Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Niezwykłe przygody Lidzianina

 

Podczas IV Zjazdu Lidzian w moim mieszkaniu zamieszkało dwóch ciekawych ludzi. Jeden to Henryk Runc, który mieszka w Anglii i uczestniczył w bitwie o Monte Cassino. Mam nadzieję, że on o tym jeszcze napiszę na naszych łamach. A drugi lidzianin nazywał się Eugeniusz Pieniążek i mieszka w Szwecji. I chociaż nie było zbyt dużo czasu na gadanie, usłyszałem od niego ciekawą powieść o jego naprawdę wspaniałych przygodach. Po jakimś czasie on przysłał mi czasopismo "Przegląd Lotniczy", gdzie też była mowa o nim. Zdecydowałem napisać o jego przygodzie, żeby nasi czytelnicy znali o swych ziomkach.

Jest to prawdziwy fanatyk lotnictwa. Gdy słuchałem jego opowiadanie mocno odczuwałem to zamiłowanie samolotów, o których on może mówić godzinami i pod tym względem jest prawdziwym fachowcem w tej dziedzinie.

Znany on jest z tego, że jako pierwszy w Polsce skonstruował i zbudował własnymi rękami sportowy samolot. Była to pierwsza amatorska konstrukcja w PRL, która uzyskała certyfikat i znaki w państwowym rejestrze. Zbudować coś podobnego w Polsce na przełomie lat 60-70-tych było wielkim osiągnięciem.

Na pytanie, dlaczego uciekł z Polski i czy nie żałował tego, odpowiada, że do końca jest przekonany o słuszności swej decyzji. Lata 60-te nie byli sprzyjającymi dla takich ludzi jak Eugeniusz. Miał śmiałość być "białą wroną", a takich władza ludowa nie bardzo lubiła. Często mu powtarzano: "A wy, Pieniążek, już więcej latać nie będziecie! My was posadzimy!" Urzędowi Bezpieczeństwa byli nie w smak jego obszerne kontakty z amatorami lotnictwa w całej Europie. Ich przyjazdy do niego, obszerna korespondencja. W końcu on zdecydował uciekać z Polski na Zachód i to uciec własnym samolotem. Najbliższy przyjaciel uważał ten czyn za awanturę i powiedział, że paczki do więzienia nosić nie będzie. Ciężkie było pożegnanie z żoną, która oczywiście wiedziała, że mąż wychodzi z domu na zawsze. Córka, która poszła do pierwszej klasy nie domyślała się, że żegna ojca na zawsze.

13 września 1971r. startował z Bielska do Krosna. Przy starcie było jak zawsze dużo sympatyków i kibiców "Kukułki" (taką nazwę miał jego samolot). Eugeniusz z fasonem, machając skrzydłami odleciał w stronę Krosna. Po wylądowaniu w Krośnie jego mały samolocik otoczyli jak zawsze koledzy i sympatyki . Oni jak zawsze stawiają dużo pytań, chcą porozmawiać, ale myśli Eugeniusza są bardzo daleko. Dopada dobry kolega i prosi, żeby dał mu przelecieć "Kukułką". Nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo on dawał latać swym samolotem już 44 osobom, którzy mieli uprawnienie do lotów na sportowych samolotach. Eugeniusz wykręca się tym, że dzisiaj nie może dać samolotu, bo jest trzynastka, oprócz tego prognoza pogody jest bardzo zła. Po południu startuje w drogę powrotną. Ale zamiast lecieć z powrotem, skręca na południe, w stronę słowackiej granicy. Zaplanował swój lot przez Słowację i Węgry do Jugosławii.

Jednak jeszcze nad terytorium Polski gwałtownie pogorszyła się pogoda. Wokół rozszalało się prawdziwe piekło. Stary zasłużony silnik jego "Kukułki" podjął walkę z żywiołem. Podjął i zwyciężył. Widoczność zaczęła się poprawiać i w dole zobaczył, że architektura przemijających pod skrzydłami domów jest już nie polska. To była Słowacja. Gdy góry skończyli się on leci nad równiną na wysokości 5-10 metrów nad ziemią. Raptem samolot wylatuję nad jakąś polanę i on widzi ... baraki z lewej, maszt z chorągwią i rozciągnięci w dwuszeregu żołnierzy. Rozumie, że wpadł prosto na odprawę wart granicznych na słowacko-więgierskiej granicy. Około setki wopistów podnoszą głowy i patrzą na jego samolot. Każdy z nich na pewno miał broń i gdyby oficer oddał rozkaz, to ten lot byłby skończony. Eugeniusz robi zakręt, macha ręką do żołnierzy, oni odpowiadają mu takim samym gestem. Po wykonaniu zakrętu na 180 stopni machając skrzydłami odlatuje w kierunku, z którego przyleciał. Za chwilę ponownie skręca na południe i leci nad równiną Węgierską. Dostrzega nagle sieć olbrzymich anten. Są to radary, większość z nich jest w ruchu. Śmiało leci prosto na nich, ale na minimalnej wysokości. Udaje się. Nadszedł czas zorientować się na miejscowości. Widzi na trasie lotu jakieś większe miasto, zniża się nad drogą i odczytuję nazwę miasta. Stary to zwyczaj lotników, odczytywać nazwy miasta z tablic drogowych, ale skuteczny.

Byli jeszcze i inne przygody z silnikiem i z przyborami, ale na swoje szczęście zobaczył pod sobą pas graniczny, był u celi, był w Jugosławii. Odrazu podleciał do niego wojskowy samolot i macha mu skrzydłami - jest to kod międzynarodowy, ma on teraz lecieć za nim. I po trzygodzinnym locie ląduję na lotnisku w Suboticy. Prosi o nawiązanie telefonicznego kontaktu ze swym jugosłowiańskim kolegą Gaicem z Biełgradu, który pracował w ministerstwie komunikacji i miał do czynienie do lotnictwa. Lecz szybciej przyjechali ludzie z jugosłowiańskiego Urzędu Bezpieczeństwa i Eugeniusz wylądował ... w więzieniu. Trzymali go przez trzy tygodnie i przesłuchiwali. Na wszystkie pytania on odpowiadał, że uciekł z Polski, ponieważ tam rządzą ruscy i z tego powodu on prosi o azyl polityczny w Jugosławii. W odpowiedzi zawsze słyszał, że jest to nie możliwe. Potem odesłali go do więzienia pod Biełgradem. Tam siedział przez 7 miesięcy. Za ten czas nauczył się nawet języka serbo-chorwackiego, czytając trylogię Henryka Sienkiewicza w tym języku. W końcu opanował już tak język, że trudno było rozpoznać w nim cudzoziemca. Prosił u władz jugosłowiańskich, żeby mu pozwolili starać się o azyl polityczny w Australii czy Nowej Zelandii. Władze nie chcieli mu w tym pomóc. W końcu oficer śledczy powiedział, że mają z nim duże kłopoty, nie wiedzą co z nim robić i dlatego niech on idzie na cztery strony. A strażnicy? "Oni odwrócą się", odpowiedział oficer. Tak się i stało. Po wyjściu z więzienia wsiadł do pociągu i dojechał do austriackiej granicy. Ale miał pecha, 20 m . od granicy został zatrzymany przez wopistów i ponownie wylądował w więzieniu. Był w takim stanie, że nic mu nie chciało się. Podczas rozmowy z oficerem bezpieczeństwa powiedział wszystko, co myśli o komunistycznej Jugosławii, o kierowniku kraju Broz Tito, o jego matce i jego dzieciach. W swoim czasie w Lidzie nauczył się u Ruskich dobrze kląć i w tej rozmowie wykorzystał całą swoją wiedzę w tym zakresie.

Oficer na jego zdziwienie uważnie to wszystko wysłuchał i nieoczekiwanie powiedział, że mu dopomoże.

 

 

Pilot Stefan Witorzeńć

 

Stefan Witorzeńć urodził się 90 lat temu (15.01.1908) w Lidzie. Jego korzenie też byli w Lidzie, bo jego rodzice - Jadwiga i Bolesław Witorzęńć też urodzili się w Lidzie. Stefan mieszkał z rodzicami we własnej 3-kondygnacyjnej willi przy ulicy Suwalskiej 94. Każdy dzisiejszy lidzianin dobrze wie ten dom, który stoi na skrzyżowaniu dzisiejszej ulic Sowieckiej i Mickiewicza (ze strony browaru). Rodzice byli właścicielami dużej posiadłości ziemskiej na terenie Lidy, a ojciec pełnił funkcję sekretarza w Zarządzie Miejskim. Był również wieloletnim radnym miejskim.

Stefan Witorzeńć z rodzinnego domu w Lidzie wyniósł miłość do ojczyzny, sumienność i

odpowiedzialność. A fakt bazowania w Lidzie 11 Pułku Myśliwskiego, który był w 1928 roku

przemianowany na 5 Pułk Lotniczy rozwijał u Stefana fascynację samolotami. Od małych lat on dużo czasu spędzał na lidzkim lotnisku i godzinami podziwiał sztukę latania. Młodzieńcze zainteresowanie przerodziło się w zamiłowanie i pasję, co spowodowało, że został wierny temu zainteresowaniu do końca życia. Uczył się Stefan w gimnazjum im. Hetmana Karola Chodkiewicza, które mieściło się wtedy jeszcze w starym budynku przy ulicy 3-go Maja.

Po uzyskaniu świadectwa dojrzałości został powołany w 1929 r. do Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty w Krakowie. Był tam w kompanii ciężkich karabinów, które jego mało interesowali. Podał raport do dowódcy Szkoły i został przeniesiony na własną prośbę do Szkoły Podchorążych Rezerwy Lotnictwa w Dęblinie. Po jej ukończeniu w 1930 r. jako pilot plutonowy podchorąży rezerwy wrócił do swej kochanej Lidy. Rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Ale po niedługim czasie zrezygnował, aby na stałe związać swe losy z wojskiem i lotnictwem.

Zgłosił się do wojskowej służby i przez 2 lata uzyskał w Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa w Dęblinie stopień podporucznika lotnictwa. Pełnił początkowo służbę w 3 Pułku Lotniczym w Poznaniu. W 1933 r. został skierowany na kurs wyższego pilotażu w Lotniczej Szkole w Grudziądzu .Ukończył go z drugą lokatą. Doskonały myśliwiec o wyjątkowych umiejętnościach pilotażu szybko zwrócił na siebie uwagę przełożonych i został powołany na stanowisko instruktora w tejże szkole. Pokazał siebie na tym stanowisku z bardzo dobrej strony w szkoleniu młodych pilotów. Okazywał swym podopiecznym dużo życzliwości, ale nie pobłażał tym, którzy popełniając błędy zagrażali sobie lub kolegom. Służył tam do wiosny 1939 r.

W marcu szkołę przebazowano na lotnisko polowe pod Dęblin. W ostatnich dniach przed wybuchem wojny objął dowództwo sformowanej jednostki myśliwskiej złożonej z instruktorów. 1 września 1939 r. był organizatorem i dowódcą obrony powietrznej Dęblina. Na swych starych i przestażałych samolotach bili się z niemieckimi samolotami. 18 września po agresji Sowietów na Polskę na rozkaz dowództwa przekroczył granicę rumuńską.

Jak i wszyscy polskie wojskowi był internowany. Drogą morską dostał się do Bejrutu, skąd przybył do Francji., a następnie w marcu 1940 r. do Wielkiej Brytanii. Anglicy początkowo planowali systematyczne, długotrwałe szkolenie polskich pilotów od podstaw. Razem z klęską Francji przyszło jednak otrzezwienie i znaczne przyspieszenie wojennych przygotowań znakomicie wyszkolonych już w Polsce lotników.

Po przeszkoleniu na samolotach angielskich "Hurrican" por. Stefan Witorzeńć jako jeden z pierwszych polskich pilotów został przydzielony do bojewego 501 Dywizjonu Myśliwskiego, który miał swoją bazę na południowym wschodzie od Londynu. Już w dwie godziny po przybyciu znalazł się w powietrzu 10 dni pózniej por. Witorzeńć zestrzelił nad portem Dover niemiecki Junkiers-87. Za 2 miesiący tak zwanej bitwy powietrznej o Wielką Brytanię zestrzelił 5 i uszkodził 1 niemiecki samolót. m.in. w walce zestrzelił jednego z asów Luftwaffe - Horsta Tietzena. Generała Władysław Sikorski udekorował go Orderem Virtuti Militari V klasy. Tak w angielskim niebie Stefan bił się za swoją Lidę, za swoją Polskę. Potem walczył w 306 Dywizjonie, był dowódcą eskadry. W marcu 1941 r. otrzymał stopień kapitana, następnie był dowódcą 302 Dywizjonu. We wrześniu 1941 r. otrzymał stopień majora. W listopadzie 1942 r.pod jego dowództwem walczyło w niebie Anglii 2 Skrzydło Myśliwskie, Polskie Skrzydło, jak jego nazywali, ponieważ wchodzili jego skład 4 polskie Dywizjony (302, 306, 317). Otrzymał od Anglików wysokie bojowe odznaczenie - Zaszczytny Krzyż Lotniczy (Distinguished Flying Cross). Następnie major Witorzeńć był kolejno oficerem łącznikowym w 11 Grupie Myśliwskiej, a następnie oficerem sztabu w polskim dowództwie

lotnictwa mysliwskiego. W tym czasie wybrano go członkiem Kapituły Orderu Virtuti Militari. Był jedynym przedstawicielem lotnictwa w tej Kapitule.

We wrześniu 1943 r. stał podpułkownikiem. W lipcu 1944 r., w czasie operacji sojuszników w Normandji znów uczęstniczy w lotach bojowych. W 1945 r. był komendantem Szkoły Wstępnego Pilotażu, z czerwca dowodził 131 polskim Skrzydłem Myśliwskim bazującym wówczas na niemieckim lotnisku Ahlhorn. W marcu 1947 r. polskie 131 Skrzydło zostało rozwiązane. Wtedy jak wielu jego kolegów stanął przed wyborem dalszej drogi życiowej. Miał bardzo kuszące propozycje od swych angielskich przełożonych pozostać w służbie czynnej w angielskim lotnictwie. Ale okropnie ciągnęło do Polski. Chciał żyć w swoim kraju i tam pracować. Niepokoił się również o losy swych rodziców i rodzieństwa, którzy w 1945 r. w ramach repatriacji ze łzami w oczach opuścili swoje ukochane miasto. Zostawili ojcowiznę i cały swój majątek. Pociąg repatriacyjny zawiózł ich rodzinę do Łodzi.

W 1948 r. podpułkownik Stefan Witorzeńć wrócił do Polski i osiedlił się tam, gdzie przyjechała jego rodzina, w Łodzi. Po 9 latach rozłąki spotkał się ze swymi bliskimi. Do służby w wojsku nie został przyjęty jako "nie zasługujący na zaufanie polityczne". Był to bardzo trudny i ciężki okres w jego życiu. Za każdym jego krokiem pilnie spoglądało UB, był traktowany jako wróg klasowy. Nie tylko nie mógł marzyć o lotnictwie, ale nawet spokojnie pracować w państwowych przedsiębiorstwach. Oczywiście do głowy nie jeden raz przychodziła myśl o tym, czy dobrze zrobił wracając do kraju. Ale w tych latach drogi powrotnej jeszcze nie było. W końcu udało się zaczepić się za pracę.

W 1956 r. nareszcie przyszli zmiany, tak zwana "odwilż". Czasy stalinowskie zmienili się na bardziej liberalne. W lutym 1957 r. podpułkownik lotnictwa Stefan Witorzeńć został powołany do służby w polskim lotnictwie. Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji. Wykorzystując swe bogate doświadczenia m. in. służył w Dowództwie Wojsk Lotniczych, a potem w ciągu 9 lat był Komendantem Centrum Szkolenia Lotniczego w Modlinie. Na tym stanowisku pokazał wszystkie swoję organizatorskie i fachowe umiejętności. Był niekwestionowanym autorytetem dla wszystkich ludzi powiązanych z lotnictwem wojskowym.

W 1968 r. z nadejściem wieku emyretowego został przeniesiony do rezerwy. Ale i na emeryturze utrzymywał stały kontakt z lotnictwem, dużo pracował społecznie. Był prezesem i współorganizatorem Stowarzyszenia Lotników Polskich. Był w kontakcie z innymi lidzianami.

Pułkownik pilot Stefan Witorzeńć zmarł w Warszawie 30 grudnia 1994 r.(o czym informowała "Ziemia Lidzka" numer 16). Pogrzeb odbył się 5. 01. 1995 r. na cmęntarzu Powązkowskim w wydzielonej Kwaterze Zołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

W uroczystościach pogrzebowych udział wzięli - szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Henryk Goryszewski, szef Sztabu Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej generał Henryk Pietrzak, wojskowy attache i attache lotniczy angielskiej ambasady w Warszawie. A tak samo lotnicy, weterani lotnictwa z całej Polski. Mszę żałobną w Katedrze Polowej Wojska Polskiego koncelebrował Biskup Polowy Wojska Polskiego generał dywizji Sławoj Leszek Głódz. Salwa kompanii honorowej towarzyszyła składaniu ciała naszego krajanina do grobu. Kręgiem zatoczonym na niebie nad cmętarzem polskie lotnicy pożegnali swego starszego kolegę, dowódcę i wychowawcę, którego życie wypełnione wielkimi czynami na zawsze zostało wpisane do księgi sław polskiego oręża i historii polskich skrzydł.

Nasz krajanin w swojej karierze szkolił, walczył i dowodził. Przez cały czas II wojny światowej był w pierwszej linii walk przechodząc wszystkie szczebli dowodzenia - eskadra, dywizjąn, skrzydło myśliwskie - uzyskując wysokie odznaczenia polskie i brytyjskie. Był zasłużonym pilotem myśliwskim, jednostką wybitną, człowiekiem szlachetnym i prawym. Jego postawa życiowa wynikała z poczucia obowiązku, sprawiedliwości i wspaniałej osobowości. Cieszył się dużym autorytetem u ludzi z którymi razem walczył i pracował. Pilot Witorzeńć spędził w powietrzu 4238 godzin. Latał na 31 typach samolotów. Wykonał 208 lotów bojowych. Za zasługi bojowe i osiągnięcia w służbie został odznaczony m. in. - Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari, trzykrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Czynu Bojowego PSZ na Zachodzie, Krzyżem Lotniczym Wielkiej Brytanji. Pośmiertnie prezydent Polski nadał mu Krzyz Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, które jest jednym z najwyższych odznaczeń polskich.

W 1994 r. kilkakrotnie próbowałem nawiązać kontakt z naszym sławnym krajaninem, niestety nie udało mi się. Potem dowiedziałem się, że pana Stefana już nie ma w żywych. Będąc w grudniu 1997 r. w Warszawie poznałem posła na Sejm panią Mariję Dmuchowską. W czasie naszego spotkania ona powiedziała, że ma kontakt z rodziną Witorzeńców i natychmiast połączyła mnie telefonicznie. Na moją prośbę otrzymałem kilka materiałów o pułkowniku Witorzeńcu, za co jestem wzdzięczny.

Każdy raz przechodząc po ulice Sowieckiej (Suwalskiej) patrząc na dom Witorzeńców, staram się zgadnąć z jakiego okna patrzył na Suwalską młody Stefan. Chociaż wątpię w to, bo wolnego czasu napewno nie miał i zamiast gapić się na przechodniów, on wołał gapić się na samoloty. Ciekawi mnie jedno, czy dożyjemy my do czasów, gdy na lekcjach historii nasi młodzi lidzianie usłyszą nie tylko o sowieckich asach lotnictwa, ale i o swoim krajaninie? I daj Boże, żeby kiedyś Lida uczciła swego wielkiego ziomka i jego imieniem była nazwana ulica - ulica pułkownika pilota Stefana Witorzeńca.

Aleksander Siemionow