Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Polskość na lidzkim bruku

 

Wpadły mi ostatnio w ręce (dzięki uprzejmości naszego współpracownika, p. Władysława Naruszewicza) materiały ze spisu ludności Lidy i powiatu lidzkiego z 1989 r., lektura tego zestawienia, które dla p. Naruszewicza przygotował lidzianin, p. Anatol Kulesz, wcale nie nastraja optymistycznie.
W1989 r. w Lidzie mieszkało na ogólną liczbę 91.263 mieszkańców, 34.044 Polaków, co stanowiło 37,3% ogółu ludności miasta, natomiast na terenie powiatu na 49.476 mieszkańców Polaków było 22.478 osób, czyli stanowili według oficjalnych danych 45,5%. Należy przyjąć, że w rzeczywistości liczba polskiej ludności na tym terenie była mocno zaniżona. Wszak wiele osób zmuszono do zmiany wpisu o narodowości w paszpor­tach. Niektórzy uczynili to sami, żeby dostać się na studia, czy na lepszą posadę. Ale nawet, jeżeli przyjąć za wiarygodne dane oficjalne, to należy stwierdzić, że Polaków na Ziemi Lidzkiej mieszka bardzo wielu, dalej, logicznie rozumiejąc, należałoby przyjąć, że polskość, a zwłaszcza język polski, powinny być tu powszechne. Niestety, do ziem dawnego ZSRR nie można pod­chodzić logicznie, bo nielogiczne było wszystko, co się tu działo i dzieje.
Tenże sam spis podaje również informacje, jakim językiem posługują się zamieszkujący Ziemię Lidzką mieszkańcy. Spośród tak dużej liczby Polaków w Lidzie, tylko 2.512 osób podało w ankiecie, że na co dzień używa w domu języka polskiego, a więc raptem tylko 7,4% ogółu Polaków. Natomiast aż 56% polskich mieszkańców Lidy mówi w domach w obcym języku rosyjskim - ciarki przechodzą po plecach. Pozostali używają języka białoruskiego, ale chodząc po Lidzie, nie odnosi się wrażenia, że jest to właśnie ten urzędowy język białoruski, jaki można usłyszeć w programach telewizyjnych nadawanych z Mińska.
Z tych danych wyłania się nam obraz totalnego wynarodowienia, prawdopodobnie nie tylko językowego, ale również kulturowego i świadomościowego.
W Lidzie nie ma zwyczaju używania języka polskiego! Od kilku lat polskie organizacje na Ziemi Lidzkiej walczą o odrodzenie polskości i nadal ojszysty, wydawa­łoby się język polski, dla samych Polaków jest językiem obcym lub starożytnym, wymarłym niczym łacina (wszak wielu lidzkich Polaków używa go tylko w koś­ciele, a i to może zaniknąć, gdy w pewnym czasie zostanie wprowadzona białorutenizacja liturgii, czego już teraz czynione są w licznych świątyniach próby). Wiele osób nie odczuwa ani chęci, ani potrzeby używa­nia języka polskiego, zachowania polskiej tradycji - wystarczy im tylko zapis w paszporcie.
Cała walka o odrodzenie języka i tradycji narodowej w Lidzie, i w powiecie lidzkim po pierwszym okresie-euforii, gdy zaczęły powstawać polskie organizacje, rozbija się o obojętność i zastraszenie Polaków. Ludzie są obojętni wobec problemu polskiej szkoły, organiza­cji, czy wszelkiej działalności społecznej. Wielu uważa, że jeśli dziecko będzie chodzić do polskiej szkoły, to nie zrobi potem kariery - nie każdy musi robić karierę, ale każdy powinien być świadomy swojej przynależności narodowej. Czy którykolwiek z rodziców zastanowił się nad tym, że decydując za własne dziecko o jego wy­kształceniu, niejdnokrotnie wyrządza mu krzywdę, że oto za kolejne 10-20 lat wyrośnie nowe pokolenie beznarodowych, "paszportowych Polaków", którzy dla Polaków w Polsce będą "ruskimi", Białorusinami, któ­rym nie warto pomagać, bo to są obcy!
Jakże łatwo zastraszyć lidzkich Polaków. Wystar­czy, że dyrektor szkoły (sam zresztą Polak), w polskiej dzielnicy, podrze podanie o przyjęcie dziecka do polskiej klasy, pokrzyczy w zaciszu swojego gabinetu na nie­zdecydowanych rodziców, a już wszyscy potulnie za­działają, jak za sowieckich czasów, stwierdzając, że władza jest silniejsza i nikt z nią nie wygra, więc po co się starać? Wystarczy, że jedna osoba (też Polak!) napisze bezsensowny artykuł o tym, że Polakom nie potrzebna jest polska szkoła, a już większość mu przyklaśnie, bo pociecha nie będzie lekarzem, dyrektorem, czy inżynie­rem, jeżeli nie zapomni, że jest Polakiem.
Ale gdy pociecha wraz z mamusią, czy tatusiem pojedzie do Polski i stanie na bazarze, usiłując używać języka polskiego, usłyszy, że jest "ruskim", to po powrocie do Lidy ma żal do całej Polski, że nie uważa ich za Polaków - bo przecież on jest Polak! Tak, tylko że jest to tylko Polak z paszportu, który myśli, czuje, rozmawia i działa po rosyjsku, a nawet jeszcze gorzej, bo po sowiecku. Nie można jednak w Polsce czuć się tylko Polakiem, a na Białorusi, w Lidzie - Rosjaninem, Biało­rusinem, na zasadzie, po co nam polskość, skoro jesteśmy obywatelami państwa białoruskiego.
Właśnie dlatego, że żyje się na Białorusi, że przez tyle lat na siłę było się wynaradawianym, że się z nas wy­śmiewano i lżono nas, teraz trzeba udowodnić, że byliśmy i jesteśmy silni, że się nie daliśmy i chcemy udowodnić, że Polak to nie tylko zapis w paszporcie.
Redakcja
Ps. Zapraszamy naszych Czytelników do wspólnej dyskusji nad poważnym odrodzeniem polskości w Li­dzie i na Ziemi Lidzkiej. To, co się dzieje obecnie, chociażby w kwestii organizacji klas polskich w lidzkich szkołach, wymaga gruntownego przemyślenia i przystąpienia do energicznego działania. Inaczej cała polska praca społeczna, prowadzona w Lidzie traci swój sens i skończmy wreszcie dyskusję nad tym, czy szkoła polska Polakom w Lidzie jest potrzebna, czy nie. Na to był czas w 1987 r., na początku naszej działalno­ści. Całe zamieszanie, jakie ma miejsce obecnie w Li­dzie z polskimi klasami, świadczy tylko dobitnie o tym, że nasi Polacy nie myślą i nie chcą nawet myśleć o swoich problemach, może one ich przerastają, albo do nich nie dorośli. Liczymy na to, że może nasi Czytelnicy podpowiedzą nam, jak odrodzić polskie szkolnictwo w Lidzie i na Ziemi Lidzkiej.