Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Huta nad Niemnem

 

W połowie drogi z Lidy do Nowogródka szosa przecina Niemen. Stał tu kiedyś kościółek św. Anny i tędy przejeż­dżała wąskotorówka wożąca do Nowojelni szkło, a w drodze powrotnej piasek z rzeki. Kolejka pokrywała kilka kilometrów i wjeżdżała do Brzozówki, czyli do Hut Szklanych "Niemen" Juliusza Stolle.
Pradziadek Juliusza, Józef Stolle mieszkał w połowie XVIII w. w małej mieścinie Chribska (Kreibitz) na pograniczu czesko-niemieckim w Sudetach. Wprawdzie rodzinie Stolle udowodniono związki ze szklarstwem dopiero od połowy XIX w., sam fakt, że wywodzili się z rejonu o wspaniałych tradycjach produkcji szkła artystycznego pozwala przypuszczać, że nie byli nowicjuszami w branży. Hutnicy szkła często wędrowali po tej części Europy. Z Czech i Śląska najchętniej sprowadzano fachowców całymi rodziami. Juliusz Stolle pracował jako malarz w hucie "Dąbrowa" w guberni lubelskiej (dokładnie koło Łukowa - przyp red.) - były to lata osiemdziesiąte XIX w. W nie tak odległej hucie "Czechy" w powiecie łukowskim, należącej zresztą do rodziny Hordliczków, zdobywał doświadczenie jego przyszły wspólnik i jak się później okazało powinowaty, Wil­helm Krajewski.
Trochę ponad sto lat temu, w 1891 r., obaj panowie wydzierżawili na spółkę nad Niemnem hutę, która produkowała grube, zielone butelki do piwa. Interes okazał się dobry. Praca była tania, Niemnem płynęło z Puszczy Nalibockiej drewno do opalania pieców. W trzy lata później huta zatrudniała już dwustu ludzi. Z początkiem XX w. można było nawet wykupić pobliski konkurencyjny zakład.
Jak w sagach o przemysłowcach i wspólnikach, dwie córki Krajewskiego wyszły za mąż za dwóch młodych panów Stolle: Stanisława została żoną Feliksa, Bolesław ożenił się z Janiną (trzecia, Maniusia, zaręczona z trzecim Stolle, straciła narzeczo­nego w wojnie bolszewickiej). Huty szkła "Niemen" stawały się przedsiębiorstwem rodowym. Działały od początku tylko w oparciu o własny, polski kapitał, co było w tym czasie ewenementem. Zniszczone w 1915 r. przez wycofujących się Rosjan, odbudowane, jeszcze raz zrujnowane w czasie wojny bolszewickiej 1920 r. i znów odbudowane, wznowiły produkcję w 1920 r. Wracali z wojny robotnicy, wracali właściciele: Feliks odznaczony Virtuti Militari.
Najtrudniejszy okres w połowie lat dwudziestych huta przetrwała dzięki rządowym zamówieniom na izolatory dla poczty i kolei. Czym była wtedy dla wyniszczonej wojną, biednej okolicy, łatwo zrozumieć. Ale huta dawała nie tylko pracę i zarobek. Rodziny hutnicze mieszkały w osiedlu fabrycznym tuż przy zakładzie, żeniły się między sobą, modliły się w kaplicy razem z niezapomnianym księdzem Bajkiewiczem, wychowawcą młodzieży, uwielbianym przez dzieci, w czym zresztą jakąś rolę odgrywał jego brawurowo prowadzony motocykl.
Juliusz Stolle tworzył wokół zakładu małą, zwartą społecz­ność polskich robotników, utożsamiających się z hutą - najwięk­szym przedsiębiorstwem przemysłowym w województwie. W Brzozówce powstał sklep, szkoła, drużyna harcerska - ta ostatnia zwłaszcza była zupełną nowością.
Brzozówka stanowiła prawdziwą rodzinę fabryczną. W1924 roku, tym samym, w którym Juliusz Stolle przekształcił hutę w spółkę akcyjną z udziałem obu synów, rozpoczęła się budowa kościoła. Część pieniędzy i działkę dał właściciel, resztę zebrali między sobą mieszkańcy. Dziś po kościele Zesłania Ducha Świętego nie ma śladu1. Najpierw Niemcy wycięli stare sosny wokół świątyni, potem po 1944 r., wnętrze zdemolowali i roze­brali Sowieci. Dwa obrazy udało się przewieźć do fary w Nowo­gródku, z drewna z rozbiórki postawiono domy, a na fundamen­tach kościoła stanął chlew.
Juliusz Stolle zmarł w 1927 r. Starsze pokolenie hutników powoli odchodziło na emeryturę, młodych uczyli najlepsi spec­jaliści. Hutę prowadzili teraz Bronisław (dyrektor naczelny) i Feliks; pierwszy zajął się zbytem, drugi produkcją. Przy ojcu i stryju coraz częściej widywało się Stasinka, syna Feliksa, jeszcze za życia dziadka Juliusza szykowanego na dyrektora. Fabrykę poznawał od szóstego roku życia. Kiedy przyjeżdżał na wakacje z wileńskiego gimnazjum Zygmunta Augusta, musiał przesiady­wać w biurze zamiast ganiać z chłopakami nad Niemnem. Jego przyszłość była postanowiona: napierw matura, potem studia w Niemczech, bo w Polsce nie było wydziału technologii szkła, i powrót do "Niemna" na stanowisko dyrektora.
Jeszcze przed Wielką Wojną katalog firmy obejmował dwa tysiące pozycji. Teraz jedna czwarta eksportowanego z Polski szkła pochodziła właśnie z "Niemna", a zważywszy, że huta zdominowała polski eksport do Francji i była jedyną wytwórnią wysyłającą swe wyroby do Holandii, czyli na bardzo trudne i wybredne rynki, można stwierdzić, że stała się potentatem. Hucie "Niemen" można wróżyć coraz lepszą przyszłość - pisał w 1936 r. w przewodniku po powiecie lidzkim Antoni Grzymała-Przybytko. - Pracuje na trzech piecach i zatrudnia około 750 pracowników. Wyrabia szkło wszelkiego rodzaju (z wyjątkiem szybowego), począwszy od wyrobów luksusowych, a kończąc na najprostszych rzeczach".

***

Szkło z "Niemna" było doskonałe, niezbyt drogie i nowo­czesne. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych "Niemen" zaczął bowiem produkować nowe, grubościenne, masywne szkło w tzw. stylu kubicznym. Bronisław Stolle znakomicie orientował się w produkcji najlepszych europejskich wytwórni, w tendenc­jach projektantów, wreszcie w modzie panującej na rynku. W projektach "Niemna" często można odnaleźć inspiracje czeskie i francuskie, powszechnie stosowane wtedy motywy art deco, zestawianie płaszczyzn błyszczących i matowych, bardzo proste formy naczyń. Autorstwa poszczególnych projektantów trudno dziś dociec. Powstawały wspólnym wysiłkiem dyrektora i projektantów - Sylwestra Wasilewskiego, a potem Michała Titkowa, też zresztą dalekiego krewnego Stollów, podobnie zresztą jak pokolenia znakomitych technologów Szallów.
W katalogach huty z lat trzydziestych jest ponad 1800 wzorów produkowanych seryjnie. Ale katalog obejmował tylko połowę produkcji. Drugą połowę stanowił eksport, zwłaszcza po zniesieniu prohibicji w USA - zestawów do napoi alkoholowych na nowy i niezwykle chłonny rynek.
To jedna strona działalności huty. Była i druga - pojedyncze, wyjątkowe wyroby na specjalne zamówienie. W hucie "Niemen" powstała urna na serce marszałka Piłsudskiego, zastawa stołowa do rezydencji prezydenta Rzeczypospolitej i znana dziś tylko z opisu lampa, którą krakowski kupiec Gross zamówił dla perezydenta Mościckiego. Miała kulistą podstawę oplecioną barwnymi, jesiennymi liśćmi klonu i sylwetkę Zamku Królews­kiego z oświetlonymi oknami na kloszu.
Cóż więc się dziwić, że szkło z "Niemna" zdobyło sobie pozycję na świecie. Paweł Banaś, znawca dziejów huty, przyta­cza opowieść, jak to sam Bronisław Stolle zdumiał się kiedyś widząc wyśrubowaną cenę swoich wyrobów w Galerie Lafayette w Paryżu. "Nic w tym dziwnego, to przecież Stolle" - uspokajała go panienka zza lady.
Ale przyszła wojna. Obu braci zabrali Sowieci zaraz na początku wojny. Bronisław z więzienia trafił do obozu i tam zmarł. Feliks odmówił pracy dla sowieckich władz. Dwa lata później Niemcy aresztowali Stanisława, który powrócił do "Niemna". Miał zostać rozstrzelany, później - wywieziony do Niemiec, ale niemieckie miasta bardzo potrzebowały szkła, zwłaszcza okiennego. Huta pracowała, robotnikom płaciło się szkłem, mąką z własnych młynów zakładu, wyrobami.
Stanisław Stolle miał jednak zupełnie inne plany. Po słyn­nych trzech dniach wolności w "Niemnie", kiedy Polacy spili i rozbroili nielicznych niemieckich wartowników (reszta właśnie wyjechała świętować jakieś uroczystości), kiedy odprawiono polską mszę ze śpiewami, a nad wszystkim wysoko powiewała biało-czerwona flaga, Stollowie nie mieli już czego szukać w "Niemnie". Stach i jego młodszy brat Leszek z innymi poszli do lasu. Rannego w akcji na Wsielub i "zagipsowanego" Stacha wyekspediowano potem do Warszawy. Tam, nadal w gipsie, przeszedł powstanie warszawskie gdzieś w okolicach Filtrowej. Dotarł potem do Krakowa i uciekł do amerykańskiej strefy w Niemczech. Odzyskał swój berliński dyplom i został dyrektorem polskiej szkoły technicznej w Eslingen, a potem w Ludwigsburgu. Na początku lat pięćdziesiątych wyjechał do Austra­lii. Tam zmarł kilka lat temu. Jego szesnastoletni brat nie miał szczęścia. Skazano go na dwanaście lat pracy w Rosji. Odbył cały wyrok, przyjechał do Polski i tu pozostał. Ich siostra Prima zginęła na Syberii. W USA znalazła się natomiast córka Bronisława, Ina, która z małżeństwa z Węgrem Józefem Almassym urodziła czterech synów. Najmłodszy Steve, anglista i bibliotekoznawca pisze książkę, rozpoczynającą się w Czechach w XVIII w. Korzysta ze wpomnień matki, która opowiadała mu pamiętniki jego babki, Janiny z Krajewskich, spisywane od dzieciństwa...
Huta w Brzozówce pracuje nadal. Produkuje masówkę: klosze, wazoniki i szklanki. Stare wzory stoją pod kluczem w muzeum. Stoją też kilkudziesięcioletnie pracownicze domki z drewnianych bali. Ich mieszkańcy uprawiają parumetrowe ogródki pod oknami. Niektórzy znają stare dzieje z opowiadań rodziców. Gdy przyjeżdża ktoś, kto pracował tu "za pana Stolle", zwołują znajomych: "Iditie siuda, u nas balszyje hosti".

Anna Żukowska-Maziarska

Od 1991 r. trwa w Brzozówce budowa nowego kościoła, który stanie na miejscu dawnego, przedwojennego. Pisaliśmy o tym w numerze 4 "Ziemi Lidzkięj" - przyp. red.