Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 


Moje wspomnienia o lotnisku, lotnikach i o spotkaniu z Wodzem Naczelnym

 

Lotnisko w Lidzie, położone o kilka kilometrów od połu­dniowego przedmieścia Wismonty, należało po lotnisku krakowskim do najlepszych w Polsce. Decydował o tym rozległy obszar prawie idealnej płaszczyzny, otoczony w 75 procentach lasami. Lotnisko powstało jeszcze za czasów carskich, na krótko przed wybuchem I wojny światowej na gruntach należących do majątku Kasztanowo (własność rodziny Szeptunowskich) i częś­ciowo okolicznych wsi (Perepczyce i inne).
W1925 roku sformowano tutaj 11 pułk myśliwski, a w 1928 roku na jego miejsce utworzono 5 pułk lotniczy.
W 1932 roku jeden z jego dywiz­jonów przeniesiono na lotnisko w Porubanku pod Wilnem.
W pułku lotniczym w Lidzie służyli, krócej lub dłużej, sławni piloci, tacy, jak Jerzy Kossowski, Aleksander Cichocki, Bolesław Orliński, Jerzy Bajan, Bohdan Arct, Leopold Pamuła i wielu innych. Niektórzy z nich zdobyli rozgłos nie tylko w Polsce, ale i w Europie, a nawet w świecie. Dzielnym pilo­tem był również mój sąsiad z ul. Legionowej - Wismont brat znanego w Lidzie adwokata. Ich ojciec był ostatnim burmistrzem Lidy za cza­sów carskich.
W latach dwudziestych najwięk­szą sławę wśród lotników w Lidzie zdobył kpt. Bolesław Orliński. On to wsławił się w świecie brawuro­wym przelotem (wraz z sierż. me­chanikiem Kubiakiem) w 1926 roku z Warszawy do Tokio (poprzez Związek Radziecki) i z powrotem, (trasa 22600 km w czasie 121 go­dzin), co na owe czasy było rekor­dem.
W kilka miesięcy później, 10 czerwca 1927 roku, prawie wszyscy mieszkańcy Lidy wylegli na lotnisko, żeby powitać lądującego bohatera. Tym razem kpt. Jerzy Bajan na samolocie sportowym RWD-9 zajął pierwsze miejsce w międzynarodowych eliminacjach lotniczych Challange w 1934 roku. W zawodach wzięło udział ok.100 samolotów sportowych z kilkunastu krajów. Najsilniejszą ekipę wystawili Niemcy, bo aż 26 załóg z najlepszymi i znanymi na świecie pilotami. Trasa okrężna lotu nad Afryką Północną i Europą, z lądowaniem na 27 lotniskach wynosiła blisko 10 tysięcy km. Ostatnim etapem było lotnisko Mokotowskie w Warszawie, przedostatnimi Lwów i Wilno. Punktem przelotowym dla samolotów było lotnisko w Lidzie. Przelot tych maszyn nad Lida obserwowałem, wdrapa­wszy się na wysoką gruszę. Stało się to wczesnym popołudniem 14 września 1934 roku. Pogoda słoneczna, widoczność doskonała, tak, że gołym okiem można było dojrzeć znaki rozpoznawcze samolotów. Pierwszy samolot, jaki się pojawił na niebie, miał biało-czerwoną szachownicę na ogonie i na skrzydłach, była to więc załoga polska. Wkrótce radio podało, że pierwszy nad Lida był kpt. Bajan, następnym też Polak - Płonczyński. Niemcy byli dopiero na trzecim miejscu. Tak też ułożyły się końcowe wyniki zawodów, Polacy zajęli pierwsze i drugie miejsce, Niemcy trzecie, a Czesi czwarte.
Lotnicy z Lidy organizowali w miastach i miasteczkach kresowych na Ziemi Nowogródzkiej, Wileńszczyźnie i Polesiu pokazy lotnicze. Odbywało się to przy bardzo licznym udziale miejscowego społeczeństwa. Ten rodzaj propagandy awiacji, organizowany w ramach "Tygodnia Lotnictwa", zjednywał wielu przyjaciół, sympatyków i zwolenników latania.
W Lidzie prawie codziennie można było podziwiać kar­kołomne akrobacje i ewolucje powietrzne naszych lotników: korkociągi, beczki, przewroty, loty na plecach, pętle, nurkowanie z ponad kilometrowej wysokości do paruset metrów nad ziemią i następnie wyskok w górę, po wyprowadzeniu samolotu z nurkowania. Te akrobacje służyły do wyrobienia perfekcji w opanowaniu pilotażu, co później, podczas wojny przyniosło tak znakomite wyniki w walkach powietrznych z Niemcami.
Podziwiałem odwagę lotników tych rycerzy niebieskich przestworzy, którzy ukochawszy latanie, narażali w każdym locie młode życie w wyniku kraks, które niestety zdarzały się dość często. W pierwszym okresie istnienia, lotnictwo polski dysponowało wyłącznie starymi typami maszyn produkcji francuskie i włoskiej. Dopiero w latach 1930-1939 wprowadzono do lotnictwa aparaty polskiej produkcji, znacznie unowocześnione w porównaniu z dotychczas używanymi. Samoloty starego typu miały wiele defektów, które były przyczyną katastrof. Najczęściej w czasie lotów i wykonywania akrobacji odrywały się skrzydła. Dla pilota nie było już ratunku. Należy tu wspomnieć, że spadochrony w lotnictwie zaczęli stosować dopiero od połowy 1931 roku. Tym bardziej trzeba było podziwiąc odwagę lotników, którzy doskonale wiedzieli, jak wiele ryzykują, a mimo to nikt nie rezygnował z latania. To zamiłowa­nie trafnie i pięknie ujął w wierszu poeta Leopold Staff:
Bo coś w szaleństwie jest młodości,
Wśród lotu wichru, skrzydeł szumu,
Co jest mądrzejsze od mądrości
I rozumniejsze od rozumu.
Nieraz wracając ze szkoły, widziałem szczątki rozbitego samolotu. Lotników, którzy zginęli w katastrofie, chowano na starym cmentarzu parafialnym, w kwaterze wojskowej, ob­ramowanej żelaznym ogrodzeniem. Na środku tej kwatery wznosił się pomnik - cokół, w kształcie ostroboku ściętego u wierzchołka, o wysokości ok.10 metrów. Na szczycie stał orzeł, przygotowujący się do lotu - symbol lotników. Na każdym grobie poległego lotnika stał krzyż z wmontowanym śmigłem i tabliczką informacyjną.
Wśród spoczywających w tej kwaterze lotników, najstarszy stopniem był pułkownik, pilot Z. (nazwisko uleciało mi z pamię­ci), zastępca dowódcy 11 pułku myśliwskiego. Ponieważ mieszkałem blisko cmentarza, często odwiedzałem tę kwaterę. Za­trzymywałem się dłużej w zadumie nad mogiłą pułkownika, którego śmierć miała romantyczne podłoże. Zginął tragicznie latem 1928 roku, popisując się akrobacją nad majątkiem, w któ­rym mieszkała jego narzeczona. Samolot w pewnym momencie wpadł w korkociąg, rozbijając się doszczętnie w pobliżu parku dworskiego.
Na kwaterze tej znajdowała się również zbiorowa mogiła kilkunastu nieznanych żołnierzy polskich, jak też szereg pojedyn­czych grobów żołnierskich z oznaczeniem ich nazwisk, stopni wojskowych i dat śmierci. Z tych danych wynikało, że zginęli oni w 1919 i 1920 roku, w okresie walk o Lidę i inne miejscowości w Ziemi Lidzkiej.
Kiedy po 50 latach nieobecności odwiedziłem Lidę, nie omieszkałem być również na cmentarzu parafialnym. To, co tam zobaczyłem, tchnęło smutkiem i przerażeniem. Zdewastowana zabytkowa kaplica cmentarna, usunięte z grobów krzyże, znisz­czone pomniki. Wyglądało to na dzieło jakichś barbarzyńców ze średniowiecza.
W kwaterze wojskowej nie odnalazłem już żadnego grobu lotników. Nie było też zbiorowej mogiły poległych w bojach o Lidę nieznanych żołnierzy polskich. Dziwnym trafem za­chowały się niektóre pojedyncze groby żołnierzy z okresu tych walk.
Zachował się również pomnik lotników, ale w jakim znisz­czonym stanie! Na szczycie pomnika nie było już orła - pozostał po nim tylko metalowy kikut, na którym był osadzony. Jak wyglądał ten pomnik przed wojną i po 1945 roku, przedstawiają zamieszczone poniżej zdjęcia.
Ale wracam do wspomnień związanych z lotniskiem. Na lotnisku w Lidzie bywałem kilkakrotnie każdego roku z okazji różnych pokazów i imprez lotniczych. Dostarczyły mi one wiele emocji i wrażeń. Nigdy jednak nie spodziewałem się, że właśnie na tym lotnisku będę mógł na własne oczy widzieć i to z bliska - Naczelnego Wodza, marszałka Śmigłego-Rydza. W1931 roku, gdy miałem 11 lat, miałem możność wraz z innymi uczniami szkół w Lidzie, spotkać się na zamku Giedymina z Prezydentem Rzeczypospolitej, Ignacym Mościckim. Marszał­ka Józefa Piłsudskiego nie widziałem nigdy. Przebywał on w Lidzie w kwietniu 1919 roku, podczas ofensywy wojsk polskich na Wilno, gdy mnie nie było jeszcze na świecie.
W pogodną niedzielę sierpnia 1937 roku udałem się wczesnym popołudniem wraz z paroma kolegami na lotnisko, tym razem bez wyraźnego celu, po prostu na wycieczkę. Na skraju pola startowego, od strony zachodniej zobaczyliśmy już z daleka niezbyt liczny tłum osób cywilnych. Gdy podeszliśmy bliżej, przekonaliśmy się, że wśród tego tłumu niewiele było osób z Lidy, większość stanowiła ludność z okolicznych wiosek. W Lidzie nie zapowiedziano żadnej imprezy na lotnisku w tym dniu.
Zgromadzoną publiczność odgradzała od pasów startowych gruba, sznurowana linka. Kiedy stanęliśmy przy linie, zobaczyliś­my stojących w odległości 30 metrów od nas grupkę kilkunastu generałów, prowadzących ze sobą żywą rozmowę. Wśród nich wsparty na rękojeści szabli stał marszałek Rydz-Śmigły, tak dobrze znany wszystkim z portretów i zdjęć. Naczelny Wódz miał piękną sylwetkę żołnierską i urzekający, miły uśmiech, którym darzył swoich rozmówców i towarzyszy broni. Niedaleko od generalicji stał ołtarz polowy, ale jak dowiedzieliśmy się, msza polowa była przed południem, a obecnie generalicja oczekiwała na mający nastąpić pokaz szarży całej Nowogródzkiej Brygady Kawalerii, złożonej z trzech pułków: 25 pułku ułanów z Prużany, 26 pułku ułanów z Baranowicz i 27 pułku ułanów z Nieświeża. Pułki te zakończyły manewry, jakie odbywały się w okolicach Lidy, i teraz właśnie miały dokonać przed Naczelnym Wodzem, pokazu sprawności kawaleryjskiej. W tym też dniu generał Władysław Anders objął dowództwo Nowogródzkiej Brygady Kawalerii po generale Stanisławie Grzmot-Skotnickim, który został dowódcą Pomorskiej Brygady Kawalerii (zginął nad Bzurą podczas Kampanii Wrześniowej 1939 roku).
Pułki zajęły podstawę wyjściową do szarży na skraju lasu odległego od nas o 2 km. Z wielką ciekawością i radością wpatrywałem się w sylwetki generalskie (niektórych z nich znalem ze zdjęć), ale najdłużej zatrzymywałem wzrok na marszał­ku Rydzu-Śmigłym, aby tę postać zachować w pamięci na zawsze.
W pewnym momencie wśród publiczności powstało zamie­szanie i rozległ się krzyk. To jakiś biednie ubrany, starszy wiekiem wieśniak starał się przedrzeć przez tłum do marszałka, żeby wręczyć mu napisaną na dużej kartce papieru prośbę. Został on jednak zatrzymany przez żandarmów. Zauważył go jednak sam Rydz-Śmigły, polecając adiutantowi odebranie tego pisma. Adiutant zapewnił petenta, że marszałek na pewno życzliwie rozpatrzy jego prośbę i postara się ją załatwić.
W tym samym momencie nad płytą lotniska zostały wy­strzelone w niebo 3 kolorowe rakiety. Był to sygnał do rozpo­częcia szarży przez kawalerię. Za chwilę usłyszeliśmy coraz bardziej wzmacniający się tętent koni i byliśmy świadkami niezapomnianego, wspaniałego widoku. W rozwiniętym szyku, szarżowało na pozorowanego nieprzyjaciela ponad parę tysięcy koni i jeźdźców, z wyciągniętymi do góry, gotowymi do cięcia szablami i głośnymi jak grzmot okrzykami "hurra"! Z pysków galopujących koni spływała piana, ale ułani w tej szaleńczej szarzy całkowicie zespolili się z końmi. Nad tą pędzącą kawale­ryjską masą rozpryskiwały się setki kolorowych rac imitujących ogień szrapneli nieprzyjacielskiej artylerii. Z zaniepokojeniem śledziliśmy spadających z koni pojedynczych jeźdźców, którzy pozorowali zabitych lub ciężko rannych.
To był imponujący popis sprawności i doskonałego wy­szkolenia naszej kawalerii przed Naczelnym Wodzem. Nic dziwnego, że twarz Marszałka promieniowała zadowoleniem i dumą. Dwa lata później nasze brygady kawalerii zdały chlubny egzamin na polu bitwy, w tym szczególnie odznaczyła się Nowogródzka Brygada Kawalerii. W końcu września 1939 roku jeden z pułków tej brygady dokonał podobnej jak na lotnisku szarży blisko granicy węgierskiej na otaczające brygadę wojska niemieckie i sowieckie, by umożliwić naszym wojskom przedarcie się na Węgry.
Osobiście bardzo bym pragnął, by odezwał się ktoś z Lidzian, który również był świadkiem tej szarży na lotnisku.
Moje pożegnanie z lotniskiem w Lidzie nastąpiło w Niedzielę Palmową 1939 roku. Pełniłem wtedy, jako młody żołnierz służby czynnej, wartę przy jednym z hangarów lotniczych.
17 września 1939 roku 15 polskich "Karasi" wystartowało z lotniska w Lidzie i wzięło kurs na Litwę...
To co opisałem, to już przeszłość, ale warto chyba ją przypomnieć, by nie zginęła w pamięci na zawsze.

 

Władysław Naruszewicz

Anonsujemy... "Szlakiem Narbutta"

Zupełnie niedawno, dzięki uprzejmości naszego współpracownika, p. Wła­dysława Naruszewicza udało nam się nawiązać kontakt z czasopismem, które powinno zainteresować wszystkich mieszkańców Lidy i Ziemi Lidzkiej, a przede wszystkim starszych, którzy pamiętają tragiczne czasy II wojny światowej. Mowa tu o Biuletynie Okręgu Nowogródzkiego AK, wydawanym w Łodzi przez Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej pt "Szlakiem Narbutta".
Dotychczas wydano 6 numerów tej niezmiernie ciekawej publikacji, która stawia sobie za cel upamiętnienie walki mieszkańców Nowogródczyzny w sze­regach Armii Krajowej. Inicjatywa to piękna i niezmiernie ważna. Dużo wiemy na temat ruchu partyzanckiego w centralnej Polsce, niewiele natomiast gdy sprawa dotyczy terenów wschodnich dawnej RP. W biuletyniu, redagowanym przez Modesta Bobowicza "Wircza" i Aleksandra Zwierko - "Okonia" możemy się zapoznać z działalnością konspiracyjną i szlakiem bojowym poszczególnych batalionów Nowogródzkiego Okręgu AK, ze wspomnieniami żołnierzy, a także z aktualnymi działaniami Środowiska Żołnierzy Nowogródzkiego Okręgu AK.
Wiem, że w Lidzie i jej okolicach mieszka dotychczas jeszcze wielu dawnych żołnierzy AK i powojennej polskiej Samoobrony. Czasy nastały takie, że niektórzy z nich zaczynają ujawniać swoje wojenne wspomnienia. Myślę, że bardzo ich zainteresuje "Szlakiem Narbutta". Pomimo, że jest to wydawnictwo drogie, dobrze byłoby, by Biblioteka Polska w Lidzie otrzymywała chociaż po dwa egzemplarze każdego numeru "Szlakiem Narbutta" tak, by zainteresowani tym biuletynem lidzianie mogli go przeczytać.
W ostatnim numerze 6 znajdujemy opis poświęcenia sztandaru Okręgu Nowogródzkiego, a w materiałach historyczno-wspomnieniowych informacje o szpitalu partyzanckim w Bielicy i "Rys historyczny IV batalionu 77 pułku piechoty AK". Niezmiernie ciekawy jest również dział "Listów do Redakcji".
W sprawie ewentualnej prenumeraty należy się zwracać pod adres:
Modest Bobowicz ul. Norwida 8/44, 94-024 Łódź
Redakcja nasza nawiązała już kontakt z redakcją "Szlakiem Narbutta".
(r.k.)

 

Lidzki humor z brodą


Wincuk podał swojego sąsiada Mikołaja do sądu za to, że ten go obraził, nazywając psem. Na rozprawie sędzia pyta Mikołaja, czy ten się przyznaje do winy?
Wzburzony Mikołaj zwraca się do Wincuka z wy­rzutem:
- Wincuk! Sobaka ty, sobaka szto ty breszesz. Kaliż ja na ciebie pies hawarył?!
W Lidzie krążyła kiedyś anegdota (a może był to nawet fakt autentyczny). Otóż po udanym jarmarku w Lidzie, chłop z żoną udali się po raz pierwszy w życiu do kina (było to kino Edison, z balkonami) i zajęli właśnie na balkonie miejsca blisko ekranu. Były to czasy filmu niemego. Wyświetlano film kryminalny. Właśnie na ekranie pojawiła się scena, podczas której do czytającej książkę młodej kobiety, skrada się z tyłu bandyta ze sztyletem w ręku. Refleks żony chłopa był błyskawicz­ny. Domyślała się, że za chwilę młoda kobieta zostanie zamordowana. Rozkazuje więc mężowi: "Rzucaj w niego but!" Chłop niewiele się namyślając, zdjął z nogi buta z juchtowej skóry i rzucił w bandytę. Młoda kobieta została uratowana, czego nie można powiedzieć o zniszczonym ekranie. Seans przerwano, sprawców bez trudu odkryto. Musieli zapłacić za ekran wszyst­kimi pieniędzmi, jakie mieli przy sobie.


nadesłał W. Naruszewicz