Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Rubieżewickie opowiadania

 

Nasza redakcja nawiązała kontakt z Rubieżewiczami w powiecie stołpeckim. Korespondencja z panią Jadwigą Kolcndo zaowocowała bardzo szybko w postaci nadesłanego materiału. Pragniemy dzisiaj przedstawić naszym czytelnikom kilka autentycznych wspomnień dotyczących mieszkańców Rubieżewicz. W kolejnych numerach będziemy zamieszczać następne teksty, opowiadające o tej ciekawej miejscowości.

Wspomnienia o dziadku
Dziadek mój, Józef Bohdankiewicz, rodem z Rubiezewicz, był bardzo uczciwym, dobrym i pracowitym człowiekiem. Z zawodu byt cieślą, ale potrafił tez młynarzyć, wić sieci i łapać rybę. Umiał również uprawiać ziemię.
Miał dziesięcioro dzieci: sześciu synów i cztery córki. Dzieciom zawsze przykazywał: "Nie rób drugiemu tego, co tobie nie miłe". Uczył, by ludziom czyniły tylko dobro. Był dobrym Polakiem i katolikiem.
W czasie prześladowań katolików dziadek był bity trzy razy. Próbowa­no go zmusić, by przeszedł na prawosławie, ale on nie zgodził się na to i przez całe życie szczycił się tym. Katolików torturowano w domu dziadka. Stał tam stół z nogą wkopaną w glinianą podłogę. Do nogi tej carscy żandarmi przywiązywali katolików i ich bili, próbując zmusić ich do przejścia na prawosławie. Byli tacy, którzy nie wytrzymywali tego, ale byli też i tacy ludzie, którzy stali w kałuży krwi i nie ulegli.
W1866 roku miejscowy kościół, fundacji Radziwiłłów został oddany prawosławnym i przerobiono go na cerkiew. Od tego czasu dziadek starał się o budowę nowego kościoła w Rubieżewiczach. Sam do kościoła jeździł do Rakowa i tam chrzcił dzieci
Kilka dni po narodzinach córki, której dano na imię Rozalia, a która w przyszłości wyszła za mąż za Kotkowskiego, babcia zauważyła, że do ich domu idą miejscowy pop i "uradnik". Babcia schwyciła dziecko i wraz z nim schroniła się na strychu. Gdy nieproszeni goście weszli do domu dziadek powiedział, że dziecko właśnie zawieziono do chrztu. Oni odpowiedzieli, że obserwowali dom i że nikt z niego nie wychodził. Poszli na strych i znaleźli tam babcię z dzieckiem. Zawołali "matuszkę", która spełniała rolę matki chrzestnej. Ojcem chrzestnym został "uradnik", a pop ochrzcił dziecko w domu.
Przy pierwszej możliwości została ona przechrzczona na wiarę rzymsko-katolicką.
Potem dziadek wraz z dziećmi wybudował kościół i jeszcze siedem łat uczęszczał do niego na nabożeństwa. W1917 roku katolicy w Rubieżewi­czach odebrali prawosławnym swój kościół. Tłum ludzi, około 800 osób, zmusił popa do podpisania dokumentu mówiącego o zwrocie kościoła katolikom, co też uczynił drżącą ręką. Córka dziadka (potem, po mężu Żylińska) wyniosła ze świątyni prawosławny sakrament i relikwie i zaniosła je do starej cerkwi, która stała w Rubieżewiczach.
Dziadek mój zmarł w 1918 roku i został pochowany na cmentarzu, który znajduje się niedaleko kościoła.
Zosia

Opowiadał mi Ojciec
Mój Ojciec, ś. p. Włodzimierz Bohdankiewicz został w sierpniu 1939 roku zmobilizowany do jednostki obsługującej pocztę polową. Dywizja, w której służył została wysłana na front i w pierwszych dniach września Niemcy okrążyli ją pod Mławą. Żołnierze dostali rozkaz kapitulacji. O świcie Niemcy z psami szukali po miejscowym lesie ukrywających się żołnierzy. Jeńców zawieziono do Mławy i zamknięto w kościele. Trzymano ich tam przez trzy doby, nie dając jeść i nie wypuszczając na dwór... Ludzie zaczęli mdleć. Zemdlał też i mój Ojciec.
Gdy Niemcy otworzyli kościół, dali im tylko po malej porcji zupy jarzynowej. Przez mur, którym ogrodzona była świątynia, ludzie rzucali jeńcom kanapki i inne pożywienie.
Potem wagonami towarowymi powieziono wszystkich do Niemiec. Raz na dobę, do wagonu wrzucano bochenek chleba i podawano odrobinę picia. Odpowiedzialny za cały wagon przeliczał lidzi i dzielił chleb na tyle jednakowych kawałeczków, ile było osób. Potem liczono jeszcze raz i gdy rozdano już porcje wielkości pudełka zapałek, to nikt nie śpieszył się jeść, żeby się nie pomylić i nie zostawić kogoś bez chleba.
Ojciec siedział w obozie między Hamburgiem i Hannowerem. Potem pracował przymusowo u niemieckiego rolnika.
Gdy zachorował zabrano go do niemieckiego szpitala, a stamtąd przy pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża został przewieziony do Szpitala Ujazdowskiego w Warszawie. Po wypisaniu się ze szpitala, jesienią 1941 roku przybył pieszo do Rubiezewicz.
Wypisano go i wypuszczono do domu dzięki polskim lekarzom, którzy pracowali w Szpitalu Ujazdowskim. Gdy tam leżał, odwiedzali go mieszkań­cy Warszawy. Przychodzili też i do innych jeńców przynosząc im jedzenie, którego sami mieli niewiele.
Ojciec mówił, że gdy był na wojnie i w niewoli, to liczył, że będzie bardzo szczęśliwy, kiedy będzie mógł spocząć na wieki w swojej rodzinnej ziemi.
Od 1974 roku odpoczywa w pokoju w ziemi swoich przodków.
Jadwiga Kolendo

W następnych numerach zaprezentujemy naszym czytelnikom ciąg dalszy materiałów o Rubieżewiczach. Myślimy, że będą one zachętą do kontynuowania wpółpracy z nami. Mamy również nadzieję, że zachęci to i innych czytelników do podzielenia się z nami swoimi rodzinnymi wspomnieniami.