Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

O Księdzu Stanisławu Rojku Sch. P. wspomnienie serdeczne

 

Czyż młody 31-letni pijar, ksiądz Stanisław Kalasanty Rojek, który w sierpniu 1939 r. przyjechał z Krakowa do Lidy, mógł przypuszczać, że w mieście tym, położonym na kresach dawnej Rzeczpospolitej, spędzi całą pozostałą część swego długiego - gdyż trwającego 88 lat - życia ?; że z biegiem czasu i wydarzeń historii stanie się ostoją i symbolem nieugiętej postawy moralnej dla Polaków, którzy nie chcieli porzucić swej ojcowizny mimo grożących prześladowań ze strony władzy sowieckiej, wrogiej wobec wszystkiego, co polskie i katolickie.

Ksiądz Rojek przez 30 lat życia związany był z Ziemią Krakowską. Tu, w Grębocinie urodził się 5 listopada 1908 r. W Krakowie, 19 marca 1925 r., wstąpił do Zakonu OO. Pijarów; również w Krakowie, 20 kwietnia 1935 r. uzyskał święcenia kapłańskie. Tu studiował polonistykę, tu miał najbliższych przyjaciół. Szczególnie serdeczne więzy łączyły Go z O. Janem Bubą Sch. P., znanym autorem licznych prac o pijarach polskich, współautorem wielotomowej pijarskiej encyklopedii hiszpańskiej, zwanej w skrócie DENES.

Odległość Krakowa od Lidy należało liczyć nie tylko w kilometrach; różnice były widoczne także w sposobie widzenia świata i w warunkach życia ich mieszkańców. Mimowolnie nasuwa się pytanie: dlaczego ksiądz Rojek zdecydował się po wybuchu wojny pozostać z dala od rodzinnego domu i przyjaciół w tym kresowym mieście, gdzie w każdej chwili groziły Mu aresztowanie, więzienie i Sybir? Odpowiedzią na to pytanie niechaj będzie ponad 50 lat Jego życia, pełnego poświęceń i cichego bohaterstwa. Najpierw działał u boku O. Klemensa Mariana Czabanowskiego Sch.P. - rektora pijarskiego kolegium w Lidzie, pomagając jednocześnie księdzu dziekanowi Bojaruńcowi - proboszczowi lidzkiego kościoła farnego. Po śmierci tych obydwu księży pozostał sam na placu boju, stając się jedyną instytucją kościelną w Lidzie, gdyż część duchownych, pracujących w lidzkiej parafii kolejowej, rozstrzelali w 1943 r. Niemcy, a część wywieźli na Sybir Sowieci.

Życie księdza Rojka, pozbawionego oparcia we wspólnocie pijarskiej, prowadzącego działalność duszpasterską również na Ziemi Szczuczyńskiej, stawało się coraz bardziej trudne i zagrożone.

Podczas wizyty na lidzkiej plebanii w 1992 r., gdy ja i mój mąż zetknęliśmy się po raz pierwszy z legendarnym, sędziwym już księdzem Stanisławem, opowiedział, jak dwukrotnie usiłowano Go zabić. Najpierw podczas wieczornej mszy w kościele zarzucono mu sznur na szyję z zamiarem uduszenia; uratowali Go wówczas modlący się w świątyni parafianie. Po raz drugi spowodowano wypadek samochodowy zimą - na oblodzonej drodze przed wjazdem do Grodna. Ksiądz doznał niewielkich obrażeń, lecz starsza gospodyni z plebanii musiała spędzić kilka miesięcy w szpitalu.

Obrzucanie okien plebanii kamieniami w jesienne i zimowe wieczory stało się czynnością niemal codzienną. Nie pomagały wieczorne czuwania w pobliżu domu wiernych i odważnych parafian. W Okresie najcięższych prześladowań interweniował w Polsce - u ambasadora Związku Radzieckiego - Ksiądz Stefan Kardynał Wyszyński. Zadziwiający był fakt, że O. Stanisław, opowiadając o tych wszystkich wydarzeniach, nie skarżył się i nie oskarżał, lecz po prostu relacjonował, jakby nie chodziło o Jego życie. Był człowiekiem zbyt wielkiego formatu, ażeby szuka zadośćuczynienia w jakiejkolwiek formie.

A oto jeszcze jedna opowieść księdza Rojka, który - dodajmy - był świetnym narratorem. Po zniszczeniu w czasie działań wojennych farnej plebanii O. Stanisław - wspólnie z O. Czabanowskim - wybudowali w pobliżu kościoła niewielki dom, który władze lokalne skonfiskowały, oskarżając ponadto obydwu pijarów-właścicieli o nadużycia finansowe. Ksiądz Rojek opowiadał nam, że trzykrotnie kupował ten sam dom, który jest obecnie siedzibą OO. Pijarów w Lidzie i plebanią.

Drzwi do tej plebanii i do serca legendarnego kapłana - którego doświadczenie życiowe nauczyło powściągliwości wobec nowo poznawanych osób - otworzył mnie i mojemu mężowi XVIII-wieczny pijar, ksiądz Onufry Kopczyński, twórca pierwszej polskiej gramatyki "narodowej i filozoficznej". Gdy O. Rojek dowiedział się, że jestem autorką monografii o tym wybitnym polskim językoznawcy, zostaliśmy z miejsca zaliczeni do grona najmilszych gości, a plebania lidzka stała się od pierwszej wizyty jakby drugim naszym domem. Nie było mowy, aby podczas następnych kilku przyjazdów do Lidy nie odwiedzić księdza Stanisława, który był autentycznym miłośnikiem tradycji pijarskiej, stanowiącej drugi, lepszy świat jego myśli i przeżyć, świat w którym odpoczywał i z którego czerpał siły do walki z ateizmem i lokalnymi władzami, usiłującymi zburzyć kościół farny i umieścić w tym właśnie miejscu pomnik Włodzimierza Lenina.

Onufry Kopczyński i Wacław Berent, który wysoko ocenił Kopczyńskiego w "Nurcie" - w części "Mnichy" - należeli do postaci szczególnie bliskich księdzu Rojkowi - poloniście, towarzysząc mu od młodości do ostatnich chwil życia. Fikcja literacka zlewała się z trudną rzeczywistością. Berentowski kult tych "oświeconych", którzy bez przelewania krwi walczyli o ciągłość istnienia narodu polskiego, znajdował wyraz w ponad 50-letniej działalności na Ziemi Lidzkiej i Szczuczyńskiej zasłużonego kapłana "mnicha" - Stanisława Rojka.

W ostatnich latach życia, w nowych warunkach politycznych, stało się dla Niego wielką sprawą odzyskanie w Lidzie kościoła pijarskiego, zamienionego na planetarium. Niestety, pragnienie to nie zostało spełnione, gdyż świątynia nie powróciła do wspólnoty OO. Pijarów, lecz powstał tu kościół prawosławny. Przeżycie to podcięło sterany wiekiem i wieloletnią walką organizm 88-letniego pijara.

Odszedł on z grona swych zakonnych współbraci i swoich lidzkich parafian 6 października 1996 r. - o świcie słonecznej, jesiennej niedzieli.

Gdy piszę te słowa w dniu 9 października, odbywa się właśnie na cmentarzu przykościelnym w Lidzie pogrzeb tego skromnego, a jednocześnie bohaterskiego kapłana. Niechaj bukiet biało-czerwonych róż, które chciałam złożyć na grobie księdza Stanisława Kalasantego Rojka, zastąpią te słowa przelane na papier, stanowiące krople zaledwie moich serdecznych wspomnień i myśli.

Pragnę utrwalić na papierze jeszcze jedno - wszak najważniejsze życzenie: niechaj pamięć o tym Kapłanie ze Zgromadzenia Scholarum Pijarum, zasługującym na głęboki szacunek i na zadumę nad ludzkimi losami, zachowują się w świadomości nie tylko mieszkańców Ziemi Lidzkiej i nie tylko kresowian, lecz jak najszerszego grona ludzi myślących i czujących.

Prof. dr hab. Irena Stasiewicz-Jasiukowa.