Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Wieś ugorem leży
(Nauczanie jęzuka polskiego na wsi lidzkiej)

Dużo mówi się o polskości w Lidzie. Głosi się szczytne ide­ały i hasła. Bije się na alarm, gdy nie można założyć polskiej klasy, ale w tym wszystkim nikt nie zwraca większej uwagi na to, co dzie­je się na lidzkiej wsi. Według oficjalnych danych, Polacy w rejonie lidzkim bez miasta Lidy stanowią ponad pięćdziesiąt procent mie­szkańców, a w rzeczywistości z pewnością jest ich więcej. Są prze­cież cale polskie wsie, jak na przykład Białohruda, gdzie mieszka tylko jedna rodzina białoruska, czy Chodziuki, gdzie nie ma na­wet kościoła. W wielu miejscowościach mieszkańcom musi wystar­czać jedynie świadomość tego, że są Polakami, bo nie mają nawet kościoła, gdzie mogliby modlić się po polsku.
Nie zanosi się wcale na to, by sytuacja z polskością uległa na lidzkiej wsi na lepsze. Daje się nawet zauważyć proces odwrotny. W pierwszych latach, gdy odradzała się oświata polska na Białorusi, pro­ces odrodzenia przeszedł też na lidzkie wsie. Oczywiście, nie wszyst­kie, ale znalazło się kilku entuzjastów, którzy pracując w wiejskich szkołach, czując przywiązanie do polskiej kultury i tradycji postano­wili przynajmniej w podstawowym zakresie wprowadzić nauczanie ojczystej mowy dla swoich uczniów. Tak stało się w Krupowie, gdzie pracę oświatową podjęła pani Janina Śnieżko, czy w Dzitrykach, gdzie nauczaniem języka polskiego zajęła się pani Nela Solowiowa. Wszy­stkie, a raczej prawie wszystkie nauczycielki, czy też nauczyciele (jest też kilku panów), to przeważnie ludzie starsi, znający język polski z domu, prawdziwi entuzjaści polskości. Wieś na Białorusi starzeje się, młodzież ucieka do miast, gdzie być może ostatnio nie jest łatwiej, ale może bardziej interesująco, gdzie ma się nadzieję, że może będzie łatwiej. Na wsi pozostają starzy ludzie, przywiązani do swojego miej­sca urodzenia. Pozostają również starzy nauczyciele, którym przychodzi uczyć coraz mniej dzieci.
Według Rejonowego Wydziału Oświaty w Lidzie nauczaniem języka polskiego w rejonie lidzkim, poza Lida, objęte jest 474 uczniów. Z jednej strony wydaje się, że to wiele, a z drugiej jest to liczba do­prawdy niewielka. Jeśli zauważy się dodatkowo, że na wsi nie istnieje żadna klasa polska, a całe nauczanie opiera się na bazie kółek i fakultatywów, to należy stwierdzić, że i skuteczność takiej oświaty nie jest zbyt wielka.
Ilość punktów nauczania zmniejsza się. W Berdówce już od roku nie ma nauczycielki, chociaż nie brakuje tutaj podręczników do nauki ojczystego języka. Ostatnio na emeryturę, głównie ze względu na stan zdrowia przeszła pani Janina Śnieżko, która była jedną z najak­tywniejszych nauczycielek poza Lida. Zajęcia z języka polskiego w Krupowie były wręcz wzorcowe - pokazywano je nawet w polskiej telewizji. Przychodziło na nie też sporo młodzieży. W końcu Krupo-wo jest jedną z największych wsi w rejonie lidzkim. Od kilku miesię­cy zajęć z polskiego tam nie ma i nie wiadomo, czy w ogóle zostaną wskrzeszone. Na miejscu nie ma odpowiedniego nauczyciela, a z Lidy raczej nikt nie chce dojeżdżać. Ewentualnych chętnych odstrasza cena biletów autobusowych. Podobnie jest również i z innymi wsiami. Ka­dra wykrusza się, a władze oświatowe nie widzą potrzeby wysyłania kogoś z wiejskich nauczycieli, oczywiście tych młodszych, na kursy do Polski.
Warto wymienić te punkty i miejscowości, gdzie w rejonie lidzkim jeszcze odbywa się nauka języka polskiego. Najaktywniej­szym obecnie jest Brzozówka, gdzie zajęcia odbywają się w ramach fakultetów i kółek. Prowadzi je pani Halina Teresani. Nie należy jednak zapominać, że w Brzozówce istnieje także Oddział TKPZL, więc jest przynajmniej jakaś baza organizacyjna. Kilka młodych osób z Brzozówki studiuje w Polsce. Daj Boże, żeby wrócili tam i podjęli pracę. Poza Brzozówka zajęcia z języka polskiego odbywają się w: Bielewiczach - cztery kółka językowe, które prowadzi pani Teresa Korejwo, w Dworzyszczach - dwa fakultety, prowadzone przez panią Teresę Bancewicz, wspomniane Dzitryki, gdzie uczy pani Nela Sołowiowa (języka polskiego uczą się tam nawet białoruskie dzieci, ewakuowane z Homla po wybuchu w Czarnobylu), Minojty, gdzie nauczycielem jest Tadeusz Łapko (swego czasu była możliwość zaistnienia tam Oddziału TKPZL), Jodki, tutaj naucza St. Burak, Krasnowce pod Lida -jest to chyba jedyna miejscowość, w której nauczaniem języka pol­skiego zajmuje się młoda osoba. Jest nią pani Krystyna Łopata, która nie była jeszcze na kursach w Polsce. W dwóch miejscowościach ję­zyka polskiego uczą dyrektorzy szkól. Ma to miejsce w Bielicy, gdzie uczy Jan Zajączkowski i w Wawiórce, gdzie jedną grupęr prowadził dyrektor szkoły, pan Grzegorz Piskun. W Wawiórce istnieje ponadto Oddział ZPB.
W większości tych miejscowości, poza Brzozówka i Wawiórką nie istnieją żadne polskie organizacje, a nauczaniem zajmują się pa­sjonaci. Jak długo wystarczy im sil i zdrowia? Co będzie, gdy odejdą, tak jak w Krupowie i Berdówce? Działacze polscy w Lidzie ze smut­kiem patrzą na przyszłość polskości na wsi, ale czy wystarczy tylko siedzieć i patrzeć z założonymi rękami? Może warto byłoby się prze­jechać do mniejszych miejscowości rejonu lidzkiego. Z pewnością znaleźliby się w nich ludzie, którzy chcieliby podjąć się nie tylko orga­nizacji oddziału, ale i być może przyszli nauczyciele i wychowawcy młodzieży. Może jednak warto odżałować te kilka tysięcy rubli, by przejechać się chociażby do Bielicy, czy Dworzyszcz i zorganizować tam oddział polskiej organizacji. Często dobrą okazją ku temu jest zorganizowanie wyjazdowego koncertu. Najlepiej zacząć od tych miej­scowości, gdzie istnieje już nauczanie języka polskiego. Nie można siedzieć w Lidzie i z góry zakładać, że nic z tego nie wyjdzie, bo nie ma odpowiednich ludzi. Czyżby wynikało to z własnego nicchciej-stwa.
Lidzka wieś czeka jeszcze na swoich nauczycieli. Nie można ograniczać się tylko do Lidy, gdzie już istnieje jakaś baza. Jest to szansa zarówno dla TKPZL, jak dla ZPB, gdzie ostatnio obserwuje się, że więcej czasu traci się na wzajemne animozje i spory, niż na rzetelną pracę. Polacy mieszkają przecież nie tylko w miastach. O tych na pro­wincji, nawet na tej najgłębszej też nie można zapominać.

Janina Maciuk RK