Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Urodzony w Lidzie w 1952 roku

 

W jednym z tegorocznych numerów tygodnika "Ład" ukazała się recenzja Adama Hlebowicza dotycząca, wydanej w 1990 roku książki Aleksandra Jurewicza pt. "Lida".
Zamieszczamy ją w całości, by czytelnicy w Lidzie mogli się zapoznać z tym ciekawym tekstem. Wiemy, że wielu lidzian posiada tę książkę w swoich domowych biblioteczkach. Myślimy więc, że ten artykuł ich zainteresuje.

Większość z nas zadaje sobie na pewnym etapie życia pytanie - skąd się wziąłem, gdzie tkwią moje korzenie? Aleksander Jurewicz zadał sobie to pytanie stosunkowo późno, choć to może i częściowo wina czasów, w których żyliśmy. Urodzony w Lidzie, w 1952 roku... Co to stwierdzenie oznacza Anno Domini 1990?
Oznacza opuszczenie od wieków rodzinnych stron, rozbicie struktury patriarchalnej, strach, niepewność, poszukiwanie nowego (swego) miejsca na ziemi. Te klimaty ducha odnajdujemy na stronach nowej, mocno zakorzenio­nej w biografii pisarza, powieści Aleksandra Jurewicza.
Ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego były w przeszłości wielekroć opisywane w literaturze. Wytworzył się nawet pewien kanon literatury tych ziem i ludzi. Bogactwo opisu przyrody, dynamika postaci, wieloetniczność, wielowyznaniowość, wielokulturowość, jednocześnie wyjątkowe splątanie dziejów politycznych ziem Wielkiego Księstwa - to cechy tego zapisu. Wśród autorów odnajdujemy naszego wielkiego wieszcza z Zaosia i Bolciennik (pytanie, czy on był nasz, czy wielkoksiążęcy?), poetę znad Niewiaży i zatoki San Francisco, prozaika z Kolonii Wileńskiej, Józefa Ponurego z Czarnego Boru, Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy, nadberezyńca, by wymienić kilka znaczących postaci. Jak się wydawało, epigonem literatury tych ziem będzie gdański wysiedleniec Zbigniew Żakiewicz, który opuścił ukochane Mołodeczno w 1946 roku. Po tej dacie w miejsce dawnego Wielkiego Księstwa miał przyjść socrealizm litewskich i białoruskich kołchoźników, budowniczych wielkich elektrowni atomowych, pełnych poświęcenia dla sprawy ludu żoł­nierzy Armii Czerwonej. Żakiewicz nie okazał się jednak ostatnim, a literarura Wielkiego Księstwa nie zamknęła się na roku 1946. Aleksander Jurewicz urodził się w Lidzie w 1952 roku. W 1953 roku umrze Józef Stalin, wkrótce też rozpoczną się pierwsze zwolnienia z sowieckich łagrów. W1957 roku, na mocy umowy między Polską a ZSRR, rozpocznie się druga fala tzw. repatriacji, to jest wyjazdów z dawnych Kresów Rzeczypospolitej Polskiej w granice nowej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Wiele setek rodzin, czujących po polsku, bo często nie mówiących, zdecydowało się opuścić swe domostwa, by nie mieć już do czynienia z naczelnikami rajkomów, funkcjonariuszami NGB i MWD, instruktorami,, naucznogo ateizma". Jak sądzili, pozbycie się tego koszmaru jest ważniejsze od wielowiekowego przywiązania do swej ziemi, wsi, miastecz­ka, ludzi, obyczajów, mowy. Wielu z nich przeliczyło się w tym rachunku, umierając z tęsknoty, spędzając długie, bezsenne noce, znosząc obelgi od "prawdziwych" Polaków "Kacapy". Ciężki los sprawiła im wyśniona ojczyz­na. I dziś jeszcze spotykamy ich nieraz: zaniedbanych, biednie odzianych, wspominających śpiewną mową tamte łąki, lasy, jeziora.
Lida Jurewicza jest podzielona na dwie części. Część pierwsza to wyjeż­dżanie, część druga to adaptacja do nowych warunków. Autor wyznaje: wiedziałem, że jeżeli nie wyduszę z siebie tej przesiedleńczej opowieści, to moje życie nie będzie do końca pełne, że będzie w nim jakiś cień, jakaś nie do końca załatwiona sprawa. Zupełnie nieświadomie, jak mi wyznał, mówi jak Czarnyszewicz, układa poezje jak Miłosz (nigdy nie pożegnałem tego miasta). Jest stamtąd i nie da się tego zatrzeć. To bardzo ważne stwierdzenie - stamtąd - ludzie Wielkiego Księstwa utożsamiają się bowiem nie z jakąś nacją czy wyznaniem; ich określenie tożsamości to określone terytorium. Jurewicz jest więc stamtąd.
W losach bohaterów powieści jest coś z naszych życiorysów. W cier­pieniach dziadka Stefana z sowieckiego więzienia, codziennym zmaganiu krawca - ojca Alka, upartym strzeżeniu świątyni wujka Wacka, w świecie dziecięcych marzeń i lęków pięcioletniego Alika. Powieść to nie tylko narracja głównego bohatera, to także epistolografia babci Malwiny, postaci bardzo ważnej w książce, od pierwszego: "babuszka, ja nie chaczu w Polszu" po zapisane w listopadzie 1989 roku: Alak ónas Polska powstała. Dobrze jest mieć taką babcię Malwinę.
Czytajmy Jurewicza.


Adam Hlebowicz

Aleksander Jurewicz, Lida, Białystok 1990, ss.116, wyd. Zakłady Wydawnicze "Versus".

 

 

Lida
Pamięci mojego Ojca

Wciąż mam pięć lat i marynarski
mundurek na sobie
Wciąż na dworcu czeka
ostatni repatriancki pociąg
Nikt nie wsiada do tego pociągu
Nikt nie plącze na peronie
Gdzieś zagubił się ojciec z maszyną
od szycia "Singer" zawiniętą w płótno
Mama nie ściska pod pachą
Matki Boskiej Ostrobramskiej
Nie słychać pierwszych odlatujących ptaków
które zagłuszają dziecięcy skowyt
"ja nie chaczu w Polszczu..."

Dworzec w Lidzie jest pusty i senny
jakby i tutaj już dotarła dżuma
chociaż nie ogłaszano żadnego alarmu
nie bito w dzwony
żaden szczur nie przebiegł ulicą
Wrzesień zaczyna rozmieniać kopiejki
liści z pojedynczych drzew
Przed dworcem tylko ciężarówka
z której nikt nie wysiada
nie wynosi rzeczy
Kobieta i mężczyzna z pięcioletnim synem
na tej ciężarówce wpatrzeni w jakąś dal
której nie będą mieli siły przejść
jakby czekali na odwrócenie losu
albo fotografia

2
Lecz oto wjeżdża pociąg i ziemia
osówa się spod nóg
Krzyk i płacz tych którzy
tutaj zostaną na zawsze
i tych którzy odjeżdżają
i jeden wielki szloch który rozchodzi się
na wszystkie strony
i wiatr go niesie dalej
"Ajczyna, bywaj!"
"Nie zabudim, Ajczyna!"
lecz zaraz rusza pociąg ponaglany
rozkazem w niepolskim języku
i głowa przy głowie
i ciało przy ciele
znak krzyża w raptownym odruchu
ostatnie błyski miasta do zapomnienia
białoruski liść przykleił się
do szyby wagonu
matka ściskająca obraz Ostrobramskiej
ojciec pilnujący swojej maszyny "Singer"
w rytmie kół
w rytmie łez
w takt modlitwy
w takt zawodzeń
na zachód!
jakby nas wieźli na rozstrzelanie
na nieznaną przyszłość
od ziemi oderwanych

3
Nigdy nie pożegnałem tego miasta
Nigdy nie nauczyłem się tego miasta
Budzę się ciągle na jego ulicach
z odrapanymi kolanami z pudełkiem
klocków ściskanym w rękach
Budzi mnie śpiew kobiet wracających
z niedzielnych nieszporów
i przekleństwa mężczyzn w czereśniowym
sadzie przy samogonie
---
Zatrzymałem się na progu czegoś szukając
i słyszę tylko głuche dudnienie kół pociągu
Ten pociąg jedzie nie zatrzymując się nigdy

Aleksander Jurewici
Gdańsk, maj 1984

 

 

Z "Divertimenta lidzkiego"

Obłoki nad Lidą

Mamie

Obłoki nad Lidą, ciężkie
obłoki - jakby z ołowiu albo milczenia
Stracone z oczu tak jak to miasto
Już nic tu po nas, nic tutaj
nie ma - pamięć szamoce się
w ślepych zaułkach, wyblakłych
zdjęciach, ruinie domu...
(Że kiedyś tutaj Twoja młodość
Że kiedyś ja biegałem tutaj / -/)
Wszystko kruszeje jakby z popiołu.
Spomiędzy murów jęk się urywa
jak ciche łkanie tuż przed agonią -
to dzikie gęsi w ostatnim locie
albo ktoś rozgniótł jarzębinę?
I miasta nie ma, nawet się nie
śni - tylko obłoki, pierwsze
obłoki

Dom się zapada
Dom się zapada, jak zorza
gaśnie. Mech lśni na dachu,
Komin się trzęsie z wiecznego
zimna i sucha studnia
z umarłym echem. Choć skrzypi
furtka nikt tu nie wchodzi.
Szczury na strychu niepewne jutra.
A słońce wschodzi jakby bez
wiary, rzeka zarasta zatrutym
zielskiem. Dom umiera
naszą śmiercią -
jęcząc, pękając, resztkami
sił wbija się w ziemię.

Śliwki w ogrodzie pękają
z trzaskiem, furtka wciąż skrzypi
jakby wołała kogoś
z daleka; dom się zapada
na naszych oczach

Aleksander Jurewicz