Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Dawna wieś

 

Przypadkowo między starymi książkami i zapiskami z lat szkol­nych Szkoły Powszechnej w Lidzie znalazłam mały albumik-pamiętnik, do którego koleżanki i osoby bliskie wpisywały różne sentencje i życzenia, skierowane do właścicielki pamiętnika. Z wielkim wzrusze­niem i zainteresowaniem przeglądając jego kartki natrafiłam na zapiski, skreślone ręką młodej dziewczyny, która wieku 16 lat zmarła na gruźlicę. Oto te słowa:

Wszystko na świecie przemija powoli

I pamięć o tym co cieszy i boli

Wszystko przemija - tak chce przeznaczenie

I tylko jedno zostaje - wspomnienie.

W jednej chwili odżyły moje wspomnienia z lat dorastającej dziew­czynki.

Po rewolucji i śmierci matki przyjechałam z ojcem z Uralu do rodzinnej ojca wsi Dojlidy. Ojciec po ukończeniu szkoły technicz­nej został skierowany przez władzę carską do pracy na Ural. Przed laty dziadek Adam kupił w Dojlidach ziemię. Wspólnie z rodziną wzo­rowo prowadził gospodarstwo. Początkowy pobyt po przyjeździe trwał tylko rok w Dojlidach. Były to lata 1922-23. W późniejszych latach często tam przyjeżdżałam. W czasie wojny mieszkałam do roku 1946, pracując na roli, prowadząc tajne nauczanie dzieci w języku polskim.

Wieś Dojlidy należała dawniej do Polski. Po wojnie została przyłączona do Litwy, w następstwie do Związku Radzieckiego, wcho­dząc do rejonu Soleczniki. Wieś położona w dolinie między dwoma wzgórzami nad łąką przeciętą małym strumykiem, wysychającym w upalne lata. W okresie wiosennym zalewającym pobliską łąkę wodą nie mieszczącą się w jego korycie.

Na początku wsi łączą się dwa gościńce: Wileński z Wilna przez Puszczę Rudnicką do Ejszyszek, Werenowski - jedyna droga do przy­stanku kolejowego Werenów, odległego od Dojlid około 14 km . Te dwie drogi połączone zgodnie podążają do Ejszyszek. Wieś Dojlidy przed wojną należała do gminy Ejszyszki powiatu Lida. Los jej i kultura podobna była do innych wsi powiatu lidzkie­go. Mieszkając na wsi poznałam życie i pracę jej mieszkańców. Wieś tworzyła tzw. uliców­kę. W latach dwudziestych miała drogę przez wieś brukowaną, po bo­kach wysadzoną drzewami, przeważnie klonami - które tworzyły naturalny zielony tunel. Po bokach stały drewniane chaty, kryte słomia­nym dachem; przed chatą mały ogródek kwiatowy. Wejście do chaty przez ganek oparty na słupach drewnianych. Za chatą budynki gospo­darcze: obora, chlew, po przeciwnej stronie spichlerz na zboże, zwane swirnem, obok studnia z żurawiem drewnianym z zawieszonym także drewnianym wiadrem, a także koryto drewniane oparte na kamieniach, z którego wodą ze studni pojono bydło. Podwórko obszerne, przeważnie brukowane. Na końcu zabudowań stodoła na zboże zw. "gumno", wjazd do niej od strony szczytowej, dalej nad łąką ogród warzywny. Wszystkie budynki kryte dachem słomianym. Cała zagroda otoczona pło­tem, plecionym gałęziami jodłowymi między żerdziami, zw. "tynem". Brama wjazdowa zbudowana z poziomych cienkich żerdzi. Po podwórku chodziły świnie i kury. Tuczniki tylko trzymano w chlewach.

Sadów owocowych mało. Największy sad był mego dziadka Adama, jako dawny leśniczy sam drzewa zasadzał - był rozmiłowany w przyro­dzie, przez niego były też sadzone drzewa klonowe. Przy niektórych budynkach stały pojedyncze drzewa - grusze, jabłonie, a przy płocie kilka drzewek wiśni albo śliwy.

Wieś posiadała łaźnię, służącą do suszenia lnu i czasem do kąpieli mieszkańców.

Chaty budowano przeważnie "na dwa końce" z drzewa. Wchodziło się do niej przez sień, z której prowadziły troje drzwi: do izby gospodarczej, do gościnnej i do składzika, pod którym znajdowała się piwnica.

Wnętrze gospodarczej izby było prawie wszędzie jednakowe. Za­raz przy drzwiach wejściowych stał duży piec chlebowy, służący nie tylko do pieczenia chleba, ale także do gotowania strawy - z murowa­nym okapem, przypieckiem, w kącie na nim na dynarkach-trójnogu gotowano kolację. Z boku drugi przypiecek, u góry pieca obszerne miejsce do leżakowania. Przy piecu zydelek z drewnianym wiadrem na wodę, nad nim zawieszony drewniany czerpak lub kubek emaliowany. Po drugiej stronie zawieszona półka, na której ustawiono gliniane miski, w odpowiednich otworach w szeregu były ustawione czysto wyszorowane drewniane łyżki.

Niedaleko pieca pod ścianą drewniane łóżka, przykryte kolorowy­mi kilimami, zwane "pościałkami" - ze stosem poduszek.

Nad łóżkami umocowana żerdź, na niej zarzucano odzież.

Prawie w każdej izbie stała szafa na ubrania, która odgradzała łóż­ka od reszty izby.

Najważniejszym punktem izby był stół, stojący w rogu, sporzą­dzony z heblowanych desek, zawsze czysto wyszorowany piaskiem i "wiechciem" ze słomy. Dookoła stołu pod ścianami drewniane ławki, przed stołem zydel. Nad stołem zawieszona lampa naftowa z kloszem emaliowanym, w rogu na ścianach zawieszone święte obrazy. W czasie żniw ustawiano pod nimi na ławie pierwszy snop zboża rozpoczynający żniwa. Dawniej w takiej izbie przeważnie nie było podłogi; był tzw. '"tok" ubity z gliny - zamiatany brzozowym wienikiem.

Druga część chaty miała drewnianą podłogę. Wystrój był podobny do poprzedniej izby. Łóżka tam ustrajano nowymi kilimami, poduszki w jasnych poszwach, stół przykryty lnianą białą serwetą. W szafie przechowywano ubrania świąteczne, pod ścianą skrzynie-kufry z ręko­działami tkackimi, wykonywanymi przez kobiety. Wszystko było tak urządzone jakby czekano na gości.

Były też chaty jednoizbowe, przeważnie w gospodarstwach mniej zamożnych.

Wieś Dojlidy prawdopodobnie nie była zamieszkiwana tylko przez chłopów pańszczyźnianych, ale także przez ludzi przeważnie wolnych zawodów, którzy od właścicieli majątków po zniesieniu pańszczyzny kupili ziemię. Kupujący korzystali z pożyczki pieniężnej z Banków Rolnych, należność pożyczki później spłacali ich wnukowie do roku 1939. Byli to ludzie wyznania katolickiego, uważali siebie Pola­kami, chociaż język polski używany był tylko w ważnych uroczystych chwilach - tak jakby język salonowy. W życiu codziennym używano gwa­rę białoruską, nazywano ją "mową prostą". Słyszało się powiedzenie "Mówimy poprostu".

Okoliczne wsie miały podobne pochodzenie i życie. Tworzyli społeczeństwo katolickie, głęboko wierzące i praktykujące. Kościół był największym autorytetem. Na książeczkach do nabożeństwa rodzice przekazywali dzieciom umiejętność czytania w języku polskim. Trady­cje religijne były przestrzegane i pilnie strzeżone, a tym samym łączyło się to ze świadomością polskości. Mówiono "Katolik to Polak".

Gospodarstwa miały przeważnie od 10 do 20 ha ziemi i więcej. W późniejszym okresie po pierwszej Wojnie Światowej zaczęto gospo­darstwa dzielić między dziećmi. Powstawały mniejsze gospodarstwa; starano się je utrzymywać na właściwym poziomie. Ludzie mieli ambi­cję, aby nie być gorszym od sąsiadów, a nawet być lepszym. Głód był nie znany dzięki ich pracowitości i zaradności.

W latach dwudziestych jeszcze niektórzy gospodarze używali do uprawy ziemi drewniane sochy i brony. Zboże początkowo żęto sierpa­mi, później zaczęto kosić kosą, specjalnie dostosowaną do tej pracy. Początkowo kobiety zbierały same sierpami zboże, przy koszeniu zaś kosą do pracy włączyli się mężczyźni.

Sochy i brony szybko zamieniono na żelazne pługi i brony. Zboże początkowo młócono cepami, ale później bardziej postępowi kupowali młocarnie, wialnie. Urządzenia te były poruszane siłą końską, kieratem drewnianym; często sporządzanym przez samych rolników, któ­rzy w gospodarstwie sami wykonywali urządzenia, ułatwiające pracę. Sama widziałam te urządzenia jak kierat i wialnie, a także młynek, w których żarna były poruszane kieratem, zaprzęgniętym końmi. Po­czątkowo zboże dla ludzi i zwierząt mielono w rącznych żarnach, po­tem zastosowano kierat, a następnie zaczęto korzystać z młynów wod­nych.

Wieś miała swoich rzemieślników: kowala, stolarza, cieślę, a nawet szewca. W starej chatce mieszkał leciwy żyd, Abramka z rodzi­ną. U niego można było w każdej chwili kupić wódkę, sól, cukier, zapałki i inne towary. Córki jego szyły kobietom bluzki i suknie.

Wieś była samowystarczalna. Ziemia, praca żywiły i ubierały ludzi. Każdy gospodarz w pewnym stopniu był samodzielny.

W gospodarstwach trzymano konie, krowy, świnie, owce, kury. Uprawiano różnego rodzaju zboże: żyto, jęczmień, owies, grykę, groch. Koniecznie musiało być poletko lnu. Z niego po odpowiedniej obróbce kobiety wyrabiały płótno na ubranie i bieliznę. Wełnę z owiec używano do tkania samodziałowego sukna, z którego szyto ubra­nia męskie. Ze skóry szyto kożuchy dla całej rodziny.

W okresie jesiennym bite owce dostarczały mięso. Chowano świ­nie na swój użytek i sprzedaż. Krowy dostarczały mleko, które było dodatkiem do żywności. Wyrabiano masło w drewnianych "bojkach" i sery były też sprzedawane na rynku, a część zostawiano na swój użytek. Dochód ze sprzedaży przeważnie był własnością kobiet, jaj­ka sprzedawane uzupełniali budżet domowy i też część ich zostawia­no do własnego użytku. Z siemia lnianego wyrabiano olej. W ogro­dzie był "zagon" konopi, z którego wyrabiano sznury i lejce.

Kobiety nie miały stroju ludowego. Ich ubiorem było codzienna spódnica szyta z farbowanego płótna, bluzka z kolorowego perkalu. Głowę okrywano chustką, wiązaną pod brodą. Przed chłodem okrywały się dużą wełnianą chustką, zimą noszono kożuchy. Latem chodzono boso,

tylko na uroczystości kościelne i "od święta" zakładano trzewiki. Zimą używano wojłoki, sporządzone z wełny w specjalnych warsztatach.

Latem mężczyźni ubierali się w ubrania lniane, najczęściej by­ła to koszula i spodnie, szyte przez kobiety. W latach dwudziestych dawnym zwyczajem głowy jeszcze okrywano słomianym kapeluszem. Ubra­nie zimowe było szyte przez krawców z sukna wytkanego przez kobiety. Składało się ono z marynarki zapiętej pod szyją i spodni "galife", wpuszczane do butów. Okryciem zimowym dla kobiet i mężczyzn był kożuch. Przed deszczem i śniegiem kobiety okrywały je chustką, a męż­czyzni wełnianym burnosem - płaszczem z sukna. Czapka futrzana stanowiła dla mężczyzn okrycie głowy.

Posiłki spożywano trzy razy dziennie. Pierwszy ranny posiłek nazywano obiadem. Składał się on z zupy kwaśnej: kapuśniaka, barszczu buraczkowego, często z wkładką mięsną i zupa mleczna - krup­nik, marchwianka. W dniach targowych i świątecznych pieczono w piecu ulubione bliny jęczmienne lub gryczane. Jedzono je z sosem ze skwarek mięsa i jajek - zwany wiereszczaką.

Drugi posiłek nazywano "południem" - przeważnie stanowiły zu­py przechowywane w piecu, kasza, czasem zapiekanka gryczana, kartof­lana. Latem zupa zwana chłodnikiem z kartoflami.

Trzeci posiłek to: kolacja, zwana "wieczerzą", posiłki mleczne: zacierki, różnego rodzaju krupniki, zsiadłe mleko z kartoflami. W niedzielę, a czasem w zwykły dzień piło się kawę mleczną sporzą­dzoną z suszonych zmielonych żołędzi lub herbatę sporządzoną z ziół. Jesienią do potraw używano mięso baranie.

Na Święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy bito wieprza. Uboju dokony­wali sami gospodarze. Po zabiciu wieprza większą szczecinę wyry­wano, a później z niej sporządzano różnego rodzaju szczotki lub sprzedawano, następnie wieprza ogniem osmalano. Świnobicie było dniem pełnym radości i przeżycia dla całej ro­dziny. Mięso wieprza rozdzielano według przeznaczenia. Z podrobów przyrządzano różnego rodzaju wędliny: wątrobianki, kaszanki, "wia­dnery" )kiszka nadziewana tartymi kartoflami, przyprawiona słoni­ną, cebulą i pieprzem). Z mięsa robiono kiełbasy. Szynki i inne mięsa zaprawiano solą, czosnkiem, majerankiem i pieprzem - przechowywano w nieckach lub dzieżach do dalszego użytku. Po uporządko­waniu mięsa gospodyni smażyła skwarki z mięsem, zwaną tą potrawę "świeżaniną" i spożywano to z kiszoną kapustą, często zakrapianą kieliszkiem wódki. Świeżymi potrawami i mięsem - gospodynie często­wały najbliższych zaprzyjaźnionych sąsiadów.

Gospodynie same wypiekały chleb z mąki razowej żytniej, roz­czyniając ciasto w specjalnej zakwaszonej drewnianej dzieży. Po wy­rośnięciu ciasta po odpowiednim jego wyrobieniu dokładnie formowano kształtne bochenki, następnie kładziono je na drewnianą łopatę wy­ścieloną suchymi liśćmi klonowymi i umieszczano w piecu na rozgrza­nym toku ceglanym celem upieczenia. Upieczony chleb skrapiano wodą aby nabrał połysku i zmiękczył skorupkę.

Przed rozpoczęciem posiłków gospodarz brał bochenek chleba, za­kreślał na nim krzyż, następnie krajał skibki chleba. Po wspólnym przeżegnaniu się przystępowano do spożycia potraw.

Posty zawsze były przestrzegane. Opowiadano, że dawniej posz­czono przez 7 tygodni przed Wielkanocą. Na ten czas kupowano małą beczułkę śledzi. Podstawowym pokarmem były potrawy bez mięsa i mle­ka. Olej był jedynym stosowanym tłuszczem. Poważnym składnikiem odżywiania stanowiły kartofle, kapusta, buraki i marchew. Kartofle i jarzyny przechowywano w piwnicy. Kapustę kiszono w drewnianych be­czkach, krajano ją ręcznie lub szatkownicą. Kiszono także buraki. Później władze kościelne złagodziły post, zezwalając na spożywanie potraw mlecznych, a także skrócono czas ścisłego postu. Na święta i na uroczystości pieczono babki pszenne. Napojem była kawa lub her­bata zaparzana na zielu zwanym tam czombrem. Alkohol też używano, ale go nie pito dużo, tylko przy uroczystościach świątecznych lub przy ważnych "okazjach".

Pośrednikiem w handlu - w sprzedaży i kupnie płodów rolnych i potrzebnych towarów był przeważnie żyd z pobliskiego miasteczka, do którego gospodarze ze swoim towarem udawali się w dnie targowe w oznaczonych dniach. W Ejszyszkach dniem targowym był czwartek, w Werenowie - wtorek. Każdy gospodarz miał swojego żydka, który prze­ważnie był odbiorcą produktów rolnych i sprzedawcą towarów potrzeb­nych w gospodarce. Za sklepikiem był pokoik, w którym gospodarze wspólnie ze spotkanymi znajomymi zjadali tzw. śniadanie, składają­ce się ze śledzia i pszennej bułki - sklepowej. Nie gardzono wódką.

Dzień targowy był dniem nie tylko handlowym, był także dniem spotkań z krewnymi i znajomymi. Na ten czas wszystkimi drogami po­dążały furmanki gospodarskie. Przed wyjazdem na targ gospodynie piekły bliny, jako potrawę lubianą, smaczną i pożywną. Wracając do domu przywożono dla pozostałych domowników "gościńca" - poczęstunek śle­dzia, bułkę, a nawet cukierki. Czasem na drogach rozlegały się śpie­wy powracających podchmielonych kieliszkiem wódki.

Żyd w miasteczku był nie tylko pośrednikiem w handlu, ale czę­sto doradcą w kłopotliwych sprawach. Znał całe rodziny swoich klien­tów, a także udzielał pożyczki pieniężnej w nagłej potrzebie.

Gospodarz i Żyd byli współzależni od siebie. Gospodarz był u­ważny, nie dawał się oszukiwać, a żyd też w kontaktach ze wsią był ostrożny. Biedniejsi Żydzi prowadzili handel "objazdowy", jeżdżąc po wsiach nędzną furmanką z nędznym konikiem, wołając: "handel, han­del", zamieniał swój towar na produkty rolne. Nie gardził szmatami i niepotrzebnym żelastwem.

Każdy wiejski członek rodziny brał czynny udział w gospodar­stwie. Gospodarz dbał o uprawę roli, doglądał żywy inwentarz, zajmo­wał się młócką zboża, dbał o opał i porządek w budynkach gospodar­czych i na podwórku. Synowie jemu byli pomocni. Gospodyni gotowała strawę, pracowała przy żniwach, przy obróbce lnu i wełny, przędła, tkała na krosnach płótna, sukno, kilimy, serwety, ręczniki. Szyła i prała bieliznę. Utrzymywała porządek w izbie, dbała o ogród warzyw­ny, pielęgnowała i wychowywała dzieci. Zasięg jej obowiązków był wielki. W tym wszystkim pomocna była teściowa, jeśli żyła i dorasta­jące córki, które od matki uczyły się pracy przyszłej gospodyni.

Chłopcy już we wczesnych swoich latach od wiosny do późnej je­sieni rozpoczynali wypas bydła. Wstawali wczesnym rankiem bez wzglę­du na pogodę ze swoim stadem udawali się na pastwisko. Oprócz pil­nowania bydła zajmowali się wiązaniem z witek brzozowych wieników i koszy, ze słomy pletli kapelusze. W czasie deszczu zwykły worek składali "we dwoje" na róg i tworzył się kaptur, zakładany na głowę, który chronił w czasie deszczu od zmoknięcia. Jesienią rozpalali ognisko, piekli kartofle. Jako dorastający chłopaki stopniowo włączali się do pracy w gospodarstwie, przekazując swoje dawne obowiąz­ki młodszemu rodzeństwu.

W gospodarce wiejskiej praca i obowiązki były zgodne z rytmem pór roku. W latach dwudziestych pogoda była stabilna, zgodna z porami roku. Jesień była zwiastunem zbliżającej się zimy. Rozpoczynała się od przymrozków, występujących już pod koniec października, potem następowała pora deszczowa, a w listopadzie był już mróz, który brał w swoje władanie glebę i wodę. Mrozom towarzyszył obfity śnieg, który często trwał do samej wiosny. Czas ten to jakby okres wypo­czynku. Przyroda zamierała wypoczywając, rolnik również wypoczywał. Praca rolnika ograniczała się do doglądania bydła, młócenia zboża, porządkowania narzędzi pracy, reperacji uprząży zniszczonej w cza­sie pracy letniej. Praca ta zależała od chęci i inicjatywy gospo­darza, dlatego nie była męczącą.

Gospodyni jesienią i zimą nie miała wypoczynku. Oprócz obowią­zków codziennych domowych, musiała z pola zebrać ręcznie len, potem po oddzieleniu ziarna len rozściełała cienkimi warstwami na łące, aby na deszczu i słońcu skruszył się, następnie w łaźni je suszono. Po wysuszeniu w specjalnych drewnianych cierlicach oddzielano paździory od włókien lnu. Następnie metalowymi szczotkami i trzepan­kami drewnianymi oddzielano włókna zewnętrzne od wewnętrznych, będą­ce już najlepszym surowcem. Pracę wykonywano w gromadzie. Była to wzajemna współpraca sąsiedzka. W tym czasie od łaźni słychać głośny klekot cierlic czasem zagłuszany wesołym śmiechem lub śpiewem pracujących kobiet. Pracę kończono wspólnym poczęstunkiem przygotowa­nym przez gospodynie.

W tym czasie kobiety musiały jeszcze wykopać kartofle z pola. W okresie zimowym kobiety prządły len i wełnę owczą na drewnianych kołowrotkach. Pracę tą często wykonywały we wspólnym gronie na tzw. "wieczorkach". W tym czasie do kobiet i dziewcząt dołączała się młodzież męska. Warkotom kołowrotków towarzyszyły dowcipy, śmiechy ś śpiewy. Szczególnie te wspólne wieczorki były lubiane przez dziew­częta i chłopaków. Starsze kobiety opowiadały różne historyjki wiej­skie, bajki. Z nadejściem wiosny kobiety przystępowały do tkactwa. W każdej izbie ustawiano warsztat tkacki - krosna, na których wyra­biano płótna, piękne wzorzyste "pościałki" - kilimy, sukna dla mężczyzn na ubrania. Pracę tę wykonywały przeważnie dziewczęta pod nad­zorem matki, która przekazywała tę umiejętność córce. Ambicją dziew­czyny było wytkać jak najwięcej i najładniejszej tkaniny, którą u­kładała w drewniany kufer - skrzynie. Miała to być jej przyszła wyprawa.

Z nadejściem wiosny rolnik z pługiem i broną wyruszał w pole, szykując glebę pod wiosenny siew. Przyjęty był sposób uprawy ziemi zwany "trójpolówką". Ziemię przeznaczano w odpowiednim czasie pod zasiew wiosenny i zimowy; część roli zostawiano na wypasynek, na której latem wypasano bydło. Rolnik siał zboże ręcznie. Przez ra­mie na płóciennym ręczniku zawieszał siewienkę plecioną ze słomy. Krocząc majestatycznym krokiem równomiernym ruchem ręki rozrzucał zboże po uprawionej roli. Kobiety w tym czasie rozściełały na łące płótna wytkane aby w słońcu wybielały.

Był to piękny wiosenny czas. Ukwiecone łąki cieszyły wzrok. Skowronek swoim śpiewem umilał pracę, towarzyszył mu klekot bocia­nów, od pastwiska dolatywał śpiew pastuszka lub dźwięk fujarki. Rola zieleniała wschodzącym zbożem. Czas pokoju i nadziei.

Ludność wsi nie tylko pracowała, umiała wspólnie bawić się, cieszyć się i smucić. Tradycje i zwyczaje tworzyły kanwę dla twórczej samodzielnej inicjatywy spędzania wolnego czasu.

Rolnik święta kościelne przestrzegał, żadnej pracy, nawet naj­pilniejszej nie wykonywał oprócz karmienia bydła i trzody. W świąteczny dzień najwcześniej wstawała gospodyni. Rozpalała drzewo w piecu chlebowym. Szykowała ciasto do pieczenia blinów. Zaparzała sieczkę dla krów, którą gospodarz z wieczora przyszykował w cebrze drewnianym. Gotowała kartofle dla bydła i trzody. Szykowała i gotowała jedzenie, piekła bliny. W tym czasie domownicy już się budzili. Mężczyźni przystępowali do doglądania i karmienia inwentarza. Dziewczęta pomagały matce w gotowaniu strawy, sprzątały izbę. W tym czasie już był przygoto­wany duży żeliwny sagan (garnek) z nagrzaną wodą. Gospodyni kończyła pracę przy piecu. Mężczyźni wracali z podwórka. Dla nich była już przygotowana czysta lniana bielizna i świąteczne koszule. Przy­noszono ze "składzika" drewnianą neckę - koryto. Przy ciepłym piecu domownicy rozpoczynali kolejne mycie się. Po wykąpaniu się ubra­ni w czystą bieliznę i świąteczne ubrania zasiadano do wspólnego spożycia śniadania. Potem część domowników jechała lub pieszo udawali się do kościoła.

W każdej wsi były chaty, w których mieszkańcy chętnie zbiera­li się na wspólne spędzenie czasu, gawędząc, opowiadając o ostat­nich "nowinkach". Młodzież bawiła się, żartowała, śpiewała, jeżeli był muzykant rozpoczynały się tańce: kadryle, walce, poleczki. W tym czasie starsi zasiadali na ławach, z zainteresowaniem przy­glądali się bawiącym. Dorastające dziewczęta i chłopaki ciekawie zerkali przez okno lub otwarte drzwi podrygując w miejscu, próbując pierwszych kroków tańca. Oni nie śmieli ze starszymi bawić się, bo już i miejsca w chacie nie było, potem rozochoceni biegli do innej chaty, organizując własną zabawę. Czasem młodzież innej wsi słysząc muzykę przychodziła na wspólną zabawę. Czasem zabawa kończyła się wspólnymi porachunkami, przeważnie przyczyną była zazdrość o dziewczęta lub prowadzenie tańców.

Wesela wiejskie dawały okazję do ogólnej zabawy, na którą oprócz zaproszonych gości, przychodziła na tańce okoliczna młodzież.

Młodzież wiejska lubiła różne piosenki polskie, białoruskie i rosyjskie. Po odzyskaniu wolnej Polski chłopcy wracający ze służ­by wojskowej "przynosili" ze sobą wojskowe piosenki i patriotycz­ne, które były śpiewane na wspólnych spotkaniach. Te pieśni wyparły inne dawniej śpiewane. Młodzież wiejska potrafiła czas wolny spędzać bez muzyki, organizując różne towarzyskie gry przeplatane śpiewem. Później młodzież męska zaczęła się interesować sportem. Brała udział w organizowanych zawodach sportowych; niektórzy otrzymywali dyplomy wyróżniające oraz nagrody. We wsi powstała organizacja : "Strzelec" - komendantem zostaje Jan Mikoński. Teraz młodzież spo­tyka się na wspólnych młodzieżowych spotkaniach w większych ośrod­kach miasteczkowych i bierze czynny udział w pracach organizacyj­nych. Wyjeżdżają na sportowe zawody, otrzymują nagrody i dyplomy. W biegach wyróżniony był Jan Mikoński i Adolf Szymkonis.

Tradycyjnym i uroczystym świętem była Wielkanoc. Na to święto sprzątano i malowano izbę. Gospodynie piekły babki z pszennej mąki. Młodzież malowała jajka, najczęściej łuską od cebuli. Chłopaki wy­bierali jajka o najmocniejszej skorupie, nazywali je "mocukami". W święta bawili się tymi jajkami, uderzając piętkami wybijali je wzajemnie. Które jajko pękło właściciel całego jajka zabierał pęk­nięte. Wieczorem chłopaki gromadką szli składać życzenia tam, gdzie była młoda panna. Nazywano ich "wołownikami". Stawali pod oknem cha­ty, śpiewali pieśni :

Wesoły nam dziś dzień nastał

Dobry wieczór panieneczko

Da wino, wino zielone

Proszę otworzyć okieneczko

Da wino, wino zielone.

Panna otwierała okno. Chłopaki składali jej życzenia: wiele szczęścia, pomyślności i szczęśliwego zamążpójścia. Panna obdarzała ich malowanymi jajkami, częstowała bułką, kiełbasą, a czasem kielisz­kiem wódki. Tej nocy wesołe śpiewy rozlegały się długo, czasem aż do świtu.

Nie zawsze było tak wesoło. Zdarzały się choroby, śmierć, pożary i różne inne niepowodzenia. W gromadzie wiejskiej nie odczuwało się samotności. W nieszczęściu starali się wzajemnie pomagać. W pogrzebach zmarłych oprócz najbliższych brali udział mieszkańcy wsi. Przez dwie noce czuwali przy zmarłym młodzi i starsi. Mło­dzież śpiewała żałobne pieśni, nazywając je "śpiewakami". Starsi modlili się, odmawiali różaniec i inne modlitwy odczytywane z książeczki zw. "kantyczką". Jadąc gromadnie furmankami ze śpiewem religijnym - odprowadzali zmarłego do kościoła i na cmentarz. Po uroczystościach żałobnych odbywała się wspólna stypa poprzedzona modlitwą.

W razie pożaru wszyscy podążali do ratowania dobytku i gasze­nia ognia. Był zwyczaj: pogorzelcy jeździli po wsiach, zbierając wsparcia w postaci zboża, siana, słomy, słoniny, ubrania... Starano się im pomagać według własnych możliwości.

We wsi były prawie zawsze osoby wyjątkowo szanowane, cieszyły się autorytetem w gromadzie. Najczęściej były to osoby starsze, doświadczone. Szczególnie cenione były starsze kobiety, które pełniły rolę położnej, nazywano je "babkami". One nie tylko przyjmowały na­rodzone dzieci, ale potrafiły być pomocne w czasie choroby, znały się na ziołach i ich stosowaniu, służyły pomocą w nagłych chorobach i wypadkach. Były także pewne zabobony, uważano, że niektóre babki potrafiły skutecznie (według ich mniemania) zamawiać choroby. W Doj­lidach taką babką była ogólnie szanowana Wincentowa Karszulowa .

Ludność wiejska lekceważyła ludzi leniwych, niedbających o go­spodarstwo, była czasem względem nich bezwzględna. Unikali kontak­tów z nimi, nie spieszyli im z pomocą, wyśmiewali. Szanowali pracę i tradycje. Słyszało się takie powiedzenie: "Tak pracował ojciec i dziad, tak też i ja będę".

Po pierwszej Wojnie Światowej życie wiejskie szybko zaczęło się zmieniać. Po odzyskaniu niepodległości Polski, obudziła się uśpiona świadomość narodowa, chęć do postępu i nauki. Wolność zachęcała do nowego życia.

Ważną rolę w życiu wsi spełniła szkoła. Powstawały nowe szkoły w wiejskich ośrodkach, często nawet nie miały własnego budynku , mieściły się wtedy w wynajętych chatach gospodarskich. Warunki pra­cy nauczyciela były prymitywne, nieraz mieszkał on we wspólnej iz­bie gospodarczej, w miejscowościach odległych daleko od miasta i kolei. Środkiem lokomocji była furmanka chłopska lub wynajęta od Żyda. Nauczycielami często byli ludzie, którzy poprzednio walczyli o wolność Polski. Po zwycięskiej wojnie rozpoczynali pracę oświa­tową, potrafili przekazać wsi swój patriotyzm i poświęcenie dla lu­dzi. W Dojlidach pierwszymi nauczycielami byli: Litwinowicz i Zgir­ski - imion ich nie pamiętam.

W Dojlidach początkowo szkoła mieściła się w wynajętej chacie od wdowy Babulowej, potem wspólnymi siłami mieszkańcy wsi wybudowa­li ładną szkołę o dwóch salach lekcyjnych i mieszkaniu dla nauczy­ciela, która po rozbudowaniu przetrwała do tego czasu.

W tym początkowym okresie szkoły były przeważnie jednoklasowe, w najlepszym wypadku dwuklasowe. Uczył jeden lub dwóch nauczycieli. Realizowano program nauczania 4 klas. Wyżej zorganizowane szkoły 7-klasowe były w większych ośrodkach wiejskich lub miejskich. Nauczyciele na wsi mieli autorytet, naogół mieli poważanie i byli sza­nowani.

Sięgając do przeszłości musiałam nawiązać kontakt i przeprowadzić wywiad z nielicznie, dawniej żyjących mieszkańców wsi Dojlidy. Na podstawie ich dawnych wspomnień dowiedziałam się, że początkowo wieś była jakoby zamieszkiwana przez chłopów pańszczyźnianych, o tym już pisałam. Po zniesieniu pańszczyzny, po udzieleniu im ziemi, tzw. "nadziałem" zaczęli we wsi osiedlać się ludzie wolnych zawodów, ku­pując ziemię od właścicieli sąsiednich majątków ziemskich. Pieniądze na kupno ziemi pożyczano w Banku Rolnym; dług ten spłacali ich wnukowie i prawnukowie nawet do 1939 r. Podam stan posiadania we wsi ziemi niektórych gospodarstw zapamiętanych - do roku 1922 - Songin Władysław - 40 dziesięcin (dawna miara), Szymkonis Maciej - 12, Janczuński Feliks - 12, Wilbik (?) - około 8-10, Iwanko Maciei - 21, Karnul Wincen