Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Chcieliśmy poczuć się Polakami
(Wywiad z Teresą Sieliwończyk, prezeską Klubu Polskiego w Baranowiczach)

 

W poprzednim numerze "Ziemi Lidzkiej" nasi Czytelnicy mieli okazję zapoznać się ogólnie z problemami środowiska polskiego w Baranowiczach. Dzisiaj pragniemy Państwu zaprezentować Klub Polski w Baranowiczach z pierwszej ręki. Udało nam się namówić p. Teresę Sieliwonczyk, prezeskę tegoż Klubu i jego jednocześnie współzałożycielkę, do opowiedzenia o pracy tej organizacji, o sobie i o prob­lemach baranowickich Polaków. Wywiad nagrywany był we wrześniu 1993 r., podczas wyprawy po Nowogródczyźnie, kiedy to przez tydzień serdecznej gościny udzielił nam właśnie Klub Polski w Baranowiczach. Wywiad przeprowadzał specjalnie dla Czytelników "Ziemi Lidzkiej" Robert Kuwałek.

Z. L. Jakie były początki Klubu Polskiego w Baranowiczach?
T. S. Zaczynało się wszystko od nauki języka polskiego. Wtedy jeszcze była to mała grupa uczących się - 15 osób dorosłych i 30 dzieci. Było to w 1988 r., a pracę zaczynaliśmy w Domu Kultury Budowlanych. Później grupa ta przekształciła się w koło osób, Polaków, którzy chcieli się skupić nie tylko koło Kościoła. Chcieliśmy poczuć się Polakami, nie tylko na wspólnej modlitwie. Zaczynaliśmy organizować imprezy, takie tradycyjne, polskie. A w ogóle zaczęło się od przeczytania artykułu, jeszcze w dawnej "Przyjaźni", którą można było kupić w każdym kiosku na Białorusi. Artykuł opowiadał o grupie Polaków w Lidzie, którzy sami zaczęli się organizować. Najpierw moja mama (p. Elżbieta Dołęga-Wrzosek, dyrektorka społecznej szkoły polskiej w Baranowiczach - przyp. red.) pojechała do Lidy, potem do Wilna. Ja jeździłam do Grodna i szukaliśmy formy - czym ma być nasza organizacja? Rozumie­liśmy, że będzie to organizacja społeczna, tylko na początku chcieliśmy, naturalnie nauczyć ludzi języka polskiego, kontynuować rozwój kultury polskiej na tym terenie.
Z. L. Jak wyglądał początek tej pracy? Jacy ludzie pierwsi zgłosili się do Was, do pracy? Czy byli to ludzie już obeznani z językiem polskim, mówili w tym języku, czy zaczęli go używać dopiero pod Waszym wpływem?
T. S. Po polsku zaczęli rozmawiać dopiero w Klubie. To znaczy, u nas tak dziwnie się składa, że język polski znają osoby starsze i poprzez naszą szkołę - szkoła, jak Pan wie, jest już bardzo duża - dzieci, które ślicznie rozmawiają po polsku. Dopiero wtedy zaczęli rozmawiać ich rodzice. Średnie pokolenie praktycznie nie rozmawia w języku ojczys­tym. Naturalnie, ani już nie czyta, ani nie pisze. Pod wpływem dzieci zaczęli uczyć się języka.
Z. L. Będąc tutaj, na posiedzeniu Zarządu, zauważyłem, że w zasadzie cała praca opiera się na Pani i Pani mamie...
T.S. Nie, nie wiem dlaczego Pan tak wywnioskował? Jest dużo ludzi, którzy pomagają w pracy Klubu. Jest takie rosyjskie powiedzenie: "Odin w polie, nie woin", tak, że we dwie nic nie zdziałałybyśmy. Jest grono osób, które Pan widział, a które poświęcają Klubowi bardzo wiele czasu. Poza tym, czasem ludzie nie znają pracy społecznej. Są organizacyjnie dość słabi, ale naprawdę bardzo się starają. Myślę, że wiele osób wspiera naszą działalność, pomaga i dużo robi.
Z. L. Ilu obecnie członków ma Klub?
T. S. Do Klubu należy teraz ponad 1000 osób. Jest to bardzo dużo, ale jak to zwykle bywa, tych działających jest o wiele, wiele mniej. Ale tak jest na całym świecie, w każdej organizacji.
Z. L. A ile jest obecnie dzieci uczących się języka polskiego?
T. S. Obecnie naukę pobiera około 400 osób. Chociaż jest to za dużo, jak na nasze warunki. W momencie, kiedy wejdziemy do naszego, nowego Domu Polskiego, o którym marzymy, który nam się śni, z pewnością będzie to wtedy większa szkoła.
Z. L. Czy oprócz Waszego Klubu, działającej w jego ramach szkoły, tutaj, w Baranowiczach prowadzone jest jeszcze gdzieś nauczanie języka polskiego?
T. S. Tak, jest. Staramy się bardzo, by w mieście wykładali ludzie z naszego Klubu. Chodzi o to, żeby zapanować nad tą sytuacją i ściągać do nas osoby polskiego pochodzenia. Jednakże inaczej wygląda nau­czanie języka polskiego, jako ojczystego, jak to ma miejsce w Klubie, a inaczej, niż nauczanie tego przedmiotu jako języka obcego, jak to jest w mieście. W punktach, poza Klubem, polskiego naucza się właśnie na zasadzie języka obcego lub tzw. fakultatywów, ale raczej jako język obcy.
Z. L. Jak układają się Wasze stosunki z miejscowymi władzami?
T. S. Stosunki, jak narazie, układają się dość normalnie...
Z. L. Nie patrzą władze na Was krzywo, że istnieje tutaj taki ośrodek polskości, w centrum miasta?
T. S. Jeżeli będziemy zwracać uwagę na każde krzywe spojrzenie, to czy będziemy mogli coś zrobić? Czasem trzeba nie zauważać tego krzywego spojrzenia.
Z. L. Oprócz Baranowicz istnieją również okolice...
T. S. Tak, w okolicach istnieją polskie wsie, jak np. Nowa Mysz, gdzie mieszka dużo Polaków, Stołowicze - tam jest już ich mniej, Iszkołdź. Te są chyba najbardziej znane. Wiele wiosek zostało wynisz­czonych lub wielu Polaków zostało z nich wywiezionych. Język polski nauczany jest również w Nowej Myszy, w Stołowiczach i Iszkoldzi. Nie zawsze robią to nasi ludzie. W Nowej Myszy istnieje oddział ZPB. W Stołowiczach wykładają natomiast nauczyciele z naszego Klubu.
Z. L. Czyli w Nowej Myszy istnieje osobna organizacja - oddział Związku Polaków na Białorusi?
T. S. Tak, ale działamy razem. Klub Polski w Baranowiczach jest zbiorowym członkiem ZPB, chociaż pracujemy na trochę innych zasadach. Po ostatnim Zjeździe ZPB w Grodnie, ustalono, że każde polskie towarzystwo może należeć do ZPB na zasadzie zbiorowego członka.
Z. L. Czy Grodno wykorzystuje Wasze doświadczenia w nauczaniu?
T.S. Raczej nie. Mamy trochę inne podejście do sposobu nauczania. Chciałabym tutaj zaznaczyć, że inna sytuacja jest w Grodnie, a inna w Baranowiczach. W Grodnie mieszka bardzo duży procent Polaków, natomiast w Baranowiczach stanowią oni tylko 5% ogółu ludności. Jest
nas mniej i najwięcej możemy zrobić tutaj, bo to jest cenrum miasta. Ludzie mogą dojechać do Klubu z każdej dzielnicy. Mogą się tutaj między sobą zapoznać. Mieliśmy już dzięki temu trzy wesela polskie i ci młodzi poznali się właśnie w Klubie. Ztego też się cieszymy, bo jest to ten przyjemny aspekt naszej działalności. Dobrze jest, gdy Polak żeni się z Polką, a wcześniej Polacy nie mieli miejsca, żeby się poznać między sobą.
Z. L. W zasadzie, gdy wokół na Białorusi słyszy się, że młodzież nie ma gdzie się spotykać, bo zamyka się Domy Kultury, Wy stanowicie chwalebny wyjątek. Jesteście przykładem odwrotnego procesu, skupiacie bardzo wiele młodzieży. Sam byłem świadkiem, że oto babcia przy­prowadza do Klubu wnuczka, bo wnuk usłyszał od kolegów, że tu uczą języka polskiego i przychodzi młodzież. Czy jesteście na tyle atrakcyjni dla młodzieży, że przychodzi do Was również młodzież białoruska?
T. S. Owszem, przychodzi. Tylko, że w tej sytuacji, w jakiej znajdujemy się obecnie, nie możemy, niestety prowadzić aż tak szeroko otwartej działalności. Staramy się. Przychodzi do nas młodzież białorus­ka, ale nam głównie zależy na młodzieży polskiej. Może, gdy rozroś­niemy się, okrzepniemy, gdy powstanie Dom Polski, będzie dużo miejsca, wtedy będzie nas więcej -i nauczycieli pracujących, i harcerstwo stanie na nogi - z pewnością będziemy wtedy zapraszać więcej ludzi. Teraz, niech mnie nie posądzają o szowinizm, czy nacjonalizm, po prostu nie stać nas na prowadzenie wielkiej propagandy kultury polskiej dla wszystkich mieszkańców. Po prostu mamy za mało i miejsca i czasu.
Z. L. A co się stanie z tym budynkiem, gdy powstanie Dom Polski?
T. S. Niestety, jest tylko w ajencji i narazie nie stać nas na jego wykupienie. Ten domek należał kiedyś do hrabiny Rozwadowskiej, która sprzedała go kolegom. Jesteśmy naprawdę wdzięczni kolejom białoruskim za udostępnienie nam tego domu, bowiem do kolekcji białoruskich należy ten dom. Zresztą mamy doskonałe stosunki zarów­no z kolejami białoruskimi, jak i polskimi. To jest taki pierwszy przykład rzetelnej, normalnej współpracy.
Z. L. Mam teraz pytanie natury osobistej. Jak Pani godzi obowiązki domowe i rodzinne z pracą społeczną?
T. S. Bardzo trudno. Jakoś to godzę. Mam bardzo wyrozumiałą rodzinę, popierającą mnie. Ale, niestety mój stan zdrowia nie pozwala mi ostatnio na nadmierne przepracowywanie się. Nie mogę ostatnio poświęcać pracy tyle czasu, ile powinnam, jak sądzę, ale jakoś się układam w te 24 godziny. Każdemu z nas brakuje czasu. Gdyby doba miała jakieś 48 godzin, może byśmy się wtedy wyrabiali ze wszystkim.
Z. L. Co Pani poradziłaby innym, nawet oddziałom ZPB, tak, jak np. w Lidzie, gdzie sytuacja z nauczaniem języka polskiego nie jest najlepsza?
T. S. Ja bardzo nie lubię rad. Trzeba naprawdę wyczuć sytuację, w której człowiek lub organizacja znajduje się. Inna sytuacja jest, jak już mówiłam w Baranowiczach, zupełnie inna w Lidzie. Jedyna moja rada to - pracować! Nie czekać aż przyjdzie jakiś "dobry wujek" i wszystko za nas zrobi. Dobrze jest, jak w Grodnie, gdzie powstaje polska szkoła, są już pierwsze klasy. Tam jest to dobre. Nie wiem, jak to by ułożyło się w Lidzie? Ale takie szkoły sobotnio-niedzielne, jak w Baranowiczach są też jakimś rozwiązaniem. Przez tego typu szkoły przeszły pokolenia Polaków na Zachodzie. Myślę, że trzeba coś robić, żeby uczyć dzieci i dorosłych, a jakim sposobem, każdy powinien wybrać sobie sam.
Z. L. Czy uważa Pani, że na Białoruś powinni przyjeżdżać nauczyciele z Polski, by tutaj uczyć polskie dzieci?
T. S. Jak najbardziej, ponieważ nie stać nas narazie na własne nauczanie na należytym poziomie. Bardzo dobrze, że mamy własnych nauczycieli, ale nie są to przeważnie fachowcy. Oni nauczają, można powiedzieć, własnym sercem. To jest jakieś wyjście, że przyjadą nau­czyciele z Polski. My sami czekamy na taką nauczycielkę, bo się nie wyrabiamy.
Z. L. Efekty tego będzie widać w pracy.
T.S. Tak, chociaż nie mogę nic zarzucić naszym nauczycielkom, które pracują z dziećmi, bo naprawdę pracują, poświęcając dużo swojego czasu. Pracują oczywiście społecznie, mają dużo chęci, żeby coś nauczyć dzieci. Ale chciałoby się przejść na wyższy poziom. Ja zawsze w ludziach cenię fachowość i mimo wszystko powinni pracować fachowcy. Czekamy również na młodzież, która powinna wrócić ze studiów, z Polski, ale do tego czasu mamy jeszcze trzy lata.
Z. L. Ile osób macie na studiach w Polsce?
T.S. Na studiach mamy 10 osób, ale nie wszyscy studiują polonis­tykę. Chociaż cieszymy się, że będziemy mieli inżynierów, lekarzy - po prostu inteligencję, a nam bardzo na nich zależy, to znaczy, żeby Polak był osobą wykształconą i dobrze pracującą.
Z. L. Dziękujemy Pani za rozmowę i życzymy sukcesów w dalszej pracy, a Pani, osobiście, zdrowia i siły.
T. S. Dziękuję bardzo.

Wmurowanie kamienia węgielnego pod Dom Polski w Baranowiczach - na pierwszym planie prezes klubu p. Teresa Sieliwonczyk, w głębi p. Ambasador RP na Białorusi p. prof. Elżbieta Smułkowa, prezes ZG ZPB Tadeusz Gawin, oraz przewodniczący Wspólnoty Polskiej prof. dr hab. Andrzej Stelmachowski.