Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Dzielny ziomek

 

Północna stolica rosyjskiego imperium rosła i rozwijała się wchłaniając nowe siły ludzkie z prowincji. Wiele rodaków z Wileńszczyzny pociągnęło się za chlebem do Petersburga czy jak wówczas mówiono Pitiera. Zaadaptować się w stołecznym środowisku mogli ludzie najbardziej zdolni, przedsiębiorcze, z zawodem. Jednym z takich był Jan Guść, urodzony we wsi Skorwody k. Żyrmun. Przy centralnej ulicy stolicy - Gorochowoj - założył on zakład ślusarsko-mechaniczny. Mieszkając daleko od rodzinnego kraju pamiętał o tym, że jest Polakiem. Świadectwem temu jest brama na cmentarzu w Żyrmunach. Niewiele miejscowych parafii może poszczycić się tak piękną bramą ślusarsko-kowalskiej roboty wmontowaną w architektoniczną ceglaną obmurówkę. Brama składa się z dwudrzwiowej centralnej i bocznych furtek. Na lewej centralnej furtce u dołu widnieje niewielka z nierdzewnego metalu tabliczka. Nie żałując fatygi można przyklęknąć i przeczytać następujący napis w języku polskim: "Jan Guść - Zakład ślusarsko-mechaniczny w Petersburgu, Gorochowa 41, 8.09.1907." Pamiętał Jan Guść kim jest i swój dar rodzimej parafii opatrzył dedykacją w ojczystym języku. Możliwe, że śmierć brata Józefa i pogrzeb na którym na pewno był Jan w 1907 r. przyczynili się do wspaniałej ofiary.

Kim był z zawodu Jan Guść i jakie miał wykształcenie - wiadomości na ten temat udało się zebrać niewiele. Jedno wiadomo, że pochodził z rodziny w której dbano o wykształcenie dzieci. W środku cmentarza znajduje się grupa grobów rodziny Guściów, a wśród nich grób ojca - Jana Guścia - zmarłego w 1910 r. w wieku 79 lat, matki - Anny Guść - zmarłej w 1900 r. w wieku 59 lat, młodszego o rok brata Józefa, zmarłego w 1907 r. w wieku 39 lat, kandydata prawa cywilnego. Na wymienionych grobach stały ładne krzyże z metalu, na pewno też zrobione w zakładach w Petersburgu. Dziś te krzyże są mocno podniszczone przez ząb czasu, a możliwe i przez złośliwych ludzi.

Brama, podobna cmentarnej, miała być zrobiona i przy parafialnym kościele, lecz osoba, która podjęła się zamówienia i sfinansowania tego przedsięwzięcia nie dotrzymała słowa i zamierzenie nie zostało zrealizowane.

Czym się zajmował zakład Guścia w Petersburgu na szerszą skalę niestety ustalić nie udało się. W dokładnym informatorze za rok 1913 i 1917 (Âĺńü Ďĺňĺđáóđă) podano tylko: ul. Gorochowa 49, Jan Guść, zakład ślusarsko-mechaniczny. Niewiadomy został los tego zakładu za czasów sowieckich, oprócz losu samej ulicy. Początkowo sowieci przemianowali ją na ul. Komisariacką i tu mieściła się siedziba czerwonego kata Feliksa Dzierżyńskiego, a po jego śmierci ulicę nazwano jego imieniem. Obecnie ponownie przywrócono nazwę Gorochowa.

W rodzinnych stronach ( w okolicach Żyrmun) zakład cieszył się wielką popularnością i wiele młodych chłopaków ruszało z miejsca aby tam dostać się i uzyskać fach, a ci co wykształcili się powracali w ojczyste strony przywożąc ze sobą rowery i zegarki. Jeden z takich marzycieli ze wsi Wielkie Sioło Stanisław Dziakiewicz postanowił tam się dostać. Nie miał żadnego pojęcia o wielkości Petersburgu i kojarzył z Lidą, w której był kilka razy. Zdobył kilka groszy, wsiadł do pociągu. Gdy na końcowej stacji zobaczył jak wielkie jest miasto i gdy nikt z zapytanych nie mógł nic powiedzieć o zakładzie Jana Guścia, w zagubieniu i rozczarowaniu usiadł pod ścianą dworca i zamyślił się co poczynić dalej. Stojący obok dorożkarz zwrócił uwagę na niego i gdy dowiedział się o przyczynie zaśmiał się i powiedział: "Siadaj, ja ciebie zawiozę do Guścia". Guść nie był rad z "gościa", ale nic nie zostawało jak jakoś go urządzić nie odsyłając z powrotem do domu. Nawet miejsca na postawienie łóżka nie było i wykorzystano jakiś kufer. Tam Stanisław w ciągu trzech lat zdobywał zawód, który był potwierdzony wydanym w 1907 r. dyplomem w ładnej graficznej szacie. Po otrzymaniu zawodu aż do rewolucji październikowej pracował w Petersburgu w Putiwłowskich zakładach zbrojeniowych. Przez pewien czas jego sąsiadem po prac był Michał Kalinin, przyszły "narodnyj starosta". Po odzyskaniu niepodległości przez państwo Polskie, powrócił do Lidy.

Los Jana Guścia po rewolucji bolszewickiej został opłakany. Po skonfiskowaniu zakładu z kilkoma walizkami udał się do powstałej niepodległej Ojczyzny. Podczas przekroczenia granicy był poddany szczegółowej rewizji przez władze sowieckie i ograbiony nie tylko z rzeczy ze schowka w jednej z walizek, lecz także ze wszystkiego. Powrócił w rodzinną wieś bez żadnych środków do życia. Nie załamał się i podjął się założenia podobnego przedsiębiorstwa w Lidzie. Znalazł do współpracy dwóch panów i w murowanym budynku ulokowanym przy byłym rynku dla żywca (obecnie teren zakładów mięsnych) otworzył taki zakład. Wspólnicy okazali się ludźmi nieuczciwymi i oszustami i wyżyli go.

Rozczarowany niepowodzeniem życiowym w samotności powrócił do wsi Skorwody do nieletnich dzieci brata - okrągłych sierot i tam zakończył swój żywot w ubóstwie w wieku 66 lat 26 września 1933 r. Przyjaźnił się z księdzem żyrmuńskiej parafii, który go pogrzebał własnym kosztem obok grobów najbliższych i wystawił skromny cementowy pomnik.

W rodzinie Guściów był jeszcze brat Tomasz, który był kolejarzem i mieszkał w Lidzie. Prawdopodobnie wszystkie pamiątki fotograficzne i dokumentalne po Janie znajdowały się u niego. Mieli piękną córkę, która w pewnym czasie uzyskała tytuł "Miss Polonia", nie wiadomo tylko na jakim poziomie, wyszła za mąż za lotnika. Gdy nadeszły bolszewicy, na przełomie 1939/40 roku uciekli na tereny centralnej Polski i wszystkie kontakty z pozostałym tu rodzeństwem urwali się. Gdyby ktoś z Czytelników "Ziemi Lidzkiej" wiedział coś więcej o rodzinie Tomasza Guścia proszę o napisanie do nas. Z góry dziękuję za list.

Stanisław Uszakiewicz