Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Na parafii w Berdówce

 

"Na plecach nosiłem materiał budowlany, malowałem filary. Sił tylko od Pana Boga starczyło, ale kościół mamy. Chcemy poszerzyć kościół, żeby był taki duży, jak ten dawny. Budynek trzeba obłożyć cegłą, postawić dzwonnicę, bo co to za kościół bez dzwonnicy? Potrzebny jest też i nowy dach oraz sufit, żeby było wyżej. Udało się uratować dwie dawne klasy przed zniszczeniem. W jednej obecnie jest zakrystia, a w drugiej salka katechetyczna. Chciałoby się wybudować nową plebanię. Kołchoz obiecywał nawet pomoc, ale skończyło się tylko na obietnicach. Chcieliśmy adaptować na plebanię któryś z sąsied­nich budynków, stojących na przykościelnym placu. Władzy jednak szkoda się zrobiło placu. Bardzo szybko w jednym budynku zor­ganizowali Muzeum Krajoznawcze, do którego nikt nie chodzi, a w dru­gim Dom Kultury, byleby tylko nie oddać parafii, a przecież w 1957 r. zabrali nam wszystko: kościół, plebanię i plac. Ksiądz początkowo mieszkał u mnie. W jednym pokoju mieszkałem ja razem z żoną i wnukiem, a w drugim ksiądz, ale najważniejsze, że jest już i budynek i ksiądz".
Parafię w Berdówce obsługuje ks. Stanisław, który przed kilku laty służył wiernym w kościele na Słobódce, a potem przeniósł się właśnie tutaj. Ludzie go szanują za dobroć i pracowitość. "Do naszego kościoła przychodzą także berdowscy prawosławni" - mówi p. Bil - "Stwier­dzają, że ks. Stanisław jest lepszy od batiuszki w cerkwi. Nauczycielka muzyki z miejscowej szkoły, sama prawosławna, jest u nas organistką i wszyscy ją chwalą, bo pięknie gra i śpiewa. Ale ludzie tutaj są różni. Nie wszyscy chcą pracować. Trafiają się też tacy i w komitecie parafialnym. Jest nawet taka osoba w komitecie, która jeszcze ani razu nie była w kościele. Aktywnie pracuje nas raptem trzy osoby. Ludzie odwyku' od kościoła, nie mówiąc już o polskości. Co tu pytać o naukę języka polskiego, skoro dzieci nie potrafią nawet przeżegnać się. Ludzie odwykli, głównie młodzież. Ojciec mój niegramotny był, ale w domu pilnował, żeby wszyscy chodzili do kościoła i znali polski. Moje wnuczki żyją w Wilnie, rozmawiają po polsku. Ja sam słucham polskiego radia, a w domu trzymam polską "Kantyczkę". W berdowskiej szkole było nawet nauczanie języka polskiego, ale odkąd nauczycielka poszła na urlop macierzyński, nikt się tym nie interesuje, pomimo że władza nie sprzeciwia się. Predsicdatiel kołchozu widzi, że w kościele nic złego się nie dzieje. Sam nawet stawał w obronie budynku, gdy dyrektor go niszczył, ale bardziej w pomoc nie angażuje się".
Rzeczywiście, koło budynku kościelnego stoi kilka drewnianych i jeden murowany dom, na którym wiszą sowieckie transparenty - sierp i młot z napisem "Sława trudu". Na drugim portret Engelsa i tekst wojskowej przysięgi Armii Radzieckiej, ot berdowska rzeczywistość. Obojętna władza, obojętni ludzie, a czas się zatrzymał w miejscu. W salce katechetycznej przeglądam szafy biblioteczne. Obok literatury religijnej, niezbędnej przy katechizacji, na półce znajduję także komplet Elementarzy wydanych przez Fundację im. T. Goniewicza, więc może nie jest aż tak tragicznie z tym nauczaniem języka polskiego.
Koncert dobiegł końca. Ludzie rozchodzą się do domów. Naszą grupą zaopiekował się ks. Stanisław. Zaprasza nas na obiad do stołówki, gdzie wszystko jest już gotowe - gorąca zupa i smaczne gołąbki. Obsługują nas miłe panie, a ksiądz proboszcz dogląda, czy niczego nie brakuje. Widać, że jest bardzo zadowolony, że w Lidzie nie zapominają o nim. My natomiast, wdzięczni za tak gościnne przyjęcie, dziękujemy chóralnie. Odjeżdżamy z Berdówki. W uszach mam jeszcze ostatnie słowa pana Bila: "Chcę wszystko doprowadzić do końca, żeby kościół był kościołem. Jeśli Bóg da siłę, uda zrobić się wszystko. Wytrwałości mi wystarczy, a reszta to dar od Pana Boga".

Robert Kuwalek Aleksander Siemionow