Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Lidzka Wigilia Bożego Narodzenia 1939 roku

 

Obecny numer "Ziemi Lidzkiej" ukaże się w okresie najbardziej polskich świąt, jakimi są święta Bożego Naro­dzenia. Wspólnie zasiądziemy do stołów, przełamiemy się opłatkiem - symbolem pojednania i przyjaźni, będziemy wspominać nieobecnych najbliższych i śpiewać kolędy.
Różne były polskie wigillie - jedne radosne, inne tragiczne, obchodzone na zsyłce, w więzieniach i obozach hitlerowskich. Były też wigilie frontowe i partyzanckie. Zawsze jednak łączyły one Polaków wszędzie tam, gdzie akurat w ten dzień przebywali...
Pragniemy podarować Wam dzisiaj wigilijną opowieść z Lidy 1939 r. Mamy nadzieję, że nastroi Was nie tylko do snucia własnych wspomnień świątecznych w gronie rodzi­ny, ale zmobilizuje również do podzielenia się nimi z na­szymi Czytelnikami.
Redakcja

"Przełamany chleb i podany drugiemu otwiera serce" (kard. Józef Glemp - wigilia 1990 r.)

Siedzę przy biurku w listopadowy szary, jesienny dzień. Nad biurkiem wisi skromny, mały obrazek, przedstawiający ubogą rodzinę robotniczą przy wieczerzy, a poniżej napis ,,Komm Herr Jesu, Sei Unser Gast".
Jakże wymowny napis - pasujący jak ulał do opowieści wigilijnej. Patrząc na niego wracam myślami w daleką prze­szłość, bo aż do września 1939 r. Ta jesień, jesień 1939 r., uczyniła nie tylko moją rodzinę, ale wiele rodzin polskich, rozbitkami życiowymi. Musieliśmy szukać "nowych kątów" na przetrwanie tego niby przejściowego okresu.
Pochodzę z Kresów Wschodnich, z Ziemi Nowogródzkiej, z Lidy, z rodziny wojskowej. Pierwszych Sowietów zobaczyłem 24 września 1939 roku w Bieniakoniach, bo tam rzuciły losy wojny moją całą rodzinę. Do Lidy wróciliśmy po paru tygo­dniach od tego "spotkania" - do nikąd. Nie mieliśmy dachu nad głową. Rodzina nasza liczyła 4 osoby (matka, siostra, brat i ja). Przyjęła nas, a właściwie przygarnęła rodzina podobna do naszej. I tak zaczęła się moja "pielgrzymka wojenna". Zostałem jako najstarszy wiekiem po matce jakby "głową" rodziny. Los ojca jeszcze nieznany - z wojny nie wrócił. Cały ciężar prze­trwania i utrzymania się przy życiu spoczął na matce i na mnie. Robiliśmy wszystko, aby jakoś przetrwać - tworzyliśmy wraz z innymi jedną wielką rodzinę polską: razem żyliśmy, razem przeżywaliśmy, razem cierpieliśmy. Niełatwo było żyć i przeżyć owe dni, w owych czasach pod "opieką wyzwolicieli". Za dnia chodzimy "za chlebem", a w późne wieczory jesienne i noce przeżywamy tragedię aresztowań, dokonywanych przez Sowie­tów, sąsiadów zza ścian. A czynili tę powinność przeważnie nocą.
Z tego mieszkania wyganiają nas bolszewicy. Do grudnia 1939 r. czynią to kilkakrotnie. Tuż przed Bożym Narodzeniem ponownie proponują nam zmianę miejsca zamieszkania. Mama jest u kresu sił, załamana zupełnie. Na ich propozycje od­powiada krótko i zdecydowanie: "Nie ruszę się stąd nigdzie, nie mam dokąd iść i nie wiem, gdzie mam szukać nowego locum, już brak mi sił
. Widocznie ta postawa matki ruszyła serce Sowieta dał mamie taką odpowiedź: "Dobrze ja wam znajdę miesz­kanie!"
Na dwa dni przed Bożym Narodzeniem (rok 1939) otrzyma­liśmy nowe mieszkanie. U kogo? Kto przyjął nas, "rozbitków"? Dachu nad głową użyczyła nam bardzo zacna i wrażliwa na naszą niedolę żydowska rodzina. Właśnie Żydzi nas przyjęli - odstępując jeden swój pokój. Działo się to 22 grudnia 1939 r. Złożyliśmy swoje taboły i parę gratów w nowym miejscu zamieszkania. Muszę po latach przyznać otwarcie, że przyjęci zostaliśmy z wielką serdecznością i ciepłym sercem. Nie spodzie­waliśmy się tego. Proponowano nam korzystanie ze wspólnej kuchni. Mama, znając i rozumiejąc przywiązanie do tradycji religijnych Żydów, podziękowała gorąco za tę miłą chęć. Powie­działa, że da sobie radę, widząc w oddanym pokoju duży, kaflowy piec do ogrzewania. To była mamy "kuchnia". Tam na żelaznym "trójnóżku" mama przygotowywała nam wszystkie posiłki.
Na drugi dzień od zamieszkania, myśląc już o Bożym Narodzeniu poszedłem z bratem do lasu po choinkę. W domu musi być tradycja zachowana mimo wojny, i mała choinka musi znaleźć się w domu. Wracając z lasu, wstąpiliśmy na plebanię przy kościele (na Słobódce w Lidzie) po opłatek. Podstawkę, tzw. krzyżak pod choinkę, w miarę swoich możliwości jakoś sam skleciłem.
Tak jak podróżni, w drodze będąc, w poczekalni kolejowej jakoś się urządzają, tak i my urządziliśmy się w tym od­stąpionym pokoju. I to locum, mimo że miało być tymczasowe, było naszym miejscem życia do lipca 1941 r.
W tym mieszkaniu przeżyliśmy wiele, bardzo wiele i chyba dzięki opiece Bożej i dzięki tym dobrym Żydom nie pojechaliśmy za Ural. Wracając wspomnieniami do tamtych lat, dzisiaj dziękuję Bogu za opatrzność, a całej rodzinie żydowskiej pp. Kamienieckich (o ile przeżyli wojnę) z ulicy Żeligowskiego składam serdeczne "Bóg zapłać". Wiele przeżyliśmy i wiele widzieliśmy, ale tyle serca i ciepła, ile doznaliśmy od tych Żydów - nie da się opisać i porównać. Jak pięknie może zmienić się człowiek, jeśli spotka człowieka. Myśmy pod tym dachem spotkali LUDZI.
Ranek 24 grudnia 1939 r. Już z rodzeństwem myślimy o choince i wieczerzy wigilijnej. Przed nami dobrych kilka godzin do pierwszej gwiazdki na niebie. Myślimy o wigilii, ale potrzeby dnia codziennego także zaprzątają nam głowę. Bez względu na czas musimy przecież żyć i jakoś przeżyć tę wojnę.
Rano do sklepu rzucono towar, a więc trzeba zrobić zapas; tym zapasem handlowało się potem. Po ulokowaniu towaru w domu poszliśmy na dalszy zwiad. Jest deszczowy, zimny dzień. Pada deszcz ze śniegiem. Wszystko marznie na człowieku. Mimo to idziemy przed siebie. Przy rampie kolejowej stoi transport z węglem. Zrobiliśmy kilka skoków po węgiel. Uzbieraliśmy go trochę na zimę. A muszę powiedzieć, że zima 1939/1940 była szczególnie ciężka. Właśnie wieczorem, w wigilię chwycił mróz i trzymał bez odwilży aż do Wielkanocy 1940 r., a mrozy dochodziły do 40 stopni C. To podstawienie węgla w wagonach na rampie - to mały, cichy sabotaż polskich kolejarzy. W ten sposób jak mogli pomagali ludziom.
Robi się wieczór. Temperatura na dworze spada już poniżej zera. Na dworze robi się biało od śniegu. Jakże inne byłyby święta i wigilia, gdyby nie wojna. Piękno scenerii odchodzi na bok, staje naga rzeczywistość. Tak jak warunki pozwalają, tak zaczynaliśmy święta Anno Domini 1939. Ubieramy skromną choinkę. Obeszło się bez świeczek, bo ich nie dostaliśmy. Niemniej czuć było choinką, a za progiem drzwi stały święta. Zamiast świeczek na choince za oknami na niebie zapalały się pierwsze gwiazdki, a wśród nich ta betlejemska, zwiastująca Chrystusa. Mama coś robiła przy kuchni do stołu, a my, dzieci, czekamy, aby zasiąść do wieczerzy przy stole. W trakcie tych przygotowań słyszymy ciche pukanie do drzwi. Mama mówi: proszę. Wchodzi gospodyni tego domu. Staje w drzwiach, patrzy i nic nie mówi. Jest wyraźnie onieśmielona. Mama zapraszają do środka i prosi bliżej do siebie. Gospodyni zwraca się z nieśmiałą prośbą nie do mamy, ale do nas wszystkich, czy pozwolilibyśmy im wszystkim, tj. całej rodzinie żydowskiej (5 osób), być świad­kami początku Świąt Bożego Narodzenia, tj. wieczerzy wigilij­nej. Powiedziała przy tym, że oni staną w drzwiach i będą spokojnymi tylko widzami, cicho i spokojnie będą patrzyli. Po tylu latach zamieszkiwania w tej dzielnicy miasta dopiero w koń­cu 1939 r. zamieszkała u nich rodzina chrześcijańska, a ponieważ wiedzieli dobrze, czym dla nas Polaków są święta Narodzenia Pańskiego, chcieli to ujrzeć. Nic nie mieliśmy przeciwko temu. Mama zapraszała nawet do środka. Warunki jednak na to nie pozwalały. Tak więc pokój nasz był jakby sceną, a drzwi jakby widownią. Tuż przed zajęciem miejsc przy stole zjawili się nowi goście. Przyszło dwóch żołnierzy sowieckich po towar; nie było towaru, bo sklep był zamknięty. I oni dołączyli do gospodarzy - Żydów i tak widownia powiększyła się o dalsze dwie osoby.
Mama robiła ostatnie przygotowania w kuchni, nakryła stół białym obrusem, a pod obrus położyła małą wiązkę siana. Zaczęła ustawiać przygotowane specjały wigilijne dla nas. Były one zupełnie inne niż ongiś w domu naszym. Była tradycyjna ryba, ale tyle co na okrasę. Następnie pojawiły się racuchy na stole. Dania tego było w bród. Mama napiekła ich chyba na parę dni. Nie było kompotu ani kisielu, zastąpiła je mama bieloną kawą zbożową. Była także przy jednym wolnym miejscu po­stawiona zastawa dla niespodziewanego gościa. Ta tradycja obowiązywała w każdej polskiej rodzinie w wigilię. Myśmy to miejsce związali z ojcem. Jeszcze z wojny nie wrócił (dopiero po paru miesiącach otrzymaliśmy wiadomość, że był w niewoli niemieckiej: Stalag XIB Burgstahl). W końcu mama wzięła opłatek do rąk i z szacunkiem i wielką celebrą położyła na stole w miejscu, gdzie pod obrusem było siano. Nastała cisza - na coś czy na kogoś czekaliśmy. Przy stole jesteśmy wszyscy oprócz ojca. Chwila ciszy trwała zbyt długo. Krótka modlitwa wieczor­na, a potem ledwo słyszalnie zanuciliśmy kolędę "Dzisiaj w Bet­lejem, dzisiaj w Betlejem..." Wzięliśmy po kawałku opłatka i zaczęliśmy sobie nawzajem składać życzenia wesołych świąt. Wpierw mamie, a potem między sobą. Życzenia były jedne od nas wszystkich, aby ojciec wrócił do domu, i aby wojna się skończyła. Z tymi życzeniami podeszliśmy do naszych gości, do gospodarzy i do żołnierzy sowieckich. Myśmy mieli tylko łzy w oczach. Nie było melodii ani do śpiewu, ani do radości. Mimo że to święta wesela i radości, jednak sytuacja nasza, jak wielu innych rodzin polskich, była podobna. W tej chwili łączył nas biały opłatek i łączyły te same życzenia nadziei. Jeszcze trochę ponuciliśmy kolędy, porozmawialiśmy i tak dobiegł końca wigilijny, grudniowy wieczór 1939 r.
Jakie będą następne święta? To pytanie mimo woli padało wokół stołu. Goście odeszli, byliśmy sami. Zanuciliśmy już śmielej trochę "Podnieś rękę, Boże Dziecię, błogosław Ojczyznę miłą..."
Tak pamiętam tę pierwszą wojenną moją wigilię. Do dziś przed oczyma mam obraz, jak w drzwiach mieszkania patrzą na nas Żydzi i Sowieci. I ten widok zabiorę chyba z sobą. Miałem wówczas lat 16, dziś mam 70.
Następne niezapomniane wigilie to:
-  w Oddziale AK 11/77 p.p. "Krysia" - grudzień 1944 r.
-  w pełnym gronie rodzinnym z ojcem w Szczecinku - gru­dzień 1945 r.
Kończę te krótkie swoje wspomnienia. Znad biurka spog­lądam w górę na ścianę, na obraz, który przedstawia Chrystusa przy stole w rodzinie robotniczej i napis: "Komm Herr Jesu, Sei unser Gast".
"...ludziom więcej serca trzeba, jak białego chleba".


Stanisław Ochwat "Bąk"
"Bąk" to mój pseudonim z AK