Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Halina Kuncewiczowa

Radziwoniszki

 

Na Kresach Wschodnich - w lidzkim powiecie

Stał dwór szlachecki - może o tym wiecie ?

***

Jak u Mickiewicza - był podmurowany.

Ściany miał solidne, bo z bierwion drewnianych

I ganek szeroki, na którego schodkach

Można było dumać, cieszyć się lub troskać.

 

A pod dachem stromym, jak na dwór przystoi:

Salon z fortepianem i szereg pokoi.

Wokół różne drzewa, krzewy i rabaty,

Dumne stare świerki i ziół aromaty.

 

Podjazd też zadbany, żwirem wysypany

Gotów przyjąć gości - najmniej spodziewanych.

W letnie ranki rosa, jak perły na trawie,

Wieczorem znajome kumkanie żab w stawie.

 

Krzewy drżą od kląskań i słowiczych treli,

A stajenny czasem z bata sobie strzeli.

Zda się, że przyroda cała odpoczywa,

Jednak przypomina, że czuwa, że żywa.

 

Bydło wydojone, konie napojone,

W czworakach dziewczęta, choć pracą znużone,

Zamiast odpoczywać, chętnie pieśni nucą,

Splatają warkocze, chłopców bałamucą.

 

Babki odmawiają wieczorne pacierze,

Pan w gabinecie, choć zmęczony szczerze,

Liczy, porównuje, cały zasępiony,

Czy żniwa przyniosą przewidziane plony ?

 

Tu wzrok podnosi, by spojrzeć w twarz ojca,

Lecz z portretu spokój, który nie ma końca.

Żadną poradą służyć już nie może.

Syn tylko wzdycha - pomóż Panie Boże!

 

Gdyby nie wojna - ta pierwsza światowa...

To z żywym ojcem trwałaby rozmowa.

Zatopiony w myślach ciężkich, jak nawała

Zasypia. Twarz mu poszarzała..

 

Bo we śnie, jak w kalejdoskopie,

Duchy zmarłych kolegów - (poległych w okopie)

Konie kulbaczą, śmieją się, żartują,

O tym, że zginą - nie, nie przewidują.

 

Krótki sen upiorny kończy się o świcie.

Zmora znika.. Pora modlitwą dziękować za życie.

Pora posłuchać dzwoneczka - skowronka.

Sprawdzić, czy pod lasem już skoszona łąka.

 

Czy żyd pachciarz w porę po mleko przyjechał ?

Każdy ze zwierzaków, czy ranka doczekał ?

Czy nie odwróciła swego nurtu rzeka ?

Powitać spotkanego na drodze człowieka.

 

Nie zawsze tak bywa. Szczególnie w niedziele.

Czasem się pojawią jacyś przyjaciele,

Albo z rodziny nagle ktoś zawita.

Wtedy stół nakryty - jest też okowita.

 

Rozmowom i śmiechom wtedy nie ma końca,

I już nawet snują plany, jak gonić zająca!

Uroczysta kolacja wtedy się zaczyna,

Kiedy wkracza na pokoje Babka Alina.

 

Zwykle razem z siostrą - babką Pauliną.

Babka cieszy się u wszystkich ogromną estymą.

Po deserze tak goście, jak i domownicy,

Przejdą do salonu, czyli do świetlicy.

 

Wtedy obie babki przy oklasków wtórze

Siądą, aby zagrać coś na klawiaturze.

Jedna gra lub druga, lub na cztery ręce.

Wszyscy zasłuchani proszą - więcej, więcej.

 

Jeśli chodzi o babki - nie ma na to siły,

Bo choć siostry rodzone - bardzo się różniły.

Alina - najchętniej modlić by się chciała,

Paulina, wręcz przeciwnie - chętnie w karty grała.

 

Szczególnie, gdy zjawiał się proboszcz Horodko.

Promieniała radością, uśmiechnięta słodko.

Ksiądz Horodko - proboszcz (dawniej kapelan wojskowy)

Był opasły, rubaszny - karciarz zawodowy.

 

Na równi z grą w karty, nie gardził gorzałką,

Pić mógł do północy - byle pełną czarką.

Nierzadko bywało - (przebacz mi grzech Panie),

Że z trudem wygłaszał niedzielne kazanie.

 

Obowiązków domowych doglądała pilnie

Młoda Pani - Wala (Pan ją poznał w Wilnie).

Piękna, energiczna, na wszystko gotowa.

Dała Panu syna - co pięknie się chowa.

 

Oboje pracują z ogromnym napięciem.

On rządzi majątkiem, ona dworem i obejściem.

A obejścia gorliwie strzegą dwa brytany.

Kto ośmielił się podejść - mógł być rozszarpany.

 

Jeden wilczur szary, drugi czarny jak aksamit.

Okrutne te bestie - byka mają za nic.

Kiedyś się zdarzyło, że byk rozjuszony

Wyłamał zagrodę, pognał jak szalony...

 

Wtedy, wystarczyło zwolnić psy z łańcucha.

Byk trząsł się ze strachu - nie udawał zucha.

Potulnie wracał do swojej zagrody

Nie czyniąc w obejściu żadnej więcej szkody.

 

W najbliższym sąsiedztwie, stała mała chata,

Mieszkał w niej pan Narbutt - (postać niebogata).

Aby więc poprawić życiowe warunki,

Trudnił się znachorstwem. Potem - pijał trunki.

 

Wprawdzie tuż za płotem (żeby było śmieszniej),

Miał żonę (babkę Paulinę), z którą trudno żyć wiecznie!

Więc zamiast małżeństwem - sąsiadami byli,

I oboje ten stosunek poniekąd chwalili.

 

Żyli w okolicy i inni sąsiedzi,

Z których każdy na swój sposób - troska się, bądź biedzi,

Aby w porę zebrać, co zrodziła ziemia,

By pomnożyć, by nie stracić ojczystego mienia.

 

Po żniwach, gdy już zboże do stodół zwieziono,

I z pierwszych omłotów chleby upieczono,

Po staropolsku, tak jak zwyczaj każe,

Będą ugoszczeni przez Pana żniwiarze.

 

Przodem, dumnie kroczy, pracy przodownica,

Dostojna, poważna, rumiane ma lica.

Na śnieżnym ręczniku z haftowanym wzorem,

Niesie kołacz ogromny, pieczony z mozołem,

 

A tuż za nią kołem - młodzieńcy, dziewczyny,

Z wieńcem dożynkowym, od całej drużyny.

Uwić taki wieniec jest sztuką nie lada.

Należy nadmienić, z czegóż on się składa.

 

Są kłosy złociste - to dorodna pszenica.

Te srebrzyste smukłe - wiadomo, że z żyta.

Wąsate - z owsa, prosa i jęczmienia,

Ubarwione kwieciem jakie rodzi ziemia.

 

Więc rosnące między zbożem: kąkol, chaber i mak polny.

Krwawnik, złocień i rozmaryn (skromny, ale wonny).

Macierzanka, szczaw brunatny, a nawet kalina,

Co czerwienią swoich jagód płomień przypomina.

 

Gdy tak kroczę pospołu, pomiędzy opłotki,

I z dala już słychać znajomy śpiew słodki,

Naprzeciw wychodzi dziedziczka z rodziną,

By serdecznie przyjąć, swych żeńców gościną.

 

Wytoczono już z piwnicy beczkę okowity,

Na dziedzińcu dworskim - stół pięknie nakryty.

Wędliny przeróżne, placki i omasta.

Nie może zabraknąć słodyczy i ciasta.

 

Kapela już czeka, bo zagrać gotowa,

Po toaście - by dziedziczka długo żyła zdrowa.

Potem bawią się żeńcy do rana białego -

Jedzą, piją, przytupują - jeden przez drugiego.

 

Koniec lata bliski - kończą się upały.

Prace w polu (jak to na wsi) nigdy nie ustały,

Pora podorywek, poplonów zasiewy.

Pora zbiorów gryki - tu ziarno - tam plewy.

 

Buraki, ziemniaki i inne warzywo

Przypomina, że i na nie nadeszło już żniwo.

W sadzie od dojrzałych jabłek, śliw i gruszy

Uginają się gałęzie - proszą by je suszyć.

 

W kuchni i spiżarni sługi się krzątają.

Myją rondle, parzą beczki, półki uprzątają,

By z zebranych owoców smażyć konfitury.

Zakisić ogórki i kapusty góry.

 

Upleść wianki z czosnku i złotej cebuli.

Uwędzić mięsiwa, pobrać miodu z uli.

Aby, gdy nadejdą zimowe wieczory

Po wszelakie delicje skoczyć do komory.

 

Zaczęły się chłody - dnia jakby ubywa

Coraz częściej deszcz pada, w stawie wody przybywa.

Gęsi i żurawie ze skrzydeł łopotem

Zbierają się w stada, ćwiczą przed odlotem.

 

Czeka je udręka - podróż w ciepłe kraje.

Nie ma na to rady - takie ich zwyczaje.

Zwyczaje, a może silna chęć przetrwania

Do dalekich mozolnych wędrówek je skłania.

 

Znikają jaskółki, nie słychać skowronka.

Nie widać bocianów brodzących na łąkach.

Pozostaną wierne wróble oraz wrony,

Które gęsto obsiądą starych drzew korony.

 

Wrócą jemiołuszki, sikory, bogatki,

Barwnie upierzone w kolorowe łatki.

Pstre dzięcioły leczą chore drzewa - wraki

I stukaniem płoszą spod kory robaki.

 

Niewidzialna gołym okiem pajęczyna,

Że nadchodzi "babie lato" jakby przypomina.

Babie lato! A zatem panowie i panie,

Pora chwytać za kosze i na grzybobranie.

 

Uzgodniono ze stajennym, aby wczesnym rankiem

Zaprzężona bryka czekała przed gankiem.

W bryce oprócz kosza z drugim śniadaniem

Siądą dzieci, a także, obie starsze panie.

 

Młodzi dojdą piechotą lub gdy zechcą konno,

Byle na czas zdążyć - spóźnić się nie wolno.

Wyznaczono czas i miejsce spotkania,

Każdy marzy aby zostać - królem grzybobrania.

 

Ranek wstał leniwy, rześki i zamglony,

Kropelkami rosy nasycił zagony.

Nagle, jak kurtyna - mgła powoli spada,

A to znaczy, że pogodę dobrą zapowiada.

Przy drodze, którą idą, stoją polne grusze.

Na łące stado gęsi, a mały pastuszek -

Bosy, w zgrzebnej koszulinie, leży - patrzy w niebo

Może liczy chmurki - jak u Chełmońskiego.

 

Z tych, co szli piechotą, nie jeden się zmęczy

Lecz przed nimi w oddali las w kolorach tęczy.

Zrazu rozgadani - zamilkli w zachwycie,

Myśląc, że za taki widok - można oddać życie.

 

Bo na cóż zdać się mogą, czyjeś puste słowa,

Gdy nad głową klonowa czasza purpurowa.

Albo dębina, kiedy stara, rozłożysta,

Aż oczy bolą, cała czerwono-złocista.

 

Tkwi tu od stuleci - tu żyje, tu skona.

Do nieba wyciąga żylaste ramiona -

I gdy słońce ukosem, przez jej liście się ściele,

Skrzy się wtedy (jak witraż, w niejednym kościele).

 

Brzegu lasu - strzeże, aleja brzozowa.

Każda z brzózek śliczna - niby panna młoda.

Smukłe, wiotkie, w białe suknie wszystkie wystrojone.

Wiatr gałązki im zaplata - chwieją się, jak roztańczone.

 

Gdy już wszyscy się zebrali - tam, gdzie było umówione,

Po chwilowym odpoczynku, każdy idzie w inną stronę.

Wie - ten i ów, gdzie być mogą borowiki,

Gdzie kozaki, lisiczki, a nawet rydzyki!

 

Więc zazdrośnie strzegąc miejsc, o których mowa,

Klucząc między pniami - giną wśród listowia,

By na czas trafić w miejsca (znane sobie potrosze)

I wrócić przed innymi, z grzybów pełnym koszem.

 

Miejscami - opadnięte liście, pod stopy się ścielą.

Mchy wilgocią nasycone - dla zwierzaków są pościelą.

Na leśnych polanach - wrzos, różem się mieni,

Znak to nieomylny, że pora jesieni.

 

***

Biednym jesteś człowiecze - kiedy nie masz w zwyczaju

Siąść i marzyć sobie nad brzegiem ruczaju.

W lecie biegać po łące, płoszyć w bruzdach zające,

A jesienią samotnie wędrować po gaju.

 

Jak nie uznać za czary - parujące moczary,

Gdzie, jak zjawa - łoś potrafi się plątać.

Z łbem zadartym wysoko i łopatą szeroką

Stąpa lekko, by żurawin nie strącać.

 

Czy ci w piersi łomota, kiedy nagle z wykrota -

Przycupnięta z rodziną, wyskoczy przepiórka?

Albo w krzaku leszczyny (szelest nie bez przyczyny)

Mignie zwinny rudzielec - wiewiórka?

 

A ileż finezji - istne arcydzieła

Powstają za sprawą pająka - robota.

Jeden w świat z nią uleci, a w drugiego sieci

Często muszka się jakaś zamota.

 

Czy podsłuchiwałeś, kiedy trawa rośnie,

- czy liczyłeś ile szyszek przybyło na sośnie,

- czy o zmierzchu umiesz dogadać się z kosem,

- i co robisz by łatwo pogodzić się z losem?

 

Kto zna odpowiedź na te pytania,

Ten do refleksji nie musi się skłaniać.

Tego nie przyprawia nic o zawrót głowy

Bo do celu po trupach nawet iść gotowy.

***

Deszcz pada częściej, wiatr o szyby duje.

Do stodół ściąga szara mysz polna -

Chce uwić gniazdo - lecz kot pilnuje,

Żeby nie była zbytnio swawolna.

 

Jesienią i zimą (jeśli chodzi o koty),

To mają rzec można - ręce pełne roboty

I muszą się starać - aby pani miła

Ogromną miskę mleka postawiła.

 

W długie wieczory jest czas na czytanie,

Na ręczne robótki, na bajek słuchanie.

Na darcie pierza - przy łuczywa blasku,

Na śpiewy, zabawy - trwające do brzasku.

 

Nadeszła pora polowań na dzika,

Albo na zająca, który z lasu zmyka

Kiedy z nagonką i wiernymi psami

Czatują panowie z flintą godzinami.

 

Każdy ma wskazane z góry stanowisko.

Rozstawieni w ukryciu - byle nie za blisko.

Czekają cierpliwie - odwiedzione kurki,

Aby w zwierza w porę wymierzyć z dwururki.

 

Polowania koniec - dźwięk rogu ogłasza,

Więc flinta na plecy - zające u pasa ...

Gdy dopisze szczęście i dzika ustrzelą,

To z radością, dumni zdobyczą się dzielą.

 

We dworze na myśliwych czekają z bigosem,

Z blinami kraszonymi śmietanowym sosem,

Z czarkami gorzałki - co rozgrzewa kości.

Nie ma końca opowiadań - tyle gwaru, wesołości.

 

Zimą - gdy śniegiem drogi zawieje

I z trudem otwierasz domowe wierzeje,

Strach wszystkich ogarnia. Wilków słychać wycie,

Co zgłodniałe ku domostwom zbliżają się skrycie.

 

Szczególnie, gdy na niebie jest księżyca pełnia -

Śpiew tych bestii to milknie, to znów się natęża.

Włos się jeży na głowie, a chłopi z widłami

Pilnują chlewika, owczarni i stajni.

***

Szybkimi krokami zbliżają się święta,

Gospodyni ze sługami ogromnie zajęta.

Porządkami, wypiekami - pracują od rana,

Aby godnie powitać - narodziny Pana.

 

Z lasu ścięte drzewko, w salonie już stoi.

Pani je najpiękniej, jak umie ustroi.

Gwiazdą na czubku, szopką między gałązkami,

Piernikarni, jabłuszkami, złoconymi orzechami.

 

Znajdą się też na niej bombki kolorowe,

Cudeńka z wydmuszek misternie zdobione,

Świeczki, gwiazdeczki, lameta, łańcuchy,

Ozdobne cukierki i waty okruchy.

 

Już śnieżnym obrusem, stół czeka nakryty.

Z kuchni dolatuje zapach znakomity.

Każdy z domowników do jadalni bieży

I zgłodniały zasiada przy wilijnej wieczerzy.

 

Dzielą się opłatkiem, składają życzenia.

Znikają potrawy - półmiski się zmienia.

Chociaż już zjedzono różne smakołyki,

Każdy czeka, kiedy podadzą śliżyki.

 

Do śliżyków niezbędne jest mleko makowe,

W którym miód, rodzynki, pestki migdałowe.

Nie jest w stanie zastąpić nic takiego dania!

Desery nietknięte pomimo starania.

 

Do salonu spieszą dorośli i dzieci,

Gdzie cudownym blaskiem Boże drzewko świeci.

Pod nim prezent znajdzie, każdy tam dla siebie,

A szczególnie dzieci są jak w siódmym niebie.

 

Mając na uwadze i tradycji względy,

Babki oznajmiły - pora na kolędy!

Jak babki kazały (komu to zaszkodzi)

Więc huknęli wszyscy, że nam ,,Bóg się rodzi...".

 

Radośnie mijały godziny wieczerzy.

Cudowne kolędy, że ,,Bóg w żłobie leży".

Czas do Białohrudy na pasterkę jechać.

Czas zaprzęgać konie - nie ma na co czekać.

 

Choć nader ciasno, zmieścili się w saniach.

Woźnica czasem konie batem pogania.

Otuleni w wilcze albo lisie skóry,

Obserwują jak z kominów dym snuje się bury.

 

Wokół cisza i tylko skrzypną płozy czasem.

Wtedy chrzęst uprzęży wtóruje im basem.

Zadzwonią dzwonki, co u sań się kołyszą,

Konie parskają albo ciężko dyszą.

 

Twarde śnieżne grudy spod kopyt ich lecą.

Wreszcie dojeżdżają - choć zmęczone nieco -

Woźnica im grzbiety ciepłą derką otuli,

Poda worek z owsem - pogłaszcze, przytuli.

 

Kościół do pasterki już przygotowany.

Ksiądz Horodko uroczyście dzisiaj przyodziany.

W głównej nawie i w bocznych tłum gęsto stłoczony

Modli się, lub oddaje znajomym ukłony.

 

 

Świece zapalone w ogromnej ilości,

Aby oświetlały wieczorne ciemności.

W bocznej nawie ubrana - tak jak zwyczaj każe

­Szopka betlejemska, a obok niej straże.

 

Przy Maryi w żłóbku na sianie dzieciątko,

Święty Józef, osiołek, baran i cielątko

I Trzej Królowie ze swymi darami,

Aby powitać Pana nad Panami.

 

Święta minęły! - Kolędnicy byli!

Zaczął się karnawał, szkoda każdej chwili...

Młodzi państwo spokojni. Wszyscy czują się zdrowo,

Więc jadą do Wilna na noc sylwestrową.

 

Na sali balowej (twarz znajoma czasami).

Szczęśliwie się zdarza, bo nie będą sami.

Tryskają radością, żartują bez miary.

Orkiestra przygrywa, tańczą wszystkie pary.

 

Wtem orkiestra milknie - wszyscy zapatrzeni

W zegar, co rok stary na nowy zamieni.

Kelnerzy za butelki szampana chwycili,

By strzelić korkami w odpowiedniej chwili.

 

Toasty, życzenia - aby ten rok nowy

Był dla wszystkich łaskawy, by każdy był zdrowy.

Więc szaleli rozbawieni w roztańczonej matni -

Nie wiedzieli, że to będzie bal ich już ostatni.

 

Że gdy minie wiosna, lato i jesieni połowa,

Wybuchnie niespodzianie nowa wojna światowa!

Że pośpiesznie opuszczą swe rodzinne progi,

W których przez lat tyle mieli spokój błogi.

 

Ileż istnień ludzkich zniszczyła ta wojna!

Gdzie, jak mówi poeta, jest ta "wsi spokojna"?

Co dały światu bomby i zesłania.

Żalu z serca nie wyrwą - żadne pojednania.

 

Nikt nie jest w stanie wymazać z pamięci -

Ani Bóg, ani człowiek, ani wszyscy święci.

Dlaczego matkę męża, a moją teściową

Horda bolszewicka zabiła tak młodą?

 

Dlaczego brak dworu, który opisuję?

Dlaczego goła pustka tam panuje?

Jedynie rzeka jedna ocalała,

A nad nią sterta głazów polnych mała.

 

Czy na tym ma polegać pokojowa doktryna,

By matka lat pięćdziesiąt czekała na syna?

Jeśli znajdzie miejsce, gdzie w Bogu spoczywa.

Może z nieba patrzy, może jest szczęśliwa ?