Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Wracając do Lidy wspomnieniami.

Pożegnania z Lidą...

 

Zainicjowany przez redakcję "Ziemi Lidzkiej" cykl wspomnień, pod ogólną nazwą "rozstania

z Lidą", skłonił i mnie do napisania słów paru, aby wykazać, jak różne były te rozstania. Zakwalifikowanie ich do oficjalnie przyjętego nazewnictwa, nie zawsze jest możliwe. Zaczynają z tym mieć kłopoty nawet prawnicy, gdy mowa o wysiedleńcach, repatriantach, deportowanych, zesłańcach, skazańcach, czy innych grupach ludności polskiej represjonowanych w latach 1939-1945 przez obojga okupantów. Wspólnym mianownikiem dla tych wszystkich grup są prześladowania, którym podlegały one i podejmowane przez nie próby ratowania się przed prześladowaniami.

Nie jestem rodowitym lidzianinem. Urodziłem się i wychowałem w miejscowości odległej od

Lidy o 20 km . Mój związek z Lidą był nad wyraz silny, jako że od roku 1938 rozpocząłem naukę w 5 klasie szkoły powszechnej ks.ks.Pijarów. Od tej pory, choć z przerwami, aż do listopada 1943 r. pozostawałem jej mieszkańcem. Okres ten w sposób szczególny wpłynął na moją więź z tym miastem, zważywszy, że był to okres pierwszej okupacji sowieckiej i prawie całej niemieckiej. Wszystko co działo się w tym czasie znane jest dobrze każdemu lidzianinowi. Nie mogę nie zauważyć, że czas ten w sposób szczególny oddziałał na moją wrażliwość, pozostawiając w niej na trwałe serdeczne uczucia dla tego miasta, jego dawnych i obecnych nawet mieszkańców, a także wszystkiego co lidzkie.

W czasie III światowego Zjazdu Lidzian w maju 1994 r., gdy miałem szczęście znaleźć się po 51

latach na swojej rodzinnej ziemi, jak żywe stanęły mi przed oczami chwile, gdy jako wyrostek nie wyobrażałem sobie nawet, że będę musiał na zawsze pożegnać tę ziemię. Musiało się to jednak stać w obliczu ówczesnych wojennych i politycznych kataklizmów.

Z końcem 1943 r. stało się jasne, że Niemcy poniosły już ostateczną klęskę i że w najbliższym czasie przez nasze ziemie znowu przewalił się frontowy taran, tylko że w odwrotnym tym razem kierunku. Pewne też się stało, że ponownie znajdziemy się we władzy sowieckiej, po której, mimo

międzynarodowych układów i sojuszów, my Polacy mogliśmy się spodziewać wszystkiego najgorszego, po doświadczeniach z okresu pierwszej jej bytności.

W czasie, który chcę opisać pozostawałem pod opieką ojca, babki i jej siostry mocno już leciwych staruszek. W okresie pierwszej sowieckiej okupacji ojciec ukrywał się najpierw w Wilnie, a później w Warszawie. Z tego też powodu wydawało się, że jedynym dla nas przejściowym azylem może stać się właśnie Warszawa, w której ojciec mógłby ponownie znaleźć oparcie wśród znajomych i dalszej rodziny - tym razem dla siebie i dla mnie. Po dramatycznych przejściach, jakich doznała moja rodzina w 1942 r., połączonych ze śmiercią mojej matki, decyzja o przedostaniu się do Warszawy mnie i mojego ojca stała się absolutnie pewna. Chodziło tylko o to w jaki sposób i kiedy, gdy koleje były dla ludności cywilnej niedostępne, a Lidę od Warszawy dzieliły aż dwie granice - Białorusi (Weissruthenien) i Rzeszy oraz Rzeszy i Generalnego Gubernatorstwa. Niemcy tych granic dość pilnie strzegli, aby uniemożliwić przemieszczanie się polskiej ludności. Pomimo tego istniały sposoby niby to legalnego, choć opartego na fałszywych dokumentach podróżowania. Polskie podziemie przenikając do niemieckich instytucji w zasadzie osiągało zamierzone przez siebie cele.

Pod koniec 1943 r. zapotrzebowanie na przerzuty wielu osób z Kresów gwałtownie wzrosło. Pojawili się też nawet wśród Niemców, oczywiście za sowite pieniądze, chętni organizowania takich wyjazdów. Na terenie Lidy, lecz myślę, że nie tylko pojawił się reichsdojcz, przedsiębiorca budowlany, rodem z Poznańskiego, niejaki Skrzypczak. Jego przedsiębiorstwo, prowadzące roboty frontowe, ewakuowało się właśnie spod Smoleńska. Dawało to i jemu i chętnym do wyjazdu okazję legalnego wykorzystania zastrzeżonej dla wojska drogi kolejowej. Ojciec zdobył jakieś pieniądze na opłacenie się Skrzypczakowi i w ten sposób staliśmy się rzekomymi pracownikami jego firmy, na co wydał on nam stosowne dokumenty. Od tej pory w czasie podróży podczas wszelkich kontroli mieliśmy się podawać za robotników ewakuowanych ze strefy frontowej , a najlepiej w ogóle się nie odzywać, a tylko szybko i sprawnie wykonywać wszelkie polecenia Skrzypczaka. Sprawa mimo wszystko była dość ryzykowna nie dająca żadnej gwarancji bezpieczeństwa, a nawet zakrawać mogła na prowokację. Mimo to zdecydowaliśmy się - z tym , że ja miałem z Lidy wyjechać wcześniej o 10 dni niż ojciec, w jednej z kilkunastoosobowych grup tworzonych przez Skrzypczaka. Ojciec miał jeszcze wiele spraw do załatwiania w Lidzie i zabezpieczenia bytu pozostającej w Lidzie swojej matce i jej siostrze. Mówiliśmy między sobą, że jadąc osobno, w razie wpadki, przynajmniej jeden z nas być może wyjdzie z tej eskapady obronną ręką.

Przygotowania do odjazdu, oczywiście musiały być utrzymane w najgłębszej tajemnicy przed najbliższymi nawet kolegami. Po prostu któregoś dnia miałem zniknąć. Wtedy nikt o to nawet nie mógł mieć pretensji - takie były czasy.

Stało się faktem, że właśnie w dzień swoich piętnastych urodzin, w ponury listopadowy wieczór pożegnałem się z babkami, jak bym rozstawał się z nimi na parę tylko dni. W przeciwieństwie do mnie, one były nadwyraz wzruszone, jak by przeczuwały, że już nigdy mnie nie zobaczą. Z pokorą jednak musiały znieść i ten jeszcze jeden cios ,a tych życie im nie szczędziło. Odprowadzony zostałem przez ojca na dworzec, gdzie było wyznaczone miejsce zbiórki. Obciążony byłem niewielkim bagażem z prowiantem na parę dni i resztkami osobistego dobytku. Droga nie była daleka, gdyż mieszkaliśmy przy ulicy Gornianskiej, tuż koło ul.Piłsudskiego. Pożegnanie z ojcem też chyba było dość lapidarne, bez specjalnego rozczulania się. Niewątpliwie byłem przejęty, lecz napewno nie tym, że ostatecznie rozstaję się z krajem mojego dzieciństwa i wszystkim co wiązało mnie z tą ziemią. Zdawałem sobie jednak sprawę, że dzieje się coś niezwykłego i niebezpiecznego, jednak przede wszystkim w kategoriach nowej i to atrakcyjnej przygody.

Na dworcu zgromadzona już była większa grupa ludzi, a wśród nich zaprzyjaźnione z ojcem małżeństwo z córką - moją rówieśnicą. Mieli się oni opiekować się i mną w czasie podróży, a przede wszystkim w Warszawie, gdy do niej dojedziemy - do czasu przyjazdu ojca. Zajechał jakiś towarowy pociąg i na wezwanie Skrzypczaka załadowaliśmy się szybko do wskazanego nam wagonu.

Zostaliśmy w nim sami w liczbie kilkunastu osób, gdyż nasz przewodnik gdzieś zniknął, zostawiając nas na łasce losu - tak się przynajmniej nam wydawało. W zimnym towarowym wagonie, po ciemku rozlokowaliśmy się, jak kto mógł, na walizkach i tobołkach. Liczyliśmy się z tym, że wagon ten, co najmniej przez całą noc i następny dzień będzie naszym azylem. Trwały przeróżne rozmowy, zresztą dość konspiracyjnie prowadzone, gdyż nie wszyscy byli sobie znajomi. Mogli się wśród nas znajdować nawet prowokatorzy, mogący rozszyfrować całą naszą nielegalną eskapadę na fałszywych dokumentach, a nas skierować bezpośrednio do obozu zamiast Warszawy. Na dobrą sprawę i do osoby samego Skrzypczaka, mogliśmy mieć wiele niepewności, czy wręcz obaw. Jako rejchsdojcz, chociaż wziął od każdego niemałe pieniądze, mógł nas oddać wprost w ręce gestapo. Pewności wobec niego nie było żadnej, a zdani za to byliśmy całkowicie na jego łaskę i być może dobrą wolę.

Pociąg toczył się niemrawo. Zatrzymywał się i znowu ruszał, z obserwacji jednak wynikało, że jedziemy póki co w prawidłowym kierunku. Tej nocy nie było nawet mowy, aby ktoś z nas mógł zasnąć, stale nasłuchując, czy nie dzieje się coś nadzwyczajnego, co by mogło nam czymś zagrażać. W czasie jazdy, mogliśmy z powodzeniem wylecieć na minie, lub na kolejnym postoju usłyszeć wrzaski Niemców, przeprowadzających kontrolę transportu. Pierwszą tego rodzaju próbę mieliśmy na stacji w Mostach, gdy do wagonu wpadli żandarmi. Na szczęście znalazł się i Skrzypczak i to dobrze podpity. Wtedy to się dopiero okazało, że jedzie on tym samym pociągiem i czuwa nad naszą grupą, załatwiając z kim należy sprawy - głównie przy pomocy wódki i sowitego opłacania się władzom kolejowym, wojskowym i Bóg wie jeszcze jakim. Kontrola naszych dokumentów wypadła więc dobrze, choć jak to u Niemców była wrzaskliwa. Zostawiono nas w spokoju. Od tej pory wzrosło w jakiś sposób zaufanie do przewodnika, wobec ujawnienia jego wpływów i możliwości. Nastroje trochę się poprawiły. Zaczęło świtać, a pociąg zaczął posuwać się jak by szybciej. Zaczęliśmy coś pojadać i popijać, trochę już uspokojeni, a rozmowy zaczęły przybierać nawet i żartobliwe tony. Na którymś postoju pojawił się znowu Skrzypczak, informując, że zbliżamy się do stacji w Małkini, gdzie przebiega najbardziej niebezpieczne przejście graniczne, bo i jego wpływy tam się w zasadzie kończą. Wszystko zależeć może od tego, czy obsada posterunków nie została zmieniona, co mogło nastąpić bez jego wiedzy. W Małkini jeżeli wszystko dobrze pójdzie, nastąpi przesiadka do normalnego już osobowego pociągu, jadącego bezpośrednio do Warszawy. Zalecał nam więc zachowanie spokoju i tzw.luzu, abyśmy swoim wyglądem i zachowaniem nie wzbudzili podejrzeń. Łatwo było o tym mówić, trudniej do tego się zastosować. Generalną wskazówką było - trzymać się grupy i natychmiast wykonywać polecenia.

Pociąg wolno się wtoczył na stację i z miejsca otoczony został przez straż graniczną i żandarmów. Na peron wyładowaliśmy się wśród wrzasków, jak to było w zwyczaju niemieckich oprawców. Skrzypczak z wszystkimi naszymi dokumentami i papierami znowu gdzieś zniknął. żandarmom, jak kto z nas potrafił, usiłowaliśmy wytłumaczyć, kim jesteśmy i że oczekujemy na naszego szefa, który poszedł załatwiać sprawy naszej dalszej podróży. Zarówno nasze jak i Niemców zdenerwowanie narastało, gdyż powrót Skrzypczaka nienaturalnie się przedłużał. Jako grupa robotników, mogliśmy wzbudzać wątpliwości Niemców, gdyż wśród nas było zbyt dużo kobiet, a do tego nie sprawialiśmy wrażenia osób znękanych ciężką pracą fizyczną. Do tego niektórzy byli zbyt elegancko poubierani. Gdy już podenerwowanie wszystkich osiągnęło szczyt, nagle otoczeni zostaliśmy przez jakąś inną grupę żandarmów i pod karabinami prawie biegiem przepędzeni na jakiś inny peron. Tam oczekiwał już Skrzypczak, również roztrzęsiony, lecz już uśmiechnięty i dający do zrozumienia, że choć z trudem, jednak granicę mamy już za sobą. Z później uzyskanych informacji dowiedzieliśmy się, że istotnie Skrzypczak miał ciężką przeprawę z Niemcami i tylko znaczna łapówka, którą im wręczył, wszystkich nas ocaliła. Może tak było rzeczywiście, a może i nie. Mogło chodzić przecież i o to, aby sprawić wrażenie, że wszystkie zabiegi jego są bezinteresowne i że on dokłada jeszcze do interesu. Ogólnie bowiem wiadome było, że cały ten proceder był dla niego wysoce dochodowy. Znacznie później dowiedzieliśmy się od innych przemycanych przez niego grup, że drogą szantażu pobierał dodatkowe pieniądze lub kosztowności, pod pretekstem okupowania się Niemcom przed doraźnie piętrzącymi trudnościami i zagrożeniami. Tak było właśnie z grupą, w której był mój ojciec. Skrzypczak zresztą był na tyle szczwanym lisem, że dobrze wiedział, od kogo można jeszcze wyciągnąć dodatkowe pieniądze, a od kogo już nie.

Pomijając całą merkantylną stronę tego przemytu, trzeba jednak oddać Skrzypczakowi sprawiedliwość, że nikogo nie zadenuncjował, ani nie oddał w ręce gestapo. Był niewątpliwie osobnikiem na tyle pożytecznym, co i szkodliwym. Interes i osobiste korzyści decydowały jednak przede wszystkim o jego postępowaniu. Na tej zasadzie został z pewnością członkiem "narodu panów", choć śmieszyło już samo skojarzenie jego nazwiska z jakim kolwiek germanizmem.

Pociąg, do którego przesiedliśmy się w Małkini, był zgodnie z zapowiedzią, normalnym pociągiem osobowym. Jakoś się udało do niego dostać i rozlokować, pamiętając o trzymaniu się w grupie, której rozwiązanie miało nastąpić dopiero w Warszawie. Ciągle jeszcze byliśmy pod kuratelą Skrzypczaka, było to absolutnie konieczne, z uwagi na to co działo się wtedy na kolejach w Generalnym Gubernatorstwie, a szczególnie na liniach, otaczających Warszawę. W odróżnieniu od kresów, tutaj pozornie życie toczyło się jak przed wojną. W każdym bądź razie funkcjonowały koleje, a ludzi mogli się nimi przemieszczać bez specjalnych przepustek. Czynne były dworcowe restauracje i kioski, dorożki i okupacyjna nowość - riksze osobowe i towarowe. Mimo to każdy krok polskiej ludności był zagrożony ryzykiem łapanki, rewizji, aresztowania, lub nawet śmierci w razie nieodpowiedniego, podejrzanego zachowania się. Wszędzie krążyły uzbrojone po zęby patrole żandarmerii i tzw. granatowej policji - umundurowanej tak jak przed wojną. Legitymowano każdego, kto wydawał się Niemcom podejrzany, a byli nimi niemal wszyscy. Kwitła spekulacja, a poza tym samozaopatrzenie głodującej ludności Warszawy. Przeciwko temu więc skierowana była w znacznym stopniu uwaga Niemców. Odbierali oni ludziom wszystko, co udało im się zdobyć na prowincji. Był to więc zwyczajny rabunek, do doraźnego wykorzystania przez nich, bądź wyekspediowania dla rodzin w Niemczech.

Obserwując z okien wagonu, wszystko, co się za nim działo, widziałem kraj całkiem inny, niż nasz kresowy. Podróż moja, niezależnie od tego w jakich okolicznościach odbywała, była moją pierwszą podróżą do centralnej Polski. Wiadomo, że przed wojną Wileńszczyzna, czy Nowogródczyzna były regionami znacznie zapóźnionymi gospodarczo w stosunku do centralnej Polski, a szczególnie już do okolic podwarszawskich. Teraz na własne oczy mogłem to skonstatować. Ludzie inaczej, a przecież też po polsku mówiący. Inaczej poubierani. Inne budownictwo i obejścia gospodarskie, a także zaprzęgi konne. Miasteczka też całkiem o innej architekturze, a kraj ruchliwszy i w znacznie większym stopniu zagospodarowany. Wszystko to robiło na mnie duże wrażenie i potęgowało ciekawość. Jeszcze bardziej ekscytowało samo wyobrażenie tego, czego mogłem oczekiwać w samej Warszawie - mieście wprost dla mnie niewyobrażalnym, choć przecież dobrze znanym z książek, fotografii i opowiadań. W miarę zbliżania się do niej, robiło się coraz bardziej tłoczno. Przybywało pasażerów objuczonych pakunkami i plecakami. Można się było zoryjentować, że w przeważającej mierze, byli to ludzie podejmujące ryzyko zaopatrzenia stolicy w żywność, obojętne czy w drodze spekulacyjno-handlowej, czy też tylko zaopatrzenia własnych rodzin. Na peronach stacyjek, na pociągi zawsze oczekiwały uzbrojone grupy żandarmów i policjantów. Nie były one w stanie zatrzymać i zrewidować wszystkich, jednak zawsze mogły odebrać "towar" jakiejś ilości ludzi, którym nie dopisało szczęście i dostali się w ich łapy. Widomymi znakami przeciwdziałania i samoobrony w tym przypadku było wyskakiwanie i wskakiwanie do pociągu, zanim on wjechał na stację. W tym celu pociąg przed każdą stacją celowo zwalniał, z czego korzystali zarówno ci co chcieli wysiąść, jak i ci co zamierzali do niego dostać. Wybieg taki był możliwy dzięki temu, że pociągi obsługiwane były przez polskich kolejarzy i maszynistów, którzy, gdy tylko mogli, ułatwiali w ten sposób polskiej ludności omijanie niemieckich posterunków na stacjach. Takie to obrazki miałem możność obserwować już od pierwszego dnia bytności w G.G.

Opiekunowie moi, z którymi cały czas przebywałem, szykowali się już do powitania oczekującej na nich rodziny, chociaż nie było wcale pewne, czy dotarła do nich wiadomość o naszym przyjeździe. Przez cały czas podróży, traktowany byłem przez nich jako członek rodziny. Odpowiedzialność ich jednak w czasie podróży była bardzo iluzoryczna. Ich bowiem zagrożenie było takie same jak moje. Prawdziwej opieki z ich strony mogłem doznać dopiero w Warszawie, gdzie mieli mnie zabezpieczyć lokum i utrzymanie do czasu przyjazdu ojca. że mogło się stać inaczej, nikt tego nie brał pod uwagę. Z pewnością jakoś by mną pokierowali, gdyby miało się stać coś niedobrego z ojcem w czasie jego podróży.

W późnych godzinach popołudniowych, choć było jeszcze widno, pociąg wjechał na dworzec główny w Warszawie. Oczywiście szybko staraliśmy się z niego ulotnić. Przebywanie na dworcu, gdzie było pełno wojska, żandarmów i policji, było szczególnie niebezpieczne. Naszego opiekuna już nawet nie widziałem. Wykonał swoje zadanie i też szybko gdzieś się ulotnił. Teraz już byliśmy skazani wyłącznie na siebie. Z rejonu dworca należało się szybko oddalić, tym bardziej, że wszystkie nasze dokumenty podróżne straciły już swoją ważność, a innych miejscowych nikt z nas nie posiadał. Na szczęście jednak znalazł się ktoś z rodziny moich opiekunów z czekającymi pod dworcem dorożkami. Ze swoimi tobołkami szybko się do nich załadowaliśmy się i ruszyli w kierunku placu Narutowicza. Po około pół godzinie znaleźliśmy się u celu podróży w jednym z domów przy ul.Sękocińskiej, serdecznie przyjęci przez gospodarzy z którymi rozmowy o przejściach naszych i miejscowych stosunkach, jak się określa nie miały końca.

W taki oto sposób, zaledwie po jednej dobie przeobraziłem się z Lidzianina na Warszawiaka, w której przyszło mi przeżywać jeszcze straszniejsze chwile, niż na swojej Lidzkiej Ziemi. Ale to już całkiem inna historia. Ojciec szczęśliwie dołączył do mnie po około 10 dniach. Od tej pory już wspólnie zaczęliśmy dostosowywać się do miejscowych warunków. żadne jednak zabiegi w tym kierunku nie zdołały z nas, choć mijały kolejne dziesiątki lat wykorzenić nawet zewnętrznych oznak kresowego pochodzenia, a cóż dopiero mówić o duchowych więziach z Lidą i całą Ziemią Lidzką.

EMKA