Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Moja droga krzyżowa przez "nieludzka ziemie".

 

I.

Ciszę nocną przerywa przeraźliwy łomot kolb karabinowych do drzwi, jest noc 13 kwietnia 1940 r.

Zrywamy się z łóżek, Mama przerażona podchodzi do drzwi, ja i brat stoimy w koszulach sparaliżowani potwornym strachem. Słyszymy kilka groźnych męskich głosów "adkrywaj". Do mieszkania wchodzi pięciu "sołdatów" z karabinami gotowymi do strzału, a nas jest tylko troje, ja dwunastoletnia dziewczynka, ośmioletni brat i mama mająca wówczas trzydzieści cztery lata.

Żołnierze każą kłaść się nam do łóżek, na progu sypialni staje jeden z nich z karabinem gotowym do strzału, pozostali zaczynają plądrować mieszkanie od piwnicy po strych, jest to tzw. rewizja. Nie wiemy czego szukają, wszystko przewracają, wyrzucają na podłogę, tłuką, powstaje straszny bałagan. Leżymy cichutko, trzy pary oczu utkwione są w żołnierza stojącego w drzwiach. Moje małe serce łomocze w piersi, a w gardle dławię łzy. W pewnym momencie żołnierz odwraca się, wyciągam rękę do nocnego stolika, na którym leży Mamy mufka, wciągam ją pod kołdrę, wyjmuję metrykę ślubu moich Rodziców i trochę pieniędzy, chowam pod koszulę. W następnym pokoju odbywa się niszczenie wszystkich naszych dokumentów i korespondencji.

Co jakiś czas przystaje na progu sypialni jeden z żołnierzy i pyta "kto eto " Jan Charliński". Mama niezłomnie odpowiada, to mój mąż.

O świcie słyszymy słowa "sobierajtieś s wieszczami". Mama pyta dokąd? w odpowiedzi słyszymy "sobierajtieś skarej". Siedzimy wszyscy na łóżkach i nie mamy siły wstać. Żołnierze widząc, że nie dociera to do nas co powiedzieli biorą wiklinowy kosz do bielizny, otwierają szafę, wrzucają trochę odzieży, kołdrę i poduszkę oraz kilka garnków. Zaczynamy się ubierać, ja staram się by nie zgubić dokumentu gdy każą nam wychodzić. Mama dostaje ataku serca, pada na podłogę, my zaczynamy płakać, lecz polskim dzieciom płakać nie wolno, łzy ściskają nam gardła. "Bojcy" muszą wykonać bojowe zadanie, Mamę naszą podnoszą z podłogi, biorą za ręce i nogi, i wynoszą jak upolowaną zwierzynę, dzieci idą za Matką, a na końcu żołnierz z karabinem wymierzonym do strzału. Mamę wrzucają do ciężarówki stojącej przed domem, nas wsadzają, otaczają kołem.

Wychowana w duchu wielkiej miłości do Ojczyzny odwracam się w stronę naszego domu z myślami kołaczącymi w mózgu: czy jeszcze kiedy zobaczę to miasto i ten dom?


Samochód rusza w kierunku dworca kolejowego w Lidzie, po kilkunastu minutach jesteśmy przy "eszałonie" bydlęcych wagonów stojących na bocznym torze. Wtłaczają nas do wagonu, w którym jest już pełno zrozpaczonych kobiet z dziećmi. Wciskamy się na górną pryczę przy tak zwanym oknie, jest to mały otwór zastawiony ukośnie żelastwem, ażeby nie widziano nas z zewnątrz.

Przy torach zaczynają zbierać się mieszkańcy miasta, tworzy się bardzo długi szpaler ludzi. Pomimo padającego śniegu z deszczem ludzie stoją wytrwale.

Pytają "wagonów" kto w nich jedzie, padają nazwiska, jest straszna rozpacz, płaczą Ci w wagonach i płaczą Ci, co stoją przed nimi.

"Sołdaty" s karabinami odganiają ludzi od transportu, ale mieszkańcy mojego miasta są nieustraszeni, nie słuchają gróźb, są wytrwali i nieustępliwi, chcą wytrwać przy wagonach do końca. W stojącej gromadce dzieci zauważyłam koleżanki i kolegów z mojej klasy. Wysunęłam paluszki, bo ręka przecisnąć się nie mogła przez szparę okienną i zawołałam, że tu jestem, dzieci zerwały się z miejsca i biegły za przejeżdżającym wagonem wołając moje imię i nazwisko krzycząc, że tu jestem. Przez dwie doby pociąg manewrował po stacji kolejowej, a mieszkańcy dzień i noc stali przy torach, trzeciego dnia pociąg nabiera rozpędu, wiozą nas dzień i noc w nieznane. Czasem na jakiejś stacji z wielkim łoskotem otwierają się drzwi wagonu i żołnierze wstawiają wiadro rozgotowanej kaszy i wiadro wody, jeżeli ktoś zabrał z domu coś do jedzenia dzieli się z sąsiadem niedoli. Raz na dobę transport przystaje w polu na parę minut i każą nam wyjść załatwić potrzeby fizjologiczne w obecności uzbrojonych żołnierzy tuż przy torach.

W ogromnej ciasnocie, zaduchu i chłodzie wiozą nas. Po drodze spotykamy podobne "eszałony" Polaków widząc tylko przez szpary wagonów, podajemy sobie wzajemnie nazwy miast z jakich nas wywożą.

W ostatnim dniu kwietnia pociąg zatrzymuje się na stacji Pałudzino Siewiero Kazachtańskiej obłaści. Enkawudyści hałaśliwie otwierali drzwi zaryglowanych wagonów i kazano nam wysiadać. Trudno opisać co się działo w naszych dziecięcych główkach i naszej kochanej Mamy.

Wyszliśmy z wagonów głodni, brudni, zawszeni, zmarznięci i bardzo przerażeni, ta niepewność chwili była okrutna. Zaczęły podjeżdżać ciężarówki, na które umieszczano po kilka rodzin i rozwożono po kołchozach. Całą noc przesiedzieliśmy na śniegu aż przyszła na nas kolej.


Przywieziono nas wraz z czterema innymi rodzinami do kołchozu "im. Telmana", ciężarówka stanęła na środku kołchozu, a kołchoźnicy przyszli nas oglądać. Nas i jeszcze jedną kobietę z trojgiem dzieci wzięła kołchoźnica, która miała liczną rodzinę.

Mieszkaniem naszym był spichlerz na zboże, ciemny i zimny. Z jednej strony drzwi na glinianym klepisku zrobiła legowisko moja Mama, a z drugiej strony ta kobieta. W jednym rogu spichlerza leżało zboże. W nocy nad naszymi głowami skakały ogromne szczury, pamiętam ich pisk i błyszczące oczy, trudno było zasnąć, ogarniał nas strach.

Pożywienie gotowaliśmy na ognisku przed spichlerzem. W kołchozie mieszkali ludzie pochodzenia niemieckiego, oprócz nauczyciela i "przedsedaciela kołchozu" nikt nie znał języka rosyjskiego. Po dwumiesięcznym kontaktowaniu się z dziećmi kołchozników zaczęliśmy poznawać język niemiecki.

Kobietom przydzielono pracę w lesie przy ścinaniu drzew, a my dzieci pomagaliśmy wynosić gałęzie. Nad naszymi głowami ciągle unosiła się chmura komarów.

Zbliżała się zima w spichlerzu ciężko było wytrzymać, rodzina, która z nami dzieliła niedolę znalazła miejsce w ziemlance innych kołchoźników. Do nas pewnego dnia przyszła żona miejscowego nauczyciela, który przebywał w wojsku, a ona spodziewała się drugiego dziecka, miała dwuletniego synka, zamieszkaliśmy u niej.

Pewnego dnia ciężko zachorowałam, miałam wysoką gorączkę, przez tydzień byłam nieprzytomną. Mama przez cały czas klęczała przy mnie. Bóg mnie wówczas ocalił. Podczas silnych mrozów zimowych w jednym kącie kuchni stała krowa, a w drugim owieczka z dwoma jagniętami, jagnięta w dzień przebywały z nami, były śliczne. Zaczęły się śnieżne burze tzw. "burany", wówczas na kilka kroków od siebie nie można było zobaczyć człowieka. Czasem w ziemlance byliśmy zasypani śniegiem ponad okna i trzeba było odkopywać się, studnia była zasypana więc topiliśmy śnieg na wodę.

Bardzo tęskniliśmy za Ojczyzną i ciągle mieliśmy nadzieję, że niedługo wrócimy do Polski. Uważaliśmy, że świat upomni się o niewinnie zesłane kobiety i dzieci, "o, naiwni!" świat miał swoje sprawy i niewiele o nas myślał.

Podczas spotkań Polaków ciągle prowadzone były rozmowy na tematy polityczne, zawsze ktoś miał jakieś wiadomości z "pewnych źródeł", czytano przepowiednie, że Polska powstanie od morza do morza. My dzieci przysłuchiwaliśmy się uważnie.


Nadszedł czerwiec 1941 roku, zaczęła się wojna sowiecko-niemiecka. W dniu 23 czerwca do kołchozu przyjechało NKWD, wezwano Polaków, przygotowano podwody i powiedziano, że nas wywożą - gdzie - nikt nie mówił. Znów groza lęku nas opanowała, niektórzy kołchoźnicy mówili, że mogą zawieść nas na jakiś most i wyrzucić do rzeki. Gospodyni, u której mieszkaliśmy, była zrozpaczona, bardzo naszą Mamę i nas polubiła, żyliśmy w przyjaźni wzajemnie sobie pomagając.

Pozbierano Polaków z okolicznych kołchozów, przywieziono na stację kolejową, wyładowano przy torach i tak pozostawiono. Kobiety z dziećmi oczekiwały pod gołym niebem, w dzień temperatura około 30oC, a noce bardzo chłodne. Dziwię się bardzo, że nie wybuchła wówczas jakaś epidemia. Byliśmy głodni, brudni, wynędzniali i bardzo zmęczeni, znów resztki odzieży trzeba było wymienić na kilka kartofli lub trochę mąki. Nikt się nami nie interesował, a na pytanie co będzie z nami odpowiedź NKWD była "nie znajem".

Po dwóch tygodniach nadszedł "eszałon" bydlęcych wagonów i znów powtłaczano nas jak zwierzęta. Wieziono przez dwa tygodnie. Na odcinku Akmolińsk - Kartały w kustanajskiej obłaści, na niektórych stacjach odczepiano po jednym wagonie. Nasz wagon zatrzymał się w posiołku przy moście kolejowym nad rzeką - nazwy nie pamiętam. Umieszczono nas w baraku z desek około dwudziestu rodzin. Starsi chłopcy zaczęli zbijać prycze z desek, dla każdej rodziny po kolei, byliśmy społecznością bardzo sobie życzliwą i solidarną. Nazajutrz zebrano kobiety i dzieci od 16 roku życia i powiedziano, że będą pracowali na kolei. Była to praca dla kobiet i dzieci katorżnicza. O świcie Polacy z łopatami i kilofami szli po kilka lub kilkanaście kilometrów, przez cały dzień pracowali a o zmroku wracali. Ponadto często w nocy przyjeżdżały wagony pełne żwiru i kamieni, które trzeba było szybko wyładować. Wówczas w nocy przychodził brygadzista Rosjanin i z wielkim krzykiem budził kobiety i dzieci, kazał wstawać i iść do pracy. Na wagon brygadzista stawiał dwie kobiety. Moja Mama miała chore serce i taka praca była ponad jej siły.

Chłopcy-gimnaziści, którzy byli wywiezieni z całą klasą ze Stanisławowa po wyrobieniu swojej normy pomagali kobietom i ta młodzież gimnazjalna była naszą radością i otuchą. Chłopcy i dziewczęta po ciężko przepracowanym dniu wieczorami mieli jeszcze sił, by śpiewać polskie patriotyczne piosenki, które echem roznosiły się aż po horyzontu kres.


Stosunek chłopców do kobiet i dziewcząt był bardzo grzeczny, pomimo nędzy potrafili zachować się po rycersku, z elegancją i uprzejmością. Gdy kobiety i młodzież szli do pracy gromada dzieci pozostawała przy baraku, starsze dzieci opiekowały się młodszymi i to nie tylko rodzeństwem. Byliśmy wspólną wielką rodziną zesłańców z wewnętrznym poczuciem odpowiedzialności, której nikt nie rozkazywał.

Były pomiędzy nami dzieci w wieku dwóch, trzech, czterech lat i naszym obowiązkiem było ich pilnować. Przed wieczorem dzieci ustawiały przed barakiem po dwie cegły, na nich garnki i gotowały jakąś t. z. zupę, potocznie nazywaliśmy to "pochlopkoj", woda z lebiodą lub liśćmi buraczanymi zaprawiona mąką, jeżeli były kartofle to jakiś kartofel lub trochę kaszy jaglanej zmielonej na żarnach z łuskami, co bardzo nieprzyjemnie przełykano. Z ugotowanym posiłkiem czekaliśmy aż wrócą nasze Mamy, by wspólnie zjeść.

Nie wiem jak to się stało, że żadne z nas nie poparzyło się ani też nie utonęło, barak nasz znajdował się tuż nad rzeką. Wieczorem brałam brata za rękę i szliśmy na spotkanie Mamy. Czasem zdarzało się, że wszyscy prawie przeszli a naszej Mamy nie było widać. Przechodzące kobiety patrzyły na nas oczyma pełnymi litości, aż wreszcie któraś odważyła się i powiedziała, że mama dostała ataku serca i leży przy torach. Ktoś z nią zawsze zostawał, a inne szły do "komandzira", żeby wysłał furmankę. Przywożono osłabioną, kładziono na pryczy, a my klękaliśmy przy niej i prosiliśmy Boga o zdrowie. Ogarniał nas strach przed utratą Mamy, przecież nie istnieje na świecie nic droższego dla dzieci od ich Matki.

W drugiej połowie sierpnia doszła do nas wiadomość, że gen. Sikorski był w Moskwie i zawarł umowę ze Stalinem w sprawie amnestii dla Polaków. Nastąpiło wielkie poruszenie, radość i nadzieja. My dzieci całymi dniami wystawaliśmy przy torach kolejowych w pobliżu mostu, gdzie pociąg zwalniał bieg i zatrzymywał się czasem, bo jakiś wynędzniały więzień łagrów sowieckich jechał na stopniach towarowego wagonu poszukując swej rodziny. Udzielaliśmy informacji, lagiernik podawał nazwiska i miejscowość z jakiej rodzina została wywieziona, my odpowiadaliśmy na te pytania opowiadając przy tym o sobie i znajomych. Kilku lagierników w ten sposób odnalazło swoich bliskich, zazdrościliśmy wówczas takim szczęśliwcom. Po spotkaniu z rodziną uwolnieni więźniowie za kilka dni odjeżdżali, ażeby wstąpić do Polskiego Wojska i zabrać tam swoje rodziny. Niestety dwóch dalej jechać nie mogło, byli skrajnie wyczerpani i chorzy. Leśniczy, który odnalazł żonę z dwojgiem dzieci i młody policjant, który odnalazł rodziców, schorowanych staruszków.

Pewnego dnia nasza Mama nie mogła wstać z pryczy, była bardzo chora, nie poszła do pracy, miała wysoką gorączkę, oczy jej pożółkły i była cała żółta, bardzo to nas przeraziło, płakaliśmy i pozostała tylko modlitwa. Lekarza nie było, żadnych leków, była tylko pomiędzy nami pielęgniarka dypl. żona porucznika Sienickiego, bardzo miła i ofiarna Pani, powiedziała, że to jest żółtaczka. Miała jeszcze kilka ostatnich tabletek aspiryny, które podawała i tak leżąc w barłogu cudem nasza Mama wyzdrowiała.

Dobiegał koniec października 1941 roku, gimnaziści ze Stanisławowa oraz kilka naszych dziewcząt i chłopców wyjechało do Buzułuku zaciągając się do Polskiego Wojska. Miałam wówczas 13 lat, ja i moi rówieśnicy ubolewaliśmy nad tym, że nie jesteśmy starsi, my również bardzo pragnęliśmy iść do Polskiego Wojska. Było nam coraz smutniej, z nadejściem października ściany naszego baraku pokryły się szronem, woda zamarzła w wiadrze, byliśmy ciągle skostniali z zimna.

W listopadzie przewieziono nas do miejscowości Karaoba i umieszczono w baraku-ziemlance zapluskwionym i brudnym. Poza tym byliśmy zawszeni i coraz bardziej głodni coraz mniej mieliśmy rzeczy do sprzedania. Zaczęły docierać do nas dary z UNRA, które wspólnie były dzielone, było tego niewiele. Wojskowe angielskie szynele, trochę używanej odzieży, puszki z mlekiem, konserwy rybne, ryż, fasola. Było to w takiej ilości, że bardziej można było na to popatrzeć niż zaspokoić głód, ale to już było coś.

Wyczekując w długich kolejkach przy sklepie chleb otrzymywaliśmy 600 g . na pracownika, a po 300 g . na dzieci, ale to tylko z nazwy był chleb, mały kawałek czegoś czarnego, gliniastego, który natychmiast zjadaliśmy. W stołówce otrzymywaliśmy zupę-lurę raz dziennie na pracującego 1/2 - pół litra, a na dziecko ćwierć litra. Podczas mroźnej śnieżnej zimy syberyjskiej temperatura dochodziła do 50oC, a czasem nawet ponad 50oC.

Polacy w zimie w dalszym ciągu musieli pracować na kolei przy odśnieżaniu torów. Kobiety wkładały na siebie wszystko, co jeszcze miały do ubrania, a było tego coraz mniej. I tak od świtu do nocy, a często i w nocy, gdy kolej zawiało z szuflą, łopatą czy kilofem na plecach szły po kilka kilometrów wynędzniałe i głodne szkielety ludzkie.


Bardzo było mi żal naszej ukochanej Mamy, z każdym dniem traciła siły. Codziennie po powrocie z katorżniczej roboty ze łzami w oczach patrzyła na nas bezradnie. Podawałam jej przygotowaną jakąś strawę nalewając do miski, niewiele jadła mówiąc, że jest nie głodna, ażeby nam zostawić, ja również mówiłam, że nie jestem głodna i tak wzajemnie mówiłyśmy nieprawdę.

My dzieci całą gromadą chodziliśmy po kilka, kilkanaście kilometrów w step zbierać "burian" na opał, to takie wysokie, wyschnięte badyle stepowe, które łamaliśmy, wiązaliśmy w snopy i ciągnęliśmy po śniegu. Czasem podczas takiej wyprawy znaleźliśmy nie skoszone zboże, pszenicę lub proso, wówczas była wielka radość, wygrzebywaliśmy spod śniegu kłosy i zrywaliśmy. Jedno z nas zawsze musiało stać i rozglądać się, czy jakiś brygadzista kołchozu nie jedzie. W tym niełaskawym kraju zboże może zgnić na pniu, ale zrywanie kłosów grozi więzieniem. Chłopcy zrobili żarna z ogromnych kamieni i tak zalewając się potem z nadmiernego wysiłku, mleliśmy zebrane ziarenka z wielką radością, że trochę zaspokoimy głód. Proso ma ostrą łuskę, po ugotowaniu trudno przełknąć, ale nie było na to rady, krztusząc się jedliśmy w zadowoleniu.

Wiosną 1942 r. młody policjant leżał na pryczy i dogorywał. Patrzyliśmy na niego z wielkim współczuciem, był cały opuchnięty, zropiały i siny, wokół unosiła się straszna woń, gangrena postępowała od nóg, bardzo cierpiał, jęczał z bólu. Którejś nocy zmarł, chłopcy zrobili ogromną skrzynię z desek i tak został pogrzebany w dalekim stepie Kazachstanu. Nie doczekał powrotu do Ojczyzny, łagry sowieckie wydały srogi wyrok śmierci, pomimo że je opuścił.

Nadeszła kolejna straszna zima 1943 r., zaczęły docierać do nas złe wieści. NKWD ponownie wrogo na nas patrzyło. Ktoś powiadomił nasze skupisko Polaków, że musi być wysłany kurier do miejscowości, gdzie przebywa polski ksiądz po instrukcje. Wybrano mojego brata Tadeusza, 11-letniego chłopca i o parę lat starszego od niego kolegę. Dzieci musiały pójść, żeby nie wzbudzać podejrzeń, a oni z tego byli bardzo dumni, że im zaufano, wiedzieli, że nikomu nie mogą powiedzieć gdzie idą i po co. Przez cztery dni chłopcy nie wracali, oczekiwaliśmy z wielkim niepokojem, czy nie zamarzną w drodze, czy ich wilki nie rozszarpią i czy NKWD nie wyśledzi. Kilka kilometrów przed Karaobą jacyś kołchoźnicy spotkali ich skrajnie wyczerpanych i przywieźli na sankach. Wiadomości przyniesione były bardzo smutne. Ksiądz powiedział, że Polskiego Wojska nie ma już w Rosji, w związku z tym będą represje. Władze sowieckie chcą, ażeby Polacy przyjęli obywatelstwo rosyjskie, ale w żadnym wypadku my nie możemy się na to zgodzić, bo wówczas nikt nie będzie mógł o nas upomnieć się. Represje zaczęły się w kwietniu 1943 r. Kobiety z dziećmi mieszkające w wagonach wyrzucono na śnieg przy torach. W kwietniu w Kazachstanie jeszcze są mrozy i dużo śniegu. Nas straszono, że zostaniemy wyrzuceni z baraku. Kilka tygodni trwała "wojna" pomiędzy władzą sowiecką a Polakami. Nasze skupisko zachowało się bardzo dzielnie, po bohatersku, nikt nie przyjął obywatelstwa sowieckiego. Głód dokuczał nam coraz bardziej, nie mieliśmy nic do wymiany na żywność. Brat mój chodził z kolegami nad jezioro i czasami wybrał jajko z gniazda dzikiej kaczki.

Z naszą Mamą zaczynało się dziać coś niedobrego. Coraz smutniej patrzyła na nas, stała się milcząca. W czerwcu 1943 r. pewnego ranka nie wstała z pryczy, nie przestraszyła się krzyku "brygadzira" że "kto nie rabotajet tot nie kuszajet". Oczy pałały dziwnym blaskiem, była bardzo słaba, nie chciała jeść. W nocy zerwała się z posłania, ja podążałam za nią. Stanęła na środku baraku i zawołała: "My Polacy zwyciężymy, ja legionistka, za mną". Po wypowiedzeniu tych słów znów zemdlała i upadła, przeniesiona została na pryczę. Oboje z bratem klęczeliśmy nad Mamą i płakaliśmy. Tej nocy nikt w baraku już nie zasnął. Nie odstępowałam od Mamy, zaczęła majaczyć, w swojej wyobraźni widziała Enkawudystów, którzy nas wywozili, wymieniała miasta, przez które nas wieziono. Zrywała się, chciała biec, lecz bezsilnie opadała. Naprzeciw naszej pryczy miała swój kąt Pani Popkowska. Była to cicha, inteligentna i bardzo taktowna kobieta, z którą łączyła nas przyjaźń i właśnie ta Pani pierwsza powiedziała nam z wielkim smutkiem, że nasza Mama jest bardzo ciężko chora. Skrajne wyczerpanie fizyczne i psychiczne doprowadziło Mamę do obłędu.

Po trzech dniach Mamę odwieziono do szpitala w Magnitogorsku. Żadne słowa nie potrafią przekazać tego co czuliśmy, nie było w nas nic prócz rozpaczy. Pozostaliśmy sami w tej złowrogiej Rosji, ogarniał nas lęk przed dniem następnym, widmem głodu i nieustannie dręczyła nas myśl, co będzie z Mamą.

Pisałam do szpitala i ciągle otrzymywałam tę samą odpowiedź "na waprosy nie otwieczajet, paka nie łutsze" - na pytania nie odpowiada, narazie lepiej nie jest. Bywały dni, że Brat mój nie mógł poradzić z głodem, wówczas kładł się na pryczy i głośno płakał, serce pukało mi wówczas z żalu, nic nie mogłam dać mu do jedzenia i sama byłam potwornie głodna. Uczucie głodu jest okrutne, doznaje się strasznego bólu wewnętrznego a głowę rozsadza myśl o jedzeniu, zrozumie to tylko ten, kto to przeżył.


W październiku 1943 r. z grupą Polaków przewieziono nas do miasteczka Toboł. Barak, w którym nas umieszczono, był bardzo zapluskwiony, pluskwi spadały z sufitu. W lecie kładliśmy się spać przed barakiem, a w baraku pozostawały starsze kobiety i jedna młoda matka, która miesiąc przed wojną wyszła za mąż. Mąż jej po wyjściu z łagrów odnalazł ją, przez miesiąc przebywali razem, a później pojechał do Armii gen. Andersa. Ona urodziła synka i przez całe noce siedziała przed nim z kagankiem, broniąc go przed pluskwami, a rano odnosiła go do "jaśli", bo sama musiała iść do katorżniczej pracy. Nie wiem, czy ta kobieta po wojnie odnalazła swego męża i czy synek poznał ojca.

Kołdra, którą posiadaliśmy, nie miała już bielizny pościelowej, a spodnia jej część miała tylko watę, w której gnieździły się wszy. Wybuchła epidemia tyfusu i chyba tylko miłosierdzie Boże uchroniło mnie i braciszka przed tą chorobą. Mieszkańcy naszego baraku kolejno chorowali i zabierano ich do szpitala, zmarła wówczas moja koleżanka 13-letnia Stasia Barcewiczówna i mama innej koleżanki, której imienia nie pamiętam.

Zapowiedziano nam, że zostaniemy zabrani do sierocińca. W nocy przyszedł po nas NKWDysta z karabinem na ramieniu i powiedział, że nas zabiera. Gdy go zobaczyłam zaczęłam przeraźliwie płakać, w mojej głowie kołatała myśl, że jeżeli odłączeni zostaniemy od skupiska Polaków to zginiemy w tej ogromnej nieprzyjaznej Rosji i nie wrócimy do Ojczyzny. W baraku powstał ogromny szloch, wszyscy płakali nad losem naszym i swoim, bo choć każdy był życzliwy dla nas, to w niczym nie mógł pomóc, wszyscy byliśmy jednakowo wynędzniali i głodni. NKWDysta stał osłupiały i nie wiedział, co ma zrobić, był przerażony. Usłyszałam głosy wypowiadane przez łzy, zostańcie z nami, może jakoś przeżyjecie. Powiedziałam NKWDyście, że nie pojedziemy do "dzietdoma". Po miasteczku rozeszła się wieść o nas. Do naszego baraku przyszła Rosjanka i zwróciła się do mnie z propozycją, ażebym zamieszkała w ziemlance wraz z jej rodziną i opiekowała się dwojgiem małych dzieci, wykonując jednocześnie wszystkie czynności domowe. Tadzio został w baraku i codziennie oprócz swojego przydziału 300 g . chleba mógł zjadać dodatkowo mój przydział. Umowa taka była dla nas wielkim dobrodziejstwem. U Rosjanki także nie było dużo żywności, ale bardziej głód mogłam zaspokoić. Ninka miała pięć lat i była bardzo kapryśnym dzieckiem, z byle powodu, często bez powodu płakała, bardzo mnie to męczyło. Natomiast Andruszka był dzieckiem pogodnym. Podczas pierwszego prania stojąc nad balią oblana potem ciągle myślałam, czy dobrze wypiorę, czy gospodyni będzie ze mnie zadowolona.


Wielką radością były dla mnie słowa pochwały wypowiedziane przez gospodynię "Janeczka kak ty charaszo pościerała". Gospodyni bardzo mnie polubiła, a ja starałam się jak mogłam sprostać zadaniom. Ona pracowała od rana do wieczora w sklepie.

Z nadejściem zimy zachorowałam na malarię. Jest to straszna choroba, wieczorem zaczynało mnie trząść z zimna, gospodyni czym mogła nakrywała, lecz nic to nie pomagało, żelazne łóżko trzęsło się wraz ze mną. O północy dostawałam wysokiej temperatury 40 stopni, która nie opuszczała mnie do rana. Rano nie nadawała się do życia, byłam bardzo słaba, głowa pękała mi z bólu, nogi nie chciały mnie nosić, a wstać z łóżka musiałam. Pamiętam, że do studni było około 200 m ., a ja niosąc wiadro z wodą musiałam co kilka kroków odpoczywać, myślałam, że zaraz padnę i nigdy tej wody nie doniosę. Przez pierwszy miesiąc ataki choroby powtarzały się codziennie, później co kilka dni, następnie co kilka tygodni, malaria tkwiła we mnie przez dwa lata.

W grudniu 1943 r. ponownie zaczęły dochodzić do nas wieści, że powstaje Polskie Wojsko. Wśród młodzieży nastąpiło wielkie ożywienie, 16-latki za wszelką cenę chciały dostać się do Polskiego Wojska, a my młodsi im zazdrościliśmy. To była jedyna droga do Polski, niestety kilku z tych chłopców na tej drodze złożyło ofiarę życia, padli na Wale Pomorskim od kul niemieckich. Ja już nie mogłam myśleć o wojsku, miałam młodszego brata i musiałam opiekować się nim.

 

II.

Wspomnienia moje były pisane przez łzy, dlatego nie napisałam do końca; obrazy przesuwały się przed moimi oczyma jak żywe.

W sowchozie "20 let Okciabria" na Ukrainie w miesiącu maju 1945 roku biegła do mnie listonoszka wołając: "Janoczka, k ciebie piśmo!" Spojrzałam na kopertę i zobaczyłam charakter pisma mojej Mamy. List był tragiczny i zarazem błagalny; tak go ukrywałam, że już nigdy nie znalazłam. Bałam się, że jak Mama przeczyta, to może nastąpić nawrót choroby. Pamiętam ostatnie słowa tego listu: "Janeczko, córeczko, zabieraj mnie stąd jak najprędzej, bo w tym kraju nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć."

Poszłam do NKWD w rejonie Borowaja oddalonego o 18 km Niestety wówczas miałam 17 lat i byłam niepełnoletnią, a wyglądałam na lat 14 i nie wydano mnie zezwolenia na wyjazd do Magnitogorska.

Przeżywaliśmy to z Braciszkiem bardzo boleśnie, dręczyła nas myśl co będzie z naszą Mamą i czy znów nie rozchoruje się? Napisałam, że nie mogę przyjechać z ww. powodów.

Pewnego dnia w końcu lipca lub na początku sierpnia przybiegła do mnie koleżanka Irena Barcewiczówna, która była zatrudniona jako pomoc-sprzątaczka przy "miedsiestrie" czyli pielęgniarce z wiadomością. Pielęgniarka opowiedziała, że jadąc z Charkowa na stacji, gdzie była przesiadka spotkała kobietę, która poszukuje swoich dzieci i jedzie do naszego sowchozu. Pielęgniarce udało się wsiąść na jakiś wcześniejszy pociąg.

Następnego dnia wstała o godz. 4 rano i wymaszerowałam w kierunku stacji. W połowie drogi zobaczyli mnie koleżanki i koledzy, którzy odwozili zboże (był to okres żniw), więc zaczęli stukać do kabiny ciężarówki, więc zatrzymała się i zabrano mnie w dalszą drogę. Na stację kolejową przyjechaliśmy około godz. 10, po dziesięciu lub piętnastu minutach nadchodzi pociąg osobowy i wysiada nasza ukochana Mama. Był to szkielet kobiety.
Do sowchozu wróciliśmy tę samą ciężarówką. Było południe, braciszek był pastuchem i właśnie przy studni poił krowy, gdy zobaczył Mamę strasznie się rozpłakał, rzucił się jej w ramiona. Zbiegły się wszystkie Polki i Ukrainki i był ogólny szloch, ale były to łzy radości.

Wrócę do opowieści mojej Mamy w jaki sposób do nas dotarła, trudno uwierzyć jak Dobry Bóg prowadził ją do dzieci.

W szpitalu był Profesor, któremu całą rodzinę wymordowano podczas rewolucji. Profesor bardzo serdecznie zajął się leczeniem Mamy. Ona nie chciała jeść i ciągle powtarzała: "Jeść nie będę, moje dzieci są głodne". Profesor przychodził i często prowadził z Mamą długie rozmowy mówiąc przy tym, że jeżeli nie będzie jeść to nigdy nie zobaczy swoich dzieci". Myślę, że zasługą Profesora przy Bożej pomocy było to, że Mama została wyleczona całkowicie bez śladu choroby.

Z otrzymanym moim listem Mama poszła do Profesora i prosiła, że musi pojechać sama. PO dłuższym namyśle on się zgodził. Dojechała do miasta Kartały i poszła do Dyrekcji Kolei, gdzie w tym czasie "naczalnikiem" był inżynier, który nadzorował pracę w posiołku na odcinku kolejowym. Prosiła o pomoc, inżynier powiedział, że pomocy udzielić nie może, ale może dać specjalny bezpłatny bilet. Z tym biletem Mama poszła na dworzec, gdzie były tłumy ludzi, oczekujących na pociąg po kilka tygodni. Była przerażona. W jakiejś rozmowie usłyszała, że na bocznicy kolejowej stoi pociąg, więc udała się tam. Gdy przyszła konduktorka wyczytywała numery biletów i po kilku minutach Mama nie wierząc własnym uszom usłyszała numer swego biletu. Wcisnęła się do wagonu i usiadła w kąciku.

Po dłuższym okresie czasu pasażerowie zauważyli, że Mama nic nie je, zaczęli dopytywać się kim jest, opowiedziała swoją historię, zaczęto dzielić się tym, kto co miał.

Po tygodniu dojechała do Charkowa. Był wieczór, wysiadła z pociągu i bezradnie usiadła na schodach dworca. Ubrana była w białą bluzeczkę i zieloną spódniczkę, na ręku miała angielski szynel, który to otrzymała z darów gdy generał Anders organizował Wojsko Polskie. Takie same szynele nosiły wówczas pielęgniarki rosyjskie. W pewnym momencie podchodzi młoda kobieta i pyta: "Wy miedsiestra?" Mama odpowiada, że nie, że wraca ze szpitala, ma 100% inwalidztwo i poszukuje swoich dzieci. Pielęgniarka wracała z wojny i wiozła dwóch lejtnantów do szpitala, którzy na froncie doznali szoku. Powiedział, że jest tu Dom inwalida, w którym można przenocować i dostać coś do zjedzenia, że właśnie tam jedzie i może Mamę zabrać.

Rano Mama ponownie udaje się na dworzec i naturalnie staje przy okienku, gdzie jest napis NKWD "Nasi okrutni opiekunowie". Gdy tak stoi w kolejce podbiega dziewczynka i pyta: "Czy Pani jest Polką?" (tak jakoś było, że my w tej Rosji zawsze wzajemnie poznawaliśmy się). Mama jest oszołomiona, po dwóch latach po raz pierwszy słyszy Ojczystą mowę, pyta dziewczynkę skąd ona tu się wzięła. Dziewczynka zaczyna opowiadać, że przyjechała z dwoma paniami do Polskiej Delegatury i że zaprowadzi Mamę do tych pań. W taki sposób Mama dotarła do Delegatury, tam w dużej księdze odczytano, że jest w rejestrze Janina Charlińska i Tadeusz Charliński. Rozpłakała się z radości, że wreszcie trafiła na ślad dzieci. Z Charkowa do sowchozu Delegatura przydzieliła Mamie opiekuna, pamiętam był to pan o nazwisku Orzeł, żydowskiego pochodzenia.

W pierwszych dniach lutego 1946 roku do sowchozu przyjechało NKWD i zaczęto Polaków wzywać na rozmowy. Okazało się, że jest nadzieja powrotu do Polski, ale niestety nie na naszą Ojczystą Ziemię, nie do ukochanego miasta Lida - miasta najlepszych wspomnień, beztroskich lat dziecinnych.

Należało przedłożyć jakiś polski dokument z okrągłą pieczęcią, ażeby udowodnić, że jest się Polakiem. Właśnie wtedy okazało się, że metryka ślubu Rodziców, którą ukryłam podczas rewizji w naszym domu była tym zbawczym dokumentem.

O ile pamiętam, to z sowchozu wyjechaliśmy 22.II.1946 r. Na granicy w Przemyślu pociąg otoczyło NKWD z psami weszło trzech żołnierzy do wagonu, kazano ustawić się po jednej stronie po jednej stronie i wyczytywany przechodził na drugą stronę wagonu. Polecono również oddać wszystkie dokumenty otrzymane w Rosji. Mama oddała swe 100% inwalidztwo otrzymane w szpitalu, jedyny dokument jaki posiadaliśmy. Przywieziono nas do Wrocławia 8.III.1946 r.

W roku 1956 u Mamy nastąpił nawrót choroby i w przeciągu dwóch tygodni zmarła 6.IV.1956 r.

 

Marian Jonkajtys

 

Marsz Sybiraków

 

Z miast kresowych, wschodnich osad i wsi,

Z rezydencji, bialych dworków i chat

Myśmy wciąż do Niepodległej szli,

szli z uporem, ponad dwieście lat!

 

Wydłużyli drogę carscy kaci,

Przez Syberię wiódł najkrótszy szlak

I w kajdanach szli Konfederaci

Mogiłami znacząc polski trakt...

 

Z Insurekcji Kościuszkowskiej, z powstań dwóch,

Szkół, barykad Warszawy i Łodzi;

Konradowski unosił się duch

I nam w marszu do Polski przewodził.

 

A myśmy szli i szli - dziesiątkowani!

Przez tajgę, stepy - plątaniną dróg!

A myśmy szli i szli, i szli - niepokonani!

Aż "Cud nad Wisłą" darował nam Bóg!

 

Z miast kresowych, wschodnich osad i wsi,

Szkół, urzędów i kamienic, i chat:

Myśmy znów do Niepodległej szli,

Jak z zaboru, sprzed dwudziestu lat.

 

Bo od września, od siedemnastego,

Dłuższą drogą znów szedł każdy z nas:

Przez lód spod bieguna północnego,

Przez Łubiankę, przez Katyński Las!

 

Na nieludzkiej ziemi znowu polski trakt

Wyznaczyły bezimienne krzyże...

Nie zatrzymał nas czerwony kat,

Bo przed nami Polska - coraz bliżej!

 

I myśmy szli i szli - dziesiątkowani!

Choć zdradą pragnął nas podzielić wróg...

I przez Ludową przeszliśmy - niepokonani

Aż Wolną Polskę raczył wrócić Bóg!!!

Janina Chmielewska z domu Charlińska