Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Tajga jest cicha i mroczna

 

Sześć Lat Rozłąki

Dnia 7-go lutego 1940-roku zachorowała nam Mamusia, i Ojciec odwiózł Ją do szpitala w Lidzie. 8-go lutego miała ope­rację (ropne zapalenie wyrostka). W niedzielę mieliśmy wszy­scy odwiedzić Ją w szpitalu. I tragedia - z piątku na sobotę, godzina druga w nocy - łomot w drzwi: "Otwieraj - otwórz" łomot i krzyk był tak uporczywy, że ojciec kazał mojej sio­strze otworzyć drzwi. Wpadli do mieszkania (mróz 35 stopni) z bagnetami do przodu, gotowi do strzału. Zagnali nas wszy­stkich w bieliźnie w jeden kąt. Mojemu młodszemu o 2 lata bratu kazali się ubrać, robią rewizję, wszystko przewracają w mieszkaniu, brata wzięli na strych i tam dopytywali się gdzie ojciec ma broń, czyli "rużjo" (karabin). Po rewizji piszą proto­kół, który odczytują na końcu - Rozkaz, że za dwie godziny mamy być na saniach, które stoją na podwórzu, ze sobą można wziąć 200 kg rzeczy (wieszczy). Ojciec pyta: co ma wziąć?- Woźmij piłu i topor. Ponieważ Matka była w szpitalu nie mieliśmy upieczonego chleba. Ojciec ubłagał enkawudzi­stę, aby siostra poszła do sąsiada.

Lecz okazało się, że sąsiada Wołowieckiego też zabiera­ją. 0 świcie byliśmy już w Białohrudzie na punkcie zbior­czym. W wagonach towarowych okna zakratowane - po 40 osób w jednym wagonie, podwójne prycze, na środku mały żeliwny piec, a w podłodze mała dziura do załatwiania się, która potem zamarzała.

Gdy transport ruszał z Białohrudy słychać było śpiew "Serdeczna Matko" i okropny lament. Na postoju transpor­tu w Lidzie Ojciec przez kratę w oknie zobaczył kolejarza w polskim płaszczu, więc wyrzucił karteczkę ze szpitala od ubrania Mamy, którą jak się potem okazało doręczył i z tym tylko Matka została.

Rodzeństwo - moje trzy siostry: Kamila - 1922 r., Anna - ­1924 r. i Leokadia - 1926 r., ja Tadeusz - 1928 r. i brat Zby­szek - 1930 r. Ojciec ranny dwukrotnie - inwalida - na wojnie polsko-bolszewickiej w 1918 roku.

Podróż była okropna, brak wody, zimno, czasami gdzieś na stacji wypuszczono dwóch ludzi z wiadrami po wodę i zupę. Pamiętam, że raz w szczerym polu wypuścili wszyst­kich przewietrzyć się. Wyglądało to strasznie. Transport był bardzo długi, miał dwie lokomotywy jedna z przodu, druga pośrodku i co kilka wagonów strażnicy z karabinami. 20 marca byliśmy już na stacji końcowej kolejowej "ASINO". Kazano nam pakować się na sanie, w wio­sce Bałagaczewo dano nam po kubku gorącej wody, zmie­niono konie i tak wieziono nas 3 dni i 3 noce w głąb tajgi ­odległość co najmniej 150 km - tak, że 23 marca byliśmy już na stałym miejscu zamieszkania.

Baraki Trekawo na prawym brzegu rzeki Czyczkajuł, na jarze las obok baraków spalony. Sterczały tylko osmalone kikuty drzew. Rok lub 2 lata wcześniej był tam pożar i żadnej ziemi uprawnej nie było. Stały tam cztery baraki, w trzech wielkich osiedlono zesłańców, w czwartym nad rzeką mie­szkał enkawudzista Dziuba Wasyl, leśniczy ruski Charłam i Rosjanka, która wydawała nam codziennie rano chleb na listę. Pracujący otrzymywali 600 gram i dwa razy zupę. Prze­ważnie była rzadka, okraszona lekko olejem roślinnym - pod warunkiem, że wypracowano dzienne normy. Jeśli ktoś nie wypracował normy otrzymywał o tyle procent mniej chleba, a jeśli nie poszedł do pracy "proguł" - nie otrzymywał wca­le. Natomiast dzieci niepracujące i starcy otrzymywali dzien­nie 200 g . chleba i więcej absolutnie nic.

Żadnego sklepu, by coś kupić nie było. Chleb dowożono (codziennie) łódką z wioski "Francuskoje" oddalone w górę rzeki o około 10 km . Tam nie wolno było nam chodzić, a poza tym drogę przegradzała rzeka szerokości około 100 m . W tej wsi więc nigdy nie byłem. Przebyłem obustronne ostre zapalenie płuc, bez żadnej opieki lekarskiej i bez leków. Byłem bliski śmierci. Mieliśmy jedynie termometr, gorączkowałem do 42 stopni. Ojciec przyszedł z pracy zmęczony i położył się obok mnie z gromnicą w ręku. Wsłuchiwał się w tętno bicia mego serca, martwił się w jaki sposób wykopie mi grób, ponieważ tajga zakuta była mrozem i zawiana 2-metrową warstwą śniegu. Raptownie drgnąłem, usiadłem na pryczy i powiedziałem Ojcu, że chcę coś zjeść. Był to właśnie przełom choroby.

Warunki w baraku były okropne. Sąsiad obok sąsiada leżał na pryczy, a swoje rzeczy trzymał pod pryczą.

Na środku baraku stał duży piec, dokuczały bardzo plu­skwy. Gazet ani radia nie było. Takie życie było bezna­dziejne. 15 maja nadeszła wiosna. Na wypalonym lesie nie było żadnych roślin, to znaczy szczawiu, pokrzywy, chrobu Stu. Po te warzywa trzeba było chodzić daleko w las. Później na wypalenisku pojawiły się grzyby smarszcze, które zbie­rano. W lesie rósł dziki czosnek tzw. "kalba".

Na czarne jagody i grzyby trzeba było chodzić daleko, na następne nie wypalone wzgórza, przez bagna bez żadnej drogi, a tylko po zaciosach (jest to drzewo zaciosane siekierą z trzech stron). Latem przywieziono barkasem (dużą łodzią) dla niepracujących otręby pszenne - po parę kg na

osobę (były to duże płatki z pszenicy lecz mąki wcale w nich nie było). Ponadto były one zbrylone i przylepione do worków, spleśniałe. Nie nadawały się do jedzenia. Ugotowane z jagodami spowodowały zatrucie. Choroba dotknęła mnie więc po raz drugi. Leżałem obrzęknięty i wycieńczony. Ojca i dwie starsze siostry enkawudzista wysłał na sianokosy. Ocenił go widocznie że jest pracowity i gospodarny. Pracowali około 40 km w górę rzeki. Ojciec pracował jako majster do klepania kos i naprawiania narzędzi. Siostry natomiast kosiły trawę - norma dzienna wynosiła 33 ary. Mieszkali tam w szałasach z kory brzozowej. Polaków tam nie było; pracowali natomiast Rosjanie. Po drugiej stro­nie rzeki był kołchoz, najdalej chyba wciśnięty w tajgę o nazwie "Zimowskoje". Ojciec, mając dużo czasu w dzień, bo pracował rano i wieczorem przeprawił się jakoś przez rzekę i zapoznał się z kołchoźnikami. Od nich dowiedział się, że mieszka tam Polka, która wyszła za mąż za Rosjani­na. Pokazała Ojcu książeczkę do nabożeństwa. Ojciec miał sporo pieniędzy więc kupiła mu parę worków mąki i barana na zarźnięcie oraz sól. Bardzo dużo nam w ten sposób po­mogła. Jedzenia nigdzie nie można było kupić. Siostra Lo­dzia, brat Zbyszek i ja zostaliśmy w barakach. Lodzia wi­dząc, że jestem bardzo chory poszła z bratem szukać Ojca. Szli brzegiem rzeki i gdzieś w połowie drogi napotkali mały domek. Mieszkał tam stary rybak Sybirak z żoną. Zabronił im dalej iść, bał się, że zabłądzą. Kazał im przenocować. Dał dwa duże ziemniaki, jeden na kolację, drugi ... na śnia­danie. Obiecał, że Ojca zawiadomi sam. Siostra i brat wrócili. Gdy ojciec otrzymał wiadomość, że dzieci go szukały, natychmiast wysłał na pomoc siostrę Anię. Mnie zabrali na sianokosy do Ojca. Tam doszedłem do zdrowia. Lodzia i Zbyszek zostali w barakach.

 

Sąd Wilkiewicza

 

Syn osadnika zesłany z matką i dwiema siostrami. Był to zdrowy, silny mężczyzna. Przy wydawaniu chleba dokonał samowoli. Zważył cały bochen chleba i zapłacił za niego. Za to został skazany na 8 miesięcy więzienia. Żegnaliśmy go myśląc, że już do nas nie wróci. Zabrali go do Tomska.

Tam więźniowie kopali wykopy pod fundamenty fabryki zbrojeń. Pracę, którą Rosjanie wykonywali we trzech, on robił sam. Za to otrzymywał potrójną porcję żywnościową. Po

odbyciu kary wrócił do nas w pełni sił. Enkawudziście powiedział, że wrócił tylko do matki i sióstr - "bo tu jest tiurma - a tam można żyć".

Wiosną 1940 roku umiera pierwszy osadnik Jastrzębski - zostawia żonę i kilkoro dzieci. Pochowaliśmy go na wzgór­ku wypalonego lasu - 300 m na wschód od baraków.

Latem pogorszyły się warunki życiowe. Oprócz plu­skiew dokuczały komary i "meszka". Kto mógł szył siatki ochraniające.

Zaczęły się choroby - malaria, cynga, gnicie dziąseł, wrzo­dy, gnicie ciała i kurza ślepota. 0 zmroku chodzić trzeba było po omacku. Cmentarz powiększał się w szybkim tempie. Ludzie, w poszukiwaniu żywności błądzili po tajdze zbie­rali jagody, grzyby, szyszki cedrowe. Nie było tam żad­nych dróg ani przesieków. Matka księdza (nazwiska nie pamiętam) nie została odnaleziona.

Nadeszła zima 1941 roku. Ubranie było już dość wyni­szczone. Jeszcze gorzej obuwie. Było porwane i już za małe. Miałem buty, w których rozpruwałem zatylniki i na­szywałem łaty, aby mogła mieścić się noga.

Mróz dochodził nieraz do 50 stopni. Leżało 2,5 metra śniegu. Nie było gdzie nabyć ubrania i obuwia odpowie­dniego do tak silnych mrozów. Idąc do pracy ludzie owijali nogi szmatami polewając wodą, gdyż jedynie to było sku­teczne. Byliśmy odizolowani zupełnie od świata. W marcu poszedłem do pracy na "birżę". Był to oberwisty brzeg nad rzeką do 3-4 -ech metrów wysokości. Tam układało się klo­ce w tabory za pomocą "pokarów i ściszków" - żerdzie i kołki którymi wałkowało się kloce. W kwietniu uległem wy­padkowi. Lód pod ciężarem kloców załamał

się. Byłem gdzieś na środku rzeki. Pamiętam tylko, że utworzyły się wielkie szczeliny na taborze i kloce mnie zgniotły. Na małych saneczkach zawieziono mnie do baraku. Kuracja odbywała się bez żadnej pomocy lekarskiej.

Leżałem bezwładnie na pryczy. Opiekował się mną mój brat Zbyszek. Trwało to ponad półtora miesiąca. Od nowa uczyłem się chodzić. Nadeszła wiosna. Wygasła w nas nadzieja, że Anglia i Ameryka wyzwolą nas z niewoli. Życie było beznadziejne. Aż wreszcie 22 czerwca 1941 roku. Ten dzień uważaliśmy za dzień cudu.

Nikt się nie spodziewał, że błyśnie nadzieja wolności. Dwaj najwięksi wrogowie Polski toczyli ze sobą wojnę.

W barakach nastąpiła duża zmiana. Dziuba - enkawu­dzista poszedł na front. Można było opuszczać baraki i podej­mować pracę zgodnie ze swoimi kwalifikacjami.

Ojciec mój ukończył szkołę weterynaryjną, potrzebny był więc do leczenia koni w Leśnym Przemyśle Państwowym tzw. w Las Prom Chozie w Almiakowie. Był tam tartak i stajnia koni roboczych. W tartaku piłowało się brzozy na brusy, przykładając szablon wycinało się tzw. rużbałwankę - kolbę do karabinów. Almiakowo to miejscowość nad sze­roką rzeką Czułym, po której pływał statek, zabierał rużbał­wankę i odwoził do Tomska.

Siostry Kamila i Anna pracowały przy ścinaniu brzóz, Le­okadia w tartaku, ja natomiast pomagałem Ojcu przy lecze­niu koni jako sanitariusz weterynarii. Klimat nie był sprzyjający dla koni: choroby, świerzb i owrzodzenia.

 

Zima 1942

 

Ojciec zarobił w sąsiednim kołchozie trochę ziemniaków. Posłał więc brata do baraków "Siewiernych" (Północnych). Tam pracowały siostry. Było to 20 km w głąb tajgi. Z żywnością tam było bardzo źle i brat szedł by wspomóc siostry. Do baraków tych dochodziła wąskotorówka, którą wożono drewno do tartaku. Brat przenocował tam, a rano wracał torowiskiem do Almiakowa. Był bardzo wielki mróz. Gdy wyszedł na wyciętą polankę, słońce oświetlało ją, więc usiadł pod drzewem z zamiarem ogrzania się i zasnął. Uratował go Niemiec z nadwołżańskiej kolonii, który służył w wojsku sowieckim i jako "niebłagonadziożnyj" (niepewny) zo­stał zesłany w 1942 roku. Pracował jako maszynista wą­skotorówki. Wniósł mego brata do kabiny i z trudem udało mu się przywrócić mu życie. Nazywał się Dawid Dawido­wicz. Gdy wojsko Andersa opuściło ZSRR i Katyń został ujawniony, sytuacja nasza pogorszyła się. Wszystkich do­rosłych wezwano do Siel Sowietu i kazano podpisać oby­watelstwo radzieckie. Otwarto dwoje drzwi: jedne po paszport, drugie do więzienia. Wstrzymana została pomoc zachodnia, którą kilka razy otrzymaliśmy.

Wiosną 1943 roku Rosjanka powiedziała do mego Ojca - "wasz parniszka" (chłopiec) Polak umiera w taborach drzew nad rzeką. Odnaleźliśmy go. Był to syn osadnika - ostatni z rodziny Hryszel.

Zachorował prawdopodobnie na tyfus brzuszny tzw. "czerwonkę". Przenieśliśmy go do naszego domu, jednak uratować go się nie udało. Rozpoczął się czas, gdy Wanda Wasilewska organizuje Polską Armię Ludową i Związek Pa­triotów Polskich. Następuje pobór do wojska pozostałych mężczyzn i kobiet. Siostrę Annę zmobilizowano.

Wojsko wyruszając na front poprosiło władze radzieckie, by rodziny przewieźć w lepsze warunki życiowe, co też uczy­niono. Przewieźli nas na Kaukaz do Stawropolskiego Kra­ju. Tam pracowaliśmy w Sowchozie Komunar. Ojciec był felczerem w fermie krów, siostry doiły krowy, ja szewcowałem, a brat pracował przy cielętach.

Rok 1944-1945, Batalion Kobiecy stacjonuje - Warsza­wa - Praga: Siostra Anna nawiązała korespondencję z Mamą. Matka pisze, że będzie repatriowana na Ziemie Zachodnie. Siostra w stopniu starszego sierżanta codzien­nie odwiedza stację kolejową, oczekując transportu z Lidy, którym miała jechać Matka. Pewnego dnia, idąc wzdłuż transportu zobaczyła kobietę siedzącą przy drzwiach. Nie rozpoznały się od razu, lecz dopiero w drodze powrot­nej. Rozmowa była bardzo wzruszająca, lecz krótka, bo za chwilę transport odjeżdżał. Matka osiedliła się w Ośnie Lubuskim, gdzie w 1946 roku wiosną, po 6-letniej tułaczce skompletowała się cała rodzina.

Ojciec objął gospodarstwo rolne w Krzeszycach, bardzo zdewastowane. Władza ludowa nie przyjęła nas z otwarty­mi ramionami. Nie otrzymaliśmy żadnej pomocy z UNRY. Przywieźliśmy kilka skór lisich upolowanych w Rosji, sprze­daliśmy je w Gorzowie i kupiliśmy kozę, z którą zaczęliśmy gospodarzyć na Ziemiach Odzyskanych.

 

Los Matki

 

Ze szpitala w Lidzie wyruszyła, ukrywając się u obcych ludzi. Rodzice Matki byli zesłani tym samym transportem, gdyż ojciec był leśniczym Lasów Państwowych.

Zesłany był w 1905 roku za udział w powstaniu. W 1941 roku, po zajęciu naszych terenów przez Niemców, Matka wraca na swoją posiadłość.

W 1977 roku ciężko zachorowała i w tajemnicy dała mi zakorkowaną butelkę. Była tam mała kartka na maszynie napisana wydana przez dowództwo AK. Treść dotyczyła jakiegoś odznaczenia - bo Matka należała do AK i pełniła bardzo ofiarną i niebezpieczną funkcję. 0 tym nie opowiadała nawet. Wiem tylko, że pewnego razu zaprzągła konie do wozu i pod sianem wiozła dowództwo AK do Lidy. Miała pseudonim "Stryjenka". Powiedziała mi, że gdy Pol­ska będzie wolna mam okazać ten dokument. W trakcie przeprowadzki do innego mieszkania buteleczka ta nie­stety zaginęła mi. Pracowałem w gospodarstwie razem z Ojcem. W 1950 roku zostałem powołany do służby woj­skowej w Górze Kalwarii koło Warszawy - 1 Brygada KBW. W czasie szkolenia zgłosiłem się do lekarza w związku z przebytym wypadkiem na Syberii. Lekarz skierował mnie do Polikliniki Centralnej MBP w Warszawie na ul. Koszykowej, gdzie byli leczeni żołnierze danej jednost­ki. Było to pierwsze moje badanie powypadkowe. Z woj­ska zostałem zwolniony.

Tajga jest cicha, mroczna i bardzo groźna.

Tadeusz Kaźmierczak, były mieszkaniec Małego Olżewa.

P. S. W barakach Trekawo osiedlono 36 rodzin, 176 osób, w tym co najmniej 2/3 stanowiły dzieci. W okresie marzec 1940 - lipiec 1941 zmarło około 40 osób.

Tadeusz Kaźmierczak