Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Ostatni dowódca Nowogródzkiego okręgu AK
Ppłk. Maciej Kalenkiewicz "Kotwicz"

 

W zeszłym roku gościliśmy w Lidzie córki i wdowę po Macieju Kalenkiewiczu, człowieku-legendzie, który stał się w Polsce symbolem trwania na posterunku do ostatniej chwili. Była to postać, która poprzez swoją ofiarę krwi stała się wzorem walki nie tylko o zachowanie polskości naszych ziem, ale również jest wspaniałym obrazem walki o godność człowieka i jego największe ideały, jakimi są przywiązanie do wolności i tradycji narodowych.
W1939 roku Maciej Kalenkiewicz był zastępcą legendarnego Hubala - mjr. Henryka Dobrzańskiego, który po klęsce kampanii wrześniowej kontynuował walkę zbrojną z Niemcami, by udowodnić okupantowi, że mimo wszystko naród polski nie został pokonany. Przy Hubalu pozostał również Kalenkiewicz. Jednakże, już pod koniec 1939 roku przedostał się na Zachód, gdzie formowała się na nowo armia polska. Po podporząd­kowaniu się Naczelnemu Wodzowi, dał się poznać jako doskonały oficer i odważny żołnierz, który nie bał się sięgać po najtrudniejsze zadania.
Był jednym z pierwszych "cichociemnych", zrzuconych nad Polską dnia 27 grudnia 1941 roku. Podczas przedzierania się do Warszawy, zaraz po zrzucie zostaje ranny w starciu z Niemcami, pomimo wszystko dociera do stolicy, gdzie szczęśliwie przekazuje pocztę od Naczelnego Wodza, gen.Władysława Sikorskiego. Przez ponad dwa lata pracował potem w Oddziale Operacyjnym przy konspiracyjnej Komendzie Głównej Armii Krajowej w Warszawie. W końcu lutego 1944 roku został przeniesiony do Okręgu Nowogródzkiego i objął dowodzenie nad Zgrupowaniem Nadniemeńskim.
Było to wtedy jedno z największych zgrupowań partyzanckich w kraju, liczyło ponad dwa tysiące żołnierzy, zaprawionych w walkach z okupantem.
W przewidywaniu ofensywy sowieckiej Maciej Kalenkiewicz został włączony do grupy ofecerów w Komendzie Okręgu Wileńskiego, która na czele z Komendantem, płk. Aleksandrem Krzyżanowskim - "Wil­kiem", opracowywała plan wyzwolenia spod niemieckiej okupacji Wilna. W czasie przygotowań do tej operacji, "Kotwicz", podczas wypadu partyzanckiego na wschód został poważnie ranny. W wyniku postrzału wywiązała się gangrena i lekarze zdecydowali się amputować mu prawą rękę. Pooperacyjne osłabienie nie pozwoliło w ostateczności na wzięcie przez niego udziału w operacji "Ostra Brama" i w walkach o Wilno, które zostało zdobyte wspólnym wysiłkiem AK i Armii Czerwonej.
Polsko-sowieckie braterstwo broni nie trwało długo. Zgrupowane pod Wilnem oddziały AK zostały przez Rosjan rozbrojone, a dowódcy w pierwszej kolejności zostają aresztowani przez NKWD. W tym czasie Kotwicz wyszedł z obławy rosyjskiej i objął dowództwo nad kilkutysięcz­ną kolumną AK-owców, którzy wymknęli się z sowieckiego okrążenia. Wraz z nimi przedarł się do Puszczy Ruskiej. Tutaj część żołnierzy rozeszła się do domów, a część postanowiła przedzierać się na Warszawę.
Sam Kotwicz postanawia zostać. Wokół niego zgrupował się niewie­lki oddział. Dowódca był zdania, że obecność żołnierza polskiego zadokumentuje przed światem prawo Polski do ziem kresowych. Nigdy nie dotarła do niego depesza z Warszawy, mianująca go podpułkow­nikiem i komendantem Okręgu Nowogródzkiego AK.
Dnia 21 sierpnia 1944 roku oddział "Kotwiczą" pojawił się we wsi Surkonty, położonej 23 km na zachód od Lidy. Było ich 70 ludzi. Tutaj zostali zaatakowani przez sowiecki oddział. Według późniejszych ocen, ten niewielki oddział AK-owski został zaatakowany przez cały sowiecki batalion. Stosunek sił był 10 do 1 na niekorzyść partyzantów. W czasie walki zginęło 36 Polaków, w tym jedna sanitariuszka. Sam dowódca - "Kotwicz" poległ z bronią w ręku. W czasie walki miał szansę się wycofać, jadnakże nie chciał porzucać rannych na pastwę żołnierzy sowieckich, zwyciężyło w nim poczucie obowiązku. W czasie drugiego ataku sowieckiego poległ. Rosjanie po walce, w której stracili 132 zabitych, chodzili po poli bitwy i bagnetami dobijali rannych. Los taki spotkał również rannego kapitana Franciszka Cieplika. Nie uszanowali także ciał zabitych, które również dla większej pewności kłuli bagnetami.
W tej walce poległ ostatni komendant Nowogródzkiego Okręgu AK, bardzo zdolny oficer o kryształowym charakterze, cechujący się ofiarnoś­cią, głęboką wiarą i kresowym patriotyzmem. Jego śmierć z ręki oficjalnych "sojuszników" była aktem ofiary i dowodem przynależności Kresów do ziem polskich.
"Kotwicz" interesował mnie od dawna. Starałem się dotrzeć do różnych materiałów napisanych na jego lemat, sięgałem po wspomnienia. Najwięcej dowiedziałem się o tej postaci z książki Jana Erdmana pt. "Droga do Ostrej Bramy". Gen. Sosabowski nazwał Kalenkiewicza "współtwórcą polskiego wojska spadochronowego podczas ubiegłej wojny". Poświęcał się zawsze dla swoich żołnierzy. Gdy pewnego razu ranny oficer potrzebował zastrzyków, "Kotwicz" wysłał wtedy nocą łączniczkę do Radunia, a swojej amputowanej ręki lekarzowi nie pokazał.
Ostatnie tygodnie, już jako dowódca Nowogródzkiego Okręgu AK, spędził w okolicach Radunia, Pielasy i Surkontów. NKWD wiedziało o nim i jego oddziale. Bolszewicy mówili o nim: "Eta swołocz, bezrukij major."
Na pobojowisku w Surkontach pozostały tylko dwie kobiety: "Czar­na Magda" (matka podchorążego "Orwida") i warszawianka "Zosia", szyfrantka w oddziale. Kto żyw i mógł się poruszać o własnych siłach, uciekł, rannych, leżących na polu, Sowieci dobili. We wsi było wtedy więcej trupów, niż żywych. "Zosia" zdążyła jeszcze zakopać szyfry i papiery "Kotwiczą". Natomiast "Czarna Magda" ochroniła zwłoki dowódcy i swojego syna, przysypując je powierzchownie ziemią. Oby­dwaj leżeli obok siebie, "Kotwicz" miał zdjęty mundur. Kobieta poszła do ludzi, prosiła, żeby zrobili trumny, ale każdy się bał. Wreszcie jeden człowiek zgodził się i zrobił dwie trumny, za co później otrzymał wyrok od władz sowieckich. "Czarna Magda" przeżyła i zmarła w 1975 roku w Poznaniu. Natomiast szyfrantka "Zosia" wpadła w ręce NKWD i została zamęczona podczas śledztwa w więzieniu w Lidzie, nikogo nie wydając.
O decyzjach mocarstw, przesądzających losy Kresów Kalenkiewicz nic nie wiedział, a nawet jeśliby wiedział, to myślę, że nie postąpiłby inaczej. Maciej Kalenkiewicz po wojnie został postawiony w gronie najwybitniejszych oficerów polskich II wojny światowej, obok gen. Roweckiego - "Grota". Za swoją odwagę otrzymał dwukrotnie najwyższy order polski - Virtuti Militari. Do pełnego obrazu należy dodać, że "Kotwicz" urodził się na Grodzieńszczyźnie, we wsi Pacewicze (obecnie rejon Mostowski), a lata dziecinne spędził w Trokiennikach (rejon Ostrowiecki).
W marcu 1989 roku otrzymałem list z Wrocławia. Jakież było moje zdziwienie, list przysłała żona legendarnego "Kotwiczą", pani Irena Kalenkiewiczowa. Mój adres otrzymała od polskiego pisarza, autora książek o Armii Krajowej, Cezarego Chlebowskiego, z którym już wcześniej byłem w kontakcie. Poinformowałem o tym liście zarząd jeszcze wtedy PSKO i zapadła decyzja, że trzeba pojechać do Surkontów i odwiedzić grób "Kotwicza". Na miejsce dawnej bitwy pojechaliśmy trzema samochodami. Odnaleźliśmy świadka tego boju, który nam wszystko opowiedział i pokazał zbiorowy grób żołnierzy AK, a dokład­niej mówiąc nie grób, a miejsce, w którym zostali pochowani, ponieważ żadnych śladów tam nie było, że jest to mogiła. Oznaczyliśmy to miejsce, położyliśmy tabliczkę pamiątkową i kwiaty. Bywałem w Surkontach potem dość często, ponieważ wielu z przyjeżdżających z Polski gości chciało zobaczyć grób "Kotwicza". Półtora roku korespondowałem z panią Kalenkiewiczowa i jej córkami, a potem wysłałem im zaproszenie. We wrześniu 1990 roku powitałem u siebie w dom panią Irenę wraz z córkami: Agnieszką Mironowicz i Danutą Wołągiewicz, które przyje­chały razem ze swoimi mężami. Oczywiście następnego dnia pojechaliśmy do Surkontów.
Stoimy nad grobem, my mężczyźni trochę z boku, a przed krzyżem trzy kobiety: Matka i jej dwie córki, które podtrzymują ją za ręce. Wszyscy są bardzo wzruszeni. Patrząc na nich też byłem bardzo zdenerwowany. Doskonale rozumiałem, o czym myślały w tym momen­cie, nad grobem męża i ojca. Ostatni raz widziały go w 1944 roku, w Warszawie i oto "spotkanie" po 46 latach. Spotkaliśmy się też ze świadkiem bitwy pod Surkontami, wysłuchaliśmy jego opowiadania o tamtym pamiętnym dniu. Siedzieliśmy w tym samym pokoju, w którym "Kotwicz" spędził ostatnią noc.
Potem było spotkanie z lidzkim Oddziałem ZPB. Trzeba powiedzieć, że było to bardzo interesujące spotkanie, tak dla Polaków z Lidy, jak dla rodziny Kalenkiewicza. Odnalazł się jeszcze jeden świadek tej bitwy - pan Wcław Skawiński, który też przekazał wiele interesujących rzeczy.
Muszę powiedzieć, że te kilka dni, które spędziłem z rodziną Macieja Kalenkiewicza spowodowało to, że nie tylko zaprzyźniłem się z nimi, ale wręcz pokochałem ich. Są to inteligentni i wspaniali ludzie, jakich trudno spotkać w naszych czasach. Dziękuję Bogu, że poznałem tych szlachet­nych ludzi.
Swego czasu zaproponowałem pani Irenie zabrać ciało męża do Polski, ale jej natychmistową odpowiedź zapamiętam do końca ży­cia: "Dokąd zabierać? Przecież dowódca powinien być razem ze swoimi żołnierzami." Pani Irena ma rację. "Kotwicz" urodził się tutaj i tutaj zginął za wolność tej ziemi. Natomiast lidzkiemu Oddziałowi ZPB proponuję zastanowić się, jak uczcić pamięć ostatniego dowódcy Nowo­gródzkiego Okręgu AK.
Na temat Armii Krajowej będziemy jeszcze wracać na łamach naszej gazety często. Dotychczas był to temat tabu w radzieckiej prasie, na szczęście można pisać o tym teraz otwarcie, ponieważ białych plam w historii powinno być jak najmniej.

Aleksander Siemionow