Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Pamiętam...


Był rok 1935. Dnia 12 maja rozkołysały się dzwony kościelne, niosąc po całej Polsce żałobną wieść:
"Marszałek Polski, Józef Piłsudski nie żyje!"
Zgodnie z wolą narodu, ciało Jego spoczęło pośród monarchów polskich na Wawelu w Krakowie, a Serce...
Serce zgodnie z życzeniem Marszałka miało być złożone u stóp Jego Matki w Wilnie, na Rossie.
Miałam wówczas 11  lat, mieszkałam z rodzicami i młodszą o rok siostrą w Lidzie. Lida była wówczas ważnym węzłem kolejowym na Kresach Wschodnich - stąd rozchodziły się drogi kolejowe na wszystkie cztery strony świata: na wschód, do Mołodeczna, na południe, przez Baranowicze do Brześcia nad Bugiem, na północ, do Wilna i na zachód, przez Grodno i Białystok do Warszawy.
Kiedy 31 maja 1935 r. małżonka Marszałka wraz z córkami przewoziła urnę z zabalsamowanym Sercem z Belwederu do Wilna - droga prowadziła, oczywiście, przez Lidę. W Lidzie, na dworcu kolejowym zebrały się ogromne tłumy mieszkańców miasta i okolicy, młodzież szkolna oraz wojsko (w tym czasie stacjonowały tutaj: 77 pułk piechoty, III dywizjon 19 p.a.l. i 5 pułk lotniczy).
Pociąg stanął. Zabrzmiały żałośnie werble. Orkiestry wojskowe grają Marsza Żałobnego Szopena. Biją dzwony. Padają strzały salwy honorowej. A my, dzieci z czar­nymi, żałobnymi opaskami na rękawach szkolnych mun­durków - gorącymi, serdecznymi i szczerymi łzami żegnamy "Naszego Ukochanego Dziadka".
Pamiętam, jak nasz chór ze Szkoły Powszechnej nr 2  im. Gabriela Narutowicza w Lidzie, zaśpiewał pieśń, specjalnie na tę uroczystość napisaną i skomponowaną przez naszego, wspaniałego nauczyciela śpiewu, pana Michała Dramowicza:

Serce Twoje będzie z nami Najdroższy Hetmanie
Jakże za to podziękować, odwdzięczyć się mamy?
Słów w przepięknej naszej mowie brak na wyrażenie
Łzy, co płyną z naszych oczu - dziękują Ci za Nie!
Łzy wzruszenia, rozczulenia - to mało... to mało...
Trzeba, żeby każde serce w służbę się oddało,
W służbę Twoją - Komendancie - do śmierci przez życie
W twardym trudzie dla Ojczyzny wytrwać należycie...

Wzruszające i mądre słowa tej pieśni nigdy i nigdzie nie były publikowane, a tak bardzo pragnęłabym ocalić je od zapomnienia. Śpiewaliśmy jeszcze inne pieśni znane i śpiewane wówczas w całej Polsce, np:
To nieprawda, że Ciebie już nie ma
To nieprawda, że jesteś już w grobie
Chociaż płacze dziś cała Polska ziemia
Cała Polska ziemia w żałobie,
Chociaż serce Ci w piersi nie bije
Chociaż spoczął na wieki miecz dzielny
W naszych sercach jak żyłeś - tak żyjesz
Ukochany Wodzu Nieśmiertelny.

Lub taka:

Niebo nad Polską chmurzy się i mroczy
Śmierć pobieliła Komendanta twarz
Biedna Ojczyzna wypłakała oczy
Z żalu za Tobą - Drogi Wodzu Nasz.

Szary gołąb wyleciał z Zułowa
Opadł kędyś na sybirskich tajg głębię
Dusza rosła hartowna, stalowa
Jeno serce zostało gołębie. (...)

I umilkło, gdy nocą majową
Stwórca na nim dłoń swoją położył
A w czyn wielki zamieniło się słowo
I spełniona ofiara - Kraj ożył.

I umilkło jak gołąb strudzony
I przy dzwonów żałosnym odgłosie
Do stóp Matki zaniosły je dzwony
Serce - Słońce spoczęło na Rossie.

Mijały lata. Przyszedł rok 1939 i koszmar wojny. Okrutny los przekreślił szczęśliwe dni dzieciństwa. W gru­dniu 1939 r., w popłochu musiałyśmy uciekać z Lidy, aby uniknąć wywózki na Sybir. Cały czas tęskniłam do Lidy. Wspominałam zamek Gedymina, opisany przez Mickiewicza w "Grażynie", kościoły, szkoły, do których chodziłam. I przez pół wieku nie miałam prawie żadnych wiadomości o Lidzie.
Aż tu nagle w "Przekroju" z października 1989 r., w artykule pani Barbary Wachowicz przeczytałam, że w Lidzie powstał Klub Miłośników Kultury Polskiej. Natychmiast napisałam na wskazany w tym artykule adres, do Tereni i Aleksandra Siemionowych. I tak nawiązałam kontakt z moją kochaną Lida. Na pewno takich, jak ja, tęskniących Lidzian, rozrzuconych po całym świecie było wielu...
I oto, ci wspaniali, młodzi ludzie z Klubu Miłośników Kultury Polskiej w Lidzie (wtedy już Towarzystwa Kul­tury Polskiej Ziemi Lidzkiej - przyp. red.), rozumiejąc naszą tęsknotę za krainą swojego dzieciństwa, zorganizo­wali nam I Światowy Zjazd Lidzian w Lidzie, który odbył się w dniach 22-25 maja 1992 r. Chociaż program Zjazdu był urozmaicony, wręcz można powiedzieć, że wprost przeładowany, ale my szczęśliwi, wzruszeni, nie czuliśmy zmęczenia. Spotkanie po tylu latach, odnawiane przyjaź­nie, wymieniane adresy, odwiedzanie wszystkich drogich sercu miejsc - to było piękne, wspaniałe!
W programie Zjazdu była między innymi wycieczka do Wilna. Odwiedziliśmy je w dniu 25 maja 1992 r. Po modlitwie w Ostrej Bramie udaliśmy się oczywiście na cmentarz na Rossie, by złożyć hołd Sercu Marszałka.
Z głębokim wzruszeniem mogłam znów po 54 latach (byłam na Rossie w 1938 r. z wycieczką gimnazjalną) uklęknąć przy czarnej, granitowej, nagrobnej płycie i przeczytać:
Ty wiesz, że dumni nieszczęściem nie mogą
Za innych śladem iść tą samą drogą
J. Słowacki

MATKA I SERCE SYNA

Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu
Gniazdo na skałach orła, niechaj umie
Spać, gdy źrenice czerwone od gromu
I słychać jęk szatanów w sosen szumie
Tak żyłem

Zbliża się już 60. rocznica śmierci Marszałka (O Boże! jak nieubłaganie szybko ten czas leci) w związku z tym te moje wspomnienie...


Halina Chlopek-Wilczyńska

 

Jeden dzień wojny

 

Po strasznych przeżyciach krótkiej, ale okrutnej okupacji sowieckiej, na początku 1942 r., mając 9 lat, wyjechałam z rodzicami i trójką rodzeństwa z Lidy do Szczuczyna Nowogródzkiego.
Pod koniec 1942 r. ojciec mój zaczął pracować od godziny 6.00 do 18.00 na robotach przymusowych z młodymi Żydówkami, przyprowadzanymi ze szczuczyńskiego getta. Były to ciężkie roboty przy jakiejś budowie tartaku czy wyrębie lasu. Ojciec mój, jak tylko mógł, niejednokrotnie z narażeniem życia, pomagał tym wspaniałym, młodym, a tak udręczonym kobietom, aby trochę ulżyć ich niedoli. Mieszkaliśmy w domku przy głównej ulicy, która biegła prosto w kierunku dworca kolejowego w Różance.
Pewnego dość pogodnego poranka ojciec nie poszedł do pracy, a wszystkie okna w domu od strony ulicy były zasłonięte kocami - taki był rozkaz władz niemieckich. Ojciec powycinał w tych kocach małe dziurki. Mnie, starszemu bratu i mamie kazał patrzeć przez nie na ulicę. Widok był przerażający. Po obu stronach ulicy stali niemieccy żołnierze z automatami skierowanymi w stronę naszych domów, wielu było z psami. Po pewnym czasie zobaczyłam pochód, na czele którego szły młode, piękne kobiety. Na wysokości naszego domu niektóre z nich odwróciły się w naszym kierunku, wyprostowane, z podniesionymi głowami, a niektóre ze smutnym uśmiechem na ustach. W ten sposób pozdrawiały i żegnały mego ojca. Patrzyłam, jak urzeczona, nie docierała do mnie groza tego, co się działo, nie słyszałam strzałów i krzyków. Dopiero, gdy czoło maszerujących młodych Żydów powoli oddaliło się, ojciec, po twarzy którego ciekły łzy, kazał nam wszystkim uklęknąć i głośno odmawialiśmy Anioł Pański. Ciągle było słychać strzały i ludzkie krzyki. Po modlitwie znów patrzyliśmy przez te dziurki w kocach. Widać było oddalający się pochód, natomiast na prawo od naszej ulicy, w kierunku lasu również szli Żydzi, tyle że starsi, niedołężni i małe dzieci. Gdy wszyscy przeszli i oddalili się, zobaczyłam wiele osób leżących nieruchomo na drodze. Mój wzrok przyciągnęła szczególnie postać staruszki, która upadła na klęczki i tak została zabita na ulicy.
Przez dłuższy czas zbierano zwłoki na fury i wywożono w kierunku niedalekiego lasu. Jeszcze przez kilka dni w tamtym kierunku, na samochodach wieziono ukrywających się, a złapanych Żydów.
Kilka dni później, w tajemnicy przed dorosłymi, gromadka dzieci, wśród nich i ja ze starszym bratem poszła pod ten las, aby zobaczyć, co się tam działo. Były tam doły, płytko zasypane piaskiem i czymś, co brzydko pachniało. Dorośli mówili, że było to wapno.
Po jakimś czasie, jeszcze raz, tylko inną ulicą, w kierunku tego lasu prowadzono nie tak już liczną grupę ludzi - cieni. I jeszcze raz pobiegliśmy pod las do tych dołów. Nam, dzieciom wydawało się, że doły te lekko pulsowały. Potem mówiono, że wiele ofiar tylko zranionych, a zasypanych, nocną porą wydostało się z tej zbiorowej mogiły i uciekło do lasu, gdzie było silne zgrupowanie partyzanckie.
Potem zasypano te doły dość dobrze i powstał wielometrowej długości wzgórek. Jeszcze wiele razy ze strachem i lękiem chodziliśmy pod ten las. W naszym domu był zwyczaj głośnej, wspólnej modlitwy wieczornej. Od chwili likwidacji getta, w intencji zamordowanych Żydów zaczęliśmy dodatkowo odmawiać Różaniec.
Nie zapomnę słów, już nieżyjącego ojca, wypowiedzianych w dniu przemarszu Żydów koło naszego domu: "Kiedykolwiek i cokolwiek ważnego będzie się działo w naszym kraju, mieście lub miejscu zamieszkania, to musicie sami, własnymi oczami to widzieć i w tym uczestniczyć, aby tylko prawdę przekazywać swoim dzieciom, czy wnukom".


Romualda Stankiewicz z d. Pacuk


P.S. Żydzi szczuczyńscy od 1941 r. zamknięci byli w getcie, utworzonym przez hitlerowców po prawej stronie Rynku w Szczuczynie. W 1942 r. Niemcy zebrali ich na Rynku i popędzili w stronę Różanki. W miejscu, gdzie po wojnie powstał tzw. "wojenny gorodok" - osiedle wojskowe znajdowały się doły, w których masowo rozstrzelano Żydów ze Szczuczyna. Po szczuczyńskich Żydach pozostało dzisiaj niewiele - zdewastowany cmentarz w Szczuczynie, trochę domów. Zasadnicza część przedwojennej dzielnicy żydowskiej, gdzie stały nie­wielkie, ubogie domki wokół Rynku, nie przetrwała do naszych czasów. Na ich miejscu stanęły po wojnie pomnik Lenina oraz budynek władz miejskich i dawnych partyjnych.
(inf. od Redakcji)

 

Wspomnienia
Stanisław Ochwat - "Bąk"


Środowisko lidzian w Olsztynie zwróciło się do naszej Redak­cji z uprzejmą prośbą o zamieszczenie na naszych łamach pośmiertnego wspomnienia o śp. Stanisława Ochwata.ps. "Bąk", zasłużonym Lidzianinie, zmarłym w zeszłym roku.

Stanisław Ochwat, syn Andrzeja i Weroniki z Mieczkowskich urodził śię 1 VII 1923 r. w Lidzie. Ojciec jego był zawodowym podoficerem 77 p. piech., stacjonującego w Lidzie. Szkołę Powszechną Nr 5 im. Ludwika Narbutta (koło Zamku) ukończył w 1936 r. i rozpoczął naukę w Państwowym Gimnaz­jum i Liceum Nr 918 im. Hetmana Karola Chodkiewicza w Lidzie. Wybuch w 1939 r. wojny przeszkodził mu w ukoń­czeniu tejże szkoły - miał wtedy rozpocząć naukę w IV klasie gimnazjum. Ojciec jego przebywał w niewoli niemieckiej, a mat­ka podjęła pracę zarobkową, by utrzymać troje dzieci: Stani­sława, Reginę i Ryszarda. Stanisław podjął pracę na kolei w charakterze robotnika służby drogowej. Pracował tam zarów­no za okupacji sowieckiej (od stycznia 1940 r. do czerwca 1941 r.), jak i za niemieckiej, do czerwca 1944 r.
W lutym 1944 r. wstąpił do Armii Krajowej i pracował jako łącznik w komórce "Maczugi" w Lidzie, przyjmując pseudonim "Bąk". W czerwcu 1944 r. wstąpił do plutonu dowodzenia w II batalionie 77 p. piech. AK, dowodzonym przez por. "Krysię" - Jana Borysewicza. Po akcji na Wilno, w czasie okrążenia przez Armię Radziecką na skraju Puszczy Rudnickiej 18-19 VII 1944 r. w Gudełkach koło Jaszun został rozbrojony wraz z żoł­nierzami Nowogródzkiego Okręgu AK, co jak każdy żołnierz przeżył bardzo boleśnie. W czasie marszu pod konwojem  czerwonoarmistów z Gudełek do miejsca uwięzienia w Miednikach Królewskich, uciekł w Turgielach. Przybył do rodziny nadal mieszkającej w Lidzie. Stwierdził jednak, że jest na tyle niebezpieczna sytuacja, by mógł pozostawać na miejscu zamie­szkania. Dlatego też postanowił schronić się na wsi nad Dzitwą.
Zatrzymał się w miejscowości Wilbiki, u rodziny podkomend­nego ojca z 77 p. piech. - Bronisława Wilbika. Tam, w pierwszej dekadzie września, w czasie noclegu w gospodarstwie nad Dzitwą, na kwaterę przybył por. "Krysia" wraz ze swoim oddziałem. Wśród żołnierzy tego oddziału, Stanisław Ochwat spotkał kolegów z Lidy. "Bąk" zgłosił się do por. "Krysi" z prośbą o przyjęcie w szeregi. W ten sposób ponownie znalazł się w partyzantce.
Oddział chodząc w okolicach Radunia, Naczy, Ejszyszek i dalej, w pobliżu Oran, niszczył w sielsowietach dokumenty i listy osób przeznaczonych do aresztowania, wyzwalał z aresz­tów uwięzionych Polaków, staczał boje z sowieckimi oddziałami NKWD, zwanymi "istrebitielami", stosującymi terror wobec polskiej ludności. Tak więc Stanisław Ochwat był jednym z obrońców Polaków mieszkających na tamtych terenach. To obok niego, nad ranem 21 I 1945 r. pod Kowalkami padł śmiertelnie ranny Komendant "Krysia". Stało się to całkiem niedaleko, zaledwie 4 kilometry od Dubicz, gdzie 5 V 1863 r. padł w boju ze swoimi powstańcami wódz Powstania Stycz­niowego na Litwie, Ludwik Narbutt. Stanisław Ochwat przeby­wał w oddziale partyzanckim do lipca 1945 r.
21 VII 1945 r. przyjechał do Polski i zamieszkał w Szczecinku, gdzie wcześniej już przybyli jego rodzice. W czerwcu 1947 r. zdał egzamin dojrzałości w Liceum ks. Jadwigi w Szczecinku. W latach 1947-1952 studiował technologię drewna w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Od 5 II1952 r. do lipca 1984 r. był zatrudniony w Zakładach Przemysłu Drzewnego w Dobrym Mieście jako starszy technolog drewna, po czym przeszedł na emeryturę. Był uczestnikiem I i II Zjazdów Lidzian.
Zmarł w Olsztynie 19 VII 1993 r. i 21 VII tego roku został pochowany na cmentarzu komunalnym w Dywitach koło Olsztyna.
Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie...


Mieczysław Pujdak

 

 

50 lat temu...
Mjr Jan Piwnik - "Ponury"


16 czerwca 1944 r., w czasie zdobywania niemieckiego bunkra w Jewłaszach na Ziemi Lidzkiej, padł trafiony niemiecką kulą por. Jan Piwnik, legendarny "Ponury", dowódca VII batalionu 77 lidzkiego p. piech. AK. Ten syn Ziemi Kieleckiej, w czasie walk wrześniowych 1939 r., dowodził zmotoryzowaną kompanią policji. Potem był organizatorem ucieczek polskich żołnierzy z obozów internowania na Węgrzech. W czasie kampanii francuskiej, w maju 1940 r. dowodził baterią artylerii. Do Anglii ewakuował się ostatnim statkiem.
Po przeszkoleniu w Anglii, został zrzucony na spadochronie do Polski w dniu 8 XI 1941 r., w grupie nr 1. W okupowanej przez Niemców Warszawie był oficerem Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej (potem ZWZ został przemianowany na Armię Krajową). Wiosną 1942 r. został skierowany do dywersyjnej organizacji AK - "Wachlarza". W trakcie wykony­wania zadań konspiracyjnych na II Odcinku "Wachlarza" na Wołyniu, został aresztowany przez Niemców i osadzony w wię­zieniu w Zwiahlu (obecnie Nowogród Wołyński), skąd zbiegł do Warszawy. Zgodnie z nowymi rozkazami powrócił na Polesie.
W dniu 131 1943 r., na czele 16 żołnierzy AK zaatakował więzienie w Pińsku. Brawurowa akcja została wykonana w mie­ście, w którym w tym czasie stacjonowało ponad trzy tysiące Niemców. Uwolniono wtedy aresztowanych wcześniej oficerów AK i jednocześnie, przebywających w więzieniu partyzantów radzieckich. Za ten czyn został odznaczony krzyżem Virtuti Militari. Potem, do końca 1943 r. dowodził zgrupowaniem partyzanckim w Górach Świętokrzyskich.
W początkach 1944 r. został skierowany do Nowogródz­kiego Okręgu AK, gdzie mężnie walczył z Niemcami. Był bardzo szanowany i kochany przez swoich żołnierzy. Kiedy padł trafiony kulą, jego ostatnimi słowami były: "Powiedzcie żonie i rodzicom, że ich bardzo kochałem... i że umieram jak Polak... I pozdrówcie Góry Świętokrzyskie...".
Z 40-to osobowej niemieckiej załogi w Jewłaszach, zginęli wszyscy. Polacy stracili ośmiu ludzi. Następnego dnia, na przykościelnym cmentarzu w Wawiórce, w obecności całego dowództwa Nowogródzkiego Okręgu AK i kilkunastu tysięcy ludzi przybyłych z całej Ziemi Lidzkiej, pochowano, awan­sowanego pośmiertnie do stopnia majora, Jana Piwnika "Ponurego", jego adiutanta ppor. Bolesława Filipowicza i sześciu innych żołnierzy.
We wrześniu 1987 r., po 18-tu latach starań rodziny i przyjaciół Jana Piwnika, w obecności konsula generalnego Polski w Mińsku, na cmentarzu w Wawiórce ekshumowano zwłoki "Ponurego" i przewieziono go w rodzinne strony, na Kielecszczyznę. Chciałbym w tym miejscu zwrócić na mało znany fakt, że przy ekshumacji obecni byli czterej członkowie, działającego już wtedy w Lidzie Klubu Miłośników Kultury Polskiej, m.in. prezes obecnego TKPZL, Aleksander Kołyszko. Opowiadał bardzo interesująco o tym historycznym dniu. A 12 VI1988 r. prochy "Ponurego" zostały złożone w klasztorze o.o. Cystersów w Wąchocku. W 1993 r. miałem okazję być w ojczyź­nie "Ponurego". Dzięki uprzejmości naszej krajanki p. Haliny Wilczyńskiej, udało mi się pojechać w Góry Świętokrzyskie. Byłem na Wykusie, tam gdzie walczył "Ponury", byłem wreszcie w klasztorze, gdzie złożone zostały szczątki "Ponurego". Mod­liłem się przy jego grobie i pozdrowiłem go od mieszkańców Ziemi Lidzkiej.

Ppłk Maciej Kalenkiewicz "Kotwicz"
W dniu 21 VIII 1944 r. oddział ostatniego dowódcy Nowogródzkiego Okręgu AK, mjr "Kotwicza" stoczył walkę nie na życie, ale na śmierć, z oddziałami NKWD. Pisaliśmy o tym przed trzema laty, w 4 Nr "Ziemi Lidzkiej". Ale przy okazji 50. rocznicy chciałbym przypomnieć o tym jeszcze raz.
Gdy żołnierze AK z okręgów Wileńskiego i Nowogródz­kiego, razem z wojskami Armii Czerwonej wyzwolili Wilno, AK-owcy przestali być potrzebni Sowietom. Podstępnie ich rozbrojono pod Wilnem., internowano i wywieziono na Wschód. Ocaleni przed wywózką żołnierze AK wycofywali się w kierunku na centralną Polskę. Powoli cofał się na zachód również "Kotwicz" ze swoim oddziałem. Dookoła szalało NKWD. Złapanych AK-owców rozstrzeliwano na miejscu. W sierpniu oddział "Kotwicza" przebywał w Surkontach (wieś szlachecka, położona o 20 km od Lidy). 21 VIII "Kotwicz" był już podpułkownikiem, ale nigdy nie zdążył się o tym dowiedzieć. Dowiedział się za to,że od strony Radunia do sąsiedniej wsi
Pielasa podjechały ciężarówki i z nich wyładowywali się NKWD-ziści. Widział ich przez lornetkę, szli pewni siebie w ich stronę. Stało się jasne, że ktoś ich tutaj naprowadził. Żołnierze "Kotwiczą" nie strzelali, taki był rozkaz. Strzelać powinni byli tylko w swojej obronie. Dopiero, gdy Sowieci podeszli bliżej, a oficerowie, rozrzuciwszy ich w tyralierę z krzykiem "ura", popędzili do ataku, gdy nad głowami obrońców zagwizdały setki pocisków, AK-owcy dali im ognia tak gwałtownie, że Sowieci odskoczyli, niczym pies od jeża. Polała się krew z obydwu stron. Sowieci odeszli. Zapadła cisza. Mjr "Kotwicz" nie zgodził się z propozycją, by odejść w stronę Dzitwy ze względu na niemożliwość ewakuacji rannych do zapadnięcia zmroku. Zapa­dła decyzja, by trzymać się do wieczora, a wycofać się dopiero o zmierzchu, zabierając rannych. Major dla zabezpieczenia rannych mogących poruszać się na własnych nogach, odsyła ich do pobliskiego lasku, co okazało się później zbawienne dla tej całej grupy żołnierzy.
Po dwóch godzinach Sowieci w dużo większej liczbie znów zaatakowali Surkonty. W tym czasie rosyjskie samoloty doko­nały nalotu na pozycje żołnierzy AK. Pierścień zaciskał się. Jeden po drugim padali trafieni kulami nasi chłopcy. Piszę nasi, ponieważ większość poległych pod Surkontami żołnierzy AK, stanowili chłopcy z Lidy i Ziemi Lidzkiej. Padł trafiony mjr "Kotwicz", kpt. "Bosak", kpt "Hatrak", rotmistrz "Ostroga", pada adiutant "Kotwicza", podchorąży "Orwid" i jeszcze dwóch poruczników. Oficerowie giną obok swoich żołnierzy, nikt nie podnosi rąk do góry. Na polanie, pod sierpniowym słońcem konali ranni AK-owcy. Od razu zginęło ok. 15 par­tyzantów, pozostali leżeli ranni. Leżeli niedługo. Sanitariuszka "Teresa" widziała, jak spoceni i zmęczeni NKWD-ziści szli tyralierą przez gęstą, wysoką trawę i gdy znajdowali naszych chłopców, głośno wołali do siebie swoich towarzyszy. Spokoj­nie, bez pośpiechu wbijali w partyzantów swoje bagnety, kolbami rozbijali czaszki. Zabitych zabrali i zakopali w płytkim grobie. Potem jeszcze odkopywali ich kilkakrotnie, by pokazać różnym komisjom. Wszystkie komisje chciały zobaczyć "Bezrękiego Majora" (dwa miesiące przed Surkontami "Kotwicz" w walce z Niemcami stracił rękę). Gdy o grobie dowiedziały się rodziny poległych i zamordowanych, przyjeżdżały do Surkont, rozkopywały grób i zabierały swoich synów. Większość jednak pozostała tam do dziś. Mjr "Kotwicz" dowodził w tej bitwie garstką młodych partyzantów, którzy nie opuścili go do końca.
Minęło 47 lat i na ich grobie powstał prosty żołnierski pomnik z krzyżem na górze i podpisem pod spodem:
"Żołnierzom Armii Krajowej okręgów "Nów" i "Wiano" poległym za Polskę pod Surkontami 21 VIII 1944 i w Poddubiczach 19 VIII 1944
Poniżej podajemy skład poległych. Są to:
ppłk Maciej Kalenkiewicz "Kotwicz"
por. Stanisław Dźwinel "Ostroga"
kpt. Franciszek Cieplik "Hartak"
por. Walenty Wasilewski "Jary"
rtm. Jan Skrochowski "Ostroga"
kpt. nieznany "Bosak"
pchor. Henryk Cywiński "Wilk"
pchor. Henryk Nikicicz "Orwid"
plut. Franciszek Ejsmont "Irak"
kpr. Krzysztof Stecewicz "Marian"
kpr. Władysław Śmilgin "Minus"
strz. Krzysztof Zabilski "NN"
strz. Jerzy Gryszel "Jurek"
strz. Czesław Wolny "NN"
strz. Czesław Werkun "Zima"
Anatolin Lisowski "Alan"
strz. Zygmunt Kaleciński "Sinus"
strz. Jerzy Kaleciński "Kosinus"
strz. Jan Kleindienst "Basia"
strz. Bogdan Bednarczyk "NN"
strz. Przemysław Mickiewicz "Marabut"
strz. Witold NN "Żuk"
strz. Tadeusz Skobejko "Błysk"
strz. Mieczysław Szeptunowicz "NN"
strz. Czesław Marszałek "Żuraw"
ułan Bohdan Karpowicz "Sowa"
szyfrantka "Zosia"
sanitariuszka Eugenia Myszkowna
Często zdarza się mi przywozić na cmentarz w Surkontach gości z Polski, chociaż nie tylko z Polski, bowiem przyjeżdżają tutaj również goście z Kanady, USA, Europy Zachodniej, przyjeżdżają także wycieczki i z całej Białorusi. Wszyscy chcą zobaczyć to miejsce, złożyć tam kwiaty i zapalić znicze. Zawsze kiedy podjeżdżają samochody i autobusy, przychodzą mieszkańcy Surkont i chętnie opowiadają gościom o tym, jak to było 21 VIII 1944 r. Żyje jeszcze wielu świadków tej bitwy. Ci miejscowi Polacy dbają o ten cmentarz, doglądając go. Widać, że partyzanci, którzy tam leżą, to ich chłopcy, którzy bronili ich przed 50-ciu laty.


Aleksander Siemionow

 

O ks. Józefie Naruszewiczu


Józef Naruszewicz urodził się 6 września 1914 r. w Lidzie, w dzielnicy Ferma, w rodzinie kolejarskiej. W 1915 r., w wyniku ewakuacji wyjechał z rodziną w okolice Homla. Powrót do Lidy nastąpił w 1922 r. W Lidzie kończy Szkołę Powszechną (pod Zamkiem) i wstępuje w 1930 r. do nowo utworzonej Szkoły Handlowej o.o. Pijarów. Był jednym z najzdolniejszych uczniów tej szkoły. Bierze też aktywny udział w życiu sportowym i Hufcu Przysposobienia Wojskowego. Zdobył brązowy medal na ogól­nopolskich zawodach strzeleckich z broni wojskowej (kb). Jako jeden z najwyższych wzrostem uczniów, wchodzi w skład pocztu sztandarowego szkoły (na zdjęciu - pierwszy z prawej), uczest­nicząc wraz z Hufcem PW Szkoły Handlowej w defiladach wojskowych, które odbywały się na ul. mjr Mackiewicza (pod Zamkiem) i później na ul. Suwalskiej, organizowanych z okazji świąt 3 Maja, 11 Listopada i w Dniu Imienin Marszałka Józefa Piłsudskiego - 19 marca.
Po zdaniu matury, wyjechał w 1935 r. do Krakowa, gdzie przebywał w Kolegium o.o. Pijarów. Z chwilą wybuchu wojny w 1939 r., z polecenia przełożonych udał się do Lidy. Trasę z Krakowa przebył pieszo, wśród wielu niebezpieczeństw, w toku toczących się działań wojennych. Gdy przybył do Lidy, w mieście znajdowały się wojska sowieckie. Utrzymywał przy
się odważnie za pokrzywdzonymi mieszkańcami Lidy, naraża­jąc się na grożące, ostre represje, łącznie ze zsyłką na Sybir. W ostatnich dniach czerwca 1941 r., wykorzystując panikę w trakcie wycofywania się Sowietów z Lidy - bierze udział wraz z ojcem i sąsiadami w rozbiciu więzienia przy ul. Syrokomli i uwolnieniu więźniów, którym groziła śmierć. Niespodziewanie jednak powrócili wkrótce do więzienia strażnicy z NKWD. Aresztowali ojca i brata, wywieźli ich ciężarówką za Lidę, w kierunku wschodnim, celem dokonania egzykucji, do której dzięki Opatrzności nie doszło. Nagły nalot samolotów niemiec­kich, które zbombardowały prochownię oraz potężne wybuchy i silne drgania ziemi, jak przy trzęsieniu ziemi, przestraszyły NKWD-zistów, którzy w popłochu uciekli, pozostawiając are­sztowanych.
W czasie okupacji niemieckiej pracował w aptece jako księgowy i zaopatrzeniowiec. Funkcje te umożliwiały mu prze­rzut leków do oddziałów partyzanckich, walczących na Ziemi Lidzkiej. Po ponownym wkroczeniu do Lidy Sowietów w 1944 r. podjął pracę księgowego w artelu szewskim. Obawiając się aresztowania, udaje mu się wraz z siostrą, dzięki Komisji Repatriacyjnej wyjechać wiosną 1945 r. do Polski, gdzie zamie­szkał wraz z siostrą Anną w Łodzi. Podjął studia na Uniwer­sytecie Łódzkim na Wydziale Filozofii oraz w Wyższym Seminarium Duchownym w Łodzi. W 1951 r. otrzymuje święcenia kapłańskie. Był wikariuszem parafii w Zgierzu, a następnie w Ozorkowie. Zajmował się z poświęceniem katechezą wśród młodzieży szkolnej, kształtując młode charaktery w duchu oddania dla Kościoła i Ojczyzny, co zaowocowało w postawie większości tych uczniów w wieku dorosłym. W 1964 r. uzyskał doktorat z filozofii na Akademii Teologii Katolickiej w War­szawie. Przez kilka lat był ojcem duchownym w Wyższym Seminarium Duchownym w Łodzi, a następnie notariuszem w Kurii Biskupiej.
W 1972 r. objął probostwo w Łasku, gdzie do 1986 r. był proboszczem i dziekanem dekanatu łaskiego. W międzyczasie, w ocenie zasług zostaje mianowany honorowym kanonikiem kolegiaty łaskiej. W 1975 r. zorganizował na plebanii w Łasku I Zjazd absolwentów Szkoły Handlowej w Lidzie swego rocz­nika.
Interesował się zawsze odrodzeniem polskości na Kresach, wspomagając materialnie Fundację Pomocy Szkołom Polskim na Wschodzie im. T. Goniewicza. Zasłynął jako wspaniały duszpasterz, kaznodzieja i administrator. Zbudował w czterech okolicznych miejscowościach punkty katechetyczne, z których obecnie powstały kościoły i parafie.
W 1986 r. przeszedł na emeryturę, lecz w dalszym ciągu udzielał sięduzszpastersko, zajmując się ponadto pracą pisarską - publikuje opracowania poświęcone umocnieniu w wierze i walce ze złem w naszej Ojczyźnie.
Zmarł w święto Trzech Króli, 6 stycznia 1994 r. po ciężkich cierpieniach. Uroczystości pogrzebowe odbyły się w Łasku w dniu 8 stycznia przy licznym udziale duchowieństwa, na czele z biskupem łódzkim, Adamem Kulikiem i wielkiej rzeszy wiernych z miasta i okolic. Pozostał w pamięci wszystkich, którzy Go znali, jako człowiek Boży, niestrudzony kapłan i patriota, o wielkiej szlachetności, dobroci i mądrości. Z pew­nością, swoim orędownictwem i wstawiennictwem u Boga obejmuje również ukochaną siebie Ziemię Lidzką.


Władysław Naruszewicz