Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Będąc w Lidzie...

 

Będąc na budowlach na Ukrainie - w Doniecku, gdzie projektowaliśmy i budowali 17 chłodni, zetknąłem się z Polakami wywiezionymi i osadzonymi dożywotnio w tamtym terenie. Po powrocie do Kraju zacząłem współpracę z Towarzystwami Kresowymi. Następnie miałem możliwość latem 1988 r. wyjechać z Kresowiakami do Lidy, poznałem ludzi i pokochałem. Po przyjeździe do Lidy wszyscy zaczęli rozchodzić się po krewnych i znajomych, a ja nie miałem nikogo. Od domku do domku chodziliśmy i nic. Zdenerwowany poprosiłem o hotel, ale po drodze wstąpiliśmy jeszcze do jednego domu i o dziwo przyjęto mnie jak swego i do dziś traktują mnie jak rodzinę. A byli to Państwo Kołyszkowie. Dzisiaj Ci sami ludzie mają do mnie pretensje, że zatrzymuję się tylko u państwa Kołyszków. Jadąc z transportem humanitarnym wiem, że o której godzinie przyjadę, to mnie przyjmą, nakarmią i mogę jechać dalej. Jestem Im wdzięczny za serce.

Będąc w Lidzie podczas jednej podróży zaszedłem do kafejki na kawę, ale kawy nie było. Poprosiłem o napój i śmieszną wysoką babeczkę do schrupania. Usiadłem w kąciku i zacząłem rozglądać się po salce i w tym momencie podeszła do stolika babcia z chłopcem 3 lat. poprosiła o pozwolenie przysiąść się do stolika. Oczywiście wyraziłem zgodę zafascynowany jej dłońmi. Bardzo długie palce, ręce szczupłe. Ale te palce, to korzenie z naroślami w każdym stawie. Musiała bardzo długo pracować w zetknięciu z zimną wodą. Starsza Pani poprosiła o "napitek" i mały zaczął powoli pić. W tym momencie do sali wleciał maleńki wróbelek i usiadł na obrzeżu drewnianej obudowy. Zwróciłem się do chłopca, ponieważ siedział bokiem i nie zauważył przylotu ptaka. "Smatri, ptica pryleciał. Ty wiżu kak on biednieńki, on gałodny." Wróbelek rzeczywiście siedział nastroszony i widać było, że jemu nie jest za ciepło. Na dworze było -20 ° C.

Ptak zaćwierkał i odruchowo zaćwierkałem do niego i zwróciłem się do małego odłamując kawałek ciastka i mówiąc: "Malczyk, on skazał, co on gałodny, bieri ciastki i ostorożno daj jemu." Wziął w małą łapinkę, trzęsącą się z emocji i podsunął wróbelkowi. Ptaszek odskoczył ze dwa kroki, a później zaczął szybko dziubać ciastko. Mały zwrócił się do babci: "Babuszka, ty słyszysz, dieduszka goworił s pticą, a kto on taki?" Babuszka odpowiedziała, że "on choroszyj czełowiek". W tym momencie wróbelek ponownie zaćwierkał, odpowiedziałem mu ćwierkaniem i powiedziałem do małego: "Ptica skazał, czto jego mama gołodna" i w tym momencie wróbel porwał kawałek ciasta i odleciał. Mały znowu zwrócił się do babci: "Babuszka, ty skazała, że on czesny czełowiek. Tak bo on Polak." Mały popatrzył na mnie, potem na babcię i rzekł: "Babuszka, ty toże gawarysz, że ty Polka." "Tak, ja Polka, a ty kto?" Mały popatrzał na nią i odparł: "Babuszka, to ja toże". Babcia na to: "Nie, ty nie, ty nie choczesz gawaryć pa polsku." W tym momencie mały położył swoją maleńką dłoń na rękę babci leżącą na stole i powiedział: "Ja budu gawaryć kak choczesz" i babcia położyła swoją drugą sękatą dłoń na rączkę chłopca i przeszeptała: "Oj chatiełaby ja, chatieła." Mały położył swoją drugą rączkę na dłoniach babci. Jej zaczęły płynąć łzy jak groch, roztarła ich kułakiem po policzkach i zerwała się od stolika, ciągnąc upierającego się chłopca i prawie wybiegła na ulicę z sali. Wszystko rozegrało się tak szybko, i byłem tak zaskoczony, że nie przemówiłem ani słowa . Wiele razy potem zachodziłem do tej kafejki , ale już nigdy Ich nie spotkałem. Jest to drugie takie rzewne wspomnienie z tych terenów. Pierwsze było na Ukrainie w okolicach Doniecka w małej wiosce nad morzem Azowskim. Ponieważ moja ruszczyzna była tłumaczona z polskiego, to babcia łatwo wiedziała kto ja.

Henryk Ciuk