Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Przelotowe miasto z tracycjami
(Lida i okolice we wspomnienach pani Janiny Burakowej)

 

Lida przed wojną była miastem przelotowym - tędy jechało się do Wilna, Nowogródka, Mołodeczna, Baranowicz i Grodna, ale była też ośrodkiem o wielkim podłożu historycz­nym, starającym się przed 1939 r. dbać o swoje tradycje. Stąd też spotkało się tutaj bardzo wiele interesujących osób, emanują­cych wykształceniem i wielką kulturą, a przy tym wspaniałych społeczników. Nadawali oni miastu charakter bardzo sym­patyczny. No bo jakże inaczej, niż sympatycznym, można nazwać lokalny obyczaj całowania wszystkich dziewcząt w pra­wosławną Wielkanoc. Korzystali z tego zarówno prawosławni Białorusini, jak i katoliccy Polacy, a dziewczęta obcałowywane były również bez względu na wyznanie. Albo ślizgawka na zamku Giedymina - ileż radości dawała szalona jazda na łyżwach tzw. płaścinkach.
W ogóle młodzież była wtedy też zupełnie inna niż dzisiaj. Przy swojej szczerej radości i sympatii, zauważało się wielki patriotyzm, czego dowodem była danina najpiękniejszych dni młodości i krwi oddana przez młodych lidzian podczas wojny. Większość lidzkich "sztubaków" zasiliła szeregi 77 lidzkiego pułku AK i nie zawiodła... Lasy nadniemeńskie, wiejskie cmen­tarze pełne są grobów tych, którzy oddali dobro największe - życie.
Skąd ten zapał? Komu go zawdzięczać? Odpowiedź jest prosta - odpowiednie wychowanie w domu i szkole, a przede wszystkim obcowanie ze wspaniałymi nauczycielami. Takimi byli i pozostali w mojej pamięci: prof. Eugenia Bogucka, polonista Brylski, dyrektor Henryk Żeligowski, który był bra­tankiem słynnego gen. Lucjana Żeligowskiego. Oczywiście do tego grona należy doliczyć również księży - rektora Alojzego Napieracza i prefekta Ludwika Ruska.
Każdy lidzianin zna, chociażby ze słyszenia, tragiczny los nauczyciela ze Szkoły Powszechnej Nr 5, położonej koło Zamku -  Jerzego Pazurkiewicza "Bakłażca". Ci, którzy przebywali w Lidzie w lutym 1945 r., pamiętają wstrząsającą egzekucję w centrum miasta, kiedy NWKD powiesiło publicznie tego wspaniałego człowieka.
Lida miała w ogóle szczęście do ludzi z inicjatywą, żeby wspomnieć tu na przykład Jana Bożka - nauczyciela, będącego jednocześnie założycielem przedwojennej "Ziemi Lidzkiej" i jej pierwszym redaktorem naczelnym w 1936 r. Po nim dopiero przyszedł Władysław Abramowicz, piastujący funkcję "naczel­nego" aż do września 1939 r. Jego kolegą redakcyjnym był Michał Ławrynowicz, człowiek o wielkiej kulturze. Do grona inteligencji zaliczali się również lekarz powiatowy dr Sopoćko, czy burmistrz Zadurski.
W Lidzie bywał w tym czasie słynny Juliusz Kłos, dobry znajomy mojego ojca, autor jednego z najbardziej znanych przewodników po Wilnie.
Chociaż Lida była tylko miastem powiatowym, ale posiadała aż trzy kina: "Era", "Edison" i "Maleńkie". Chlubiła się nowoczesną Szkołą Powszechną im. Gabriela Narutowicza na Wygonie. A sklepy? Kowieński prowadził sklep tekstylny, swoje sklepy posiadały również siostry Berdowskie. Najlepszą cukier­nią w mieście była "Amerykanka".
Niezmiernie interesujące były także okolice Lidy z ich wsiami, zaściankami i majątkami, w których kwitło bujne życie towarzyskie i kulturalne. Sama wychowałam się w niewielkim mająteczku - resztówce, w Janowszczyźnie, należącej do mojego ojca. Spośród naszych sąsiadów i znajomych pamiętam, że w Strzelnicy majątek posiadała pani Sieklucka, a jedna z jej czterech córek wyszła zamąż za starostę Zdanowicza. Właściecielem Hołdowa był Antoni Wołłejko, aresztowany przez bolszewików 2 XI 1939 r., natomiast pod Borkiem gospodarzył inż. Wincenty Wołłejko, wykładowca w Dąbrowie Górniczej. Rodzina Dobrzańskich, władająca Antonowcami, odkupiła ten majątek od adwokata Parczewskiego. Była też i żydowska rodzina ziemiańska - państwo Kupińscy z Tarnowa koło Białohrudy, którzy na święta wielkanocne przysyłali nam w pre­zencie macę.
W ogóle wieś lidzka miała mnóstwo swoich uroków, cieka­wych obyczajów. Któż dzisiaj pamięta o takich potrawach, jak podkałodka, czy saładucha - prosta potrawa, na którą składał się zasłodzony pod płomieniem rozczyn z mąki, podawany z ziemniakmi. Miasto było polsko-żydowsko-białoruskie, ale w Lidzie dominował głównie język polski, natomiast wieś posługiwała się językiem tzw. "prostym", a podział narodowo­ści, chociaż mieszkańcy wsi w swojej masie mówili właśnie tym językiem "prostym", był równie prosty - kto chodził do cerkwi, był Białorusinem, prawosławnym, a katolicy uważali się za Polaków, chociaż były i wyjątki od tej reguły. Pamiętam chociażby popa prawosławnego z Hołdowa - Śliża, który uważał się za prawosławnego Polaka.
Owe urocze, sympatyczne czasy minęły bezpowrotnie we wrześniu 1939 r. Przyszli Sowieci, pojawił się strach przed wywózkami, aresztowaniem. Potem Niemcy, trzeba było się bronić. Powstała Armia Krajowa, do której ściągnęła cała patriotyczna młodzież. Jedni szli z nakazu patriotycznego, inni, by uniknąć aresztowania, czy deportacji na roboty do Niemiec. Las stał się domem dla wielu ludzi.
I tylko czasami, w pamięci pojawia się wesoła piosenka śpiewana w Lidzie przed wojną, jakby na przypomnienie lepszych, weselszych czasów, które odchodzą wraz z ludźmi...:
Tam na Roślakach głos słychać z dala,
banda sztubaków, tam się opala.
Książki pod pachą, wesoło w głowie.
Słuchaj sztubaczko, co ja ci powiem:

Nie kochaj złego chłopaka
lecz całym sercem kochaj sztubaka.
Sztubak wesoły, nic go nie boli.
Za wszelką cenę wagary woli.

A po wagarach jeszcze weselej,
Gdy odprowadza sztubaczek wiele.
Świat się zmienił, mówią - rozpusta!
Niech żyją słodkie sztubacze usta!
(Wysłuchał i spisał R. K.)