Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

80 lat Niepodległego Państwa Polskiego

Do Wilna

"Tygodnik Ilustrowany" nr 20 17 maja 1919 r.

 

Na Białystok, Wołkowysk, Lidę jedzie się jeszcze okolnie do Wilna, trybem wojennym, więc z ciągłą niewiadomością, kiedy pociąg dojdzie do stacji węzłowej, ile czasu tam sobie postoi, kiedy wyruszy dalej. Zrazu to denerwuje, potem nuży, a potem się człowiek przyzwyczaja na modłę owego Litwina, którego powieszono, potem zdjęto z gałęzi cudem ocalonego, a gdy go zapytano jak przeżył wrażenia, odpowiedział: "Zrazu strach, potem nudnawo, a jeszcze potem jeść się zechciawszy".

Oj! jeść zachciawszy nieraz człowiekowi, jadącemu do Wilna! Warszawiak nieraz szafuje tem słowem: "głód". Należy, by wyruszył na Litwę, a zrozumie co to jest głód; wszystko jedno ile masz pieniędzy i ile ofiarujesz za ćwierć bochenka chleba: nie dostaniesz, bo niema, fizycznie niema. Łupił ten kraj Niemiec, łupił bolszewik, aż pozostała pustynia. Bufety kolejowe podobne są do szańców, gdzie dzielna załoga broni ostatkiem sił ataku wygłodniałych podróżnych. W Wołkowysku niema czego bronić, więc depresyjny spokój. Lida - znowu szańcem obronnym.

Obraz i pojęcie głodu narzucają się oczom na każdym kroku. Wzdłuż toru kolejowego na przestrzeni kilkudziesięciu niemal kilometrów przestrzenie ziemi nieuprawnej, zaugorzonej, znać na nich ślady pługa, ale jakby przedwiecznego, zapuszczone chwastem, który już wyrósł w dufne krzaki, zadomowił się zwycięsko. Przed wojną rosło tu żyto, len, ziemniaki, owies, człowiek walczył z naturą, pokonywał ją, więc wypełniał zadanie cywilizacyi. Dziś, po Niemcach, po bolszewikach zapadł wraz ze swą ziemią w stan ugoru, zdziczała jego energia. Nędza! Na stacyach gromadki ludności tutejszej, niechętne ruchowi, któryby wyczerpał ich szczątki sił mięśniowych. Oczy głęboko zapadłe pod czaszkę, twarze wynędzniałe, sczerniałe, ziemiste, strzępy na ludziach, łachmany nie odzież: oto go wojna stoczyła napowrót na poziom biernej natury. Z prochu powstał i w proch za życia obrócił... Zgroza!

Przez Lidę przejeżdżamy w dzień świąteczny. Trafiamy w kościele na nieszpory, połączone z nabożeństwem majowem. Tłum nędzarzy napełnia świątynię po brzegi, szczelnie, człowiek przy człowieku, ciżba. Płynie litania do Matki Boskiej, śpiew inny niż u nas, na regule gregoriańskim oparty, sam przez się przejmujący, błagalny i groźny zarazem, w ustach tego ludu, nawiedzonego dopustem, brzmi wprost rozpacznie, przesyca się jakimś jękiem i jakąś ostatnią nadzieją, po której już ci chyba śmierć, człowiecze, albo cud zbawienia... Jesteśmy w przekroju psychicznym średniowiecza, tak kraj i ludzie Europy wyglądać musiały po przejściu Attyli, Batyja, Czyngis-chana; tak pustoszyły się po dżumach; tak człowiek wracał do swej nagiej mistyki, z której strzelała albo świętość, albo zbrodniczość.

Ściśnięte serce nasze zapada w modlitwę wraz z zebraną ciżbą. "Nie daj, Panie, by się w co innego obrócił ten lud, jeno w świętość polską. Daj mu jeszcze sił, wytrwania, zanim będziemy mogli z ludzkiem przyjść mu pokrzepieniem, zanim przyjdziemy łaknącego nakarmić, ciemiężonego utulić".

Nadludzki ogrom pracy stoi przed Polską, ale dokonać go trzeba. Lud ten musi otrzymać wyżywienie od Polski, musi otrzymać ziarno pod zasiew, opiekę, serce, musi poczuć, że idąca doń Polska jest czemś odmiennym od tych, którzy go tratowali i dusili. Ten lud umie być wdzięcznym. Oto spotykam na jednej ze stacyj jakiegoś chłopa, już starszego, taki sam świątek ludzki, nieruchomy, szary, jakby wyciosany z drzewa i już sczerniały na deszczach. Pytam go o to i o owo. Rozmowa schodzi na wojsko polskie. Oczy świątka naraz jaśnieją uśmiechniętym przebłyskiem, a ręce same wznoszą się ku górze, tym samym niemal ruchem, który od wieków widzisz w kościele, w chwili Podniesienia...

Wojenni polscy, panie! Taż oni, nie uwierzyć, chleba dzieciom dają. Nie syto, bo i sami jego nie mają, ale dają. Litują się głodu dziecięcego!

***

Rano koło dziesiątej wyruszamy z Białegostoku ku Wołkowyskowi. Ziemia białostocka to jeszcze prawowierne nasze Podlasie, jeszcze Korona. Im bliżej Wołkowyska, tem już wyraźniejsza Pogoń. Lud na stacyach rozumie po polsku, ale mówi do siebie po białorusku. Jedzie z nami młody ksiądz jednego z tutejszych dekanatów. Wypytujemy go o stosunki narodowościowe. W jego okolicach prawosławie jest fragmentaryczne. Ogół Białorusinów wyznaje katolicyzm. Czy się czuje Białorusinem? Czy ma poczucie odrębności narodowej? Tak i nie. Od pojęć narodowych silniejszą linią demarkacyjną w jego umysłowości jest pojęcie wyznaniowe. Uważa się za człowieka "polskiej wiary". Natomiast Lachy w Warszawie są, według niego, katolikami. Jest w jego opinii jakaś niejasna różnica między katolikiem a "polską wiarą". Szczerze i głęboko religijny ceni wysoko język polski, bo to jest język Kościoła, w tym języku się modli, to jest język Boga. Białoruszczyzna jest dlań mową doczesną, ludzką, więc w stosunku do mowy polskiej podrzędną. Zaszczyca go ten, co doń przemawia po polsku, ale miło mu znów, gdy z ust "pana" usłyszy swą gwarę. "To dobry pan - nie wstydzi się do człowieka przemówić po naszemu". Splot więc odcieni i odchyleń uczuciowych dość powikłany, - nie da się rozwiązać żadną regułą racyonalistyczną. "Byłoby źle - mówi nasz informator, gdyby pracę oświatową nad tym ludem podjęto tutaj bez naszego udziału, bez udziału ludzi, którzy się zżyli z właściwościami Białorusina; do ludu tutejszego należy przystępować z kategoryami jego myślenia i czucia. Inaczej się go zrazi".

Przed oczami naszemi roztacza się kraj, na którym żyje ten lud, milczący, cichy, nieśmiały, jakby przed wiekami czemś przestraszony i w tym zalęku trwający aż po dziś dzień; lud jakby dziedzicznie małoletni, dużo w sobie mający dziecka, dziecka dobrego lub złego, to już zależy od okoliczności. Lud i ziemia oczekują tutaj kultury. O takich przestrzeniach, jakie tu oczekują pracy, my w Koronie nie mamy pojęcia. Gleba słaba, ale bodaj nie o wiele gorsza od tych piasków owsiano-żytnich w Wielkopolsce, które rygor energii ludzkiej przymusił rodzić nawet pszenicę. Pokolenia inżynierów będą miały co meliorować, drenować, osuszać, czyścić. Pokolenia inżynierów żyć będą ze stawiania fabryk z nawozami sztucznymi. Cała warstwa społeczeństwa wyżywi się z wykuwania pługów i narzędzi dla tych nieprzebranych niw, rozłogów, ugorów i pozornych nieużytków. Tysiące głodnych podzielą się bez niczyjej krzywdy z autochtonami ziemią niczyją, ziemią, której właścicielem faktycznym jest bagno, roztop, karłowaty zagajnik, ni to las, ni pastwisko.

Zaludnienie nie europejsko rzadkie. Można na plancie kolejowym dorachować się czterdziestu wiorst, a nie pojawi się oku żadne osiedle, żadna wieś. Pole, pole; pole potencyalne, pole, które niem będzie kiedyś. My to musimy zaludnić, my musimy dać bogactwo synom tej ziemi. Przed nami stoi otworem droga wychowania cywilizacyjnego.

***

Lida...

Czujemy, że jesteśmy już na terenie wojny. Tu się lała krew polska. Stąd ruszyła wyprawa na Wilno. Tu jenerał Szeptycki rozpoczął działanie, które go już uczyniło postacią w dziejach tej wojny. Wojsko i oficerowie mówią o nim z zapałem. Dał im zwycięstwo i za to go kochają.

Życie tu wre nawskroś wojskowe. Pełno żołnierzy wszelkiego rodzaju broni. Na szynach pociągi sanitarne. Z Lidy dostajemy się do Wilna; pociąg zdobyty na bolszewikach. Wagony wygodne, pomyślane po amerykańsku, na uciążliwość długich podróży obrachowane, więc pozwalające pasażerowi zadomowić się w wagonie. Jest to ten sam pociąg, który kawaleria Beliny zdobyła na stacyi w Wilnie; opowieść wojskowa mówi, że stał na szynach, wypełniony śpiącem żołnierstwem, gotowem do odjazdu. Czerwonogwardziści tak byli dalecy od myśli o ataku na Wilno, że gdy do jednego z wagonów wdarł się już nasz ułan, przywitano go tylko krótkiem istinnoruskiem przekleństwem i zniecierpliwionem rozporządzeniem: "zapiraj dwieri, a to skwozniak" - rozespany niewolnik Trockiego mniemał, że wchodzi jego rodowity konduktor. Ten sam pociąg wyruszył wówczas natychmiast w stronę Lidy, by spotkać idącą piechotę polską i pośpieszniej dostawić ją do Wilna dla wsparcia zdobywców, którym każdej chwili mogła grozić klęska. W drodze swej pociąg znowu przeszedł przez polsko-bolszewickie qui pro quo: oto idąca piechota nasza wzięła pociąg za eszelon bolszewicki i przyjęła go ogniem. To wszystko opowiada nam już w Lidzie lud stacyjny.

Jesteśmy na terenie, który przejdzie do historii, i jesteśmy świadkami, jak w masach tworzy się opowieść historyczna, trwalsza od książek i rywalizująca z dokumentami źródłowymi. Na wyobraźnię gminną wyprawa nasza podziałała piorunująco. Stanęła ona przed oczami ludu, jako coś olśniewającego, zaczarowanego i nieomylnie zwycięskiego. Dusza pierwotna ma przed sobą nową jakby wersyę walki boga białego z czarnym, który przybrał na chwilę kolor czerwony. Bóg biały zwycięża, bóg dobry, bóg sprawiedliwości. Od nas zależy, by olśnienie to utrzymać, nie skazić go żadną szarą, a tem bardziej czarną plamą. Lud na całym obszarze tych ziem pragnie zwycięstwa polskiego, w miarę sił dopomaga mu; idzie pod kulami, by zanieść polskim żołnierzom strawę, dopomódz w dostarczeniu amunicyi nawet do linii ognia, wynieść z tej linii rannych, napoić ich, dać im schron. Takie usposobienie, już wprost bohaterskie, należy cenić, krzewić, doprowadzać umiejętnie do stopnia świadomości obywatelskiej.

W pociągu, poprzedzającym nasz pociąg, jechała delegacja posłów sejmowych z J. Eks. ks. arcybiskupem Teodorowiczem. Podróż ich była pasmem owacyi. Gdziekolwiek pociąg stanął, tam na ich przyjęcie czekały tłumy ludu by ujrzeć swoich posłów, swoją władzę i wyprosić błogosławieństwo kapłana, który musi być ważniejszy nawet od biskupa wileńskiego, skoro jest arcybiskupem. W Jaszunach, w prześlicznej leśnej stacyi, w tych Jaszunach, ongi Jana Śniadeckiego, w tych Jaszunach przesyconych marzeniami Słowackiego, Jego Ekscelencya ksiądz arcybiskup i posłowie sejmowi byli witani przez tłum kilkotysięczny podobno.

Cała linia Lida-Wilno przebiega przez ziemię znacznie bogatszą, niż linia Białystok-Wołkowysk-Lida. Ziemi uprawnej więcej, majątki w większej kulturze. W Bieniakonaich bieleje murowanymi murami stacya naukowa rolnicza, dzieło polskiej inicyatywy, jak zresztą wszystko, co służy tu cywilizacyi. Polskość ludu jeszcze bardziej intensywna, niż tam na litewskiem Podlasiu. Zeszłowieczne promieniowanie Uniwersytetu Wileńskiego nie sczezło z tych okolic; przymarzło w zimie rosyjskiej, ale czeka na wskrzeszenie.

***

Wilno!

Niema takiego zmęczenia i udręczenia, któreby nie pierzchło, któreby nie ustąpiło miejsca uczuciom innym, gdy nareszcie stajesz oko w oko z tym grodem, które uświęcone chyba już jest w swem męczeństwie!

Najbardziej malownicze ze wszystkich miast naszych, mimo wszystkie politury prawosławne i mimo przerażający procent Żydów - polskie w wyglądzie, tradycyi, mowie - w sercach! Polskość, wiara i męczeństwo wypisane na murach i wypisane na twarzach. Oczy ludzkie tu upór łagodności, na ulicach cisza, ludzie milczący. Nie wolno im było mówić na ulicach po polsku - więc przyzwyczaili się nic nie mówić. Przyszli Niemcy - ci pragnęli przekonać siebie i świat, iż Polaków tu niema. Przyszli bolszewicy wreszcie, próba śmierci. Zrozumiecie czem było dla Wilna wejście polskiej kawaleryi, jaka ekstaza przeleciała huraganem przez duszę tych katakumb! Ten dzień Wielkiej Soboty 1919-go roku, a potem uroczysty wjazd Piłsudskiego stały się dla miasta i kraju czemś, graniczącym z cudem. Pokolenia następne powtarzać jeszcze będą, jak im dzisiaj ludzie o dniach tych opowiadali.

Wychodzimy ze stacyi na miasto. Pierwsze, najpierwsze wrażenie mówi nam już o nastroju chwili. Oto na stacyę wkracza oddział kilkuset ochotników; odzież na nich cywilna, ale na czapkach już orzełki i karabin w garści. Nie otacza ich gromkość ulicy, do której tak ochoczo śpieszy nasz lechicki temperament. Ale Polak litewski "przywykszy" do ciszy, do skupienia, jemu nie potrzebny zgiełk zewnętrznego uznania, on w sobie niesie swój milczący entuzyazm, swoją wolę, jakby wyosobnioną z pokładów uczucia. Rozmaitego wieku są ci ochotnicy: są już brodaci mężczyźni, młodzież, nawet chłopaki kilkunastoletnie. Oto jeden z nich w nowym kaszkiecie czarnym tutejszego kroju, kupionym może za ostatni matczyny grosz na tę uroczystość, dostał nawet mundur, wybitnie za duży i spodnie kompromitująco za długie; ma widocznie obawę, że nie uznają jego pełnoletności, więc w ustach trzyma cygaro: tak olbrzymiego cygara nie widywałem już od lat. Na pierwszy rzut oka widać różnorodność pozycyi społecznej w tych nowych szeregach. Jest tu inteligencya, jest proletaryat miejski. Nie najrzadziej spotyka się twarze wiejskie, chłopskie. "My z powiatu" - odpowiada jeden z nich, którego o to zapytujemy. Biura werbunkowe nie mają wiele roboty agitacyjnej. Kraj śpieszy, by dać pomoc krwi wojsku polskiemu.

Wchodzimy w ulice miasta. Uderza nas nędza. Więcej niż połowa sklepów pozamykana. Brud, śmiecie, nawet gnój na chodnikach - sowiecko-republikańskie niechlujstwo. A obok tej nędzy, na tej samej przestrzeni miejskiej pulsuje przecież życie. Całe ono, bez reszty, skierowane jest na drogę militaryzmu. Dudni bruk wozami ciężarowymi, raz po raz przejeżdża wyciągniętym kłusem ułan ze strony okopów ku miastu, lub z miasta ku okopom. Niedaleko one od miasta. Huk armat brzmi nieustannie. Ludności żydowskiej prawie że na ulicach nie widać. Natomiast, w zmniejszeniu, te same obrazy, którymi od listopada słynie Lwów: takie same drużyny malców, uzbrojone, z nieodzownym marsem starego wiarusa na twarzy, takie same oddziały kobiet uzbrojonych; milicya miejska pod karabinem, zrekrutowana z rzemieślników, z rękodzielników. Wojsko ruchliwe na ulicach, automobile pędzące. Czuć, że tu wre robota wojenna, czuć, że wszystkie mięśnie, nerwy, mózg i duch ześrodkowane są w jednej, jedynej przysiędze: "nie damy Wilna!"

I nie dają. Nie pomaga przewaga liczebna i to kilkakrotna, czasem kilkunastokrotna bolszewików; nie pomaga ich przewaga artyleryi, ich pociągi pancerne: wola polska ściągnęła się w węzeł nieugiętości - i zwycięża!

Polsko! czy ty czujesz, że w oczach twoich odbywa się teraz bohaterstwo, jakiego może nigdy u nas nie bywało, nigdy, mimo Grunwaldów, Wiedniów i Kirchholmów? Czy my rozumiemy dość i należycie, że WIELKOŚĆ idzie przez naszą historyę dnia!?

Czy dość i czy w miarę wspomagamy tę Wielkość, która rehabilituje paskarstwo, egoizm, czasem aż podłość strony naszej cywilnej??!!

Chciałbym na jedną godzinę chociaż mieć siłę mowy wielkich pisarzy, by móc wypowiedzieć, czem jest żołnierz polski - by siłą tej wymowy wstrząsnąć obojętność społeczeństwa, by przecie drgnęła, by odjęła sobie od ust, by pośpieszyła z groszem, by zaopatrzyła wojsko w bieliznę, w odzież, by mu nie dawała ginąć w cuchnących lazaretach, by umiała wstrząsnąć zatuczonym już dziś chłopem polskim, gdzie tyle zdrowych wyleguje się, a garść tylko nadstawia serce na kule.

Któż z nas zdoła zawołać głosem nareszcie usłyszanym, że zbrodnią dziś jest żyć wygodnie, syto, szczęśliwie, gdy w niedostatku i nędzy, słyszycie: w nędzy bronią kraj herosy? Kto potrafi wydrzeć wzbogaconym paskarzom ich miliony i oddać je na obronę Ojczyzny?!

Wierzcie mi, kto wrócił z Wilna do Warszawy i ujrzał tu znowu te kabarety, tłumy wylakierowanych nicponiów, tę mizeryę zbierania na tacę, a krocie płacone za kolacyę, - ten miał tylko jedno uczucie. Wstydu, gryzącego wstydu - i żal mu było, że nie jest dzieckiem, by się mógł rozpłakać z bólu.

"Tygodnik Ilustrowany" nr 20 17 maja 1919 r. (zachowano oryginalną pisownię)