Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Dzieciństwo miałem szczęśliwe. Czesław Niemen

 

- Wielu pisarzy, ale nie tylko pisarzy, w ogóle większość artystów przyznaje, że na ich twórczość przemożny wpływ wywarło dzieciństwo. Pan urodził się na Wileńszczyźnie. Czy jako muzyk byłby pan skłonny przywiązywać do tego faktu jakieś znaczenie?

- Czesław Niemen: - Urodziłem się w Starych Wasiliszkach. To, że urodziłem się na wsi, ma już, uważam, ogromne znaczenie. Ale nie tylko to. Ważne jest też umiejscowienie mojej rodzinnej wsi na pograniczu Litwy i Białorusi, w połowie drogi między Wilnem a Grodnem. Dlaczego to podkreślam? Z wielu powodów. Myślę, że dla artysty w ogóle, a dla muzyka w szczególności bardzo ważne są pierwsze muzyczne zasłuchania. Nie chodzi mi więc tylko o nastrój, aurę dziecięcych lat, lecz przede wszystkim o tamte melodie, które ukształtowały moją muzyczną wrażliwość. Gdybym, powiedzmy, urodził się na Mazowszu, jako muzyk byłbym zupełnie inny, tak jak inny jest tu i tam śpiew wiernych zgromadzonych w kościele. Chociaż w tamtych latach nie mówiło się jeszcze o ekumenizmie i cerkiew była sobie, a kościół sobie, jednak bliskie sąsiedztwo cerkwi i kościoła na Wileńszczyźnie niosło określone skutki. Gdy w 1958 roku przyjechaliśmy stamtąd do Polski, najbardziej zadziwią mnie właśnie śpiew kościelny. W tutejszych kościołach wierni śpiewają unisono, a poza tym - nie zawsze czysto. U nas, na Wileńszczyźnie, jak zgromadzeni w kościele zaśpiewali, to, proszę pani, pieśń się niosła, chociaż śpiewały tam przysłowiowe baby w chustach.

- Może tamtejszy lud był bardziej uzdolniony muzycznie.

- A żeby pani wiedziała! Tamte okolice obfitowały w zastępy muzykalnych ludzi. Były to głosy-samorodki. Nikt ich nie uczył techniki śpiewu, ale śpiew towarzyszył ludziom właściwie w każdej sytuacji życiowej. Weźmy chociażby pogrzeby. Istniał zwyczaj czuwania przy zmarłych oraz śpiewania przy tym nabożnych pieśni. Kto choć raz usłyszał taki śpiew, zostawało to już w nim na całe życie. Albo śpiew cerkiewny. Jeździłem z ojcem do cerkwi w Grodnie. Jeździłem tam tylko po to, by posłuchać cerkiewnego chóru. Tak że, widzi pani, moja wrażliwość nie stąd rodem, lecz z Wileńszczyzny, gdzie krzyżowały się różnorodne wpływy kulturowe.

- Były to jednak chyba głównie wpływy białoruskie, co w sposób szczególny uwidaczniało się w tamtejszym języku.

- Tam, gdzie mamy do czynienia z owymi różnorodnymi wpływami kulturowymi, prawie nic nie jest oczywiste i jednoznaczne. Dotyczy to również oddziaływania języka białoruskiego. W naszej okolicy, a był to teren dawnego województwa nowogródzkiego, nie było wsi białoruskich. Obok była wieś tatarska, ale białoruskiej nie było. Fascynowała mnie inność wsi tatarskiej, z jej odmiennymi modłami w meczecie. Potem władza radziecka, chyba w ramach "asymilacji", zamknęła im meczet. Jako dorastający chłopak zaprzyjaźniłem się z kilkoma rówieśnikami tatarskimi. Mieszkali na Wileńszczyźnie od pokoleń, świetnie mówili po polsku.

- A więc z językiem białoruskim nie był pan osłuchany?

- Czy nie byłem osłuchany? Proszę pani, mimo iż wokoło znajdowały się wsie polskie, nie oznaczało to jeszcze, że tamtejsza ludność posługiwała się literackim językiem polskim. Nawet w obrębie rodziny zdarzało się, że ktoś mówił językiem zbliżonym do owego literackiego wzorca, a ktoś inny językiem bardzo odległym od jakichkolwiek wzorców. Przekonałem się zresztą potem, że nawet na terenach, których białoruskość przez nikogo nie była kwestionowana, język białoruski był traktowany przez samych Białorusinów w sposób dla mnie niepojęty. Kilka lat temu będąc na występach w Mińsku, a więc w stolicy Białorusi, wyraziłem zdziwienie, że wszyscy wokoło mówią po rosyjsku, a nie po białorusku. Odniosłem nawet takie wrażenie, że oni wstydzą się swego języka. Zdumiony, zapytałem, jak to jest. A oni na to: co to za język? I że posługują się nim już tylko ciemni ludzie "z dierewni". Było to jednak kilka lat temu. Od tamtego czasu również i tam się zmieniło. No, ale dopiero teraz. Natomiast trzydzieści parę lat temu, zwłaszcza w naszej okolicy, nikt by tam pani nie powiedział, że mówi po białorusku. Ci, co nie posługiwali się językiem polskim, twierdzili, ze mówią po prostu językiem własnym, tutejszym. Jak mówili, tak mówili, ale przynajmniej ci z dookolnych wsi czuli się Polakami. Pamiętam, że przeważały tam nazwiska takie jak Bogdanowicz, Bohdziewicz, Markiewicz; moja mama była z Markiewiczów. Po wojnie Rosjanie zakwalifikowali wszystkich z nazwiskami na "wicz" jako Białorusinów i nie pozwalali im wyjeżdżać do Polski. Ci, co mieli nazwiska na "ski" i "cki", mogli wyjechać, a na "wicz" nie.

- Czyli Wydrzycki mógł wyjechać.

- Ojciec w czterdziestym piątym nie zdecydował się na wyjazd. Wyjechał wówczas brat ojca, który był nauczycielem. Ludzie byli w strasznej rozterce. No bo jak tu porzucić dom, ziemię, znajomy pejzaż, w który się wrosło, całe dotychczasowe życie, i jechać gdzieś tam, diabli wiedzą gdzie. Ale w pięćdziesiątym ósmym myśmy wyjechali, chociaż na przykład drugi brat ojca został. Tamten stryjek ma już prawie sto lat.

- Obecnie trudno nam chyba zrozumieć Polaków, którzy nie jechali do Polski, prawda?

- Rozumiem rozterki ojca. Tam było przecież całe jego życie, a tu co? Zwłaszcza że nie było to życie byle jakie.

- Nawet we wsi odległej o 60 kilometrów od Grodna?

- Dlaczego nawet? Z naszymi Wasiliszkami nie mogłaby się równać żadna wieś położona, powiedzmy, nawet o 4 kilometry od wojewódzkiej Ostrołęki czy Łomży. Kresowa wieś, choć biedna, miała na przykład niesłychanie rozbudzone potrzeby kulturalne. Tamta wieś czytała. A teraz co jest na mazowieckiej czy jakiejkolwiek innej wsi? Jedyne książki, na jakie tam można trafić, to podręczniki szkolne. Tak że nie ma porównania. Właśnie z powodu utrwalonych tradycją potrzeb kulturalnych ja i moi koledzy lataliśmy na zajęcia chóru kościelnego. Na tamtych terenach, gdy nie stało Polski, Polska ostała się przede wszystkim po kościołach. Przez te wszystkie lata nabożeństwa w kościele odprawiało się po łacinie. To znaczy ksiądz odprawiał po łacinie, ale ludzie śpiewali po polsku. Może kiedyś będziemy mogli oddać sprawiedliwość kościołom na Wileńszczyźnie, które po wojnie podtrzymywały i pielęgnowały świadomość narodową Polaków.

- Niewiele tych kościołów zostało.

- Nie wiem, czy w ogóle zostały. Polityka była taka, że dopóki żył ksiądz, kościół funkcjonował. Po śmierci księdza kościół zamykali, zamieniając go chociażby na kołchozowy magazyn.

- Wraz ze zmniejszaniem się liczby kościołów zmniejszały się też możliwości zarobkowe pańskiego ojca, który był stroicielem organów.

- Ojciec stroił nie tylko organy. W ogóle był tzw. złotą rączką. Potrafił każdą rzecz naprawić. Podczas wojny był rusznikarzem, "stroił" broń dla AK.

- Pan oczywiście nie pamięta wojny.

- Rzeczywiście, niewiele pamiętam. Przypominam sobie, że ze starszą o dziesięć lat siostrą kryłem się w okopie. Pewnie przewalał się wtedy front. Ale to tylko takie oderwane reminiscencje. Dość dobrze pamiętam dopiero to, co było po wojnie. A po wojnie wciąż ginęli ludzie. Nasi ludzie. Uczestniczyłem w wielu pogrzebach poległych żołnierzy AK.

- Wszyscy moi rozmówcy opowiadają o Wileńszczyźnie do zakończenia wojny. Tylko pan może opowiedzieć o tym, co było potem.

- Nie wiem, czy potrafię. Będą to mimo wszystko wspomnienia dziecka. Zapamiętywałem więc przeważnie to, co dotyczyło mnie, jakieś oderwane zdarzenia, nie ogarniające całości. Zapamiętałem na przykład enkawudzistę, oficera, który jeździł z woźnicą-żołnierzem taką dwukółką, nazywaną tam taczanką. Ów enkawudzista, przeważnie pijany, pewnie dla zabawy strzelał z pepeszy, więc myśmy bali się go strasznie. Kiedyś, strzelając w powietrze, zapewne nie do mnie - okropnie mnie wystraszył. Uciekłem i schowałem się w zbożu. Ale lęk został. Dzieci uciekały przed taczanką. Jak jechała taczanka, nie było dzieci. A mnie, cóż, zdarzyło się raz zagapić...

Nie tylko dzieci, wszyscy żyli tam w lęku. Myśmy byli na liście do wywózek. To paradoksalne, ale uratował nas Hitler. Nim Rosjanie zdążyli nas wywieźć, Hitler zaatakował Związek Radziecki. Ale i potem, już po wojnie, w każdej chwili mogli zabrać i wywieźć. Działania NKWD znamionowała szczególna perfidia. Podam taki przykład: do wsi przyjechał gazikiem enkawudzista, nastawił głośno radio i słuchał Londynu. Przechodził ojciec kolegi, którego enkawudzista nader uprzejmie zagadnął, po czym zaprosił do posłuchania audycji. Następnie dołączył się jeszcze wujek tego kolegi. Posłuchali, pogwarzyli, enkawudzista odjechał. A po kilku dniach przyjechał, lecz już nie sam. Zabrali tych, co słuchali, i słuch o nich zaginął. Ów kolega mieszka teraz tutaj, w Warszawie, ale o tym, gdzie byli, co przeżyli - nadal milczy.

- Chodził pan, przypuszczam, już do białoruskiej szkoły?

- Powinna być białoruska, ale uczono nas po rosyjsku. Białoruska była o tyle tylko, że mieliśmy kilka lekcji w tygodniu języka białoruskiego. A poza lekcjami i na przerwach, w ogóle między sobą, rozmawialiśmy po polsku. W mojej klasie była na przykład tylko jedna Rosjanka i jedna Ukrainka, obie ładne. W którejś nawet podkochiwałem się. Pamiętam, że Ukrainka pięknie śpiewała. A reszta to my, polskie dzieci, przeważnie ze świetną znajomością języka polskiego. Znajomość języka sprawiła, że po przyjeździe do Polski nie miałem żadnych kłopotów z adaptacją. Mówiłem bez kresowego zaśpiewu, zupełnie jak chłopak urodzony i wychowany, powiedzmy, na Mazowszu.

- Skąd ta znajomość języka polskiego?

- Z domu oczywiście. I jeszcze z lektur. Mój ojciec miał pokaźny księgozbiór. W szkole uczono nas historii jednej, wiadomo, że nie polskiej, a w domu - drugiej, czyli naszej, polskiej. Rodzice opowiadali o walkach powstańczych, o naszych bohaterskich żołnierzach, którzy bili się za Kresy. Jak się te opowieści konfrontowało ze wspomnieniami mamy o wojskach bolszewickich, które boso, z karabinami na sznurkach szły w dwudziestym roku "na Paryż" wzniecać rewolucję światową, no to, wiadomo, jak to oddziaływało na dziecięcą wyobraźnię. Do tego te rozmowy, że za cara było tak, za Polski inaczej, a teraz, za bolszewików, jak jest, sam synku widzisz... Nikt więc nas nie musiał namawiać do oporu przed sowietyzacją. W całej szkole na palcach jednej ręki policzyłoby się dzieci, które zapisały się do pionierów i Komsomołu. Mimo nacisków ze strony nauczycieli myśmy nie wstępowali, i już!

Większość z nas urodziła się, jak tam już Polski nie było. Mimo to mit polskości i Polski rósł wraz z nami. Polska jawiła się jak jakaś cudowna kraina. Kiedyś zamówili ojca do strojenia organów w kościele tuż nad granicą polską. Pojechałem z nim. Pamiętam, wszedłem na pagórek, aby popatrzeć, jak tam jest po polskiej stronie...

- Po tamtej stronie skończył pan dziesięciolatkę?

- Gdy miałem 14 lat, ojciec zabrał mnie z dziesiąciolatki i zapisał do szkoły muzycznej w Grodnie, gdzie miałem uczyć się gry na fortepianie. Pewnie był to błąd, ale przerwałem naukę w Grodnie. Nie, nie dlatego, że nie dawałem sobie rady z nauką. Owszem, byłem kompletnym samoukiem - nikt mnie przedtem nie uczył gry na jakimkolwiek instrumencie. Po prostu mieliśmy w domu pianino, na którym sam uczyłem się grać, coś tam nawet komponowałem. Tak że do nauki w szkole muzycznej byłem przygotowany. Nie byłem natomiast przygotowany na straszną tęsknotę za domem. Dlatego po roku wróciłem do swojej dziesięciolatki.

- Lęk przed taczankami, obca szkoła, tęsknota za rodzinnym domem - z tego nie da się stworzyć obrazu szczęśliwego dzieciństwa.

- A jednak było szczęśliwe. Nigdy już potem nie udało mi się zaznać takiego poczucia wolności jak w dzieciństwie. Przebywałem całymi dniami poza domem, hasając z rówieśnikami po łąkach i lasach, wśród wiejskich opłotków. Wracałem do domu zziajany, lecz niewymownie szczęśliwy. Pewnie dlatego aż tak boleśnie odczuwałem potem pobyt w Grodnie, w zupełnie innych warunkach, w mieście, które jawiło mi się więzienną celą. Do tego dochodziła straszna tęsknota za domem, siostrą, rodzicami.

- Wspomniał pan, w jakich rozterkach ojciec decydował się na wyjazd do Polski.

- Ale zdecydować się musiał. Tam wszystko szło ku zaprzepaszczeniu tego, co nam było drogie. Na początku lat pięćdziesiątych zaczęli na siłę tworzyć kołchozy. Za tym szły inne zmiany. Zmarł nasz ksiądz, więc zamknęli i kościół, w którym i wokół którego skupiało się to, co polskie. Mnie groził pobór do Armii Czerwonej. Wielu moich kolegów poszło do wojska. Tylko niektórzy wrócili. Inni rozpierzchli się po tym olbrzymim kraju i zrusyfikowali. Tak że, widzi pani, właściwie wszystko przemawiało za wyjazdem. A jednak, jakże trudno było zdecydować się na taki krok. Zwłaszcza ojcu. Przecież całe jego życie minęło tam, na Wileńszczyźnie, z nią był związany od pokoleń. Kiedyś przeglądałem w naszym kościele księgi parafialne. Nazwisko Wydrzycki figurowało już w księgach z XVI wieku. Z nabożeństwem czytałem pożółkłe metryki chrztów i ślubów. Ojciec na podstawie jakichś ksiąg ustalił, że na Litwę został sprowadzony organista o nazwisku Widzini, co z czasem zostało prawdopodobnie spolszczone na Wydrzycki. I co, nagle odciąć się od tej całej przeszłości? Przecież to nieludzkie! Może byśmy tam zostali, gdyby rodzice przeczuli, jak straszny jest los repatriantów. Nie chodziło już tylko o to, że rodzice dość długo szukali jakiegoś dachu nad głową, mieszkając u krewnych i znajomych, między innymi w Swiebodzinie, a potem w Białogardzie. Jak się zdaje, ojcu bardziej niż brak własnego kąta i jakiejś stabilizacji doskwierała tęsknota za Wileńszczyzną, za całkowicie odmiennym modelem życia. Bo żyło się tam zupełnie inaczej niż tutaj, w poczuciu więzi, bliżej innych ludzi. Ot, chociażby święta wielkanocne, które tutaj zwykle mijają nam w dręczącej nudzie, w rozmemlaniu, nużącym marazmie. Natomiast tam na Wielkanoc przychodzili sąsiedzi, potem szło się do sąsiadów, zwyczajnie, bez zaproszenia. Taki tam był zwyczaj. Piękny zwyczaj. A tu każdy sobie, o siebie dba i o sobie tylko myśli. Ojciec nie potrafił się z tym pogodzić. Rodzice dostali wreszcie mieszkanie, ojciec miał pierwsze zamówienia z koszalińskich kościołów na strojenie organów. Wszystko zdawało się układać pomyślnie. I wtedy właśnie, w dwa lata po przyjeździe, zmarł ojciec. Można powiedzieć, że zmarł z tęsknoty za Wileńszczyzną.

- Jak potoczyły się pańskie losy?

- Zakotwiczyłem się w Gdańsku. Zapisałem się do szkoły muzycznej i zacząłem grać na fagocie. Marzyła mi się kariera muzyka w orkiestrze symfonicznej. Ale po śmierci ojca musiałem już myśleć nie o nauce, lecz o zarobieniu na utrzymanie swoje i matki. Zacząłem występować. Najpierw śpiewałem w kabaretach studenckich.

- A potem o Niemenie usłyszała już cała Polska. Czy ze względów taktycznych nie należało odwołać się do nurtu innej rzeki?

- Oj, wypominano mi ten Niemen nie raz. Wysokie figury miały mi za złe "niesłuszny" pseudonim. Jak na tamte czasy może i niesłuszny, ale był mój, własny, bliski. Zresztą, proszę pani, ja wiem, że miałbym drogę mniej wyboistą, gdybym szedł z nurtem. Ale jak miałem iść z ich nurtem, skoro widziałem, że on ani czysty był, ani przejrzysty. Doświadczyłem tego także na sobie. W latach sześćdziesiątych byłem niekwestionowanym idolem młodzieży. W 1970 roku, dla odwrócenia uwagi młodzieży od strzałów w stoczniach, sfabrykowano historyjkę o moim niegodnym zachowaniu się na estradzie w Radomiu. Gazeciarskie tytuły krzyczały o tym całymi szerokościami szpalt. Jednak gdy z pomocą mecenasa de Viriona wygrałem proces, sprostowanie wydrukowane nonparelem wciskano gdzieś w kąciku trzeciej kolumny. Potem, po osiemdziesiątym roku, dla zdyskredytowania mnie, rozpuszczano plotki, że należę do partii. Na szczęście nie tylko ja, bo nawet niedoświadczeni, młodzi ludzie wiedzą już, jakie wody toczyły ich rzeki.

- Wrócmy przeto nad Niemen. Co oprócz wspomnień zostało w panu z Wileńszczyzny?

- Na zawsze zostanie we mnie pamięć blinów gryczanych, które piekła matka, smak wielkanocnej szynki, wspomnienia szaroniebieskiego zmroku za oknem, gdyśmy zasiadali do wigilijnej wieczerzy, a głos kolędy o nocnej ciszy niósł się od domu do domu. To zostanie. Teraz całe życie zupełnie już odmienione. I tego właśnie najbardziej mi żal.