Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Wojenne wspomnienia lidzianina
Ziemia Lidzka przed laty...

Urodziłem się w dniu 1 lipca 1938 r. w Iwju, pow. Lida, jako pierworodny syn Stanisława Szafkowskiego (1905-1984) i Jad­wigi z Jacuńskich (1915-1988).
Tato mój, po odbyciu zasadniczej służby wojskowej w 77 p. piech. im. Strzelców Kowieńskich w Lidzie w latach 1929-1930, pracował przez dwa lata w żandarmerii wojskowej w Grodnie, a następnie do wybuchu wojny zatrudniony był w Spółdzielni Wojskowej w Iwju.
Miałem otrzymać imię Romuald, po moim dziadku, Romu­aldzie Szafkowskim (1852-1922), ale mama uparła się, bym nosił imię Zbyszek i tak już zostało. Mój pradziadek, Stanisław Szafkowski (1820-ok. 1880), za udział w Powstaniu Stycz­niowym, wraz z rodziną został zesłany do Rosji, za Mohylów i tam zmarł. Po dwunastu latach jego rodzina powróciła do domu. Po skonfiskowanych majątkach nie było śladu, kupiono zatem trochę ziemi w Kucewiczach koło Naczy. Moją babcią od strony taty była Jadwiga z Niecieckich (1862-1971 - tak, to nie przesada, tak długo żyła).
Rodzina mojej mamy - Jacuńscy, pochodzili z bogatszej szlachty. Pieczętowali się herbem Sulima. Rodzicami mojej mamy byli Leon Jacuński (1885-ok. 1920 r., gdyż jak poszedł na I wojnę światową, to ślad po nim zaginął) i Helena Koziołkiewiczówna (1894-1963), pochodząca z lubelskiego.
Urodziłem się zatem w Iwju, w rodzinie sprzedawcy sklepo­wego, który miał przydział mobilizacyjny, wyznaczony na 12 września 1939 r. do Lidy. W związku z tym, w końcu sierpnia 1939 r. rodzice moi przenieśli się z Iwja do Wojzboniszek koło Ejszyszek, do majątku babci Heleny, by tam przeczekać ewen­tualną zawieruchę wojenną. Trzeba było pracować w polu, więc tato zabrał się do pracy na roli, bo do wojska miał stawić się dopiero 12 września.
Z opowiadań moich rodziców wiem, że w czerwcu 1940 r., kiedy tato był przy sianie, przyjechali dwoma ciężarowymi samochodami Rosjanie, by zabierać z majątków właścicieli ziemskich. Kiedy zawołany przez służącą, przyszedł z łąki, bosy, w lnianych spodniach, bez koszuli, z grabiami w ręku, zapytano go: "Gdzie pamieszczyk, burżuj, kułak?" Odpowiedział, że to on (miał wtedy 35 lat), był szczupły. "No ale gdzie chaziain, burżuj?" Gdzie ten wąsaty, gruby szlachcic? Ponownie potwierdził, że to on. Na samochodach siedziało kilku znajomych, starszych gospodarzy z okolicznej szlachty. Między innymi, z sąsiedniej Brzozówki, był jeden z panów Sienkiewiczów, stryj późniejszej aktorki, Krystyny Sienkiewicz i inni, znani właś­ciciele ziemscy. Rosjanie poszeptali coś między sobą, machnęli ręką i pojechali. Nigdy nikt potem już nic nie usłyszał o wywie­zionych.
Okres wojny przemieszkaliśmy w Wojzbonisżkach. Przez pola, należące do babci płynęła mała rzeczka, na której wytyczono granicę litewsko-białoruską, która tam istnieje do dzisiaj. Tato zatem musiał mieć dwa paszporty - litewski i białoruski, w zależności od tego, którą ziemię orał.
Ja natomiast pamiętam już wszystkie cztery okoliczności, w których złamałem prawą rękę. Każdorazowo wożono mnie do Koleśnik, gdzie pani doktor Kosowska nastawiała rękę, wkładając ją do deszczułek, ponieważ nie było gipsu. Działo się to pomiędzy czwartym, a szóstym rokiem życia.
Pamiętam, jak przychodzili do nas partyzanci z AK. Zresztą w Wileńskim Zgrupowaniu AK byli zarówno mój tato (pseud. "Szakal"), jak i jego młodszy brat Józef (1918-1982 - pseud., "Szwab"). Obaj byli pod bezpośrednim dowództwem kpt. Sztremera - Józef w zwiadzie konnym, a mój tato pozostawał w majątku, jako zaopatrzeniowiec, łącznościowiec itp. Jako dziecko interesowałem się wojskiem, bronią, chciałem być żołnierzem, paratyzantem. Śpiewałem partyzanckie piosenki, których śpiewania wyraźnie zabraniała mi mama. Mogłem śpiewać jedynie jedną z "wojennych, partyzanckich" piosenek - "Kiedy ranne wstają zorze". Cóż, mój wiek - sześć lat, na więcej nie pozwalał.
Latem 1944 r. przetoczył się front przez nasze ziemie, podążając na zachód. Pewnego letniego dnia, po południu przyjechały do naszego majątku cztery samochody pancerne z Niemcami. Żołnierze umyli się w pobliskim strumyku, wyperfumowali, nas dzieci nakarmili czekoladą. Dowódcą ich był Łotysz. Pod wieczór kazali się wszystkim pochować, bo będzie walka. Schowaliśmy się do piwnicy krytej gontem. Łotysz przyszedł i powiedział, że tutaj nie możemy pozostać, bo tu "może być Feuer" - ogień, to się może zapalić. Przeszliśmy wszyscy - ciotki, babcia, służba - do wykładanej kamieniami lodowni bez dachu, w drugim końcu parku. Tam kazano nam trzymać poduszki na głowach, "bo się kule w pierzu pozakręcają". Niemcy nacięli gałęzi i przykryli nimi lodownię. Całą noc trwała strzelanina. Nad ranem tato zabrał mnie, mamę i brata Waldka (ur. 1943) i pełznąc po polach, przedostaliśmy się przez rzeczkę na drugą stronę, do Nowinki, posiadłości Korkuciów, z których pochodził drugi mąż babci Heleny. Dostaliśmy się do ziemianki, gdzie było pełno ludzi i okropnie duszno. Myślałem, że się uduszę, że nie przetrwam do rana. Jednak jakoś wytrzymałem. Rano po Niemcach nie było śladu. Słychać było natomiast wszędzie śpiewane "czastuszki". Tak zaczynał się początek wyzwolenia.
Wkrótce po odejściu frontu na zachód, namnożyło się partyzantek. Byli Polacy, Rosjanie, Litwini, Białorusini i Żydzi oraz partyzantki mieszane, najgroźniejsze, pytające "z kim trzymasz?" - nie przedstawiające się. Wszyscy uzbrojeni, wszyscy głodni, wszyscy nawzajem zwalczający się. To był koszmar. Co noc kilka grup, co 2-3 godziny, głodni, żądający jedzenia dla 20-40 ludzi. Co dać, czym nakarmić ludzi, którzy nie jedli po dwa-trzy dni. Przychodzili z bronią. Jedni odchodzili, drudzy przychodzili. Dopiero świt witano jak zbawienie, bo za dnia było wiadomo, że nikt nie przyjdzie. Ale dzień mijał i nastawał wieczór a wraz z nim nowe wizyty. Jak to przeżyć?
W styczniu 1945 r. tato i stryj Józef zbudowali w naszej owczarni kryjówkę dla dwóch osób. Tak na wszelki wypadek. Byłem przy budowie, wiedziałem jak tam wejść. Parę dni potem przebywał w niej akurat stryj z kolegą, w nocy przyszedł pluton żołnierzy rosyjskich szukać "bandyty" - to znaczy stryja. Całą noc tato stał w śniegu z lufą pistoletu przy głowie, a żołnierze szukali. Ponieważ nie mogli nikogo znaleźć, pytali, gdzie jest brat, bo widziano go wieczorem. Doniósł o tym ktoś z usłuż­nych "zakluczonych" - parobków. Skoro tato mówił, że brata nie ma, to ma pokazać miejsce, gdzie mógłby się on schować. Jak mógł pokazać, skoro było tam dwoje ludzi. Mama modliła się, by tylko mnie nie zabrano, żebym pokazał, gdzie jest kryjówka, bo "stary partyzant" doskonale o niej wiedział. Kryjówki nie znaleziono, a tatę zabrano na przesłuchanie. Wrócił za dnia, po trzech dniach nieobecności w domu, a kiedy podchodził pod dom i mama zobaczyła go przez okno, to powiedziała do babci, że "znowu jakiś dziad idzie trzymając się płotu, dziwne tylko dlaczego psy nie szczekają".
Dwa tygodnie później stryja złapano w sąsiedniej okolicy. Po krótkim "procesie" dostał 10 lat Syberii. Wywieziono go wkrótce do Siemczanu w Magadańskiej obłasti. Pracował tam w kopalni przez 8 lat. Po wypuszczeniu na "wolność", w ciągu dwóch godzin miał podjąć pracę w tym samym miejscu jako "wolny człowiek". Uratowała go położna z miejscowego szpita­la, z którą później się ożenił i miał dwoje dzieci - Świetlane (1956) i Eugeniusza (1957). Stryj był w Polsce trzykrotnie - w 1957, 1961 i w 1975 r. Każdorazowo jedynie trzy miesiące, bo musiał wracać do "siemji".
Latem 1945 r. mama uprosiła tatę, byśmy z jej rodziną wyjechali do Polski. Zatem we wrześniu, przed wyjazdem do Polski, zawiózł mnie tato do Wilna. Zapamiętałem Ostrą Bramę i Zielony Most. W 1980 r. podczas wycieczki olimpijskiej, sprawdziłem, czy naprawdę do Ostrej Bramy wiedzie 40 scho­dów (40 dni postu) - zgadzało się.
Po kilkunastu dniach oczekiwania w Oranach na dworcu, podstawiono pociąg i mogliśmy wyruszyć. Podróż trwała dwa tygodnie (9 październik 1945 r.). W Warszawie trzeba było zmienić pociąg i przenieść wszystko nocą z jednego dworca na drugi. Nie potrafię określić dziś jakie to były dworce. Pewnie Wileński i może Gdański, nie wiem. Wiem, że było daleko. Ja dostałem zadanie prowadzić i pilnować sam w nocy naszych koni - były to dwa dorodne kasztany, które co chwilę po­drzucały mnie do góry, gdyż trzymałem je za uzdy. Noc, ciemno, pełno obcych ludzi. Tato wszystko nosił przez całą noc na plecach -meble, rozebrane wozy, pługi, brony, słowem wszysto. Ale za chwilę mieliśmy nowy wagon. Na drugi dzień obok naszego pociągu zatrzymał się pociąg z niemieckimi jeńcami wojennymi. Jakaś pani z sąsiedniego wagonu wyrzuciła obierki po kartoflach na ziemię. Wówczas Niemcy rzucili się na te obierzyny i zaczęli je jeść. Kiedy spytałem mamę, dlaczego oni jedzą surowe obierki, mama odpowiedziała: "Pamiętaj synku, abyś zawsze szanował chlebek i proś Boga, by ci go nigdy nie brakowało". To zapamiętam do końca życia.
W Warszawie, w PUR-ze (urząd repatriacyjny), tato z wuj­kiem spotkali swojego kolegę z wojska. Za litr samogonu wypisał przepustkę, na mocy której można było odczepić dwa wagony na Kujawach (centralna Polska). Cały transport poje­chał bowiem do Kamiennej Góry, na tereny "poniemieckie". My osiedliliśmy się we wsi Potołówek, pomiędzy Nieszawą i Piotrkowem Kujawskim. Dziwiła nas inna mowa tubylców, a ich nasza, ale największe wrażenie zrobiła na nas orka. Pług ciągnął bowiem chłop i jego syn, a orała jego żona. My mieliśmy dwa piękne konie, które budziły powszechny podziw.
Rodzina mamy przyjechała do Polski, ojca pozostała na Wileńszczyźnie. W 1947 r. wszyscy oni zostali wywiezieni w okolice Taszkientu, by powrócić do kraju dopiero w 1956 r.
Zbigniew Szafkowski