Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Dokument

Na nieludzkiej ziemi

 

Drodzy Czytelnicy,

list, który drukujemy niżej jest niezwyczajnym listem, a dokumentem historii Polaków, ich cierpień i marzeń. Szczególnej ważności dla redakcji nabiera fakt, że list został napisany przez jednego z najpłodniejszych autorów przedwojennej "Ziemi Lidzkiej" - Michała Szymielewicza. Niestety niewiele wiemy o przedwojennych twórcach naszego pisma, ale mamy nadzieję, że ten list posłuży do nawiązania kontaktu z rodziną lub znajomymi Michała Szymielewicza. Jednocześnie serdecznie dziękujemy p. Witoldowi Dramowiczowi za przesłanie do redakcji niniejszego dokumentu.

Redakcja.

 

3.01.1959 r.

 

Kochany i Drogi Panie.

Otrzymałem list od pani Katarzyny Klimaszewskiej i jestem bardzo, a to bardzo, uradowany, że uratował się z życiem jeszcze jeden mój dobry znajomy Pan Orechwo. Więc winszuję Pana z Nowym Rokiem i życzę Mu zdrowia, długich lat życia, szczęścia, wszelkiej pomyślności i spełnienia się wszelkich i wszystkich pragnień.

Ja 13 kwietnia 1940 roku zostałem wywieziony razem z żoną swoją i najmłodszą córką, żoną oficera polskiego na Wschód. Wraz z nami było wywieziono z Lidy i powiatu kilka tysięcy dusz. Wywiezionych rozrzucono po kilku rejonach północnego Kazachstanu. Około tysiąca naszych ludzi osiedlili oni w połudzińskim rejonie Siewiero-Kazachstańskiej obłasti, o 40 kilometrów od Pietropawłowska. Tu nieszczęśliwi ludzi zamieszkali po wioskach w nędznych chatkach zbudowanych z dużych niewypalonych cegieł z gliny, gnoju i słomy. Miały te biedne chatki dachy z plecionych łozowych mat osmarowanych gliną. W chatach skrajna nędza i my ile tam mieszkali tylko żyli z tego, że sprzedawali swoje ubrania za kartofle, mleko a bardzo rzadko za jakiś kilogram mąki. Nasi ludzie byli prawie wszyscy to kobiety z dziećmi, żony policjantów, oficerów, sierżantów, urzędników, którzy na wojnie z Hitlerem zostali zabici, zabrani do niewoli niemieckiej, lub zagarnięci przez Sowietów, siedzieli w więzieniach lub obozach w Katyniu, Kozielsku, Starobielsku i innych miejscach. Mężczyzn było bardzo mało i to sami starce. Kto mógł poszedł do pracy. Kto robił w błocie i wodzie cegły, kto wpisał się do kołchozu lub sowchozu. Ja dostałem pracę przy inżynierach, którzy szukali nafty w stepach Kazachstanu. Chodziłem z całą partią po stepach, nocowałem w namiotach. Co człowiek zarobił to zjadł i nie nasycił się. Lato było gorące, 40o ciepła. Przyszła zima, śnieżna, mroźna i długa. Mróz trzymał 30o - 40o. Nasi ludzi zmuszeni byli również iść na ciężkie roboty - oczyszczanie śniegu z kolei żelaznej, na budowanie wież naftowych, a to wszystko w chłodzie, w głodzie i prawie darmo. Przyszła wiosna 1941 r., tylko rozpoczęły się roboty zeszłoroczne, jak wybuchła wojna Stalina z Hitlerem. Ruskich ludzi pobrali do wojska, a nas, Polaków, nie pytając czy chcemy, czy życzymy, załadowali na pociągi i wywieźli za półtora tysiąca kilometrów do Kustanajskiej obłasci, osadzili w namiotach nad rzeką Tobołem i pognali na robotę - kopać i ładować balast na budowę nowej kolei. Tam również w błocie, w głodzie, we wszach spędziliśmy kilka miesięcy. Napadli na nas różne azjatyckie choroby, wrzody, świerzb i licho wie co. Ledwo nie ledwo w jesieni wyrwaliśmy się z tego piekła i po wielkich mękach garstka nas powróciła do Północnego Kazachstanu. Tam by my poginęli, bo za pierwszy rok tylko z naszej grupy Polaków zmarło 50 ludzi, przeważnie z głodu. Ale Pan Bóg jakoś okazał swoje miłosierdzie. Generał Sikorski porozumiał się ze Stalinem, wypuścili polskich więźniów, generał Anders zaczął formować tam polską armię a nas Polaków Ameryka i Angliawzięły pod swoją opiekę. Dali nam taką jaką pomóc i zaczęli odżywać. Ale, gdy nasze polskie wojsko zostało wyprowadzone do Iranu za Kaspijskie morze, to Sowiety wszystkich tych, którzy nie poszli do wojska (kobiety, dzieci, starce) zatrzymali u siebie jako zakładników, ogłosili za swoich poddanych i nakazali dać nam paszporty sowieckie jako ich poddanych. Płacz, jęk, że już nigdy nie powrócimy do swej ojczyzny. Sam ja paszportu tego nie chciałem przyjąć i namawiałem innych, ażeby sprzeciwiali się i nie brali. Twierdziłem wszystkim, że nami opiekuje się Anglia i Ameryka i nasz rząd w Londynie i nam nie dadzą zginąć w Sowietach. Pocieszałem, że wszyscy powrócimy do Polski. Za to mię posadzili do więzienia na dziesięć lat. Ciągali mnie po więzieniach i śledztwach prawie przez cały rok 1943 i w końcu wywieźli do obozu na południe od Karagandy. W zimie przy -30o mrozu wieźli nas pięć dób w bydlęcych wagonach o kawałku suchego chleba i o zimnym wiadrze wody z lodem. W tej podróży odmroziłem sobie nogi. Potem siedziałem przez parę miesięcy na rozdzielczym punkcie w Karabasie skąd mię z czarnymi gniłymi palcami na nogach przewieźli do szpitala w Dolińce. Tam mnie amputowali duże palce na nogach a resztę podleczyli, ale i teraz zawsze mnie bolą nogi szczególnie na zmianę pogody. Przez pięć lat ganiali mię tam z obozu do obozu, żyłem te pięć lat bez koszuli w zdartej, śmierdzącej watówce i w takich spodniach. W końcu 20 marca 1948 r. równo po pięciu latach wywieźli mię razem z innymi nie zdolnymi do pracy Polakami (po amnestii) do Polski.

Moja żona została przywieziona do Polski razem z innymi Polakami jeszcze w 1946 r., tu znalazła starszą córkę nauczycielkę Marię Wosiową i przy niej osiadła w Sopocie. Ja znalazłem adres żony i córki i przyjechałem do nich 20 maja 1948 r. Żona moja będąc w Kazachstanie na ciężkiej pracy poderwała się dostała rupturę i chorowała aż w 1955 r. umarła mając 75 lat wieku i pochowana w Sopocie.

Córka moja, żona oficera mieszkała w Kazachstanie z nami, a gdy formowała się tam polska armia, wypuszczony z więzienia na Biełomor Kanale mąż jej Adam Machnica, odnalazł nas na Kazachstanie, przyjechał do nas, trochę wypoczął i pojechał do polskiej armii, dokąd zabrał potem i swoją żonę, naszą córkę. On jako oficer a ona jako siostra miłosierdzia przeszli Iran, Syrię, Palestynę, gdzie spotkali się z naszymi lidzkimi Żydkami, potym przeszli przez Włochy i byli w tym strasznym boju pod Monte Kassino. Tam zięć został raniony. Teraz mieszkają oni w Anglii, oboje pracują i im tam nieźle się powodzi, a mnie pomagają.

Ja dostałem pracę za stróża przy szkole muzycznej, pilnuję porządku pomiędzy uczniami i dostaję miesięcznie 350 zł., bo mam rentę starczą 548 złotych co miesiąc. Mieszkam przy córce nauczycielce, tymczasem jakoś trzymam się. Mam już 80 lat, głowa i wąsy białe jak śnieg, ale jeszcze chodzę dziarsko i nie garbię się. Na żadną biurową pracę nie poszedłem, bo przy dzisiejszych porządkach człowiek raz na wozie i raz pod wozem. A stróżowi o nic głowa nie boli, patrzy żeby była podłoga czysta, żeby uczni nie dokazywali, żeby kto czego nie skradł albo nie zepsuł.

Pocieszałem swoich ludzi w Kazachstanie, a teraz i tu pocieszam. Przyjdzie czas i wszyscy i my, kto doczeka, powrócimy do swej kochanej Ziemi, kto do Lidy, kto do Kaczanowa. Bądź pan pewny , że jeszcze przylecisz piechotą z Lidy do swej ziemi, do swego domku i do swego młyna, obejmiesz go za węgieł i będziesz płakał łzami z radości, że po tylu latach i mękach jednak dobił się do swej miłej własności.

Ale tylko trzymaj się i nie upadaj na duchu. Tak będzie jak piszę. Proszę pisać do mnie. Ciekaw jestem co się stało z Baranowskimi i Janem Szeptunowskim?

Ściskam Pana serdecznie. Michał Szymielewicz.