Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

LISTY.

 

Kochani!

Ogarniają mnie smutne refleksje. Czy Białoruś wreszcie wyrwie się ku wolności i ku rozwojowi? W 1939 armie Stalina przełamały kręgosłup tych ziem, dewastowali je potem armie Hitlera i znów potem stalinowska NKWD i komunistyczna biurokracja. Na długo zatrzymane zostało posuwanie się ziemi Nadniemeńskiej do przodu, ku trwałemu rozwojowi. Władza sowiecka - łamiąc zdrową logikę - powtórzyła różne dziwolągi, z którymi Białoruś nie umie sobie dziś poradzić. I niestety problemy te nie znikną w przewidywalnym czasie. Bo rzekomy rozwój z czasów Breżniewa był budowaniem hałupy bez fundamentu. Musiał załamać się sam, bez żadnej wojny, bez żadnego kataklizmu. Tak się i stało. Nie dawno byłem w Kaliningradzie - tam to samo: fabryki i stocznie z zatrzymaną produkcją, port prawie bez ruchu, pordzewiałe statki, dzieci i starcy żebrzący przed sklepami spożywczymi - a dla kontrastu rozbijający się w luksusowych samochodach "noworuscy", czy balujący w drogich dyskotekach naszej Krynicy Morskiej młodzi i wyraźnie zamożni ludzie - mieszkańcy Kaliningradzkoj obłaści. Ci mieszkańcy mogą teraz dopływać z Kaliningradu do Krynicy Morskiej i Fromborka wodolotem prywatnej firmy - tylko za okazaniem paszportu "kaliningradzkiego" (ale tylko oni - mieszkańcy "Wielkiej Rusi" - już nie). Podobnie my, Polacy, możemy jeździć swobodnie do tej obłaści. W Kaliningradzie są dość liczne sklepy polskich firm. Króluje piwo "Bez Elbląga". We Fromborgu spotykałem rosyjskie jachty - podobnie polskie w Kaliningradzie. Nie wiem jak teraz - po wprowadzeniu obostrzeń granicznych. Ale zdaje się, że obrotne prywatne firmy turystyczne po obu stronach granicy już sobie radzą i z tym problemem. Miasto Braniewo żyje i bogaci się z handlu meblami z Kaliningradem ( a przez niego chyba i z całą Rosją). Ale wiecie co najbardziej zdumiało mnie gdy płynąłem wodolotem przez granicę na Zalewie Wiślanym? Otóż to, że po polskiej stronie do samej granicy , dosłownie do samych boi granicznych, zastawione są sieci rybackie, a rybacy ciągną sieci prawie, że zahaczając o rosyjskie boi graniczne. Tam właśnie jest podobno najlepszy węgorz, przypływa z rosyjskiej strony, natomiast po rosyjskiej stronie ani jednej sieci, ani jednego kutra czy łodzi rybackiej! Pusto! Po polskiej stronie - na brzegu, zabudowania gospodarstw i obrobiona ziemia aż do samej granicy, po rosyjskiej - pustka! To chyba najbardziej wymowne symbole!

Ale wracając do Białorusi. Dramat tej ziemi to też i to, że polska ludność - a przede wszystkim jej elity z ich kulturą, chrześcijańską etyką, etosem pracy i wolności - zostały w większości zmuszone do opuszczenia tej ziemi (ci co przeżyli terror Stalina i Hitlera). Czyżby Białorusini nie zdążyli przejąć od Polaków tego umiłowania wolności, inicjatywy, energii w pracy? Ale miejmy nadzieję, że nowe pokolenia białoruskie jak i nowe pokolenie Polaków na Białorusi wspólnie wydźwignie ten kraj z zapaści i skieruje kiedyś ku jednoczącej się Europie. To proces nieunikniony. Niestety chyba długi. Białoruś musi patrzeć ku Polsce - dla swojego dobra. Litwini już to chyba zrozumieli. Oczywiście nie ma mowy o tym, żeby Polska chciała kiedyś zagarnąć Białoruś albo Litwę. Po co? Ale Polska może dopomóc wejść Białorusi do wielkiej wspólnoty europejskiej i dlatego Wasza robota - działaczy polskich, z Białorusi, Litwy, Ukrainy - jest dobrą robotą także dla tych krajów!

Smutno robi się nam, Polakom związanym z Kresami, gdy obserwujemy jak zamyka się coraz bardziej granica ( i ta geograficzna i ta obyczajowo - polityczno - ekonomiczna) pomiędzy dzisiejszą Polską, dążącą w pospiesznym tempie do Europy Zachodniej - a Białorusią, robiącą wrażenie skansenu minionej epoki, obszaru który stanął w miejscu. Przecież obostrzenia na granicy polsko - białoruskiej w dużej mierze wynikają z nacisków Brukseli! A co będzie za 7-8 lat, jak Polska już wejdzie do Unii? Cały czas czujemy jakiś ucisk sumienia, że może my - potomkowie Kresowiaków - za mało robimy dla ziem Kresowych, że w pogoni za naszym dobrobytem zapominamy o Was - "rycerzach z nad kresowych stanic"- jak śpiewają harcerze...

W marcu pochowaliśmy mojego wuja, starszego brata mojej ś. p. Mamy, rocznik 1905 ( do ostatniej chwili był sprawny i o dobrej pamięci). Wuj urodził się w Mińsku. Umiał płynnie mówić po białorusku. Często na targu zagadywał białoruskie handlarki ... po białorusku - a one nie bardzo umiały odpowiedzieć mu prawdziwym językiem białoruskim. Wuj był kuzynem Janka Łuckiewicza - późniejszego Janki Kupały, polskiego szlachcica spod Mińska, katolika, który zrobił się potem znanym białoruskim poetą. Wuj deklamował nieraz jego wiersze - po białorusku.

Obserwując kolegów moich synów - studentów i porównując je z moim pokoleniem studentów z lat 50-tych widzę dużą różnicę na plus... dla obecnego młodego pokolenia. Za moich "socjalistycznych" czasów dużo więcej studenci obijali się, lekceważyli nauką. Byle zdać na najniższy dopuszczalny stopień. Wiele traktowało studia jako ucieczkę przed wojskiem, a nie zdobywanie wiedzy. Co za różnica na jaki stopień zdało się dyplom! I tak obowiązywał "nakaz pracy" ( podobnie jak u was, w Sowietach).Teraz ci młodzi są zdecydowanie solidniejsi w swoim podejściu do zdobywanej wiedzy i umiejętności. Zależy im na dobrych stopniach, na rzeczywistych umiejętnościach, na maksymalnym rozszerzaniu swoich horyzontów. Widzą jak na uczelnie przychodzą prywatne firmy szukać młodych inżynierów czy ekonomistów i chcą rozmawiać tylko z pierwszą dziesiątką w "rankingu"( a czasem nawet tylko z pierwszą trójką najlepszych studentów na kursie). Uważam, że jest to dobra robota kapitalizmu, że nauczył młodych solidniejszego podejścia do studiów i wiedzy! Sprawa w tym, że młodzież widzi swoją przyszłość i zna, że ona zależy od ich samych.

Andrzej Oborski. Warszawa .