Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Pamięć na zawsze. Impresje ze zjazdu Lidzian

 

Wróciłam już kilka dobrych dni temu ze Zjazdu, który odbył się w Lidzie w dniach 21-26.V., zorganizowany przez Towarzys­two Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej, organizacji powstałej niedawno, a tak już wspaniale działającej. Wróciłam, ale ciągle jestem pod wrażeniem, że tam jestem. Były to chwile niezapomniane. Wszyscy będziemy je wspominać ze wzruszeniem, serdecz­nością i ogromną wdzięcznością, bo dzięki temu Stowarzyszeniu zebraliśmy się w mieście naszej młodości, w mieście, które było, jest i pozostanie nam bliskie i kochane.
Ale zacznę od początku - od organizacji. Zaczynało się wszystko w Warszawie. Każdy, kto otrzymał zaproszenie, otrzy­mał też adres, telefon i nazwisko organizatora w Warszawie. Był to pan Janusz Marcinowicz. Pan ten zawsze służył wszystkim pytającym pełną i życzliwą informacją, nigdy nie okazał zniecier­pliwienia, a wręcz przeciwnie - cierpliwie i dokładnie o wszyst­kim informował (sama dzwoniłam kilkakrotnie, bo nie wszystko zapisałam). Przez tego Pana były zakupione również bilety tam i powrotne, w pociągu zarezerwowano miejsca siedzące (w pociągu, gdzie nie ma rezerwacji). Z Warszawy do Grodna tenże Pan jechał z uczestnikami jako Opiekun. Tam przesadzono wszystkich do autokarów i przywieziono do hotelu w Lidzie. Przed hotelem niespodzianka - uczestników spotkały dzieci oraz młodzież z piosenką i muzyką. Wysiadający mieli łzy w oczach.
Przez cały czas trwania Zjazdu w hotelu działał tzw. "sztab", czyli członkowie Towarzystwa, którzy obarczyli się obowiąz­kiem gospodarzy służenia nam wszystkim informacją i pomocą
-  był nawet lekarz. Przed hotelem stały dwie taksówki do dyspozycji uczestników, aby nie szukali w razie potrzeby tak­sówek w mieście. Wszystko było przewidziane, wszystko w tros­ce o nas, uczestników. Wspominamy to ze wzruszeniem, wdzię­cznością i podziwem, że tak młody zespół, tak krótko jeszcze działający, potrafił tak doskonale wywiązać się z obowiązków podjętych przez siebie. Godne to podziwu i naśladowania.
Mieliśmy zorganizowane spotkania z kombatantami, z har­cerzami, z uczniami Szkoły Pedagogicznej, która mieści się w budynku byłego Gimnazjum im. Hetmana Karola Chodkiewicza. Wszędzie spotykano nas serdecznie i gościnnie. Ani przez chwilę nie czułam się tu obco, a wręcz przeciwnie. Miasto jest inne, nowe i nowi ludzie, ale tak samo sympatyczni, serdeczni, swojscy, jak kiedyś. Okazywano nam życzliwość wszędzie: w autobusie, na ulicy, nawet w kościele. Chodziliśmy cały czas ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem.
Dla mnie i nie tylko dla mnie wielkim przeżyciem był wyjazd do zbiorowej mogiły przy ul. Koszarowej, gdzie są pochowani nasi koledzy i koleżanki - Żydzi, których zawsze będziemy wspominać serdecznie. Rośliśmy razem i uczyliśmy się razem i nie dzieliło nas nic - ani status materialny naszych rodziców, ani narodowość, ani religia. Byliśmy koleżankami i kolegami i tylko liczyło się to, czy to byli dobrzy koledzy, czy nie, a nie czy byli biedni, czy bogaci, a tym bardziej nie różniliśmy się narodowościowo ani wyznaniowo. Mieliśmy szczęście rosnąc i ucząc się w normalnym czasie, bez zawiści i nienawiści. W szkołach uczono nas i wychowywano równocześnie. Za to właśnie wspominam z miłością i wdzięcznością swoich nauczycieli,   wychowawców.   Żyliśmy   wśród   normalnych   ludzi - i stojąc nad zbiorową mogiłą, modliłam się, przeniosłam się pamięcią do wydarzeń z 1941 r.
Wyjeżdżałam z Rodzicami z Lidy na wieś, w Nowogródzkie strony. Jechaliśmy wozem (konnym naturalnie) i spotkaliśmy całą grupę młodych ludzi idących w stronę miasta. Wśród nich była moja serdeczna koleżanka Esia Berkowiczówna. Mama zatrzymała Ją i namawiała, aby jechała razem z nami na wieś, że tam będzie łatwiej (już wtedy Niemcy kazali Żydom przyszywać żółte łaty na piersi i plecach - okropność!). Esia bywała bardzo często w naszym domu, i ja bywałam u Niej (Jej Mama była bardzo religijna). Esia była bardzo miłą i ładną dziewczyną -miała śliczne, sarnie oczy i bardzo lubiła śmiać się - mój Boże!
I wtedy Eśka-śmieszka bardzo poważnie powiedziała mojej Mamie, że ona dziękuje za zaproszenie, ale nie może jechać z nami, bo "to już nie jest moja osobista sprawa, ale mojego narodu. Wracam do miasta. Zginęła moja Esia, jak wielu innych kolegów i koleżanek, mając 17 lat. Zginęła niepotrzebnie, w okrutny, bestialski sposób - tego zapomnieć się nie da, choćby kto i chciał.
Esiu, byłaś cudowną koleżanką, zdolną, dobrą dziewczyną, zachowałam Cię w mojej pamięci na zawsze i jeśli opowiadam młodym ludziom o swojej wczesnej młodości, o szkole, cudownej szkole, to wspominam zawsze Ciebie, Esiu, jak skrobałaś klasó­wki z francuskiego w ciągu 40 minut, czasami i 10 sztuk i tylko nasza kochana madame Pinskier potrafiła nie zauważyć, że wiele klasowych zadań było nabazgrane jednym i tym samym charak­terem; trudno to nawet nazwać charakterem pisma, bo drapałaś, jak kura pazurem. Dziś Ciebie nie ma, Halinę, która siedziała miedzy nami, życie zagnało aż do Norwegii. Ja połowę swojego młodego (czy młodego?) życia spędziłam za kołem polarnym i na Syberii, ale wtedy w lecie 1941 r. miałyśmy po 17 lat, byłyśmy młode i szczęśliwe, przed sobą miałyśmy wakacje, a potem ostatni rok nauki i matura. Życie potoczyło się inaczej. Wtedy na drodze w 1941 r. rozstałyśmy się na zawsze. Czy na zawsze? Według wiersza naszej koleżanki Zofii Bobrownickiej, obecnie Maślankowej może będzie tak:
(Wiersz napisany dla Waci Mańkównej - koleżanki)


Chciałaś przywołać wspomnienia,
Ożywić to, co minione.
Chciałaś przywrócić do życia
Lata nasze zielone.

Czas wszystko przysypał popiołem
I zdaje się aż nieprawdziwe,
Że kiedyś byłyśmy młode,
Radosne, beztroskie, szczęśliwe.

Że chleb nam czarny smakował,
A ręce do pracy się rwały
I ciało było sprężyste
A w zębach orzechy trzaskały.

Było, przeszło, uciekło
I wracać do tego nie trzeba
Mijamy, mijamy, mijamy.
Idziemy prosto do nieba.

A ja sobie myślę kochana,
Choć śmieszne to może się wyda,
Że w niebie już czeka na nas
Maleńkie miasteczko Lida.

I kiedy się skończy wędrówka,
To tam zadomowić się przyjdzie.
Będziemy wtedy szczęśliwe,
Jak dawniej, jak w naszej Lidzie.

Eleonora Cichocka