Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Domowa rzeka

Obrazy i obrazki z V Światowego Zjazdu Lidzian

 

W dniach 15-20 maja odbył się V Zjazd Lidzian. Na uroczystości przybyło ponad 120 byłych mieszkańców miasta i powiatu z Polski, Anglii, Stanów Zjednoczonych oraz Rosji.

Z całej Polski i spoza jej granic zjeżdżali się, łącząc się po drodze jak strumyki w potężną rzekę, uczestnicy zjazdu do Białegostoku, by stamtąd wspólnie autokarami wyruszyć na wschodnie rubieże przedwojennej Rzeczypospolitej... I kiedy na horyzoncie ukazały się błękitem odzwierciedlonego nieba wody Niemna, a autokary zaczęły przejeżdżać przez most nad tą "domową rzeką" z piękną, odsłaniającą się stamtąd panoramą starego Grodna, zabrzmiała z głębi duszy wypływająca melodia:

"Za Niemen tam precz! Już gotów

koń, zbroja, dziewczyno tyś moja

Uściśnij, daj miecz. (...) Czy kraj tam

piękniejszy, kwiecistsza tam błoń,

czy milsze dziewoje, że tak spieszysz doń?"

Pieśń ta napełniając cudownymi dźwiękami autokary, rozpływała się w grodzieńskiej przestrzeni echem niegdyś sławnej historii tych ziem. U wielu wówczas zaczęło bić mocniej serce, w oczach zabłyszczały łzy, przychodzące myśli i wspomnienia rozjaśniły twarze. Mijały kilometry dróg i Lida już witała swych córek i synów na kolejnym Zjeździe.

Później było dużo pięknych imprez, spotkań, wydarzeń. Niezapomniane wrażenia pozostawiła w duszach wielu pielgrzymka - Śladami Adama Mickiewicza. I chociaż było zimno, padał deszcz, to jednak nie mogło zepsuć dobrego nastroju, jak pisała "Ëłäńęŕ˙ ăŕçĺňŕ" w dni Zjazdu. I tak było naprawdę. Podczas improwizowanych tańców w starym zarośniętym, a niegdyś sławnym angielskim parku w Szczorsach, który pamiętał jeszcze spacery Mickiewicza, zapomniano i o zimnie, i o zmęczeniu, i nawet o latach.

Później miało miejsce "spotkanie", a raczej już pożegnanie z co najmniej 250-letnim olbrzymem-dębem, pod którym poeta pisał "Grażynę". Kiedy na okrzyk zaskoczonej pilotki nie odnajdującej drzewa-pomnika: "Przecież on tu był!" przyspieszyliśmy kroki, to zauważyli leżącego olbrzyma, który po trzech wiekach stania runął kilka dni temu wskutek burzy. I teraz leżał przygniatając swym ciężarem ogrodzenie i ziemię. Wszystko to wywoływało refleksje, jakby razem z tym dębem kończyła się pewna epoka i powstawało, rodziło się coś nowego, co swój początek ma w Mickiewiczu, w filomatach i filaretach, w polskim romantyzmie i w czymś jeszcze dalej w głębiny historii sięgającym. Ludzie brały na pamiątkę, jako drogocenną relikwię, kawałeczki tego drzewa, by zawieźć ich wraz ze swoimi przeżyciami do domów rodzinnych.

Nie da się zapomnieć i spotkania przy głazie filaretów, gdzie nasi młodzi przodkowie marzyli o ulepszeniu świata, a poeta w swych wierszach wzywał "do odwagi i poświęcenia swego szczęścia dla szczęścia ogólnego". Wędrowaliśmy do tego kamienia pieszo, pozostawiwszy autokary przed wsią Korczewo, obawiając się, że wiejski mostek nie wytrzyma tak dużego ciężaru. Leżący przy drodze leśnej zemszały kamień, przy którym ślubowali wierność ojczyźnie filareci, zauroczył nas wszystkich, a szczególnie mężczyzn jakąś siłą wewnątrz go ukrytą. Właśnie tu oni chcieli zrobić zdjęcie na pamiątkę. Ktoś z nich wykrzyknął hasło wypowiedziane przez Papieża pod krzyżem na Giewoncie: "Sursum corda - w górę serca!" Ktoś inny zaintonował: " Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy (...) Tak nam dopomóż Bóg! Tak nam dopomóż Bóg!" Te słowa w tym miejscu śpiewane brzmiały jak ślubowanie za czasów Mickiewicza i one są aktualne i dziś. Pewna pani ze łzami w oczach mówiła, że po raz pierwszy śpiewa tę pieśń na tej ziemi z czasów kiedy śpiewała ją wywożona na Sybir.

Nie mogło zabraknąć na Zjeździe polskiej piosenki w wykonaniu zespołu, który zebrał i przekazuje innym ducha tej pięknej ziemi - zespołu "Kresowiacy". Nie piszę o ich śpiewie, ponieważ o pieśni się nie mówi, ją trzeba słuchać!

W 50-tą rocznicę śmierci Witolda Pileckiego, jednego z najodważniejszych oficerów II wojny światowej (jak określają angielscy historycy) w jego rodzinnej miejscowości Krupie uczestniczyliśmy we Mszy świętej w jego intencji odprawionej przez księdza proboszcza. Po zwiedzeniu muzeum Domeyki w krupowskiej szkole złożono hołd poległym żołnierzom Armii Krajowej w Surkontach. W tym samym dniu zwiedziliśmy majątek Domeyki i na fundamentach pozostałych po niegdyś pięknym dworku słuchaliśmy słowików, nie widocznych wśród pysznej wiosennej zieleni starych krzewów i kwitnącego bzu. Ktoś zbiegał do studni i teraz szczęśliwy powracał, że mógł napić się wody i umyć ręce w majątku wielkiego Polaka...

W niedzielne popołudnie, jak już się stało tradycją, zorganizowany został wyjazd na ognisko nad Niemnem. W drodze do tej pięknej rzeki zajechaliśmy na cmentarz w Niecieczy, gdzie spoczywają prochy "ragnerowców", by ukłonić się i zmówić pacierz poległym za wolność i niepodległość ojczyzny. Po wyjściu z autokarów zostaliśmy zanurzeni w aromacie konwalii, które jak śniegiem ukrywały cały cmentarz. Przy pomniku poległym razem z ich kolegami broni, a obecnie uczestnikami Zjazdu i miejscową ludnością, przybyłą tu na widok polskich autokarów, modliliśmy się o pokój dla dusz zaginionych, za ich ofiarę. Przyszły na myśl słowa z Pisma Świętego, że nie ma większej miłości niż ta, kiedy oddaje się życie za przyjaciół swoich.

Niemen spotkał nas w całej swej piękności. Po długich deszczowych dniach świeciło słońce, a błękitne niebo odbijało się w szerokich wodach rzeki. Jeden z młodszych uczestników Zjazdu rozmyślając się zaznaczył: "Te ludzie widocznie musieli zasłużyć na taką piękną pogodę" - mając na uwadze swych starszych kolegów. "Tak, bardzo zasłużyli" - pomyślałem. Ucieszyła mnie wypowiedź tego młodego człowieka, który pamięta swoją historię, pamięta komu zawdzięczamy spokój dnia dzisiejszego.

Śpiewano pieśni, tańczono, spacerowano brzegiem rzeki ciesząc się widokiem nadniemeńskich krajobrazów, smażono szaszłyki i prowadzono rozmowy. Jednym słowem ludzie wypoczywali. Zauważyłem jak pewna pani wykopywała skromny kwiatek rosnący przy brzegu rzeki. Mówiła, że zawiezie go do Anglii, gdzie obecnie mieszka by posadzić w swoim ogródku, jako część tej Ojczyzny o której Wieszcz narodu polskiego pisał:
"Litwo, Ojczyzno maja! ty jesteś jak zdrowie;

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił...."

Nie mogły uczestnicy Zjazdu nie wysłać listu od uczestników i organizatorów do Wielkiego Rodaka - Jana Pawła II, który wielokrotnie ukazywał swoje gorące pragnienie odwiedzić Białoruś. "Kiedy będę w Białorusi, to zawieźcie mnie do Nowogródka" - mówił. Tuż po wyborze na Stolicę Apostolską prosił swych kolegów by przemycili jego kardynalski czepek do wówczas jeszcze sowieckiego Wilna i ofiarowali go na ołtarzu przy "Tej, co w Ostrej świeci Bramie" i która jest patronką tych ziem.

Dziękując organizatorom Zjazdu i tym wszystkim, którzy o polskość dbają, komu nie obce jest hasło "Bóg, honor i Ojczyzna" chcę zakończyć te obrazkowe wspomnienia słowami Adama Mickiewicza mogącymi być myślą przewodnią tych z kolei już piątych spotkań lidzkich:

"Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki, ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem - (...)

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono! ...


Gościnność inaczej

Na uroczystości w Pałacu Kultury w obecności Senatora RP oraz Konsula Generalnego jeden z uczestników Zjazdu odczytał posłanie, w którym wyraziliśmy chęć spotkania z członkami Związku Polaków na Białorusi w nowo wybudowanym Domu Polskim celem poznania się, obejrzenia Domu i omówienia nurtujących nas spraw. Termin spotkania wyznaczono na 19 maja.

Przyszliśmy o wyznaczonej godzinie. Dobre wrażenie zrobiła na nas biblioteka. Tabliczka informowała, że biblioteka jest czynna do godz. 20.00. Była godzina 18.00, a w niej nikogo oprócz bibliotekarki nie było. Dom jest zamykany o godz. 18.00, zamknięty jest również w soboty, a w niedziele otwarty w skróconym czasie. Na całym świecie domy kultury tętnią życiem właśnie w soboty i niedziele, kiedy to ludzie mają więcej wolnego czasu.

Dwa duże pomieszczenia na parterze sprawiają wrażenie opuszczonych. Trzy biurka rozstawione w kątach, plakaty na ścianach i ani żywej duszy. Dlaczego? Trzecie lokum zajęte na firmę syna pani Izabeli Tyrkin ma nowoczesny wystrój, szkło dzieli na dwa dość duże pomieszczenia, a w nich komputery i samotny pan.

Spotkanie w Domu Polskim uczestników V Zjazdu Lidzian było wielkim i niemiłym zaskoczeniem. Rozpoczęło się ono wystąpieniem pani Tyrkin i polegało na wyliczaniu przez nią swoich zasług, zasług swojej rodziny, mamy, syna przy budowie tego domu. Nastąpiła jeszcze wyliczanka kłopotów, jakie przysparza utrzymanie tego Domu.

Jeden z uczestników Zjazdu zapytał o ilość pokoi. Jest ich osie. Dlaczego w tak dużym Domu nie można znaleźć miejsca dla TKPZL?

Mieliśmy wiele pytań. Nie dopuszczono nas do głosu. Udało się nam jeszcze zapytać dlaczego Dom Polaka nie stał się domem propagującym kulturę polską, dlaczego zamiast łączyć Polaków, stał się domem, który rozdzielił Polaków, domem handlowym, gdzie rozmieściły się firmy, gabinet kosmetyczny, a nawet znalazło się pomieszczenie dla wróżki!!! Dlaczego nikt z przyjeżdżających do Lidy Polaków nie może skorzystać z pokoi hotelowych? To było nasze ostatnie pytanie. Konkretnych odpowiedzi od wielce zdenerwowanej pani Tyrkin nie doczekaliśmy się. Nie udało się nam dowiedzieć dlaczego kierownictwo Domu skompromitowało nas, Polaków, urządzając zabawę w poście, czemu towarzyszyło oburzenie miejscowych Lidzian i władz kościelnych? W jakim świetle na postawiono? Nasze uczucia religijne? Na nasze głosy z sali, że TKPZL będzie ponosiło koszta utrzymania, pani Tyrkin już na odchodnym wykrzyknęła: "nie chcę waszych pieniędzy, a Kołyszki nie wpuszczę.

Nie spodziewaliśmy się tak wielkiej arogancji i tak niskiej kultury ze strony gospodarzy domu. Nie pozwolono nam mimo usiłowań dojść do głosu. Pani Tyrkin zastosowała metodę: "Kto głośniej krzyczy, ten ma racje". I o to jej chodziło. To jest metoda, gdy brakuje argumentów. Wstaliśmy i wyszliśmy żegnani krzykami pani Tyrkin i jej koleżanek. Niesłychanie przykre wrażenie i niesmak. Ktoś zapomniał, że to m. in. z naszych podatków, potrącanych od jakże często niskich emerytur, został zbudowany ten dom. Potraktowano nas, Polaków odwiedzających swoją Lidę, jak ludzi niepotrzebnych, drugiej kategorii. Czyżby zanikła ostatecznie polska gościnność?

 

Uczestnicy Zjazdu

Po Zjeździe otrzymaliśmy dużo listów z Waszymi refleksjami. Dziękujemy. Niektóre z nich zamieszczamy niżej.

 

... Wyjeżdżając ze Świebodzina nie sądziłam, że przeżyję tyle emocji. Myślałam, że to będzie nudna wycieczka bez większych atrakcji. Tymczasem - zgodnie z programem każdy dzień obfitował w różnego typu atrakcje. Najbardziej jednak ujęła nas ogromna serdeczność tamtejszych Polaków. Powitanie i zresztą pożegnanie było bardzo wzruszające. Podziwialiśmy ogromną pracę Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej na rzecz odbudowy polskości w Lidzie. Współczuliśmy tamtejszym Polakom, tak bardzo tęskniącym za Polską, choć swoją Lidę bardzo kochają. Lida bardzo zmieniła się w ciągu 53 lat, które spędziłam poza nią, zwłaszcza śródmieście, które od nowa zostało wybudowane. Okopów (peryferyjna dzielnica Lidy w stronę Krupowa) zupełnie nie poznałam, a tam mieszkałam w ostatnich latach przed wyjazdem do Polski. Przedtem były tam małe domki, rzadko porozrzucane, a wśród nich duże doły, gdzie nieraz mój ojciec chował się przed Ruskimi, stąd nazwa Okopy. Teraz wyrosło tam duże osiedle blokowców, raczej brzydkich - zresztą budownictwo socjalistyczne wszędzie jest brzydkie - u nas też, tylko samo wykonanie u nas mimo wszystko trochę lepsze.

Przed wojną najdłużej mieszkałam przy ul. Krupowskiej, którą trudno mi było odnaleźć, zwłaszcza, że nie miałam żadnej mapy starej i nowej Lidy. Gdy jednak odnalazłam szkołę, w której uczyłam się (na byłej ul. Szkolnej) oraz budynek poczty, to mimo, że kiedyś pocztę od ulicy Krupowskiej oddzielał wygon, a teraz park, odnalazłam dom, w którym mieszkałam. Nawet całkiem przyzwoicie wygląda, choć myślałam, że przez 53 lata będzie to kurna chata wrośnięta w ziemię. Oczywiście zrobiliśmy zdjęcie tego domu. Zwiedzając ulicę Szkolną (byłą), trafiliśmy na Dom Polski, dla nas najładniejszą budowlę w Lidzie. Szkoda, że Dom ten stał się kością niezgody. Lidę upiększa zieleń, jest jej mnóstwo, ale nie widziałam nigdzie rosnących kwiatów, nawet przed domkami małymi wolnostojącymi. Tłumaczę to sobie, że każdy skrawek ziemi zostaje tam wykorzystywany w celach praktycznych. Wyjeżdżając do Lidy obiecywałam sobie, że będzie to pierwszy i ostatni raz, zwłaszcza, że nie pozostawiliśmy tam żadnej majętności, ani bliskich, ani nawet grobów, jednak po przejeździe stamtąd i po wzruszeniach, jakie tam doznałam, ręczę, że na następny Zjazd również tam pojadę, mimo że były też pewne niedociągnięcia, które denerwowały (łazienki w hotelu, brak ciepłej wody oraz papieru toaletowego).

Kończąc ten list jeszcze raz dziękujemy Ci za zaproszenia na Zjazd.

Halina Piotrowska z d. Kopeć, Świebodzin.

 

Na V Światowy Zjazd Lidzian poleciałam zupełnie dla siebie niespodziewanie. Od kilku lat zbieram materiały dotyczące mojego Rodu, ponieważ zamierzam pisać Sagę Rodu, który wywodzi się z okolic Lidy, - ściśle mówiąc ze wsi Towkinie. Byłam właśnie w trakcie załatwiania dla siebie zaproszenia na przyjazd do Lidy, gdy zatelefonował do mnie kuzyn - Zygmunt Dowgielewicz z Gdańska - z wiadomością o organizowanym przez TKPZL - V Zjeździe Lidzian. Oczywiście natychmiast poprosiłam Go o przysłanie mi zaproszenia, załatwiłam wizę i w ciągu tygodnia stawiłam się w Białymstoku. Zygmunt, który również miał uczestniczyć w Zjeździe - z powodu serca zrezygnował z wyjazdu. Myślę, że zanadto był wzruszony - wszak pochodzi z Lidy - tutaj uczęszczał do Gimnazjum, tutaj został aresztowany i siedział w lidzkim więzieniu, w końcu stąd został wywieziony do łagru do Czelabinska za Uralem. Miał spotkać się na Zjeździe ze swoim stryjecznym bratem Henrykiem z Moskwy. No, ale wracając do Zjazdu, to chciałabym przede wszystkim podziękować TKPZL za tak wspaniałe zorganizowanie Zjazdu, za ten Wasz trud, za cudowną atmosferę, za typowo polskie powitanie nas chlebem i solą, za piękne tańce, wspaniałe koncerty, za ten wyjazd Szlakiem Mickiewicza, za niezapomnianą Mszę św. w przepięknym kościele w Krupowie i w końcu za to wspaniałe spotkanie przy ognisku nad przepięknym Niemnem, gdzie po raz pierwszy w życiu piłam ten wspaniały kwas chlebowy i świetne lidzkie piwo, nie mówiąc już o "Pańskim Domu", którego nazwa bardzo mi się spodobała. Dla tej właśnie nazwy kupiłam sobie butelczynę, którą zabrałam ze sobą do domu - na tę drugą półkulę, aby mi przypominała właśnie te wspaniałe spotkanie nad Niemnem, tę muzykę, tańce, ognisko i niepowtarzalne chwile.

Na zakończenie raz jeszcze dziękuję za przyjęcie i cudowne przeżycia. Nigdy nie zapomnę tego pełnego wrażeń tygodnia spędzonego w pięknej Lidzie i w tak wyborowym towarzystwie. Na Zjeździe byłam po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni ...

Maria Dowgielewicz-Polidoro, Hickory Hills, USA.

 

Przede wszystkim raz jeszcze dziękuję Wam, kochani za zorganizowanie tego wspaniałego Zjazdu. Wyjeżdżaliśmy z żalem, pełni wrażeń i wspomnień. Przeczytałem już tu w domu ostatni numer "Ziemi Lidzkiej" i Waszą książkę "Polacy na Ziemi Lidzkiej w latach 1987- 1997" . Książka jest bardzo dobra. Wszystkie części tej książki są bardzo ciekawe. Zawierają bogatą treść i naświetlają trudną drogę do tych Waszych wielkich osiągnięć w ciągu 10 lat niestrudzonej działalności. Jeżeli chodzi o gazetę, to będę nadal walczył o coraz bardziej poprawną polszczyznę i dlatego proszę nie obrażać się na mnie. Stwierdzam jednocześnie, że z numeru na numer jest coraz mniej błędów językowych.

Ryszard Kozubowski. Gdańsk.

 

Minęło już trochę czasu od zakończenia ostatniego wspaniałego Zjazdu Lidzian. Toteż chcę Państwu i Przyjaciołom z Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej serdecznie podziękować za trud wniesiony w przygotowanie tego spotkania i, jak zawsze, gorące przyjęcie nas, dawnych mieszkańców Lidy, którzy mimo wszelkich przeciwności losu pozostali wierni miastu swego dzieciństwa i młodości. Dołączam zdjęcie, zrobione na krótko przed opuszczeniem Lidy, które jest wymownym świadectwem tego, jak jest trudno się rozstać i jak uroczyście byliśmy żegnani.

Lech Ciechanowicz. Warszawa.

 

Halina Kuncewiczowa

Podziękowanie

 

Bądźcie pozdrowieni - Rodacy Lidzianie!

I wielkie Wam dzięki za kolejne spotkanie.

Za trudy, przeszkody - by nas przyjąć godnie.

Za wiele wyrzeczeń, za sny niespokojne...

 

Za to, że tak dzielnie tkwicie na swej ziemi,

Za to, że możemy być między swojemi.

I chociaż nas dzielą różne strony świata,

Krótki pobyt z Wami - zbliża nas i brata.

 

Strofami wieszcza - pulsują nam skronie

"Ktokolwiek będziesz w nowogródzkiej stronie"

Żal serce ściska, łza pod powiekami -

Klękam przed cudownym obrazem Tej Pani,

Która go do życia cudem przywróciła,

A nas przed pożogą jak matka chroniła.

 

Jeśli Bóg pozwoli - niechaj tak się stanie,

Byśmy znów wrócili na Wasze wezwanie.

By zobaczyć znowu - gasnącym już wzrokiem,

Znajome zakątki, zieleń nad potokiem,

By popatrzeć raz jeszcze - na słynące z urody

Zakola Niemna i Świtezi wody.

 

Wam niech doda siły - idea działania.

Nam osłodzi rozłąkę - nadzieja spotkania.

A kto nie doczeka - musi starczyć garść ziemi,

Którą zabieramy z miejsca swych korzeni.

Maj 1998 r.

 

 

Pamiętnik kółka języka polskiego

Jedną z głównych uroczystości V Światowego Zjazdu Lidzian było wręczenie Orderu Uśmiechu dla zasłużonej nauczycielki Weroniki Kuryło, która jako pierwsza na Ziemi Lidzkiej zaczęła uczyć naszych dzieci języka ojczystego. Jak to się zaczynało na pewno najlepiej odzwierciedla dokument, który drukujemy niżej. Pani Weronika do dnia dzisiejszego pracuje z dziećmi i aktywnie uczestniczy w polskim życiu społecznym jako członek Zarządu Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej. W imieniu TKPZL i Redakcji gratulujemy Jej tego najdroższego, bo idącego od serc dziecięcych, odznaczenia i życzymy dużo zdrowia i pomyślności na co dzień.

25 września 1988 r. przy Lidzkim Domie Pionierów powstało kółko języka polskiego. Wykładowcą języka została Weronika Kuryło.

Długich czterdzieści lat upłynęło od tego czasu, kiedy dzieci znowu zaczęły uczyć się swego ojczystego języka.

Na początku przyszło ośmioro dzieci. Były one pierwszymi jaskółkami. Z obawą patrzyły na to rodzice. Dzieci wciąż przybywało i po dwóch tygodniach zostały zorganizowane dwie grupy: dla dzieci I zmiany i II zmiany. Już w listopadzie uczęszczało 65 dzieci. Było tylko dziesięć elementarzy. Żeby szybciej nauczyć się czytać, dzieci przepisywały tekst z elementarza do zeszytów i tak się uczyły.

23 października 1988 r. zostało utworzone Polskie Kulturalno-Oświatowe Stowarzyszenie im. A. Mickiewicza (oddział w Lidzie - red.)

Na zebrania Stowarzyszenia zapraszano dzieci. Zaczęliśmy uczyć pierwszych polskich piosenek, wierszyków. Dzieci zaczęły występować przed rodzicami. Przyjemnie było słuchać dzieci i ich polskiej mowy.

5 listopada 1988 r. do dzieci przybyła grupa dziewcząt z Białegostoku, aby zagrać w siatkówkę. Dzieci przyszykowały dla gości herbatkę i upominki. Rozmowom nie było końca. Później odbył się koncert dla gości. Gdy zagrała muzyka, zaczęły się gry i tańce. Nie zwracając uwagi na różnice wieku, dziewczęta starsze bawiły się z dziećmi, uczyły ich polskich gier.

Grudzień. Dzieci przez 2 miesiące szykowały się do choinki. Już było łatwiej uczyć się wierszyków, piosenek, ponieważ dzieci wciąż lepiej rozmawiały po polsku. Dużą pomoc okazała nam Teresa Waszczyło, która uczyła poprawnego śpiewania choinkowych piosenek.

1 stycznia 1989 r. w klubie "Energetyk" odbyła się dla dzieci choinka w języku polskim. Razem z dziećmi przyszli rodzice, dziadkowie. Było to bardzo wzruszające wydarzenie. Pierwsza choinka w języku ojczystym! Pierwsza tego rodzaju impreza na Białorusi w czasach powojennych. Niektórzy starsi ludzie ocierali łzy. Przy choince tupał dziadek mróz (Tadeusz Komincz) ze swoją córką "zimą" (Irena Kołyszko). Kiedy barwny korowód zaczął tańczyć "trojaka", cała sala przyłączyła się do tańca "Zasiali górale żyto, żyto..." i wnet zabrzmiała piosenka: "Za górami, za lasami, za dolinami pobili się dwaj górale ciupagami..." Wszyscy zebrani oklaskiwali wykonawców, a solistka Irena Szmigiero zebrała duże brawa. Ludzie byli zaskoczeni, że w tak krótkim czasie dzieci nauczyły się dość poprawnie mówić po polsku. Następnie dziadek mróz z "zimą" rozdawali wszystkim dzieciom upominki: książeczki i cukierki. I jeszcze długo rozbrzmiewał śmiech dzieci. Jednak po Nowym Roku dużo dzieci odeszło z kółka. Przyczyny były różne. Nie patrząc na trudności, nauczyły się one czytać, dość poprawnie mówić i pisać. Pozostali uczniowie doskonalili swoje umiejętności.

2 lutego 1989 r. na zaproszenie Polskiego Kulturalno-Oświatowego Stowarzyszenia do Lidy przybył konsul generalny RP w Mińsku Mieczysław Obiedziński i konsul Henryk Kalinowski, a także pierwszy sekretarz miejskiego komitetu partyjnego Gienadij Udarcew. Dostojnych gości dzieci powitały w języku polskim i wręczyły im kwiaty.

5 lutego 1989 r. z gościnnym występem przyjechał do Lidy zespół pieśni i tańca "Wileńszczyzna" z Niemenczyna. Na koncert zaproszono także dzieci z kółka języka polskiego. Dzieci powitały gości piosenką "Polskie kwiaty", którą pomógł przygotować Czesław Januszkiewicz. Przed tak liczną publicznością dzieci jeszcze nigdy nie występowały. Na początku odczuwały tremę, ale muzyka pana Czesława uniosła je i popłynęła rzewna piosenka, a dwie młode dziewczynki wtórowały na skrzypcach. Występ dzieci podobał się publiczności.

5 marca 1989 r dzieci były zaproszone do klubu przyjaźni. Impreza odbywała się w klubie DO (dom oficerów - kasyno oficerskie - red.). Występowały z piosenkami: "Polskie kwiaty",

"W domu ojczystym"; recytowały wiersze "Nasza ojczyzna". "My, dzieci całego świata". Przyjmowano nas dużymi oklaskami.

Kwiecień. Szybko mijają dni. Uczymy się czytać, pisać, a także więcej rozmawiać. Poznajemy nowe piosenki. Szykujemy program koncertu dla rodziców.

23 kwietnia 1989 r. w klubie "Energetyk" przygotowaliśmy koncert dla rodziców i członków Polskiego Stowarzyszenia. W naszym programie było 25 numerów. Już pierwsze piosenki wywołały wzruszenie wśród widzów. Następnie były wesołe tańce, wiersze i inscenizacja pt. "Wielkie pranie", która rozbawiła publiczność. Przy końcu naszego programu recytowaliśmy poważne wiersze i śpiewaliśmy piosenki. Kiedy śpiewaliśmy piosenkę "Płynie Wisła, płynie" bardzo dużo ludzi na sali płakało. Występ nasz powodował duże poruszenie, ludzie długo klaskali domagając się bisów. Na zakończenie rodzice podziękowali naszej pani nauczycielce

za tak piękny program i wręczyli kwiaty, a cała sala stojąc klaskała i śpiewała "Sto lat" dla pani Weroniki Kuryło. My natomiast dostaliśmy dużo cukierków.

Nazajutrz, kiedy przyszliśmy na lekcje, jeszcze długo rozmawialiśmy o tym koncercie. Wówczas postanowiliśmy uszyć krakowskie stroje, ponieważ zaraz po koncercie dostaliśmy zaproszenia na występy. Rodzice zgodzili się nam pomóc i robota zakipiała. Już po paru dniach oglądaliśmy piękne, jaskrawe spódniczki. Starsze dziewczynki uszyły same, młodszym pomagały mamy i oczywiście nasza nauczycielka.

Maj. Ostatni miesiąc nauczania i dlatego mamy dużo pracy. Wiele czytamy, piszemy, powtarzamy to, czego nauczyliśmy się w ciągu roku. Poznajemy też naszą historię, nasze tradycje ludowe.

28 maja 1989 r. Ile radości i podniecenia przyniósł nam dzień dzisiejszy! Już o 14 godz. zebraliśmy się w domu pionierów i wszystkie dziewczynki były ubrane w piękne czerwone spódniczki obszyte wstążkami, w małych, prawie jednakowych fartuszkach. Serdaczki wypożyczyłyśmy i kiedy dobrałyśmy korale i wstążki, to okazało się, że jesteśmy ubrane prawie jednakowo i bardzo barwnie. O 14.30 przyjechał autobus i pojechaliśmy do Gud na zaproszenie Stanisława Uszakiewicza. W tym dniu w Gudach został utworzony oddział Polskiego Kulturalno-Oświatowego Stowarzyszenia im. A. Mickiewicza. Sala była przepełniona. Było dużo dzieci z bielewiczowskiej szkoły. Po uroczystej akademii daliśmy koncert. Od razu za pierwsze nasze piosenki uzyskaliśmy duże brawa. Dorośli byli rozczuleni, słysząc piękne piosenki śpiewane przez dzieci po polsku. Dzieci z podziwem patrzyły na nasze stroje i tańce, a ostatnie nasze piosenki "Nasz kraj" i "Płynie Wisła" już śpiewała cała sala. Chociaż było bardzo gorąco - my byliśmy szczęśliwi. Prawie za każdy numer dostawaliśmy od dzieci kwiaty, a w końcu dostaliśmy spory koszyczek cukierków i 130 rubli! Byliśmy tak zadowoleni, że nie czuliśmy zmęczenia. Z powrotem jechaliśmy ze śpiewem na ustach, zajadaliśmy cukierki i było bardzo wesoło. Każdy otrzymał po 5 rubli!

31 maja 1989 r. Dzisiaj na ostatniej lekcji odbył się w kółku języka polskiego sprawdzian naszej wiedzy. Nie chciało się nam wierzyć, że to ostatnia lekcja. Postanowiliśmy spotykać się w czasie wakacji, chodzić na próby i wyjeżdżać na występy. Następnie podziękowaliśmy naszej pani dyrektor oraz naszej pani woźnej za ich troskę o nas i wręczyliśmy im kwiaty. Kobiety były bardzo wzruszone. Potem zaśpiewaliśmy im "Sto lat" - naszą tradycyjną pieśń.

Starsze dziewczynki napisały list do redakcji "Czerwonego Sztandaru".

2 lipca 1989 r Ten dzień mieszkańcy naszego miasta zapamiętają na długie lata. Już od rana tłumy zaczęły się zbierać przy ulicy Mickiewicza. W skwerze miało się odbyć odsłonięcie i poświęcenie pomnika polskiego wieszcza Adama Mickiewicza. Dziewczynki z kółka pomagały w imprezie. Starsze dziewczynki udzieliły swojej pomocy w zorganizowaniu loterii. O godzinie 15 zaczęła się uroczystość, w której braliśmy udział. Na początku były przemówienia. Później Irena Szmigiero rozcięła wstążkę i zdjęła prześcieradło. Nasz gość, ksiądz Gralak z Radomia, dokonał poświęcenia pomnika. Potem odbył się nasz występ.