Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Migawki z podróży

 

W dniu 6 VII b.r. w Sądzie Wojewódzkim w War­szawie zarejestrowany został oficjalnie Klub Przyjaciół Ziemi Lidzkiej. W sprawie przynależności i działalności w ramach Klubu można kontaktować się z naszą Redakcją (pod lubelskim adresem). Pierwsze Walne Zebranie planowane jest we wrześniu.

Nic będzie to typowa relacja ze Zjazdu. Chciałbym jedynie podzielić się z Czytelnikami swoimi spostrzeżeniami z różnych sytuacji, które miały miejsce w trakcie trwania III Zjazdu, a jednocześnie rozgrywały się jakby obok niego. Są one niczym migawki aparatu fotograficznego, ale przy tym zapadają gdzieś głęboko w pamięć. Ad rem.
"Kto to są Lidzianie?" "Czy to może Zjazd jakiejś sekty religijnej?" Takie właśnie pytania zadawano nam już w War­szawie w dniu wyjazdu do Lidy, gdy staliśmy z tabliczkami informacyjnymi na Dworcu Głównym PKS. Jest to przyczynek do świadomości dzisiejszych Polaków, ich znajomości geografii, historii. Lida nie jest wielką metropolią, ale gdzieś tym dzisiej­szym Polakom i to średniemu pokoleniu zatraciła się znajomość Kresów, poczucie kresowości. Topimy się w tym własnym, narodowym błocie polskim, widzący tylko siebie, a potem wielu z nas dziwi się, że jak to możliwe, że na Białorusi jest tylu Polaków, że Nowogródek i Świteź wcale nie są legendą, opowiadaną przez niedokształcone panie nauczycielki w szkole, które same niejednokrotnie nie wiedzą, gdzie leży obecnie ten Nowogródek. To tylko prosty skutek wymazywania pewnych faktów ze zbiorowej pamięci. Wszak koniecznie musimy być europejscy i zachodni, a tam nie ma miejsca na sentymenty.
Lida. Konferencja prasowa. TKPZL i Towarzystwo Biało­ruskiej Mowy opowiadają o swoich osiągnięciach i problemach. Tych drugich jest raczej więcej. Polacy i Białorusini mają jeden wspólny problem - totalne wynarodowienie własnych narodo­wości. Zarówno język polski, jak i białoruski słychać w Lidzie raczej od święta. Gorzej, że działacze białoruscy, chcąc od­radzać własną kulturę i język, czynią to kosztem Polaków, bo ci są słabsi, nie są u władzy. To jedynie mniejszość i na dodatek odmawia się im prawa tej mniejszości, stwierdzając, że "na Białorusi etnicznych Polaków nie ma". Jestem ciekaw, jak zareagowaliby Białorusini, gdyby ktoś w Polsce stwierdził, że na Białostoczczyźnie nie ma etnicznych Białorusinów, a jedynie zbiałorutenizowani, zruszczeni Polacy. Wyobrażam sobie to larum w białoruskich gazetach. Polacy zaś mają w Lidzie nie tylko problem z własnym wynarodowieniem językowym, ale na dodatek są podzieleni wewnętrznie i nawet nie stać ich na grzecznościowe gesty. Czyż na konferencji prasowej nie powinni zasiąść również przedstawiciele lidzkiego Oddziału Związku Polaków. Myślę, że też mieliby coś do powiedzenia. Poza tym jest tyle wspólnych spraw do załatwienia, że dla samej przy­zwoitości wypadałoby je omówić. Wspomnę, tu tylko planowa­ną, od wielu lat zapowiadaną budowę Domu Polskiego w Li­dzie, opiekę nad Starym Cmentarzem, remont kaplicy. Czy aż takim wielkim problemem jest dla lidzkich Polaków zasiądnięcie do jednego stołu? Czasami trzeba zrezygnować z włas­nych ambicji, rozgrywek personalnych i dziecinnego obrażania się nawzajem na siebie. Dotyczy to obydwu organizacji.
Wawiórka. Miejsce naznaczone krwią tych, którzy nie dożyli wspólnych spotkań w Lidzie. Zadbana kwatera partyzancka na wiejskim cmentarzu. Żołnierze leżą wpra­wdzie bez swojego dowódcy, ale ich mogiły świadczą, że ktoś o nich pamięta. Jednakże wystarczy przejść się drugą stroną ulicy w Wawiórce, na stary cmentarz parafialny, straszący zaniedbaniem i co gorsze profanacją historycz­nych grobów.  Wawiórka jest znaną w okolicy wsią parafialną, w której pracuje zasłużony kapłan. Przy wejściu na cmentarz przeżyłem szok. To, że jest on niesamowicie zarośnięty i zaniedbany, nie szokuje mnie. Przynajmniej na Białorusi. Widok to nazbyt często na tamtych terenach spotykany, nawet w miejscowościach, gdzie dużo się mówi o odrodzeniu polskości i o pamięci bohaterów. Szok przeżyłem, gdy wszedłem na kwaterę, w której "niespokojnie" spoczywają resztki zwłok księcia Kazimierza Giedroycia i chorążyny ziemskiej, Marii z Rewkowskich Szalewiczowej. Mogiły przed pięknymi, aczkolwiek zaniedbanymi pomnikami zostały rozkopa­ne, tak że na wierzchu leżą zarówno fragmenty trumien, jak i doczesne szczątki zmarłych. Na pomniku księcia Giedroycia ten, który odważył się dobrać do mogiły, postawił, tak, jakby było mu mało jednego grzechu, but, najprawdopodobniej wyjęty dla makabrycznego żartu z trumny. Drażliwych Czytelników przepraszam za re­alizm tego opisu, ale z informacji, które uzyskałem już po Zjeździe, wynikało, że jeszcze dwa lata temu groby te były nienaruszone.
Tragiczne jest to, że dewastacja cmentarzy ma miejsce często tam, gdzie wydawałoby się, że żyją chrześcijanie, którzy nie dopuszczą do tak haniebnych czynów, bez względu na to do jakiego wyznania należy dany cmentarz, który w każdej religii jest miejscem świętym, nawet dla tych, którzy uważają się za ateistów.
Los polskich, zabytkowych cmentarzy był i jest tragiczny. Uczestnicy III Zjazdu Lidzian mogli się o tym przekonać, odwiedzając Stary Cmentarz przy ul. Graży­ny w Lidzie. Chociaż być może dewastacja nie postępuje na nim w sposób zatrważający, ale też nie widać, by specjalnie ktoś dbał o to historyczne dla miasta i regionu miejsce. Dobrze, że zaczął się remont kaplicy cmentarnej, ale niejednokrotnie w Lidzie słyszałem już, że mimo wszystko wszelkie prace nad ochroną i restauracją po­mników, często o dużej wartości zabytkowej, spotykają się z dużą obojętnością mieszkańców Lidy, co wstydliwe powinno być przede wszystkim dla działaczy z polskich organizacji w Lidzie. O tym, że może być inaczej, świadczą chociażby uporządkowane wspólnym wysił­kiem parafian cmentarze katolickie w Nowogródku, Szczuczynie i Żołudku. Trzeba tylko chcieć.
Obojętność organizacji polskich dała się również zauważyć w przypadku demonstracji wiernych pod koś­ciołem Pijarów. Do dzisiaj sprawa zwrotu tego kościoła jest nieuregulowana i nie zanosi się, by rozwiązanie tej przykrej dla całej Lidy sprawy nastąpiło w najbliższym czasie. Jak poinformowali dziennikarzy TKPZL, organi­zacja wycofała się z oficjalnego poparcia akcji, mającej na celu przywrócenie tej świątyni jej dawnego charakteru. Poszczególni wierni nadal modlą się pod kościołem, a część prawosławnych mieszkańców Lidy swoje racje do kościoła, który dostał się im w prezencie od cara w wyni­ku walki z polskością na tych terenach w XIX w., przedstawiają na łamach "Lidzkiej Gazety". List "obu­rzonych" prawosławnych można było sobie przeczytać w trakcie trwania Zjazdu. Nie wróży to niczego dobrego stosunkom ekumenicznym na terenie Lidy, jak również kolejny napastliwy atak na łamach lidzkiej prasy na działalność AK na Ziemi  Lidzkiej, nie jest również symptomem, że o sprawach wspólnej przeszłości, przy­znam, że niejednokrotnie bolesnej, będziemożna w Lidzie dyskutować z Białorusinami i Rosjanami spokojnie.
Z artykułu zamieszczonego w "Lidzkiej Gazecie", jawi się czytelnikowi, zwłaszcza temu nieświadomemu wojennych i po­wojennych realiów lidzkich, obraz terroru, jaki uprawiali żołnierze AK, który paraliżował mieszkańców Lidy i okolic bardziej, niż terror hitlerowski. Dziwne jest tylko to, że nikt z miejsowych Polaków, którzy dawali mi niejednokrotnie wyraz swojego oburzenia na tego typu artykuły, nie podjął się trudu odparowania stawianych w nich zarzutów, również na łamach "Lidzkiej Gazety". Myślę, że redakcja wysłuchałaby racji i drugiej strony, chyba, że nie ma dobrej woli studzenia wzajemnych animozji. Niejeden lidzki Polak mógłby opowie­dzieć o tym, co wyprawiała sowiecka partyzantka na tych terenach, której w Moskwie wydano wyraźny rozkaz zwal­czania polskich organizacji niepodległościowych, co niejedno­krotnie przybierało w rzeczywistości formę łupieżczych wy­praw, połączonych z masowymi mordami w wielu wsiach nie tylko Ziemi Lidzkiej, ale na terenie całej Nowogródczyzny. Po wojnie miejsce sowieckiej partyzantki zajęły oddziały NKWD, tzw. "istrebitieli", których "wyczyny" w wielu wsiach do dzisiaj wspomina się ze zgrozą. Wojna partyzancka ma to do siebie, że pochłania również wiele niewinnych istnień, ale wiele krwi polskiej i białoruskiej przelano w okolicach Lidy tylko dla krwawej rozrywki sowieckich komisarzy z oddziałów partyzan­ckich. Oczywiście, przez 50 lat historiografia sowiecka twierdziła, że partyzancka sowiecka na Białorusi walczyła tylko z Niemcami i kontrrewolucyjnymi oddziałami i ani razu nie zająknęła się, że wiele spalonych wsi polskich i białoruskich to jej dzieło, niejednokrotnie podyktowane tylko zemstą, nie mającą nic wspólnego z walką z hitlerowcami.
Miało być jednak więcej o Zjeździe. W trakcie jego trwania mieliśmy możliwość zwiedzenia wystawy malarstwa lidzkich i grodzieńskich twórców, zorganizowanej w sali wystawowej klubu "Arcadia" (nota bene, mieści się w nim również eks­kluzywna, bardzo droga nawet na warunki polskie, restaura­cja). Z tego, co dowiedziałem się, podczas wystawy eksponowa­no tylko 26 prac z 59 przygotowanych. Nie znalazłem na niej prac chociażby Tadeusza Jasiulewicza i Czesława Kołyszki, obydwu rodem z Lidy. Dziwne były kryteria przyznawania miejsc wystawienniczych na. tej wystawie, a nie wierzę, by student krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, którym jest Czesław Kołyszko, nie zasługiwał na wyeksponowanie swoich prac. Dobrze przynajmniej, że znalazło się miejsce na wy­stawienie bardzo interesujących obrazów Stanisława Kiczki, znanego już nawet poza granicami Białorusi, polskiego malarza z Grodna. Wśród jego chwytających za serce prac, odzwiercied­lających piękno i przeszłość takich miejsc, jak Grodno, czy Wilno, z których to obrazów bije zarazem ogromny, polski patriotyzm i przywiązanie do ojczystych stron, znalazły się również dwie prace o tematyce lidzkiej: portret Ludwika Narbutta oraz alegoria portretu ks. Falkowskiego, powieszone­go podczas powstania styczniowego przez Rosjan, proboszcza z Iszczołny. Niegdyś, przed 1939 r., na miejscu jego egzekucji w Lidzie stał pamiątkowy krzyż. Dzisiaj próżno szukać nawet miejsca po nim na terenie parku miejskiego.
Wracając do wystawy, należy stwierdzić, że była ona jakimś wydarzeniem kulturalnym w Lidzie. Na sali widać było wiele osób zwiedzających, nie tylko z Polski, którzy przybyli do "Arcadii" podziwiać romantyczne pejzaże nadniemeńskie i no­wogródzkie. Świadczy to dobitnie o potrzebie obcowania ze sztuką, nawet w tak trudnych czasach, w których wydawałoby się, że ludzie myślą jedynie o potrzebach materialnych. Był to dla mnie jeden z najprzyjemniejszych momentów Zjazdu.
Robert KuwaLek
Ps. Pan Andriej Miajsajonek próbował podczas Walnego Zebrania polemizować z moim artykułem na temat dorabiania ideologii do stawiania pomników w Lidzie. Sadząc z jego wypowiedzi, artykułu mojego z 12 Nr "Ziemi Lidzkiej" nie zrozumiał lub nie chciał zrozumieć. Jego żart, być może dobry w środowisku biochemików, na Walne Zebranie raczej nie pasował. Nigdy nie odważyłbym się powiedzieć, a już tym bardziej napisać, że Franciszek Skoryna, czy Adam Mic­kiewicz "zbierali butelki po wódce po Lidzie", dlatego mają tu pomniki. Być może pan Miajsajonek chciałby być dobrym historykiem, ale radzę zająć mu się jego specjalizacją - biochemią. Myślę, że ta dziedzina nauki nie wzbudza tylu kontrowersji i wymaga odrzucenia przy twierdzeniach ideologii, którą zawsze nadrabia się w historii, gdy trudno jest coś udowodnić.