Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Etnografowie z Warszawy w rejonie lidzkim

 

Już trzy razy gościli w tym roku w Lidzie studenci etnografii Uniwersytetu Warszawskiego. Przyjeżdżają na zaproszenie Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej i prowadzą badania w wioskach naszego rejonu. Poprosiliśmy, żeby opowiedzieli czytelnikom o tym, czym się zajmują. Pisze kierowniczka grupy, mgr Anna Engelking.
Któż to taki: "etnograf"? Chyba najprościej można powiedzieć, że jest to człowiek, który lubi wędrować po świecie, obserwować go i poznawać, a przede wszystkim spotykać ludzi, rozmawiać z nimi, dowiady­wać się, jak żyją, jak pracują, jak świętują, w co wierzą, co myślą, co śpiewają. Etnografa interesuje historia i dzień dzisiejszy tych społeczności, z którymi się spotyka; interesują go zwyczaje, obrzędy, pieśni, reli­gia, język - czyli to wszystko, co można określić słowem "kultura". Szczególnie kultura wsi, ponieważ to właśnie w wioskach można odnaleźć wiele śladów przeszłości, o których mieszkańcy miast nie pamiętają czy nie wiedzą, a które są wielkim bogactwem naro­dów. I dlatego chcemy to bogactwo utrwalić, żeby nie zaginęło, żeby nie zostało zapomniane.
Dlaczego to właśnie rejon lidzki zainteresował nas szczególnie? Co jest tutaj takiego ciekawego? Przede wszystkim fascynuje nas tutejsza różnorodność. Może na pierwszy rzut oka jej nie widać - kołchozy takie podobne do sowchozów, a ludzie wszyscy rozmawiają "po prostu". Ale kiedy tylko skręci się z szosy grodzień­skiej i zatrzyma dłużej czy to w Roubach, czy w Papie­rni, Radziwoniszkach, czy Feliksowie, kiedy dotrze się do Pielasy i Surkontów, okazuje się, że otwiera się przed nami bardzo ciekawy świat. Jesteśmy w wios­kach chłopskich i okolicach szlacheckich. Spotykamy katolików, prawosławnych, starowierów. Słuchamy opowiadań o Żydach i Tatarach. Rozmawiamy "po prostu", po polsku, po rosyjsku i po litewsku. Tego wszystkiego nie ma w Warszawie.
Ale różnorodność to jeszcze nie wszystko. Ważne jest, że mimo różnic, ludzie żyją tutaj wspólnie, żyją zgodnie. Więcej ich łączy niż dzieli. Że wier mnoha, ale Boh adzin - te słowa słyszymy bardzo często. Biało­rusini mówią nam o Polakach: Polaki taki/e samy jak my. Tolki tam na Polszy wot uże inakszy. A tutejszy Polaki... może oniznajut jazyk polskij bolsze, ale takije samy. I rańsze byli takie same, i tiepier takie same. My ich nic ścieśniamysia, nie bo jamy ś i ani nas nie bojatsia. A Polacy o Białorusinach: Białorusini jest bardzo tolerantny naród i dlatego nie ma międzynarodowych kłótni. W wierze nijakiej różnicy nie ma, tylko my do kościoła, oni do cerkwi, my po swojemu, oni po swojemu. Jest takie Ruskie, co i lepsze niż nasze Polskie. Człowiek zawsze taki sam.
Tak zresztą było na tych ziemiach od wieków. Historia mówi, że przez te tereny przebiegała granica między osadnictwem bałtyckim i słowiańskim; Litwini i Rusini żyli tutaj po sądziedzku. I byli gościnni wobec przybyszów z innych stron. Pięknie pisał o tym Józef Mackiewicz, pisarz wierny tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego: Były to ziemie nie tylko litewskie, biało­ruskie i polskie jednocześnie, zamieszkiwali je też Żydzi i Rosjanie; na tych ziemiach zwycięscy w wojnach tatarskich wielcy książęta osadzali przed wiekami jeń­ców, dając im grunty i przywileje. Dlatego wśród sosen północnych zdarzało się spotykać jeszcze minarety z półksiężycem; kościoły katolickie budowano przewa­żnie w stylu... Ale opisywać szczegółowo ludzi tego kraju byłoby równie długo, co wymieniać wszystkie jego rośliny, zwierzęta albo rzeki i jeziora...
Właśnie - nie da się opowiedzieć szczegółowo o wszystkich ludziach, których spotykaliśmy (już mog­libyśmy napisać o nich grubą książkę, a przecież jeszcze chcemy przyjeżdżać...) i o wszystkim, co usłyszeliśmy. Więc może kilka słów o tym, co było tutaj dla nas nowe, czego nie znaliśmy z Polski. O tym, czego na Podlasiu czy na Mazowszu etnograf już nie odnajdzie.
Wielkanocny zwyczaj winszowania przez "ałkalników" czy "żaczków" znamy w Polsce tylko z książek. A tutaj ludzie dobrze go pamiętają, a zdarza się, że sami jeszcze chodzą winszować, śpiewając: W niedzielę raniutko, jak słoneczko wschodzi. Matka Boska po niebie smętnie chodzi.
Nie słyszeliśmy wcześniej o cudownych właściwo­ściach chleba świętej Agaty, który chroni od ognia, chorób, zabłądzeniu i tylu innych nieszczęść. Słyszeliś­my o nim i od katolików i od prawosławnych; pokazy­wano go nam, dawano...
W Polsce ludzie pamiętają, że kiedyś leczyło się choroby zamowami, pamiętają, że kiedyś byli w wios­kach "szeptuny" - ale to było kiedyś; teraz już spotkać szeptuna bardzo trudno. A tutaj oni byli i są: szeptuny, wróżę, nawet czarnokniżniki. Dużo się dowiedzieliśmy o leczeniu chorób, zdejmowaniu uroku, przestrachu, o czarach...
Po raz pierwszy widzieliśmy piękny zwyczaj wspo­minania zmarłego na mogiłkach prawosławnych i zo­stawiania na grobie jedzenia. Po raz pierwszy też spotkaliśmy ubogich, którzy modlą się za dusze-w Po­lsce ta tradycja jest już prawie całkiem zapomniana. Zapomniano też bardzo wiele starych pieśni pogrzebo­wych, jakie tutaj można jeszcze usłyszeć. Na przykład pieśń Wyszła dusza, wyszła z ciała, na zielonej łące stała. Stała, stalą, zapłakała: Gdzie ja będę nocleg miała... jest bardzo stara - jej najdawniejsza znana wersja była zapisana w XV wieku.
Albo pieśni, które śpiewało się przy pracy, przy żęciu żyta: Huduć, huduć paludniczki... W Polsce trudno już spotkać kogoś, kto by pamiętał, że przy pracy w ogóle się kiedyś śpiewało...

Anna Engelking