Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Moje lidzkie Wielkanoce

 

"Już biją dzwony, śpiewa Wielkanoc,

Dźwięk porywa wiosenny wiatr,

Nasz Pan Zbawiciel oczekiwany

Przynosi ludziom miłości czas...

Alleluja, Alleluja, Alleluja"

(Anna Warecka, "Wielkanocne śpiewanie")

 

1.

Moje pierwsze wspomnienia o Wielkanocy, wspomnienia serdeczne i owiane dziś mgiełką nostalgii, wiążą się z Lidą - miastem, gdzie urodziłam się i gdzie spędziłam najwcześniejsze lata dzieciństwa.

Nie wiem dlaczego, ale szczególnie wyraziście utrwalił się w mojej pamięci "święcony" duży stół u mojej Babci Pauliny Stasiewiczowej, mieszkającej przy ulicy Suwalskiej. Stół ten był przykryty śnieżnobiałym obrusem, na którym wśród soczyście zielonego owsa królował cukrowy baranek z dumnie powiewającą czerwoną chorągiewką - symbolem radości Pańskiego Zmartwychwstania. W pobliżu baranka stał kosz z różnokolorowymi jajami - kraszonymi w farbach roślinnych, zaś wokół znakomite kresowe specjały: pieczone prosię z czerwonym jajem w pyszczku, wspaniała aromatyczna szynka, galarety, kiełbasy, babki i mazurki. Pamiętam, że moja ulubiona babka nazywała się "śnieżna". Jak się ją robiło - nie potrafię powiedzieć, lecz może są jeszcze w Lidzie gospodynie, znające sposoby jej pieczenia? Był też ulubiony przeze mnie mazurek "cygański", nazwany tak dlatego, że - jak wyjaśniała Babcia - miał on tak dużo orzechów i migdałów jak cyganki - korali. W pokoju czuło się silny zapach hiacyntów - białe i różowe zdobiły stół wielkanocny. Ten hiacyntowy zapach czuję nawet teraz, gdy piszę te słowa, zaś hiacynt jest moim ulubionym kwiatem do dnia dzisiejszego, gdyż przypomina mi moje lidzkie dzieciństwo.

Pamiętam, że popołudniu w Wielką Sobotę przychodził z pobliskiego kościoła OO. Pijarów ksiądz, aby poświęcić stół z tymi wszystkimi przysmakami, przede wszystkim jaja - symbol nowego życia i baranka - symbol Odkupienia. Tym święconym jajem, chlebem i solą dzieliła się cała nasza liczna rodzina, która zbierała się po Rezurekcji u Babci na uroczystym śniadaniu.

Utrwaliła mi się również w pamięci lidzka Wielkanoc z 1939 roku, tuż przed wybuchem II Wojny Światowej. Otrzymałam wtedy od Rodziców w prezencie mały "święcony stolik" dla lalek z barwionego na różne kolory cukru. I na nim było wszystko: baranek, jajeczka, prosię, babki, mazurki, z tą tylko różnicą, że cukrowe i miniaturowe.

***

Święta Wielkanocy poprzedzał Wielki Tydzień, który rozpoczynała Palmowa Niedziela. Lubiłam ją szczególnie, bo była kolorowa. W Lidzie mojego dzieciństwa święciło się dwa rodzaje palm, tj. "srebrne palemki" wierzbowe, pachnące kresowymi, podmokłymi łąkami znad Dzitwy i Niemna, palemki z mieniącymi się w słońcu baziami oraz palmy wileńskie z ziół i suszonych kwiatów, o szczególnym aromacie. Przygotowanie ich wymagało artystycznego kunsztu oraz wiedzy o sposobach suszenia kwiatów, ażeby zachowały swą żywą barwę i piękny kształt. Nie słyszałam natomiast, aby na Ziemi Lidzkiej wykonywano wysokie, kilkunastometrowe palmy, zdobione wstążkami oraz sztucznymi kwiatami, jakie spotykamy do dnia dzisiejszego w Polsce - w Niedzielę Palmową na Kurpiach - szczególnie w miejscowości Łyse oraz na Ziemi Sędeckiej i Krakowskiej. Również na Ziemi Tarnowskiej, w Wierzchosłowicach - związanych z Wincentym Witosem - oglądałam przed kilkoma laty, w okresie przedwielkanocnym taką kilkumetrową, pięknie zrobioną palmę - rękodzieło jednego z tamtejszych ludowych twórców.

Z moich lidzkich lat dziecinnych utrwaliłam natomiast w pamięci zwyczaj, gdy w Palmową Niedzielę po powrocie z Kościoła do domu z poświęconą już palmą, Mama uderzała mnie i Brata po ramieniu "srebrną" wierzbową palemką, mówiąc: "Wierzba bije, nie zabije, za sześć noc Wielkanoc". A później należało zjeść jedną bazię dla zachowania zdrowia i urody; tego nie lubiłam, gdyż bazie były kosmate i trudne do połknięcia. Ale dzieci nie chciały być gorsze od starszych, więc - aczkolwiek z niechęcią - naśladowały ich, czyniąc zadość tradycji.

W Wielkim Tygodniu następowało też bardzo długo oczekiwane malowanie jaj, czasem w wywarze cebuli, buraczków i kiełków zboża, ale najczęściej w roztworach farbek, kupowanych w sklepie, który mieścił się na rogu ulicy Ks. Falkowskiego i Szkolnej - jeżeli pamięć mnie nie zawodzi. Przed trzema laty, gdy byłam w Lidzie, próbowałam zidentyfikować to miejsce, gdyż do tego właśnie małego sklepiku biegałam z koleżanką Gocią (nazwiska nie pamiętam) po landrynki. Wróćmy jednak do pisanek. Z zakupionych farbek można było otrzymać sześć kolorów: czerwony, niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy i fioletowy - taki jak wiosenne fiołki. Na polskich wsiach natomiast barwiono wtedy jaja głównie w wywarach z ziół według tradycyjnych przekazów rodzinnych. Jakże pięknie pisał o tej tradycji w roku 1946 w utworze "Pisanki" przebywający na emigracji Marian Hejmar, wspominający ze wzruszeniem polskie wielkanocne zwyczaje.

"Przez stulecia przeróżne w każdej okolicy znali farby:

Z różnych wywarów z ziół, paproci, jagód i kwiecia,


z kory, soków drzewicznych, żywicy,

barwniki z wszystkiego, co rośnie na łące, w ogrodzie i w boru

barwidła każdego koloru.

Po całym kraju, w każdej chacie mieli takie swoje sekrety,

których strzegli chytrze, zazdrośnie,

i z roku na rok, aż niestety

po trochu sami zapomnieli.

Dziś nam to wszystko brzmi jak bajka..."

Czy faktycznie jest to już dziś tylko bajka? Na szczęście - nie. Nieopodal Grodna, ale po polskiej stronie, w Lipsku nad Biebrzą powstają przepiękne, wielokolorowe pisanki - wykonywane techniką batikową ("pisanie" wzorów na skorupkach jaj woskiem pszczelim). Te kruche arcydzieła, wychodzące spod palców zręcznych pisankarek, wędrują później do Francji, Niemiec, a nawet jak dowiedziałam się - dotarły już do Kanady. Specjalne farby roślinne sporządza p. Izabela Filewicz, mieszkająca w pobliżu granicy polsko-litewskiej, Maleńkie jajeczka tzw. rajskich kurek, o bardzo mocnych skorupkach, barwi ona w wywarze kory dębu -przygotowanym według jej własnej recepty bądź w wywarze z łusek cebuli, a następnie przy pomocy zwykłej szpileczki lub ostrza małych nożyczek wydrapuje na tych jajeczkach wizerunki Matki Boskiej Ostrobramskiej, Częstochowskiej czy Sejneńskiej oraz odtwarza misterne hafty litewskie z ręczników i bluzek. Pisanki Izabeli Filewicz - wykonywane techniką "drapaną" - są także znane w świecie, a ona sama zapraszana na kilkutygodniowe pobyty zagraniczne, ażeby cudzoziemców uczyć sztuki polskiego pisankarstwa, aby nie uległa ona zapomnieniu jak ustne przekazy o kraszących jaja barwnikach roślinnych "z wrzosów, z żołędzi, z grzybów muchomorów i z dzikiej czeremchy", o których pisał z nostalgią Marian Hemar.


Wróćmy jednak do Lidy sprzed roku 1939, do Wielkiego Tygodnia w tym powiatowym naówczas mieście. W kościołach farnym i pijarów odbywały się wielkopostne nabożeństwa, przygotowywano Groby Chrystusa, przy których odbywały się później wielogodzinne adoracje oraz stali na warcie strażacy i harcerze. Ale dzieci, do których wszak i ja wtedy należałam, miały jeszcze inne, swoje dziecięce zainteresowania przedświąteczne. Istniał miły zwyczaj obdarowywania dzieci czekoladowymi jajami w kolorowych, błyszczących opakowaniach, które przed Wielkanocą - oglądane na witrynach sklepowych, budziły zachwyt i pożądanie. I znów przywołam wspomnienia Hemara z jego utworu "Pisanki".

"Bo można było w sklepach, w mieście,

Tak cudne wielkanocne jajka oglądać,

kupić nawet, żeście już nie wiedzieli, bez przesady,

czy to jest prawda, czy to bajka,

bo były całe z czekolady,

lub ze szczerego marcepana,

a na nich dziwne świecidełka,

perełki, wstążki i korale.

Były z atłasu i safianu, i tekturowe i drewniane,

i otwierane jak pudełka, a w nich aż oczy ćmią cukierki

ze smażonymi owocami...

Ale ja tamtych, z bajki, nie zaliczę

do tych prawdziwych, do pisanek..."

 

2.

I oto, po długich przygotowaniach, rozpoczynały się upragnione Święta Wielkanocy, które zwiastowały rozlegające się po całym mieście dźwięki dzwonów kościelnych, wzywających na Rezurekcję. A później słychać było przenikającą mury kościołów pieśń:

"Wesoły nam dziś dzień nastał, którego każdy z nas żądał,

Tego dnia Chrystus zmartwychwstał,

Alleluja, Alleluja".

Po długo zazwyczaj trwającym uroczystym śniadaniu świątecznym - "święconym" - rozpoczynała się zabawa kolorowymi jajkami "w bitki". Dwaj "zawodnicy" uderzali jednym jajkiem w drugie; zwyciężał ten, kto rozbił jajo przeciwnika i wtedy jako nagrodę otrzymywał je. Sztuka polegała na uderzeniu pisanką w to miejsce, gdzie skorupka jest słabsza, a więc w żadnym przypadku nie w czubek jaja. Można było bawić się również w taczanie jaj po stole; ten, kto stłukł kraszankę, zabierał ją. Najtrudniejszą zabawą, wymagającą zręczności, stanowiło łapanie pisanek podrzucanych do góry. Zawodnik, który zdołał złapać nie rozbite jajo, stawał się jego właścicielem. Dziecko, które zdobyło najwięcej kraszanek, uznawano za Króla Pisankowego - otrzymywało ono dodatkowo w prezencie czekoladowe jajo. Jeśli Święta Wielkanocy były pogodne i ciepłe, wynosiliśmy z Bratem deskę na schody naszego domu przy ulicy 11 listopada (dziś ulica 7 Íî˙áđ˙) i po tej pochylni staczaliśmy jaja; kto rozbił ich kilka, otrzymywał nagrodę. Takie to były wielkanocne zabawy moich lat dziecięcych.

A oto nadchodził drugi dzień świąteczny - "dyngusowy", "lanym poniedziałkiem" zwany. W tym miejscu przytoczę działającą na wyobraźnię, pełną ekspresji "Śpiewankę" pióra Anny Wareckiej:

"Dyngusowy taniec, w Wielkanocny ranek,

kogo dziś zaprosi, do koszuli zmoczy...

Tańczą wiadra, dzbanki. Kogo dziś dopadną,

nie ma co się chować, zimna woda zdrowa.

Jak się bawić chcesz, zatańcz sobie też!"

Zapewne "lany poniedziałek" ma swój urok, ja go jednak nigdy nie lubiłam, uważając, że chociaż "zimna woda jest zdrowa", to jednak często niebezpieczna w konsekwencjach, gdyż - pamiętam, że kiedyś po takiej lodowatej kąpieli - rozchorowałam się.

Przy okazji warto zwrócić uwagę, że używana obecnie nazwa "śmigus-dyngus" wymaga komentarza. "Śmigus" (lub "śmigus zielony" albo "śmigus suchy") - znany w Polsce północne j i na Kresach dawnej Rzeczypospolitej - polegał na żartobliwym uderzaniu "ofiary" zieloną gałęzią wierzbową (a nawet smagnięciu wierzbowym bacikiem) - była to swoista forma zalotów młodzieży dla otrzymania okupu.

Wierzba natomiast - drzewo wiosenne, bardzo wcześnie zieleniejące - ma według wierzeń ludowych - szczególną moc życiodajną. "Dyngus" z kolei (wyraz pochodzenia niemieckiego, - od "dingen" - "targować", "wykupywać się") - to wielkanocny zwyczaj polewania się wodą dla otrzymania wykupu w różnej formie. Zwyczaj to bardzo stary, w XV wieku zwalczany w Polsce przez władze kościelne, np. w roku 1420 jedna z uchwał synodu diecezji poznańskiej brzmiała "Dingus prohibeatur". "Dyngus" zachował się jednak do dnia dzisiejszego i może być, nawiązując do śpiewanki A. Wareckiej, zabawą radosną, radosnym "tańcem dyngusowym".

Po tej dygresji przenieśmy się znów do Lidy z lat międzywojennych, odwołując się do wspomnień mojej Babci Pauliny z ulicy Suwalskiej.

3.

Okres wielkanocny - według kalendarza katolickiego - trwa do Zielonych Świątek. Właśnie na te wiosenne Święta stawiano w Lidzie na gankach i werandach brzozy - ścinane w licznych na tamtych terenach, bardzo pięknych lasach brzozowych. Wszak i z "Pana Tadeusza" Adama Mickiewicza dowiadujemy się, że dwór soplicowy stał "(...) nad brzegiem ruczaju, na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju". Otóż te brzozy kresowe, stojące w swej wiosennej krasie świeżej, soczystej zieleni na gankach lidzkich domów, przystrajano łuskami malowanych jaj wielkanocnych, które rozbijano dopiero w wigilię Zielonych Świątek.

Jakże ważny w kościelnej liturgii Dzień Zesłania Ducha Świętego czyli Zielone Świątki, pachnące tatarakiem, łąkowymi kaczeńcami i niezapominajkami, znikają, niestety, powoli ze świadomości wkraczającego w życie pokolenia; i nawet nie wiadomo, dlaczego? A przecież nawet szara rzeczywistość dnia codziennego może być interesująca i kolorowa, jeżeli potrafimy na nią bardziej uważnie patrzeć i słyszeć jej muzykę, jeśli zechcemy cieszyć się białym wielkanocnym barankiem i wesołymi pisankami, jeśli poddamy się urokowi prostych, bezimiennych legend jak ta, znana ongiś na Ziemi Lidzkiej, a odpowiadająca na pytanie, skąd wzięły się pisanki. Brzmi ona tak: Matka Boska, chcąc uratować Syna przed skazaniem na śmierć, udała się do Piłata z dużym koszem przepięknych, wykonanych przez Nią pisanek. A kiedy Piłat nie ocalił Chrystusa, z rąk zrozpaczonej Matki Bożej wypadł kosz, a kolorowe jaja rozsypały się po całej kuli ziemskiej, docierając także nad Niemen i Dzitwę, a nawet nad małą rzekę Lidziejkę, przepływającą przez Lidę.

Irena Stasiewicz-Jasiukowa