Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Ziemia Lidzka przed laty
Wspomnienia nauczyciela z Ogrodnik i Iszczołny

 

W Lublinie zamieszkuje od 1956 r. (od chwili powrotu z zesłania z łagrów w Workucie) p. Czesław Rejmak, rodowity lublinianin, absolwent lubelskiego Seminarium Nauczyciels­kiego, który w połowie lat dwudziestych został skierowany przez władze szkolne do pracy nauczycielskiej w powiecie lidzkim. Pierwszą jego posadą była szkoła w Białohrudzie, a po roku objął kierownictwo w szkole powszechnej w Ogrodnikach i jednocześnie rozpoczął pracę jako nauczyciel śpiewu w Żeńs­kiej Szkole Zawodowej w Iszczołnie, prowadzonej przez Marię Laskowiczówną (pisaliśmy o niej w Nr 1 "Ziemi Lidzkiej"). Jako nauczyciel pracował do 1944 r. Pan Rejmak zgodził się podzielić się z nami swoimi wspomnieniami z tego okresu życia.

W kilka lat po objęciu przeze mnie kierownictwa szkoły w Ogrodnnikach, w 1928 r., na 10. rocznicę odzyskania niepodleg­łości przez Polskę, otwarto zabytkowy kościół w Małomożejkowie (dzisiaj Murowanka - przyp. red.). Po powstaniu styczniowym ta piękna świątynia zamieniona została na cerkiew prawosławną, a zaraz po I wojnie światowej została zamknięta. Prawosławni mieli dla siebie cerkiew w Lebiodzie, natomiast katolików ob­sługiwała parafia w Iszczołnie, do której należeli również Polacy aż z Hołdowa i Stankiewicz. Wtedy właśnie, w 1928 r., ks. Krasodomski, proboszcz z Iszczołny odzyskał kościół w Małomożejkowie i dzięki niemu zaczęła tam funkcjonować parafia pw. Chrystusa Króla. Ks. Krasodomski przebudował wewnątrz budy­nek - zlikwidował ikonostas. Pamiętam, że na ścianie, wewnątrz kościoła znajdowała się dawna tablica pamiątkowa Kostrowickich, na której napisy wykute były po polsku i po łacinie. Przetrwała ona okres, kiedy kościół był własnością prawosław­nych. Czy jest tam do dzisiaj?
Pierwszym proboszczem w Małomożejkowie był ks. Mikołaj Wagner, charakteryzujący się przede wszystkim silnymi przeko­naniami antykomunistycznymi. W1920 r. był aresztowany przez bolszewików, którzy powybijali mu wszystkie zęby. W ich miejsce miał wstawione potem złote. Ks. Wagner był bardzo lubiany w parafii, głównie przez dzieci. W szkole w Ogrodnikach, na Boże Narodzenie nauczyciele fundowali dzieciom prezenty. Pewnego roku zdarzyło się, że nie mieliśmy pieniędzy. Wtedy właśnie ks. Wagner urządził zbiórkę pieniędzy wśród parafian i dzieci zgodnie z tradycją otrzymały podarki. Ks. Wagner został później wysłany do innej parafii, bardziej na zachód, gdzie podobno ludzie sympatyzowali z komunizmem. Został tam podobno zamor­dowany podczas wojny. Jego miejsce zajął ks. Mączka, który proboszczował w Małomożejkowie jeszcze w czasie wojny i w tym czasie według miejscowych uciekł.
Dopóki nie było jeszcze parafii w Małomożejkowie, prowadzilem swoich uczniów do kościoła w Iszczołnie. Uczniowie, z założo­nej w 1927 r. szkoły powszechnej w Ogrodnikach, szli na mszę w szeregu, ubrani w czapki-krakuski. Na czele kroczył poczet sztandarowy, ze sztandarem szkolnym przywiezionym z Krakowa przez moją przyszłą żonę, również nauczycielkę. Ks. Krasodomski był tym zachwycony i wzruszony. Uczniowie pięknie śpiewali w kościele i to stało się przyczyną zatrudnienia mnie na stanowis­ko nauczyciela śpiewu w Żeńskiej Szkole Zawodowej w Iszczoł­nie.
Jej uczennice również uczęszczały do tego kościoła i dzięki nim założycielka i kierowniczka tamtejszej szkoły, Maria Laskowi­czówną zaprosiła mnie do swojej placówki. Zacząłem więc pracować także w Iszczołnie, gdzie prowadziłem chór.
Żeńska Szkoła Zawodowa w Iszczołnie była dumą Marii Laskowiczównej. Założona w 1924 r. na terenie majątku Iszczoł na, który po powstaniu 1863 r. został skonfiskowany rodzinie Ważyńskich i nadany rosyjskiemu generałowi. Po 1920 r. Maria Ważyńska odzyskała majątek, zapisując go w testamencie krew­nym kierowniczki, Laskowiczom: Stanisławowi z Kirianowiec, Julianowi z Piatkowszczyzny i Józefowi. Przy podziale majątku kierowniczka dostała spory kawał lasu oraz murowany budynek dawnej poczty, stojący przy drodze do pałacu. Przy budynku dobudowano drewniane baraki, w których pomieszczono internat dla dziewcząt - mieściły się tam sypialnie oraz scena do występów. Laskowiczówna sprzedała las i z tego utrzymywała szkołę. Przy szkole były budynki gospodarcze - całe obejście kupione od Rouby. Nazywaliśmy to fermą. Kierowniczka trzymała tam powóz, wóz, którym jeździły uczennice, bryczkę, dwa konie oraz krowy. W kuchni pracowała kucharka Malwinka.
Gdy po wojnie 1920 r. Maria Laskowiczówna powróciła w swoje rodzinne strony Jej marzeniem było podniesienie kultural­nego poziomu życia miejscowej ludności. Udzielała się społecznie. Pamiętam, że przy drodze do Bogdanowców postawiła krzyż. Prawdopodobnie był to dawny cmentarz powstańców z 1863 r. W szkole utrzymywała wysoki poziom nauczania i dyscyplinę. Wymagała dużo od uczniów, nauczycieli i od siebie.
Przed wojną bardzo trudno było o śpiewniki. Sprowadzałem je prywatnie z Warszawy i zawsze chór z Iszczolny odnosił sukcesy na powiatowym Święcie Pieśni. Okoliczni nauczyciele dziwili się, skąd mam taki repertuar. Dzięki mojej pracy, do szkoły w Iszczołnie dostała się moja siostra i uczyła się tam w latach 1928-1930.
Sama kierowniczka lubiła melancholijne pieśni. Przychodziła na moje lekcje i prosiła, żeby jej śpiewać.
Powiatowe Święto Pieśni odbywało się co roku w pałacu książąt Czetwertyńskich w Żołudku. Uczestniczył w nim oczywiś­cie mój chór. Zresztą księżna Czetwertyńska bywała u nas w Iszczołnie - znały się z kierowniczką, pochodzącą z hrabiów Laskowiczów. Ten piękny pałac w Żołudku został we wrześniu 1939 r. strasznie zdewastowany przez bolszewików, którzy grana­ty wrzucali nawet do sadzawki z rybami.
Natomiast powiatowe dożynki odbywały się w Bogdanowcach. Ich organizatorką była moja uczennica z Iszczolny, Marysia Tocewiczówna. W 1944 r. aresztowało ją NKWD. Widzieliśmy się na korytarzu posterunku NKWD w Żołudku, kiedy i mnie aresztowano. Dla bezpieczeństwa udawaliśmy, że nie znamy się. Na dożynkach bywała oczywiście i kierowniczka. Do Bogdanoców, gdzie stały stoły z wypiekami, przyjeżdżał wtedy starosta szczuczyński i wojewoda nowogródzki. Laskowiczówna próbowa­ła podczas uroczystości przemawiać, ale nie miała szczególnego daru wymowy, z czego się dyskretnie podśmiewano.
Pamiętam, że uroczyście obchodzono również 100. rocznicę powstania 1831 r. Zorganizowano wtedy przedstawienie, do którego uczyłem piosenek.
Uczennice w szkole pochodziły przeważnie ze wsi. Część z nich płaciła bardzo niskie czesne, a inne przywoziły produkty żywnoś­ciowe dla całej szkoły - mąkę, kaszę itp. Wśród nich była również córka dawnego, carskiego policmajstra z Lidy, który przed 1914 r. najeżdżał majątek w Piatkowszczyźnie, gdzie kierowniczka pro­wadziła tajną szkółkę polską.
Szkoła w Iszczołnie uczyła praktycznych rzeczy. W folderze wydanym na jej temat czytamy: "Szkoła posiada następujące oddziały: a) bieliźniarsko-krawiecki, b) tkacki. Dział bieliźniarski obejmuje: krawiecczyznę zacząwszy od ściegów zasadniczych, skończywszy na kostiumach i płaszczach; bieliźniarstwo, w które­go zakres wchodzi bielizna dziecięca, damska, męska i pościelowa; haft biały i kolorowy do ozdabiania wyrobów krawieckich i bieliźniarskich. W dziale tkackim uczennice wyrabiają płótno, sukno, pasiaki, kilimy, serwety, kapy, szale, firanki, ręczniki itp. Oprócz tego uczennice wszystkich działów obowiązuje nauka gospodarst­wa domowego, która polega na gotowaniu, pieczeniu chleba i ciasta, przyrządzaniu wędliny, sprzątaniu, praniu i prasowaniu a także zajęcia w ogrodzie warzywnym i kwiatowym. Nauka w szkole trwa 3 lata". Do szkoły przyjmowano uczennice, które ukończyły 13 lat i posiadały świadectwo z V klasy szkoły powszechnej, a dla mniej przygotowanych istniała klasa wstępna.
W 1934 r. kierowniczkę nagrodzono orderem Polonia Restituta i Krzyżem Zasługi. Była to wtedy wielka uroczystość dla szkoły i dla samej kierowniczki. Do Iszczołny przyjechał prezydent Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki z żoną, wojewoda nowo­gródzki Beczkowicz, starostowie lidzki i szczuczyński. Była też księżna Czetwertyńska. Szkoła podarowała Mościckiemu sześć lnianych koszul i haftowany, lniany krawat, wszystko wykonane przez uczennice. Prezydentowej Mościckiej tak się spodobały te koszule, że zamówiła jeszcze sześć takich samych. Prezydent przywitał się z każdą z uczennic. Były przemówienia, suto zastawione stoły.
W początkach 1939 r. Maria Laskowiczówna poważnie zachorowała. Ostatni raz publicznie pokazała się 2 II1939 r. na swoich imieninach. Zmarła 22 V 1939 r. Wiedziała, jak żyć i wiedziała, kiedy umrzeć, umiała wybrać sobie czas na śmierć. Gdy zmarła, miała 72 lata. Pochowano ją koło kościoła w Iszczoł­nie. W czasie pogrzebu nauczyciele nieśli na ramionach jej trumnę. (Grób Marii Laskówiczównej zachował się do dzisiaj na przykoś­cielnym cmentarzu - informacja p. Józefa Szporko, dawnego mieszkańca Kiemian k. Iszczołny).
Po śmierci kierowniczki, kierownictwo nad szkolą przejął prof. dr Henryk Bolcewicz, przyjaciel Laskówiczównej. Sam pochodził gdzieś z Wileńszczyzny. Niegdyś był księdzem. Ukończył seminarium duchowne w Sejnach, a po 1918 r. historię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Był księdzem w Żyrmunach, parafii do której należała Piatkowszczyzna Laskowiczów. Prof. Bołcewicz bywał często przed I wojną światową u Laskowiczów we dworze i tam poznał kierowniczkę. Jako młody ksiądz był w niej zadurzo­ny. Niestety, musiał zrezygnować z sutanny. Napisał książkę, której treść sprzeciwiała się dogmatom katolic­kim. Dotarło to do Rzymu, on nie chciał odwołać przeko­nań, więc musiał zdjąć sutannę. Do końca życia pozostał kawalerem, ale każde wakacje i święta spędzał w Iszczołnie, gdzie kierowniczka oddala mu swój pokój na fermie. W ciągu roku szkolnego pracował jako nauczyciel historii w Seminarium Nauczycielskim w Warszawie. Potem już całkiem przeniósł się do Iszczolny. Miał bogatą bibliotekę i pięknie grał na skrzypcach.
Szkoła nie wznowiła działalności już we wrześniu 1939 r. Wkroczyli bolszewicy i już w październiku tego roku nakazali oddać książki ze szkolnych bibliotek. Zwożono je do Szczuczyna. Polowali szczególnie na książki patriotycz­ne. Już podczas okupacji niemieckiej walały się one po całej okolicy. Niektóre książki z Iszczolny znajdowałem nawet w błocie na drodze pod Żoludkiem. Za sowietów budynki szkoły zajęto pod biuro oraz mieszkania dla robotników folwarcznych. (Zgodnie z relacją p. J. Szporko, okoliczna ludność rozkradala zapasy wełny i warsztaty tkackie, ale dzięki temu nie dostały się one w ręce bolszewików. W czasie okupacji niemieckiej mieścił się w niej posterunek żandarmerii, a w 1944 r., już po wkroczeniu ponownym bolszewików, szkolę ktoś podpalił. Nie pozostało po niej nic.)
W lutym 1940 r. rozpoczęły się wywózki ludności. Na moich oczach, pod moimi oknami wywożono na stację do Skrzybowców setki ludzi na saniach. Stałem przy oknie sparaliżowany, przerażony. Człowiek tracił wtedy głowę. Następnego dnia poszliśmy z kolegami do Bolcewicza sprawdzić, czy coś mu się nie stało. Po drodze widzieliśmy, jak wywożono nauczycielkę tkactwa z Iszczolny, p. Annę Milewską-Maciejewską. Była żoną leśniczego. Po Bol­cewicza przyjechali kilka dni później. Zdążyliśmy zrobić dla niego jeszcze zakupy w Wasiliszkach, gdzie w sklepie Szwarcowej można było jeszcze wydać złotówki. Załado­wano go na sanie razem z biblioteką i skrzypcami, a następ­nie wywieziono do domu starców w parafii, gdzie był księdzem. Tam też zmarł.
Chciałbym jeszcze opowiedzieć o moim szkolnym kole­dze z Lublina, który był także nauczycielem w Skrzybowcach. Mieczysław Malesza przybył do powiatu lidzkiego
ok. 1930 r., po ukończeniu Seminarium Nauczycielskiego w Lublinie. Gdy przyjechał do Skrzybowców, nie było tu, ani w sąsiednich Hordziejowcach szkoły. On dopiero zorganizował szkołę powszechną w Skrzybowcach. Miejs­cowa ludność bardzo mu w tym pomagała. Ludzie byli dumni, że będą mieli u siebie szkolę. Byl urodzonym społecznikiem. Myślę nawet, że był lepszym działaczem niż nauczycielem.
W szkole w Skrzybowcach wyreżyserował raz przed­stawienie o więźniach Pawiaka i kiedyś uczniowie Biało­rusini powiedzieli, że nie będą w tym występować, bo sztuka jest antyrosyjska, czyli antyprawoslawna. Wtedy Malesza wytłumaczył im, że oni są Białorusinami, a Rosjanie są takimi samymi przeciwnikami ich, jak i Polaków. W sztuce nie było żadnych akcentów antyprawosławnych, tylko antyrosyjskie, a Białorusini przekonani takim tłumacze­niem, wystąpili. Wszędzie było go pełno. Po wsiach za­kładał ochotnicze straże pożarne. Wybudował remizę w Ogrodnikach. Od razu była sceną do występów. Dzięki niemu powstał duży budynek remizy w Skrzybowcach, który wybudowano pomiędzy torami, a drogą w centrum wsi. Odbywały się w nim przedstawienia i zabawy, znane na całą okolicę. Przyjeżdżali na nie nawet nauczyciele z sąsied­nich szkół. Organizował także po wsiach drużyny strzelec­kie. Pamiętam, że śpiewały one taką piosenkę: "Nad Niemnem i Lebiodą my strzelcy trzymamy straż". W okoli­cy była miejscowość Czerwony Bór, gdzie w 1920 r. toczyły się walki z bolszewikami. Strzelcy zorganizowali tam uroczystość pamiątkową. Brano stamtąd ziemię do urny. Dla wiejskich dziewcząt, Malesza organizował kursy kroju i szycia. Zaprosił na nie nawet instruktorkę. Jego działal­ność nie ominęła także szkoły w Iszczołnie, gdzie z jego inicjatywy powstała żeńska drużyna samarytańska. Dziew­częta nauczono gasić pożary, wynosić rannych i poparzo­nych, opatrywać ich. Moja siostra była ich drużynową. Ukończyła nawet odpowiedni kurs w Lidzie. Samarytanki nosiły bluzy z koalicyjkami a kierowniczką, Maria Laskowiczówna, początkowo niechętna temu przedsięwzięciu, po szkoleniu była tym zachwycona.
Malesza wyjechał od nas jeszcze przed wojną. Różne były tego przyczyny. Niektórzy posądzali go, że lewicuje. Jednakże, jeśli nawet tak było, to chyba mu szybko minęło, bo w okresie II wojny światowej pisał w Londynie anty­komunistyczne artykuły do polskich gazet.