Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

"Ragner" i "Ragnerowcy"

 

W tym roku przypada 80-ta rocznica urodzenia Czesława Zajączkowskie­go "Ragnera", jednego z przywódców polskiej partyzantki na naszych ziemiach. W Polsce ludowej nie wolno było mówić o nim i jego towarzyszach broni, oficjalna histori­ografia chciała skazać ich na zapomnienie. Partyzanci IV batalionu "Ragnera" byli wyjątkowo zaciekle tropieni i prześladowani przez władze komunistyczne. Po raz pierwszy usłyszałem to imię w latach 70-ch od swych kolegów z którymi razem pracowałem w zakładzie i którzy pochodzili z Dzitryk, Toboły, Niecieczy i innych miejscowości nad Niemnem. Mało ciekawiłem się tym tematem w tamte lata, ale jedno pamiętam, co o nim mówili moi koledzy - "mocno wlazł pod skórę bolszewikom". Urodził się on w Wilnie w 1917 r. Przed wojną ukończył Wyższą Szkołę Technicz­ną w Warszawie. Pracę zawodową rozpoczął przed wojną w Urzędzie Powiatowym w Lidzie w Wydziale Architektury. Założył rodzinę. Żona Bronisława urodziła mu dwójkę dzieci: córkę i w 1944 r. syna, który urodził się na placówce partyzanckiej. Czesław Zajączkowski pochodził z wojskowej patriotycznej rodziny. .Jego ojciec, major WP, brał udział w obronie Warszawy, został ranny i zmarł zimą 1940 r. Jego wujek był pułkownikiem medycyny wojskowej. Kuzyn ojca, Witold Zajączkow­ski jako admirał flotylli rzecznej bronił Helu. Podczas wojny Czesław praco­wał w Wydziale Dróg i Mostów w Urzędzie Powiatowym Lidzie. Aktywnie działał w polskiej konspiracji. Pełnił obowiązki szefa łączności Obwodu Lida. W 1943 r. poszedł do lasu, otrzymał stopień podporucznika. Jego oddział na po­czątku 1944 r. przekształcił się w IV batalion.

Dzieje jego batalionu wiążą się ściśle z sytuacją, jaka powstała w nadniemeńskiej części powiatu lidzkiego. Ludność tego terenu, zagrożona była przez dwóch wrogów. Z jednej strony to byli Niemcy, a z drugiej - sowiecka partyzantka i najróżniejsze bandy rabunkowe, które z cza­sem zostały podporządkowane radzieckiej partyzantce. Oprócz akowców wszyst­kie pozostałe zbrojne formacje były na tym terenie elementem obcym. Łączył je jeden wspólny mianownik - żyły kosztem ludności, grabiąc ją bezlitośnie. W 1943 r. coraz częściej nadniemeńskie wioski padały ofiarą napadów czerwo­nej partyzantki wyprawiającej się na teren powiatu lidzkiego z lewego brzegu Niemna. W kwietniu one zaatakowały Nieciecz, spaliły kilka domów, zamordo­wały Aleksandrę Wodziczko "Olę", należącą do AK i żywcem spaliły panią Tarasiewicz "Helenę", też należącą do AK. Spaliły nie tylko ją, ale i jej dzieci. W Dzitrykach tak samo było zamordowano kilka osób. Były to tylko początki, z czasem takich morderstwa, rabunki i gwałty nasilały się. "Ragner" podjął zdecydowaną akcję zmierzającą do zapewnienia bezpieczeństwa ludności. W krótkim czasie jego oddział całkowicie opanował teren na północ od Niemna. W czerwcu 1943 r. zza Niemna wtargnęło się przeszło 100-osobowa ban­da. W Cackach i Niecieczy podpaliły dużo domów, zamordowani byli ludzie powiązane z AK. Na tą wiadomość "Ragner" wyruszył ze swym oddziałem, 29 czerwca doszło do prawdziwej bitwy, w której zginęło 29 bandytów. W tym samym roku "ragnerowcy" stoczyli dziesiątki bojów z Niemcami - w Jamontach, Sielcu, Dzikuszkach. Pod Lubartami oddział stoczył bój z niemiecko-litewską karną eks­pedycją. Przeciwnik stracił 19 poległych. Oddział "Ragnera" uczestniczył w wielkiej bitwie w Mociewiczach nad Niemnem. 0koło 1500-osobowe zgrupowanie radzieckiej partyzantki po rajdzie na prawej stronie Niemna wracało na lewy swój brzeg. Odbyło się kilka mocnych potyczek z polskimi oddziałami. Oddziały polskie musiały wycofać się pod naporem wroga. Wówczas, już po zmro­ku nadszedli "ragnerowcy" rozbijając tylną straż czerwonych i dokonując pogromu na przeprawie przez Niemen. Czerwoni stracili około 200 ludzi. Z tego czasu "Ragner" stał się jednym z głównych wrogów czerwonej partyzantki. Do końca 1943 r. prawie wszystkie siły niemieckie zostały wyparte z terenów nadniemeńskich. Polska partyzantka praktycznie kontrolowała całą Ziemie Lidzką i duża zasługa w tym była IV batalionu. W 1943 r. "ragnerowcy" stoczyli 26 walk, z czego 8 odbyło się z czerwonymi partyzantami. Za pierwsze półrocze 1944 r. odbyło się 18 walk, w tym 5 z oddziałami czerwonych. "Ragner" w sposób bezwzględny egzekwował zasadę, że Ziemia Nowogródzka jest ziemią polską i tylko Polacy są prawowitymi jej gospodarzami, co między innymi potwierdzał fakt działania w terenie polskich władz administracyjnych. Widocznym znakiem polskości tej ziemi była również biało-czerwona flaga umieszczona na maszcie przed sztabem batalionu w Tobole, oraz taka sama w Bielicy. Oddziały "Ragnera" rozrastały się w bardzo szybkim tempie. Ochotnicy wstępowali masowo, "Ragner" starał się brać do oddziału ochotników tylko z bronią. W lutym 1944 r. oddział stał się batalionem. Prz­ed akcją "Ostra Brama" liczył około 1.500 ludzi i był największym batalionem Nowogródzkiego Okręgu AK. Chroniąc nadniemeńskie wioski "Ragner" stał się bardzo popularnym dowódcą wśród ludności. Nie tylko ludność polska, ale i białoruska, widziała w nim swego obrońcę przed grabieżą partyzantów i band zza Niemna. W jego batalionie walczyli nie tylko Polacy, ale i ludność prawosławna, która na codzień mówiła po białorusku. Różne słyszałem liczby, ale większość zgadza się, że około 30% składu osobowego IV batalionu stanowili Białoru­sini. W maju 1944 r. odbyła się kolejna bitwa batalionu z sowieckimi partyzantami brygady im. Kirowa pod Olchówką. Straty sowieckie były olbrzymie i przekroczyły 100 zabitych. Za tydzień Bielicę zaatakowali własowcy z RONA, ale i tutaj "ragnerowcy" byli górą. W początku lipca 1944 r. IV batalion wyruszył w stronę Wilna. Po drodze dochodziło do walk z Niemcami i własowcami. Batalion wziął do niewoli około 150 jeńców i około Żyrmun przekazał ich oddziałom Armii Czerwonej. Obok Lidy rozbili niemiecką kolumnę zmechanizowaną. Od Żyrmun marsz odbywał się w ciągłym kontakcie z wojskami radzieckimi. Pod Wilnem batalion podzielił losy pozostałych oddziałów AK. Część akowców była podstępnie rozbrojona przez sowietów i wywieziona do Rosji, a część małymi grupami wracała na swe tereny. Nadchodził kolejny, znacznie trudniejszy okres działalności.

Represje podjęte przez władze radzieckie wobec ludności cywilnej i członków AK zmuszały do podjęcia samoobrony. Już latem 1944 r. "Ragner" ponownie sformował oddział. Zaczęły się utarczki z obławami, trwały aresztowania Polaków. Wszędzie działali szpicle NKWD. Dla walki z AK z Moskwy do Wilna przyjechał generał Sierow - zastępca znanego kata Ławrientia Berii, ten sa­my, który przyłożył swą rękę do zamordowania 15.000 polskich oficerów, a tak samo organizowywał wysiedlenie całych narodów. I tym razem spisał się jako dzielny syn stalinowskiej imperii. Do końca lipca 1944 r. wojskom NKWD udało się posadzić do łagrów około 7.000 żołnierzy i oficerów AK. W Zachodnią Białoruś Be­ria przysłał 13 pułków wojsk NKWD. Tylko za sierpień było aresztowano 6.146 osób. A za okres z lipca 1944 r. do września 1945 r. NKWD Białorusi aresztowało ­97.094 osoby, zabito 3232 "bandzitow". Są to liczby z raportu Berii Stalinowi z dn. 17. 09. 1945 r. Nie było spokojnego życia nie tylko u NKWD, ale także u sowieckiego i partyjnego aktywu, oni też chodzili po wsiach i mia­steczkach z bronią. I gdy w dzień była władza radziecka, to w nocy tereny kontrolowały oddziały AK. Nie jest tajemnicą, że ci aktywiści nowej władzy, którzy gorliwie nasadzali nowe sowieckie porządki, pędzili ludzi na siłę do kołchozów, na nieposłusznych nakładali ogromne podatki, składali donosy na rodziny akow­skie, szykowali spisy na wywózki do Syberii, kańczali czasem bardzo źle. Nie ma dokładnych danych, ale myślę, że kilkaset partyjnych i sowieckich robotników zginęło z rąk akowców na Ziemi Lidzkiej po wojnie. I to nie licząc setek mi­licjantów, żołnierzy MSW i NKWD. Taka jest prawda. Władza radziecka nie zostawała dłużna i dziesiątki tysięcy Polaków "pojechało na bezpłatną wycieczkę do Syberii", a najbardziej świadoma część wyjechała do Polski.

Czesław Zajączkowski "Ragner" zginął z grupą swych żołnierzy w walce z wojskami NKWD w grudniu 1944 r. we wsi Nieciecz. Niestety nikt nie wie, gdzie sowie­ci ich pochowali. Na początku lat 90-tych, dzięki akowcom, w Niecieczy był postawiony pomnik i postawiono krzyże. Wkrótce wpadł w ręce NKWD dowódca kompanii w batalionie "Ragnera" ppor. Jerzy Bokłażec "Pazurkiewicz". Był on w domu swych teściów pod Tobołą, z nim była także żona i dziecko. Znał co mu grozi i gdyby był sam napewno nigdy by się nie poddał, ale ratując rodzinę musiał złożyć broń. Przed wojną był on nauczycielem, wytrzymał wszystkie straszne tortury w lidzkim więzieniu, nikogo nie zdradził i 2 lutego 1945 r. był powieszony w Lidzie w centrum miasta (pisaliśmy o tym w nr 16 ZL).

Po śmierci "Ragnera" resztkami jego oddziałów dowod­ził 19-to letni prawosławny chłopak - "Laluś". Walczył z sowietami do maja l945 r., gdy został osaczony przez oddziały NKWD w Kazimierowie około Lidy. Bronił się i ostatnią kulą odebrał sobie życie. Tacy byli Białorusini i tak oni "kocha­li" władzę radziecką. Ale walka trwała dalej. Podjął ją por. Aleksander Radziwonik "Olech", który jeszcze 4 lata nie dawał spokoju ani NKWD, ani MSW, ani bol­szewickim aktywistom. Oczywiście przychodziło się jemu i jego żołnierzom cod­ziennie zmieniać miejsce postoju. Polskie wsie karmili ich, odziewali i chroni­li, płacąc za to często pobiciem, spaleniem gospodarki, więzieniem i Syberią. Podziwu godna ta ludność. Tylko w maju 1949 r. pułk wojsk wewnętrznych okrążył mały już oddział "Olecha" pod Biersztami. Nikt z akowców nie poddał się, wszyscy zginęli. Ale i to był nie koni­ec.

Jan Gryncewicz walczył z sowietami do stycznia 1954 r. Był schwytany i otrzymał karę śmierci. A ostatnie strzały tej 10-letniej wojny (1944 -1954) były oddane 26 kwietnia 1954 r. na jednej z kolonij niedaleko od Niemna. I był tym ostatnim AK-owcem Wacław Ozim. W 1944 r. był zabrany do LWP i w składzie dywizji kościusz­kowskiej bił Niemców. Miał sowieckie i polskie nagrody za odwagę na froncie. Po wojnie wrócił do domu. W 1946 r. nie mogąc pogodzić się z nowymi porządkami wstąpił do AK. Walczył z sowietami najdłużej, bo aż 8 lat. Trzy razy był w kotle enkawudzistów, raz nawet był złapany, ale zawsze uchodził z życiem. Bardzo długo na niego polowano i nareszcie go otoczyli w jednym z domów. Zostawało albo zginąć w walce, lub oddać się w ręce NKWD. On wybrał pierwsze. Za wszelką cenę chcieli wziąć go do niewoli i przywieźli tam matkę. Wspomina jeden z żołnierzy: "Przywieźli jego matkę. Powiem szczerze, swoją postawą ona wywarła na mnie mocne wrażenie. Strojna i piękna kobieta z siwymi włosami, mądre i spokojne spojrzenie. Posłali ją do chaty, żeby powiedziała synowi, że jeżeli podda się, to możliwie, że zostanie przy życiu. 13 razy chodziła matka do syna, nie wiemy o czym ona z nim rozmawiała, ale za każdym razem mówiła, że syn nie podda się. Na koniec powiedziała - Wacek pożegnał się ze mną. Ani jeden muskuł nie drgnął na jej twarzy, nie zobaczyłem ani jednej łzy w oczach. Odczuwałem, że sama nas nie boi się i jest gotowa na wszystko. Nie boi się nas i nie szanuje". U Wacława Ozima nie było wyjścia i on sam podpalił chatę i gdy sowieci myśleli, że on już spalił się, bo spadła strze­cha, zobaczyli cień człowieka, który rzucił się od chaty do płotu, strzelając w swych wrogów. I chociaż był rozkaz wziąć go żywym, u jakiegoś żołnierza popuścili nerwy i Ozim został zabity serią z karabinu maszynowego.

Jeszcze kilka lat temu pogląd na AK u komunistów i białoruskich nacjonalistów był jednakowy. Ale czasy zmieniły się i teraz białoruskie antykomunistyczne organizacje coraz bardziej rozumieją, że AK na K­resach walczyło nie przeciwko białoruskiemu narodowi, a przeciwko władzy radzieckiej i wywodziło się z miejscowej ludności. I kwiaty na grobach "ragnerowców" w Niecieczy jeszcze raz potwierdzają, że pamięć o nich nie zginęła nad Niemnem.

Aleksander Sieminow