Stanisławie, jakie są pierwsze doświadczenia w Pańskim nauczaniu języka polskiego?
O. Przeprowadziłem już 12 lekcji i coś niecoś umiemy. Praca w polskiej klasie bardzo mi się podoba i nie żałuję niczego. Za żadne pieniądze nie porzuciłbym nauczania języka polskiego, chociaż przygotowanie się do tych lekcji zajmuje dużo więcej czasu, niż do lekcji języka rosyjskiego. Te maluchy staran­nie wymawiają polskie słowa, dodając mi tym samym siły do dalszej pracy. Choiałoby się, żeby do tych dzieci przychodzili ludzie, rozmawiali z nimi, żeby Oddział ZPB w Lidzie był bardziej tym zainteresowany, tak nauczaniem, jak i samymi dziećmi. W tej szkole tylko ja rozmawiam z nimi po polsku, a one nawet dyrektora zmusiły mówić po polsku przy wejściu do klasy "dzień dobry" zamiast "zdrawstwujtie".
O. Oczywiście, dwa miesiące stażu w Polsce to mało, by uczyć bardzo dobrze. Mam nadzieję, że w przyszłym roku znowu pojadę na kurs do Polski. We wrześniu dzieci otrzymały wspaniały prezent - elementarz wy­dany przez Fundację Pomocy Szkołom Polskim w ZSRR im. Tadeusza Goniewicza z Lublina. Jest to duża po­moc dla nauczycieli, ale mając na uwadze nasze wa­runki, chcę wprowadzić elementarz trochę później. Moja klasa jest klasą raczej zerową, a ten wspaniały podręcznik przeznaczony jest dla dzieci tro­szkę starszych i lepiej przygotowanych do nauki. Pomimo wszystko panu Józefowi Adamskiemu należy się za ten podręcznik szczere Bóg zapłać. Podobne podziękowania należą się wszystkim, którzy przyczynili się do powstania elementarza. Bardzo przydałyby się materiały pomocnicze z zakresu metodyki nauczania języka polskiego w przedszkolu i szkole podstawowej, poradniki metodyczne, planowanie lekcji, książeczki pomocnicze przedelementarzowe, scenariusze, zbiory wierszy dla dzieci na różne okazje.
P. Dziękuję Panu za rozmowę i życzę sukcesów w dalszym nauczaniu polskich dzieci.
O. Dziękuję.

Rozmawiał Aleksander Kołyszko