Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Jeszcze jeden Kazimierz Narbutt

 

Nawiązując do publikacji historycznych zawartych w Ziemi Lidzkiej nr 15 - p. Roberta Kuwałka p. t. "Powstanie 1794 r. w pow. lidzkim " i w nr 21-22 p. Prof. Ireny Stasiewicz-Jasiukowej p. t. "Kazimierz Narbutt w czasie i przestrzeni", chcę przedstawić czytelnikom jeszcze jedną postać z rodu Narbuttów - również o imieniu Kazimierz. O ile pierwsze dwie postacie były sobie współczesne - druga połowa XVIII w. i pierwsze lata XIX w. - to ta trzecia była o około 100 lat późniejszą - żyjąc przypuszczalnie w latach 1860 -1936?. Jakie zachodziły pomiędzy nimi powiązania genealogiczne, po prawie 100 latach, trudno sprecyzować. Faktem jednak pozostaje, że nosiły te samo imię i nazwisko i że wszystkie związane były z Radziwoniszkami, stanowiącymi bezpośrednio, lub pośrednio, ich dobra rodzinne.

Bez wątpienia z tych trzech postaci najbardziej godną pamięci o niej, pozostaje ks. Kazimierz (Daniel) Narbutt zapisany w naszej historii jako reformator szkolnictwa, działający w Komisji Edukacji Narodowej za czasów stanisławowskich. Jakiego był oblicza politycznego, publikacja zawarta w Z.L. nr 21-22 nie wskazuje. Faktem pozostaje, że ostatnie swoje dni spędził w Radziwoniszkach - być może u swego imiennika określonego jako targowiczanina w publikacji zawartej w 15 nr Z.L. Tamże zmarł i pochowany został w podziemiach (sklepie) unickiej wówczas cerkwi we wsi Radziwoniszki, która wtedy nosiła nazwę - Mańkowce.

Drugi, to właśnie ten targowiczanin i właściciel dóbr Radziwoniskich zasłużony, jak wynika z publikacji władzom carskim Rosji i szczodrze przez nie nagradzany. Mimo to, ze względów rodzinnych, a nie patriotycznych ukrywający u siebie swego brata Dominika, jednego z przywódców insurekcji w lidzkim powiecie - po jej upadku. Można przypuszczać, że za jego władania dobra radziwoniskie Narbuttów były w pełnym rozkwicie. Jednak już w końcu XIX w. w niejasnych do końca okolicznościach przeszły one w inne ręce - głównie Żórawskich i ich spadkobierców, a także innych osób.

Na miejscu jednak pozostał ostatni z tej linii Narbuttów - również Kazimierz. Z dawnej świetności, w czasach mnie współczesnych pozostał mu liczący około 1 hektara kawałek ziemi i waląca się ze starości chata, być może fragment jakiejś dawniejszej dworskiej budowli. Tuż obok jednak wznosił się gęsto porośnięty chaszczami pagórek, gdzie niegdyś wznosił się okazały pałac. Był on przez wiele już lat w stanie godnym pożałowania i podczas I-szej wojny światowej doszczętnie zrujnowany. Wtedy to też rozebrany został przez miejscową ludność do ostatniej cegły, podobnie jak i cały dobytek ówczesnych właścicieli majątków Radziwoniszki pierwsze i drugie, znajdujące się na tym samym terenie.

Wieść głosiła, że ostatni z Narbuttów sam walnie się przyczynił do upadku rodowej fortuny prowadząc hulaszczy tryb życia, zadłużając się, wyprzedając i zastawiając, co się tylko dało. W ten sposób doprowadzając do zupełnej utraty rodowej fortuny, a siebie samego do zupełnej pauperyzacji. Tak to z pozycji wielkiego pana, zszedł on do poziomu najnędzniejszego ze swoich dawniejszych poddanych. Wraz z tym, jak gdyby dla zachowania twarzy ostentacyjnie zaczął się nosić z chłopska i używać wyłącznie miejscowej białoruskiej mowy. Gdy już doszedł do skraju nędzy i zabrakło mu środków do życia i picia, dojrzał dla siebie nową szansę. Szansą tą miało się stać znachorstwo. Bezwzględnie posiadał on wykształcenie odpowiadające jego wcześniejszemu statusowi społecznemu, t. j. takie jakie otrzymywała młodzież wywodząca się ze szlacheckiego stanu. Miał również obycie towarzyskie, łatwość nawiązywania kontaktów, a co najważniejsze w tej sprawie spory zasób wiedzy weterynaryjnej, jako posiadacz i miłośnik koni, bydła i psów. Zdawał on sobie sprawę z tego, jak wielkie jest zapotrzebowanie wśród miejscowej ludności na wszelkiego rodzaju usługi lecznicze, szczególnie, gdy mogły one być połączone z tajemnymi praktykami. Tak więc stopniowo zaczął udzielać porad, aplikować najrozmaitsze zioła i wskazywać sposoby ich użycia, a nawet wykonywać drobniejsze zabiegi chirurgiczne. W oparciu o to rozgłaszać w możliwie najszerszych kręgach famę swoich możliwościach w tej dziedzinie. Być może, a nawet z pewnością miał je większe, niż nie jeden z okolicznych zamawiaczy czy znachorów z zapadłych wiosek.

Po krótkim czasie rzeczywiście zyskał sobie spory rozgłos, tym bardziej, że za swoje praktyki nie pobierał pieniędzy, sprzedając jedynie własnej roboty maście, mikstury, zioła i proszki. Jedyną formą rewanżu za przyjęcie były przede wszystkim: wódka, a następnie - słonina, masło, jaja, sery, bądź inne wytwory wiejskich gospodarstw. Nic też dziwnego, że w krótkim czasie "Narbut", bo tylko tak go nazywano, zaczął opływać w dostatki. Poważnie też urosła popularność radziwoniskiego znachora. Stał się znany nie tylko na Ziemi Lidzkiej, ale i na Nowogródczyźnie i Wileńszczyźnie.

Zaczęły się też i kłopoty. Lokalne władze powiatowe, gdy dowiedzieli się o praktykach Narbutta, nie mogły ich tolerować, jako zakazanych prawem. Dom jego coraz częściej zaczęła odwiedzać policja. Wizyty jej jednak kończyły się na niczym. Policjanci i funkcjonariusze odjeżdżali nierzadko pijani i sowicie zaprowiantowani. Nic też dziwnego, że wszystko pozostawało po staremu. Narbutt rozszerzył nawet zakres świadczonych przez siebie usług, stawiając diagnozy nawet na odległość - korespondencyjnie, najlepiej z fotografią. Listy do niego zaczęły nadchodzić i z centralnej Polski, a trafił się nawet i z Ameryki, o czym on sam szeroko rozgłaszał.

W taki oto sposób powstała nieomal cała instytucja. Swego naturalnego syna uczynił pomocnikiem i sekretarzem. Wizyty u niego, siłą rzeczy musiały być zamawiane z wielkim wyprzedzeniem, a przed chatą i tak gromadziły się furmanki z najodleglejszych okolic. Szukający jego porad koczowali i po kilka dni, aby się w końcu do niego dostać. Sława Narbutta ugruntowała się, a wraz z nią powróciła i zasobność. Widomym jej znakiem było rozpoczęcie przez niego budowy nowego domu. Budynek ten stanowił na tamtym terenie pewnego rodzaju ewenement, bo został pokryty blachą, co było szeroko komentowane. Podnosiło to oczywiście rangę znachora w oczach jego pacjentów.

Niestety czas nieubłaganie upływał, a wraz z nim pogarszały się również zdrowie i siły Narbutta, które i tak zadziwiająco długo mu służyły, zważywszy na jego tryb życia zarówno w młodości, sile wieku, jak i na starość. Ostatni z Narbuttów na Radziwoniszkach zmarł w środku lata 1936(?) r., dysponowany do życia wiecznego przez białohrudzkiego proboszcza księdza Stefana Horodkę.

Jego pogrzeb, widziany przeze mnie oczami 8-9 letniego chłopaka wywarł na mnie ogromne wrażenie. Takich tłumów odprowadzających go na cmentarz w Białohrudzie nie widywało się prawie nigdy. Wrażenie potęgowały przez całą drogę, około 8 km żałobne pienia i zawodzenia płaczek, zarówno katolickiej, jak i prawosławnej ludności. Sądzę, że mało który z Narbuttów odprowadzany był na miejsce wiecznego spoczynku z tak wielkim autentycznym żalem przez okoliczną ludność.

Jest niewątpliwe, że postać tego Kazimierza Narbutta, w szczególny sposób ubarwiała krajobraz Ziemi Lidzkiej w okresie pomiędzy pierwszą a drugą wojną światową. Zważywszy na wielkie zacofanie gospodarcze i społeczne, odziedziczone po latach niewoli, dwu wojnach, rewolucyjnych niepokojach i zamęcie, proceder podjęty przez niego okazał się wysoce intratny, a mimo to przyjęty przez ludność przychylnie. Nie sądzę aby sam Narbutt wierzył w swoje posłannictwo, z pewnością jednak dojrzał w tym dla siebie życiową szansę wybrnięcia z życiowych opresji, do których zresztą sam siebie doprowadził. Można twierdzić, że swoją znachorską profesję dobrze wykalkulował, zanim ją podjął, dlatego też wydaje się, że było to z jego strony zwyczajne szalbierstwo.

Na ile zabiegi Narbutta byli skuteczne, opinia, jak to zawsze bywa - była podzielona. On sam już dbał o to, aby ozdrowieńcy za nim świadczyli, a umarli przecież nie mówią. Faktem było, że nie został on nigdy postawiony przed sądem, jak było to w znanej powieści Dołęgi Mostowicza i filmie p. t. "Znachor", w przypadku jej bohatera Kosiby - byłego profesora Wilczura.

Dzisiaj, gdy piszę te wspomnienia, pomimo ogromnego postępu w oświacie, technikach, medycynie i dostępności wszelkiego rodzaju usług lekarskich, nadal wszędzie funkcjonują wszelkiego rodzaju cudotwórcy. Są oni nawet urzędowo sklasyfikowani, jako zajmujący się praktykami paramedycznymi. Są rejestrowani, płacą podatki i na wizyty do nich też trzeba się zapisywać na wiele miesięcy na przód. Inaczej więc trzeba też widzieć sprawę od strony ówczesnej klienteli Narbutta, zważywszy na jej poziom oraz brak na rozległych obszarach opieki lekarskiej, czy systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Te były dostępne, ale w zasadzie tylko w większych miasteczkach - Lida, Szczuczyn, Wasiliszki i im podobne. W nich były i szpitale i praktykowali i lekarze nie rzadko o różnych specjalizacjach. Dla ubogiej, wiejskiej ludności byli oni jednak prawie niedostępni. Nic też dziwnego, że po wsiach nagminnie działali znachorzy, zamawiacze i babki, którzy za parę jajek, kurę czy kawałek masła ze szmatki gotowi byli świadczyć swoje usługi.

Powagę jednak Narbutta, jako znachora, podnosiło i to, że potrafił on zniżyć się do poziomu swojej klienteli oraz że mimo wszystko w jej podświadomości funkcjonował przed nim respekt, jako przed upadłym, ale przecież - wielkim panem. Wiedza jego z pewnością traktowana była jako niewątpliwie wyższa, niż jakiegokolwiek zamawiacza z tej czy innej wsi.

Dziwnym zrządzeniem losu, dom który wybudował Narbutt, już jako powszechnie uznany znachor, przetrwał ostatnią wojnę i wszystkie społeczno-polityczne przewartościowania. Stoi do dziś zestarzały i jakby zapadający się w ziemię, choć po sąsiadujących z nim posiadłościach Żorawskich, Kuncewiczów i Górskich pozostały tylko kamienie z podmurówek, na ziejących pustką kołchozowych polach.

Nawet dzisiaj, z perspektywy około 70 lat, praktyk Narbutta nie można więc traktować jako specjalnie nagannych, gdy się weźmie pod uwagę miejsce, czas i społeczność wśród której działał. Nie można też wszystkiego zwalać na ciemnotę czy zabobon. Natura ludzka w zasadzie pozostaje niezmienna.

Z tego punktu widzenia ostatni z Narbuttów na Radziwoniszkach, był dla okolicznej ludności, niemal ostateczną instancją we wszystkich jej fizycznych cierpieniach i nękających chorobach. I dzisiaj, gdy już zawodzą wszelkie konwencjonalne i uznane środki zapobiegania im, człowiek jako ostatniej deski ratunku, poszukuje niekonwencjonalnych i zabiega o nie.

Tak więc niezależnie od osądu tego człowieka a jednocześnie ostatniego z Narbuttów w Radziwoniszkach, jeszcze raz trzeba podkreślić jak bardzo ubarwiał on krajobraz Ziemi Lidzkiej lat 30-tych XX wieku, a ludziom z najniższych warstw dawał przynajmniej iluzję nadziei.

Nie jestem z pewnością jedynym, który o tym Kazimierzu Narbucie zachował jeszcze jakąś pamięć. Może znajdzie się ktoś kto znał go znacznie lepiej i potrafi uzupełnić tą garść wspomnień o tym znachorze z Radziwoniszek.

Wracając do osoby księdza Kazimierza Narbutta i miejscu jego wiecznego spoczynku w radziwoniszskiej cerkwi, rodzi się pytanie, czy ktoś się może zainteresował już jakimiś śladami po nim. Jak wiem cerkiew od lat jest zrujnowana, lecz widać również ślady prób jej odbudowy. Może jest to właśnie okazja do wyeksponowania w niej jego pamięci. Ostatecznie z wielu pokoleń Narbuttów nie wielu było godnych utrwalenia ich pamięci.

 

Mirosław Kuncewicz