Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Cukierek śmietankowy

 

Produkcję tego smakołyku dziś przeważnie wiążemy z jakąś fabryką lub zakładem ulokowanym w dużym mieście a przynajmniej miasteczku. W tym artykule chcę przedstawić czytelnikowi coś odwrotnego, wydającego się nieprawdopodobnym. Zacznę od niewielkiej szlacheckiej okolicy Zaleskie, znajdującej się w 17 km od Lidy w rejonie Werenowskim ulokowanej niegdyś na skraju mokradeł rzeki Dzitwy. Przed wojną (1939 r.) okolica składała się z trzech gospodarstw, posiadających dość znaczne areały ziemi. Gospodarze prowadzili patriarchalne zaściankowe życie, coś w rodzaju nieraz opisywanych w powieściach Henryka Sienkiewicza. Najbogatszym był Stefan Krupowicz, posiadał około 40 ha ziemi ornej, 20 ha marnej łąki na wspomnianych mokradłach rzeki Dzitwy. Mieli córkę jedynaczkę na imię Anna, pieszczotliwie zwaną Anusią, a czasami i Niusią. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Anna ukończyła w Wołkowysku liceum pedagogiczne, z czego rodzice byli bardzo dumni.

Jako młoda nauczycielka pojechała latem 1932 r. zwiedzić Wilno. W upalny letni dzień wstąpiła do jednego ze sklepów na lody. Sklepikarzem był młody człowiek, który umiał grzecznie nawiązać rozmowę z młodą panienką. Tak zaczęła się znajomość pomiędzy Anną Krupowicz a Stanisławem Stojakowskim, a w lutym 1933 r. młodzi pobrali się. Anna miała wówczas 24 lata, a Stanisław - 31. Rodzice Anny bardzo niechętnie patrzyli na ten związek, gdyż marzyli, ich wiejskim wymiarem przez posiadanie ziemi, o jakimś dostojnym ziemianinie, a nie wileńskim sklepikarzu.

Po ślubie Anna przez jakiś czas mieszkała u męża w Wilnie i pomagała w handlu. Natomiast mąż z całą energią i mnóstwem różnych fantastycznych pomysłów zajął się nie tylko handlem, ale i gospodarstwem żony w Zaleskich. Stał się jakby kresowym Wokulskim. Najpierw zbudował budynek, a w nim założył mleczarnię i punkty zlewu mleka w Żyrmunach i Mikiańcach, i pod Wilnem we wsi Opsa. Z przerobionego mleka zaczął produkować wspomniane w tytule cukierki śmietankowe. Były produkowane irysy dwóch gatunków. Papierek dla zawijania cukierek był opatrzony następującym napisem - cukierki śmietankowe, majątek Niusi Grudek, gmina Żyrmuny, województwo Nowogródzkie, Anna Stojakowska. W tym nowopowstającym majątku utrzymywał również rzeźnika, wykupywał u okolicznych chłopów świń i produkował kiełbasę i wędliny. Cała produkcja była dowożona na podwodach do Żyrmun, a następnie przeładowywana na ciężarówki lub na stacji kolejowej do wagonów i kierowano nie tylko do Lidy i Wilna, lecz bardzo często i do centralnej Polski, nawet do Krakowa. Do pracy zatrudniał kilka kobiet cukierniczek i kilka robotników pomocniczych. Do ludzi stosunkował się ze zrozumieniem. Gdy wieśniakowi padała krowa, co zdarzało się nie rzadko, dawał pieniądze na zakup nowej z umową zwrotu pieniędzy mlekiem. Państwo Krupowiczowie, gdy gospodarzyli nie mieli z gospodarstwa wielkiego zysku, a pan Stanisław uważał, że na ziemi trzeba pracować tak, żeby praca ta się opłacała. W tym celu podjął intensywne budownictwo - zbudował nową stodołę, murowany piętrowy spichlerz (zachował się do dziś), założył sad, a w nim - 30 uli. Szykował się do wzniesienia innych budowli, zrobił wiele pustaków (później bolszewicy przez lata wozili ich do Radunia), zamierzał postawić na Dzitwie młyn wodny, zbudować piekarnię i z dobrej pszennej mąki zamierzał wypiekać ciastka i inne wyroby. Teściom nie bardzo podobało się gospodarzenie zięcia i pocichu poburkiwali poco marnuje ziemię budowlami z podjazdami, pod sad. Potem, gdy urodziło się czworo wnuków też nie byli zadowoleni, obawiając się podziału ziemi między wnukami.

Za sześć lat gospodarowania pana Stojakowskiego w Zaleskich do dnia dzisiejszego pozostały tylko wspomniany spichlerz i imponujący swymi rozmiarami wybudowany przed samą wojną murowany dom o powierzchni 240 metry kwadratowych. Miała to być godna rezydencja. Część domu była już ukończona i po wkroczeniu bolszewików zorganizowano tu szkołę. Miejscowy przewodniczący sielsowietu (Rady wiejskiej) w Żyrmunach zaproponował panu Stanisławowi być palaczem w szkole i dowozić drewno na opał ze stacji Bastuny. Nie długo trwała ta umowa. Zmienił się przewodniczący i jednego razu zaproszono go do sielsowietu i aresztowano. Energiczni i przedsiębiorcze ludzie nie byli potrzebni władze sowieckiej. Jej potrzebne byli wykonywacze rozkazów bez namysłu, na każde skinieńcie ociemniałego partyjniaka.

Przez pewien czas Stanisław Stojakowski siedział w więzieniu w Orszy z jednym z sąsiadów, po drodze na Sybir, z Kujbyszewa, rodzina otrzymała jedyny list i wszelki ślad po nim zaginął. Pozostała rodzina ocalała tylko dzięki temu, że ukrywała się w różnych miejscowościach, a Anna zmieniła swe nazwisko na panieńskie (jeden z synów do dnia dzisiejszego mieszka pod jej nazwiskiem na Litwie).

Po wojnie sowieci wykończyli cały dom pod szkołę ośmioletnią, a okolica rozrosła się do 15 gospodarstw. Przyczyną rozrastania się wsi stała się nie tylko ośmiolatka, lecz także to, że sowieci swym chamskim zwyczajem w najbardziej uroczych miejscach, budowali fermy dla hodowli bydła. W Zaleskich obok szkoły również była wybudowana taka ferma na 200 sztuk rogacizny. Dziś na tej fermie odczuwa się brak rąk do pracy, ponieważ młodzi wszyscy wyjechali i pozostali prawie wyłącznie emeryci. Szkołę w domu Stojakowskich zamknięto, a budynek doprowadzono do pełnej ruiny. Staraniem wnuków dziś ten budynek zwrócono rodzinie, lecz dziś powstaje pytanie jak na długo? We wsi jest tylko dwoje dzieci, które są dowożone do szkoły w Żyrmunach.

Ze smutkiem i pytaniem w myślach, co dalej robić z tym budynkiem, jak żyć wsi i naszemu rolnictwu, odchodzę od murów Stojakowskich. Ze strony fermy dochodzi smród gnojówki, a ze strony niegdyś dzitwiańskich mokradeł płyną jedna za drugą chmury pyłu od maszyn zbierających torf na opał. Nieraz ten pył bywa tak dokuczliwy, że nie tylko nie daje ludziom możliwości wysuszenia bielizny, lecz także przez najmniejsze szpary przenika do pomieszczeń.

Młodzi, zamieszkali w Lidzie w wolne od pracy dni odwiedzają rodzinne domy, wiele z nich ma auta. W wiosenno-jesiennym czasie mają jednak trudności z dotarciem do rodzimej wsi, ponieważ między wsiami Tubielewicze i Bieńkiewicze przebiega granica Lidzkiego i werenowskiego rejonów i jest około 150 metrów bardzo lichej drogi, którą nie ma komu odremontować, chociaż po stronie werenowskiej w 300 metrach jest wyrobisko żwiru, a trochę dalej inne, skąd żwir jest wożony na wiele dróg rejonu.

Wyludnione i wymierające wsie spragnione wyczekują na nowych Stojakowskich, Wokulskich czy Szulców, którzy przywróciliby tej ziemi życie, nie daliby polom zarosnąć chwastem i lasem, ale do tego są potrzebne wielkie przemiany.

Stanisław Uszakiewicz