Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Lidzkie wspomnienia 1920 r.

 

Droga Redakcjo,
Przesyłam wspomnienia z Lidy mojej ciotki, Heleny Wiełłowicz, która obecnie ma już 84 lata, ale jest w doskonałej formie. Wspomnienia jej dotyczą lat dwudziestych.
Moje osobiste wspomnienia zaś pochodzą z lat późniejszych. Podobnie jak i moja ciotka urodziłam się w Lidzie, gdzie w domu mojej Babuni przy ul. Suwalskiej 97 zamieszkiwała moja rodzina. Miałam piękne dzieciństwo i wspaniałą młodość. Do dziś pamiętam rodzinne wyprawy na grzyby na Roślaki i do Małejkowszczyzny oraz kąpiele w zimnej Lidziejce.
Uczyłam się w Szkole Powszechnej im. prezydenta Gabriela Narutowicza, a potem w Gimnazjum im. hetmana Karola Chodkiewicza. Na rękawach naszych mundurków nosiłyśmy tarcze z numerem 918. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli. To oni właśnie wychowali piękne pokolenie Polaków, które potem pracowało w konspiracji i przelewało krew w wojskowych i partyzanckich oddziałach.
Profesor Sadzenicz - mój wychowawca, nauczyciel łaciny. Pani Pinskier, nauczycielka francuskiego, która dokarmiała ubogich uczniów. Profe­sor Kaleciński - mate­matyk, który dwóch sy­nów stracił w partyzant­ce. Nasz wspaniały po­lonista profesor Majewki. Pani Jadwiga Mostowiczówna, pani Popkówna, państwo profe­sorowie Kleidienst, któ­rych syn również zginął w oddziale partyzanc­kim. Dyrektor Kazi­mierz Mętlewicz. Ileż Im wszystkim zawdzięczamy! Dali nam na drogę życia największy skarb. Nauczyli nas prawdzi­wej, niekłamanej miłości do Polski.
Kiedy w 1945 r. od­jeżdżałam z rampy przy lidzkim dworcu kolejowym, załadowana z matką, siostrą i sześciomiesięcznym synkiem do wagonu towarowego, w którym była już krowa i jacyś dobrzy ludzie z całym swoim dobytkiem, pozostawiałam za sobą zglisz­cza mego spalonego domu i zgliszcza mojej pięknej młodości. Ojczym mój, Michał Roszkowski, był w tym czasie wywie­ziony na Syberię, mój mąż Zbigniew Maślanka służył w par­tyzantce u Ragnera. Mój teść, Eugeniusz Maślanka, przebywał w więzieniu, najpierw niemieckim, potem sowieckim. Brat moje­go męża, Jan Maślanka, był również aresztowany, a następnie wywieziony. Później służył w armii Andersa - był pilotem RAF. Moja teściowa została wywieziona z Lidy ostatnim transportem. Lata minęły, zanim rodzina odszukała się. Każdy z nas przeżył niesamowite historie. Można byłoby napisać o tym całe tomy. Dziś żyjemy wspomnieniami, a Lida jest dla nas sym­bolem najpiękniejszych lat naszej młodości. "Ech, Lida - Lida, ja do Ciebie idę, idę". Tak napisałam w moim wierszu, który posłałam w tym roku na I Zjazd Lidzian. "Idę wciąż do przodu, a patrzę do tyłu" i tonę we wspomnieniach.


Zofia Maślanka - Bobrownicka

* * *

 

Droga Redakcjo
Urodziłam się w 1908 r. w Lidzie. Ojciec mój nazywał się Marcin Malewski, a matka Anna z Wilbików. Ukończyłam Gimnazjum im. Karola Chodkiewicza w Lidzie w 1928 r., a w 1930 r. wyjechałam do Wilna, gdzie mieszkałam aż do czasu repatriacji. Mój ojciec był przed wojną właścicielem nieruchomości przy ul. Suwalskiej oraz drugiej w Kurowszczyźnie, podmiejskiej osadzie, do której szło się przez Wygon, teren niegdyś nie zabudowany, a obecnie znajdujący się w centrum Lidy.
Do dzisiaj bardzo tęsknię do miejsca swojego urodzenia, do swoich dziecinnych i dorosłych lat tam przeżytych. Tęsknię do domów tonących w zieleni ogrodów i przylegających do nich łąk, kwitnących na wiosnę i latem, a zmieniających się zimą w lodowiska - raj dla dzieci! Do koleżanek i kolegów, z którymi łączyły mnie więzi przyjaźni, wspólnych zabaw, spacerów, marzeń... To wszystko minęło, a obrazy z dawnej przeszłości wracają, gdy człowiek jest nad grobem. Wracają w snach i na jawie.
Tam też w dzieciństwie przeżyłam lata I wojny światowej, lata głodu i wielkiego cierpienia z powodu aresztowania w 1920 r. moich rodziców i 16-letniej siostry Melanii przez sowieckie władze okupacyjne.
Do naszego mieszkania wpadła grupa czekistów, która w wyniku rewizji znalazła w kuchni w schowku pod tzw. "ruskim piecem" szablę i parę prętów pozostawio­nych tam przez Niemców, którzy w okresie okupacji mieszkali w naszym domu. Owo znalezisko zostało po­traktowane przez bolszewi­ków jako nielegalne prze­chowywanie broni. W gruncie rzeczy był to tyl­ko pretekst tłumaczący are­sztowanie mojej rodziny. Do dziś pamiętam moją rozpacz i ból. W tym czasie Czeka aresztowała setki li­dzian jako rzekomych wro­gów ludu. Z powodu braku miejsc w więzieniu zarekwi­rowano pod areszty prywa­tne domy, gdzie na podło­gach pokrytych słomą leża­ła lub siedziała gromada nieszczęsnych więźniów. Każdej nocy wpadali czekiści i wywoływali nazwiska osób skazanych na śmierć bez żadnego wyroku. Następnie ładowali ich na ciężarówki, wywozili za miasto i tam roz­strzeliwali. Ludzie, którzy mieszkali w pobliżu miejsc egzekucji, opowia­dali, że długo jeszcze drgała ziemia, pod którą leżeli nie dobici skazańcy. Nocny warkot zbliżającego się samochodu każdemu z więźniów zwias­tował śmierć i wywoływał obłędny strach połączony z rozpaczą.
Po dwóch tygodniach zwolnili moją mamę. Wróciła do domu kompletnie wyczerpana i chora. Osiwiała w ciągu tych straszliwych dni. Ojca i siostrę wywieziono w głąb Rosji. Ojciec po drodze uciekł. Pokonał na piechotę drogę z Orszy do Lidy. Głodny, umęczony, chory, stracił siły i padł nieprzytomny do przydrożnego rowu. Miało to miejsce już po przekroczeniu polskiej granicy. Tam dziwnym zbiegiem okoliczności znalazł go nasz daleki krewny i przywiózł furmanką do Lidy, do naszego domu. Ojciec chorował na zapalenie płuc. Żył jeszcze trzy dni i prawie w malignie wciąż opowiadał o swoich przeżyciach.
Siostrze udało się uciec z Moskwy. Przyjechała do domu pociągiem. Z okresu pobytu moich najbliższych w więzieniu pozostało mi w pamięci jedno zdarzenie. Dowiedziałam się, że więźniarki będą prowadzone do łaźni miejskiej przez ulicę Suwalską. Wybiegłam na chodnik i zobacz­yłam w tłumie kobiet moją mamę. Rzuciłam się w jej stronę, ale jeden ze strażników odtrącił mnie kolbą karabinu.
Po wojnie odbyła się ekshumacja i uroczysty pogrzeb ofiar bestials­kiego mordu. Trumna za trumną i tłum ludzi przejętych, płaczących...
Nie można ich zostawić zadeptanych w zapomnieniu na cmentarzu.

Helena Wiellowicz
Gdańsk