Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Z "Ziemi Lidzkiej" międzywojennej

Lida w latach wielkiej wojny

 

I.

Lato 1914 r. wypadło gorące i suche. W czerwcu i lipcu skwar dochodził 40o C w cieniu i przez kilka tygodni nie spadło ani kropli deszczu. Woda w rzekach i stawach spadla. Na Niemnie od Morynia do Orli gęsto osiadały na mieliznach tratwy i tamowały spław. Powietrze napełnione było dymem. Na południe za Niemnem w dzień wiły się obłoki dymu a w nocy przyświecały dalekie luny: to paliły się lasy. W Romanowcach nad Lebiodą i w Żyżmie nad Żyżmą pod kłębami białego dymu tlały torfowiska. Zwykle mokre błota Dokudowskie i Dzitwiańskie były tak suche, że przez nie jeżdżono jak po polu. W wiejskich kościołach i cerkwiach odprawiano modły o deszcz, pola obchodzono procesjonalnie z obrazami, chorągwiami i pobożnym śpiewem.

Urodzaj siana i koniczyny w tym roku w powiecie lidzkim był dobry. Kośba i suszenie traw przeszły bardzo szczęśliwie. Ponieważ łąki były suche i łatwo dostępne, więc nie zakładano tam stogów na zimę, a wożono siano wprost do wsi. Urodzaj żyta i jarowych był naogół bardzo dobry, a kartofle urosły duże i zdrowe. Grzybów w lasach nie było, jagody zaś aczkolwiek obrodziły obficie, z powodu gorąca i suszy prędko dojrzały i znikły. Owoców w sa­dach nie było za dużo, za to miodu - pod dostatkiem. Słowem rok był porządny, omal że nie płynący mlekiem i miodem. Na polach wszystko dojrzało jednocześnie i do zbioru plonów brakło tylko rąk. Kosiarzom płacono po 1 rublu, a żniejom po 60 kopiejek dziennie - dwa razy drożej jak w roku ubiegłym.

Lida jak zwykle na lato wyludniła się: inteligencja chrześcijańska i żydowska wyroiła się na letniska, a nawet do Druskienik na słone wody, zaś młodzież szkolna - na wieś do domu lub do kolegów. Lasy i brzegi rzek napełniły się szwendającymi się mieszkańcami miasta: urzędnikami, karmnikami, nauczycielami i młodzieżą. Tam i ówdzie w cieniu karczowatej olchy wisiał gdzieś nad Wersoką albo Solczą z wędką w ręku osmalony na Indianina gimnazistka, a po lasach z koszykami lub dzbanuszkami w ręku ubrane na kolorowo i byle jak uczennice gimnazjum Nowickich w Lidzie. Wieczorami na stacjach i przystankach kolejowych skupiała się letniskująca publiczność kogoś spotkać lub odprowadzić albo poprostu pogapić się na przechodzący pociąg. Gdzieś wśród szpi­rejów i jaśminów, pod płotem, kilku chłopców z mandoliną, gitarą i bałałajką w ręku, wycinało nieśmiertelne "Korobiejniki", "Świeci miesiąc" albo "Walc wariata".

28 (15) czerwca w Sarajewie Gawryło Princip jakoś tak, łatwo oddał parę strzałów, którymi rozpoczął się pożar Wojny Światowej. W Lidzie po przeczytaniu w gazetach o tym wypadku ściskano plecami i dziwiono się, po co trzeba było zabijać następcę tronu Austro-Węgier i w dodatku z małżonką? Zresztą pokolenie, które przeżyło kilka krwawych wojen i pamiętało zabójstwa: Aleksandra II, prezydenta Carnot'a, cesarzowej Elżbiety, Obrenowiczów, w. ks. Ser­giusza Aleksandrowicza, Stołypina i tylu innych, które ostukało się z wykonaniem wyroków rewolucji rosyjskiej l905 r., kiedy to dyg­nitarzy wszelkiej rangi i autoramentu mordowano jak kogutów w bażantarni, wcale nie przejęło się strzałami sarejowskimi. Zresztą, kto wie, czy Hapony i Rzefy byli wynalazkiem wyższych sfer tylko carskiej Rosji? Pogadali na temat Sarajewa i zapomnieli. Daleko większe zaciekawienie wzbudziło w społeczeństwie usiłowanie zabójstwa w siole Pokrowskim, het aż w tobolskiej guberni, Grzegorza Rasputina Nagich, któremu w parę tygodni po wypadku sarajew­skim, jakieś babsko na przystani rozpruło brzuch nożem. Rasputin, prosty chłop syberyjski, był sławny w całym państwie Rosyjskim: był on zdolny tylko "zamową" wstrzymywać krwotoki małego następcy tronu rosyjskiego w. ks. Aleksego, miał wolny wstęp do cara i carycy i cieszył się ich zaufaniem i przyjaźnią. Wśród pe­tersburskiej arystokracji słynął Rasputin jako pobożny starzec pełen namaszczenia duchowego i daru prorokowania. U nas, na prowincji, o tym świętym starcu pełzały wręcz przeciwne gadki, które prze­kazywano dobrym znajomym na ucho, a przy tym uśmiechano się z przymrużonym okiem. Być może i incydent Rasputina był obmyślany, wykonany. i potym rozdmuchany tylko celem odwrócenia uwagi tłumów od nasuwającej się jak czarna chmara katastrofy i skierowania tej uwagi na inny przedmiot. A tymczasem jak zwykle pracowano, urzędowano bawiono się w preferansika, zbierano się w Lidzie w restauracji sławnych braci Winogradowych na bibki, kochano się, kłócono i męczono się w codziennym szarym życiu. Mali ludzie jak robaki wili się koło swoich małych codziennych spraw, a wielcy ludzie obrabiają wielkie interesy. I w to szare co­dzienne życie uderzyła jak grom z jasnego nieba wojna!

II.

Powiat lidzki w 1914 r. składał się z dwudziestu trzech gmin: lidzkiej (Dubrownia), dokudowskiej, honczarskiej, bielickiej, żołudzkiej, orlańskiej, rożankowskiej, szczuczyńskiej, lackiej (Dziembrów), ostryńskiej, dubickiej (Narosze), pokrowskiej (Narbutowo), wasiliskiej, lebiodzkiej, tarnowskiej (Bialohrud), mytlańskiej, zablockiej, koniawskiej, ejszyskiej, bieniakońskiej, aleksandrowskiej (Poleckiszki) i żyrmuńskiej, i należał do składu guberni wileńskiej. Ówczesny obszar powiatu wynosił 5615,7 km . kwadratowych, a liczba mieszkańców (oprócz m. Lidy) dochodziła 250.000. Obszar gmin lipniskiej, siedliskiej, subotnickiej i iwiejskiej obecnie należący do powiatu lidzkiego w tamtym czasie wchodził w skład powiatu oszmiańskiego, który swoim obszarem ( 6885,1 km ) oraz ilością mieszkańców (do 270.000) przewyższał wszystkie powiaty guberni wileńskiej. Pierwszym urzędnikiem i reprezentantem powiatu lidzkiego był powiatowy marszałek szlachty Polak Ludwik hr. Grabowski, potomek w prostej linii króla Stanisława Augusta od morganatycznego jego małżeństwa z panią Grabowską. Pod względem sądowo-administracyjnym powiat był podzielony na 8 okręgów z ziemskim naczelnikiem w każdym okręgu, a pod względem policyjnym na 5 rewirów (stanów) policyjnych z siedzibą komisarzów policji w Werenowie, Ejszyszkach, Szczuczynie, Wasiliszkach i Bielicy. Na czele policji powiatu stal "sprawnik" powiatowy Eugeniusz Grote de Buko. Stolicą powiatu było miasto Lida, gdzie lokowały się wszystkie urzędy powiatowe: kancelaria marszałka szlachty, opieka szlachecka, urząd poboru do wojska, zjazd powiatowy, urząd policji, komisja urządzeń rolnych, inspektorat skarbowy, kasa skarbowa, urząd 5 okręgu akcyzy, urząd powiatowego naczelnika wojskowego, inspektorat szkolny i t. d. Miasto Lida posiadało 16.000 mieszkańców, miała gimnazjum państwowe męskie, prywatne gimnazjum Teodora i Wiery Nowickich żeńskie, dwa prywatne progimnazja, wyższą szkołę początkową, dwie szkoły parafialne - męska i żeńska, szkołę ludową, talmud-torę i sławny jeszybot rabina Rajnesa. W Lidzie były ześrodkowane fabryki i zakłady: dwa browary piwne - jeden Papirmejstra, a drugi Pupko, gorzelnia Strugacza, tartak Polaczka, odlewnia br. Szapiro, fabryka tytoniowa Wileńczyka, fabryka mydła Kiwelowicza, rozlewnia monopolu spirytusowego, oraz hurtownie kolonialne i spożywcze tudzież zakłady bankowe: Towarzystwo wzajemnego kredytu, Żydowski bank spółdzielczy i kantor bankierski Januszkiewicza. Dzięki położeniu swemu na skrzyżowaniu się dwóch dużych kolei żelaznych, Lida swoimi wy­robami fabrycznymi, składami towarowymi, kredytem i zakładami szkolnymi promieniowała na znaczną przestrzeń: od Wilna do Baranowicz i od Mołodeczna do Wołkowyska. Burmistrzem miasta był Leon Piotr Wismont radca dworu, a zastępcą jego Bolesław Giejsztowt podpułkownik w st. sp., obaj lidzianie Polacy i obaj z wyborów.

Pod względem wojskowym w Lidzie zawsze, od czasu rozbio­rów, niezmiennie kwaterowała jakakolwiek formacja wojska. W 1872 - l887 r. tu się lokował sztab 4-go pułku Dońskich koza­ków, przy czym sam pułk był rozmieszczony częściowo w mieście, a częściowo w okolicach miasta. W 1887 - 1891 r. przebywał tu 2-gi batalion kolejowy, po którego wyprowadzeniu do Baranowicz; przeniesiony został do Lidy z Dynaburga 89 rezerwowy batalion piechoty. Ten batalion następnie został przeformowany na dwu batalionowy 185-ty Lidzki rezerwowy pułk, z którego potem utworzono 4-ch batalionowy l72 Lidzki p. p. Pułk ten początkowo lokował się w wynajętych przez miasto na koszary domach prywatnych, a gdy, wobec zwiększenia się liczbowego stanu pułku, pomieszczeń brakowało, niektóre części pułku roz­mieszczano w maj. Nieszykowszczyznie pod Lidą, w Bielicy, a na­wet w Olkienikach. 28 (15) maja każdego roku pułk wychodził na letni obóz pod Orany, skąd powracał zwykle 28 (15) września. W 1908 - 1912 r. na gruncie ofiarowanym przez miasto, wojskowa komisja budowlana pod przewodnictwem generał-majora Kannabi­cha wybudowała dla Lidzkiego pułku obszerne i wygodne koszary, do których pułk wprowadzono w l9l2 r. W pułku odbywali służbę czynną żołnierze wyłącznie pochodzący ze środkowej i wschodniej Rosji. Oficerów Polaków tutejszego pochodzenia było zaledwie kilku. Dowodził pułkiem pułkownik Włodzimierz Romanów.

Po demobilizacji Mandżurskiej armii, w 1906 r. została przesunięta do Lidy z Dalekiego Wschodu 9-ta kompania żeglugi po­wietrznej, którą rozlokowano początkowo w prywatnych budynkach przy ulicy Wileńskiej, naprzeciwko cmentarza prawosławnego. W 1910 r. w Lidzie sformowano 4-tą kompanię lotniczą. Wspom­niana komisja budowlana na przejętych przez skarb państwa gruntach maj. Perepeczyce Jana i Michała Sadowskich, dla tych for­macji wybudowała koszary oraz inne potrzebne budynki, a w tym i ogromny eling na sterowce - drewniany na żelaznym szkielecie. Łącznikiem pomiędzy cywilnymi urzędami a wojskowymi był tu powiatowy naczelnik wojskowy, który przyjmował od urzędu poborowego zakwalifikowanego do służby czynnej rekruta, segregował go i odsyłał do pułków. Po odbyciu służby czynnej prowadził ewidencje rezerwistów, utrzymywał kadry pospolitego ruszenia, przechowywał na wypadek mobilizacji umundurowanie itd., a ponad wszystko z urzędu był komendantem miasta. Naczelnikiem wojskowym w Lidzie w tym czasie był ppłk. Korownikow.

Głównym ośrodkiem wojskowym tych ziem było Wilno: tu stale przebywał dowodzący wojskami wileńskiego okręgu wojsko­wego, tudzież sztab tego okręgu ze wszystkimi swymi oddziałami i zarządami, dowództwo 3-go korpusu armii, zarządy 27-ej i 43-ej dywizji, kilka pułków piechoty i kawalerii, artyleria, formacje inżynieryjne itp. Dowodzącym wojskami wileńskiego okręgu był generał adiutant, generał od kawalerii Paweł fon Rennenkamph, który w wypadku wojny automatycznie stawał się dowodzącym armia.

Takie miasta jak Wilno, Kowno, Grodno, Lida, Baranowicze, Słonim i in., dobrobyt swój i rozrost zawdzięczały obrotom hand­lowym, jakie w nich wzmagał stały kwaterunek wojska. Inne miasta Powiatowe - Nowogródek, Oszmiana, Wilejka itd. w których brakowało tego "źródła życiodajnego" były skazane na nędzę i powolne wegetacje.

III.

W Dumie Państwowej w Petersburgu oraz w prasie rosyjskiej od dłuższego czasu potrącano o sprawę dozbrojenia armii. Lewicowe partie sprzeciwiały się wydatkowaniu pieniędzy na popieranie militaryzmu i propagowały pacyfizm. W drugiej połowie czerwca, w czasie pobytu w Petersburgu prezydenta Francji Puancare, strajkowała tam ogromna ilość fabrycznych robotników z ulicznymi demonstracjami i użyciem gwałtów. Tu, w Lidzie, rozumieliśmy, że to ktoś niechętny Francji w ten sposób przekonywał Francuzów o niepewności Rosji jako sojusznika już podminowanego przez rewolucję. A tymczasem z powodu zabójstwa sarajewskiego toczyły się rozmowy dyplomatów. 23 (10) lipca Austro-Węgry złożyły w Belgradzie ultimatum z żądaniem odpowiedzi do godziny 6 wie­czorem (18) dnia 25 (12) lipca. Ponieważ odpowiedz Serbii nie zadowoliła Austro-Węgrów, więc tegoż samego dnia te ostatnie odpowiedziały częściową mobilizacją, 26 (13) lipca zerwały stosunki z Serbia, a .w dwa dni później zaczęły bombardować Belgrad. Rosja od dawna rywalizowała z Austro-Węgrami o pierwszeństwo na półwyspie Bałkańskim, więc ujęła się za Serbią. Nie ulęgało wątpliwości, że Francja wystąpi po stronie Rosji. Austro-Węgry opierały się na Rzeszy Niemieckiej, która w myśl traktatu trójprzymierza obowiązana była udzielić im wszelkiej pomocy w razie wojny. Roz­strzygnięcie sprawy pokoju lub wojny leżało w ręku Anglii, bez której poparcia Rosja i Francja nie chciały ryzykować walki z Niem­cami. O tym wszystkim otwarcie pisano w gazetach i zupełnie swobodnie rozmawiano na ulicy. Ludność prorokowała wojnę na szerszą skale. Narastał lek i zdenerwowanie. W powietrzu mocno zapachniało prochem, ale naogół nie przypuszczano aby cywilizo­wane narody, XX wieku "wzbiesiliś od żyrra" - (oszalały od tłuszczu) i rozpoczęły najwstrętniejsza rzeź w całym świecie.

25 (1) lipca rano w Lidzie na stacji kolejowej, jak również i na innych stacjach wywieszono telegraficzne zawiadomienie, że koleje zdejmują z siebie wszelką odpowiedzialność za terminowy przewóz ładunków towarowych. Była to pierwsza urzędowa jaskółka zwiastująca zbliżającą się burzę. W tym ze dniu w obozie pod Ora­nami, gdy artyleria wystawiła na ćwiczebnym poligonie swoje ar­maty i już miała rozpocząć strzelanie, otrzymano telegraficzny roz­kaz natychmiastowego zwinięcia obozu i wymarszu wszystkich przebywających pod Oranami wojsk do miejsc ich stałego postoju ­na zimowe kwatery. Jednocześnie wezwano obozującą tamże wileńską szkołę wojenną i najzupełniej nieoczekiwanie naczelnik szkoły generał-major Adamowicz odczytał rozkaz najwyższy o no­minacji około 170 junkrów ostatniej klasy na oficerów. Nominacja zwykle zapadała 19 (6) sierpnia w dniu święta Przemienienia Pańskiego. Nowomianowanym oficerom narazie doręczono jedynie oficerskie szable, gdyż umundurowania nie były jeszcze gotowe. W ciągu kilku godzin cały obóz Oranski został zlikwidowany i wojsko rozpoczęło wymarsz. Wśród żon oficerów i podoficerów powstał prawdziwy popłoch. Rzucano prosięta, kury, garnki i roz­maite sprzęty i zmykano jak najspieszniej do miast.

W niedzielę 26 (13) lipca przybyli z Oran pociągami do Lidy wojskowi i szczególnie ich żony roznieśli po mieście straszną wieść: wojna! W tymże dniu przybyła z Oran do Lidy cześć Lidzkiego pułku i niezwłocznie objęła ochronę kolei. Wszystkie tory, mosty, wodociągi i w ogóle zabudowania i urządzenia kolejowe zostały obstawione uzbrojonymi żołnierzami, zamknięto wyjście na peron itp. Dla nas, cywilów, to wszystko wyglądało tak dziwnie i nie­samowicie. Policja i żandarmi kolejowi niby pod ścisłym sekretem puszczali wieści, że ochrona i pogotowie to są tylko środki zapobiegawcze w oczekiwaniu na zbliżający się generalny strajk kolejarzy. Wiejska ludność, zajęta swoimi codziennymi sprawami i kłopotami w najmniejszym stopniu zastanawiała się nad katastrofą, jaka się nań nasuwała. W niedziele najbliższą, jak i w następne, w kościołach i cerkwiach modlono się, po nabożeństwie brano śluby, w domach na wsi sprawiano chrzciny i huczne wesele z muzyką, tańcami i sutym polewaniem tych rodzinnych godów.

29 (16) lipca Rosja zarządziła mobilizację kijowskiego, moskiewskiego i kazańskiego, okręgów wojskowych. O tym dowiedzie­liśmy się z gazet pod wieczór dnia następnego, we czwartek 30 (17) lipca. Na ulicy Wileńskiej (Suwalskiej) w Lidzie stali grupkami żydzi, czytali świeżo otrzymane z pociągu gazety i komentowali każdy na swój sposób bieżące wypadki. Nasze ziemie jeszcze nie były objęte zarządzeniem mobilizacji i ogólne przekonanie było wśród ludzi takie, że Rosja tylko "demonstruje" i że do wojny nie doj­dzie, bo nikt wojny nie życzy. Zresztą, sprawy bałkańskie są dla Rosji w ogóle zupełnie obce i najmniej pomagają jej i szkodzą; słusznie więc powiedział przed kilku laty minister spraw zagranicznych Izwolskij, że niema najmniejszego sensu zmuszać riaziańskiego chłopa do przelewania krwi swojej za obce dla niego interesy serbskie. Nad Lidą unosił się w ćwiczebnym locie brzęczący jak trzmiel samolot - Farman. Samolot zrobił koło nad rynkiem i pomknął na wschód. Raptem Farman zaczął szybko opadać. Ludność tłumnie rzuciła się z ulicy Wileńskiej do zaułków: Tureckiego, Szklanego, Komercyjnego i Policyjnego, myśląc, że samolot spadnie na olszynę koło rz. Lidziei. Lecz pilot szczęśliwie maszynę: wyprostował i znowu, wyfrunął pod obłoki. W tym czasie powracająca z zaułków grupa gapiów ujrzała na Wileńskiej ulicy spiesz­nie jadącego w dorożce w kierunku Urzędu Policji (dziś Bank Wileński) podenerwowanego sprawnika Grote de Buko z depeszą w ręku. W jednej chwili ulica zrozumiała, co to znaczy. Mobilizacja i ulica się poruszyła. Do późnej nocy miasto nie spało. Każdy wiedział, że wojna jest nieunikniona i że nikogo ona nie pominie.

Mobilizacje na miejscu miały przeprowadzić: urząd naczelnika wojskowego, urząd poborowy i policja. Marszałek szlachty hr. Gra­bowski, przewodniczący komisji poborowych, od wiosny poważnie cierpiał na kamienie żółciowe i nerkowe i kurował się w Peters­burgu. Obowiązki jego pełnił ziemski naczelnik 1-go rewiru Michał Trofimow, porucznik rezerwy. Sprawnik powiatowy Grote de Buko, kapitan rezerwy, już się był przedtem podał do dymisji zamierzając przejść na zasłużoną emeryturę, a tymczasem korzystał z udzielonego mu urlopu. Wobec tak wyjątkowych wypadków, gubernator wileński Wierowkin przerwał mu urlop i kazał stanąć do pełnienia obowiązków urzędowych. W tych urzędach już od kilku dni praco­wano, szykując najrozmaitsze pisma związane z mobilizacją ludności wiejskiej w powiecie. Dało licho, że w tym ze czasie w Bie­niakoniach spalił się urząd gminny z szafką, w której były prze­chowywane papiery mobilizacyjne. Na ten temat dużo gadano, lecz wypadek żadnych następstw nie pociągnął, oprócz wzmożonej pracy koło przywrócenia zniszczonych pism. Praca w urzędach trwała w dzień i w nocy. (30) 17 lipca o godzinie 11 w nocy pełniący obowiązki marszałka Trofimów otrzymał depeszę, której treść dawała do myślenia, że czynności mobilizacyjne należy wstrzymać. Wszyscy pracujący w urzędzie poborowym na ten słaby promyk nadziei odetchnęli z ulga, lecz do domu nie poszli. W parę godzin później nowa depesza odwołała poprzednią i nakazała dal­szy ciąg pracy. Gdy zabrakło jakichś druków, policja budziła śpiącego już drukarza Ajzika Epsztejna, sprowadzała do drukarni jego pracowników i druki na czas musiały być wykonane. A tymczasem policja konna przez cała noc cwałowała wszystkimi drogami do gmin i komisarzów policyjnych doręczając zarządzenia mobiliza­cyjne.

IV.

W piątek 31 (18) lipca Lida i wszystkie wioski w powiecie ukwieciły się w kolorowe plakaty; z tych 1). czerwone powoływały pod broń szeregowych z rezerwy, 2). niebieskie - pospolite rusze­nie z poboru 1908 - 1913 r tudzież starsze roczniki zaliczone do pospo­litego ruszenia z rezerwy, 3). białe nakazywały stawianie koni do poboru, i 4). białe podawały ceny na przedmioty ekwipunku jakieby powoływani przynieśli ze sobą. Ponadto duży plakat z podpisem dowodzącego armią generał adiutanta gen. von Rennenkampha powiadamiał mieszkańców miast i wsi o solidarnej odpowiedzialności za całość kolei, telegrafu i innych środków komunikacji i łączności. Jednocześnie dowodzący armią zakażał sprzedaży alkoholu tak w rządowych jak i prywatnych miejscach sprzedaży. Miasto i wieś były zaskoczone mobilizacją i przerażone, nikt bowiem przed kilku jeszcze dniami nie przypuszczał, ażeby wypadki zaszły tak daleko. W kawiarni Malinowskiego (dziś sklep Berdowskich pod kinem "Edison") oficerowie lidzkiego garnizonu popijali kawę i nadrabiając mina politykowali na temat: "Giermancom sledujet pobit' mordu !" (Niemcom należy stłuc mordę). Natomiast tłumy inteli­gencji i szarej masy jak na komendę rzuciły się do okienek kas oszczędności, do banków i kantorów bankowych z żądaniem zwrotu wkładów. W Lidzie przy kasie skarbowej stał zwinięty w kilkanaście zwojów półkilometrowy ogonek zawierający półtora tysiąca obywateli, którzy się w odpowiedniej chwili skupili z zamiarem wydarcia swoich wkładów. W Wilnie, w Banku Państwowym, natłok samej doborowej publiczności był tak wielki, że szykownie poubiera­ne panie podarły na sobie najmodniejsze stroje, potrąciły brylanty i kapelusze, oszarpały sobie twarze, a nawet powykręcały i połamały ręce. Z przerażeniem powtarzano z ust do ust "straszną" wieść, że zapasy złota z Wilna już zostały wywiezione do Niżniego Nowo­grodu. Urzędnicy zachowywali olimpijski spokój i wypłacali żądane kwoty bez najmniejszego sprzeciwu.­

W sobotę 1 sierpnia (19 lipca) od samego rana z najdalszych zakątków powiatu lidzkiego wszystkimi drogami zdążały na wozach i pieszo tysiące powołanych do wojska ludzi i prowadzonych koni. Tłum mobilizowanych posuwający się traktem grodzieńskim z południowo-zachodniego rejonu powiatu zaatakował sklep monopolowy w Orlance nad Dzitwą i sklep ten po zdemolowaniu i rozchwytaniu wódki spalił, wraz z ogromną staroświecką karczmą hr. Maurosa, położoną na drugiej stronie traktu. Podobne ekscesy miały miejsce i w innych powiatach, a gdzie - niegdzie w patriotycznym pod­nieceniu rozgromiono sklepik miasteczkowy i potłuczono sklepikarza żyda. Była to stara reguła rosyjska, od której zaczynano każ­dą wojnę. Barwnie przedstawił taki pogrom na Zaporożu Mikołaj Gogol w Tarasie Bulbie, a Gogol był uznany za koryfeusza literatury rosyjskiej na którego pismach, jako na wzorze nienawiści do Polaków i żydów, hodowano cale pokolenia carskiej Rosji. W kilka dni później w gazetach wileńskich i na rogach ulic miasta i wsi czytaliśmy ogłoszenia, że zgodnie z zarządzeniem dowodzącego armią generał adiutanta von Rennenkampha, z wyroku sądu doraźnego stracono przez powieszenie czterech winnych pogromu i podpalenia - bez wymienienia ich nazwisk i miejsca przestępstwa. Na kolejach zostały odwołane wszystkie pociągi pasażerskie, przechodzące przez Lidę. Z innych kolei żelaznych przysłano do Li­dy pomocnicze brygady maszynistów, konduktorów i wszelkiego rodzaju specjalistów kolejowych, oraz dużo lokomotyw. W dzień i w nocy prawie bez przerwy już mknęły pociągi wojskowe ze wschodu na zachód. Zaledwie z dwunastogodzinnym opóźnieniem przeciskały się szczelnie zastawionymi torami pociągi pocztowe. Wjazd do Wilna i wyjazd bez zezwolenia władz został zakazany. Burmistrz Lidy Wismont spędzał swój urlop nad Czarnym morzem i wezwany stamtąd telegraficznie mógł przybyć do Lidy z opóźnieniem po uzyskaniu zezwolenia na wyjazd. Obowiązki burmistrza pełnił zastępca jego Giejsztowt. Sprawa kwaterunku wojskowego obowiązywała Magistrat i cały ciężar wykonania tego obowiązku spadł na kancelistów Magistratu, w szczególności na paszporcistę Józefa Jakubowskiego. Bez wypoczynku i jadła latał on po mieście, wyznaczał kwatery, urządzał kuchnie i herbaciarnie, budował koniowiązy, gromadził furaż dla koni. Wszystkie piekarnie miejskie zostały zajęte do wypieku chleba dla zmobilizowanych. Na kwaterunek przybywających ludzi zarekwirowano: gimnazjum męskie przy ul. Komercyjnej, gimnazjum żeńskie Nowickich przy ul. Ka­mionskiej (3 Maja), wyższą szkołę początkową pod zamkiem (ul. Gedyminowska), obydwie szkoły parafialne, jeszybot, klub towarzystwa straży ogniowej, piwiarnie i inne lokale. Pięciotysięczny tłum ludzi i parotysięczna stadnina końska spadły na Lidę wszakże przygotowaną do ich przyjęcia. Rejestracja i oględziny powołanych do wojska odbywały się w parku miejskim przy ulicy Ka­mionskiej (3 Maja, dziś plac obok Banku Ludowego), ocienionym w tamte czasy stuletnimi olchami. Tu stała zbudowana z desek duża buda z ławkami dla siedzenia pod otwartym niebem, nazy­wana letnim teatrem, tu zwykle zajeżdżały wędrowne cyrki, tu urządzano ludowe zabawy, karuzele itp. Tu właśnie pod otwartym niebem zasiadały komisje z lekarzami i gromadził się przerażony i bezwolny tłum szarych ludzi odrywanych od domu, rodziny i swo­ich codziennych prac i kłopotów. Z huczącego tłumu czasem donosił się beznadziejny jęk kobiecy lub płacz dziecinny. Pamiętni tego, że w 1904 r., w czasie wojny z Japonią, zwalniano od po­wołania do wojska tych szeregowców, którzy mieli nie mniej czworga małoletnich dzieci, niektórzy powołani ściągnęli ze sobą na wozach kupy dzieci z urzędowymi dowodami o składzie rodzin, w nadziei, że w ten sposób się uratują przed wcieleniem do woj­ska. Niestety, nie jeden z nich dzieci swoich więcej już nigdy nie oglądał. W tamte czasy w całym lidzkim powiecie prowadzona była nieduża ochronka jedynie w Żołudku z funduszów ks. Swiatopełk Czetwertyńskich. Porzucone przez ojców dzieci dalszy los swój winne były tylko jedynie miłosierdziu ob­cych ludzi. Dwory i dworki w miarę możności, nie wyrzucały z mieszkań pozostałe po mobilizacji żony i dzieci parobków i w nadziei na rychły koniec wojny wypłacały im należną mężom i ojcom gażę i ordynarię.

Jednocześnie odbywał się w Lidzie na wygonie (później plac ks. Falkowkiego), na trakcie wileńskim przy cmentarzu prawosławnym i na trakcie nowogródzkim przy cmentarzu rz. katolickim pobór koni. Większość chętnie wyzbywała się koni za dobrą cenę, ale dużo było takich, że płakali, rozstając się ze swymi współpracownikami i ulubieńcami. Komisje pracowały jak maszyny. Szepta­no, że na mobilizacji koni ten i ów dobrze się obłowił.

Zakwalifikowanych do wojska mężczyzn z punktu pędzono do zamku, gdzie ich według rodzaju broni segregowali podoficerowie wojskowego naczelnika, a stąd piechotą odprowadzano do koszar lidzkiego pułku, inne zaś rodzaje broni i pospolite ruszenie młodszych roczników - do pociągów i odsyłano w niewiadomym kie­runku. .

Oficerowie rezerwy i emeryci wojskowi udawali się z karta­mi powołania do urzędu wojskowego.

V.

Tymczasem w nocy przed 1 sierpnia (19 lipca), jak o tym nieco później przeczytaliśmy w gazetach, w Petersburgu hr. Purtales ambasador niemiecki doręczył Sazonowowi ministrowi spraw zagranicznych notą z żądaniem odwołania mobilizacji i z uprze­dzeniem, że gdyby Rosja tego nie uczyniła przed upływem 12 go­dzin od czasu doręczenia tej noty, Niemcy wydadzą zarządzenie mobilizacji swojej armii. Po przeczytaniu noty minister Sazonow rzucił zapytanie: A więc wojna? Nie - odpowiedział ambasador, - to tylko krok ód wojny. Mobilizacja niemiecka była tak skon­struowana, że w każdej chwili mogła być cofnięta i znowu konty­nuowana, natomiast rosyjska, jak opowiadano, była nieodwołalna. Wstrzymanie lub cofniecie rozpoczętej mobilizacji powodowałoby chaos i ogromne straty materialne, przy czym kontynuowanie mo­bilizacji stałoby się możliwym jedynie od początku, na zasadzie, ułożonego nowego programu. Co znaczyło sporządzenie nowego programu mobilizacji i ileżby czasu to zabrało, o tym mogli sądzić tylko znawcy, a tymczasem nieprzyjaciel mógłby przejść całą Rosję marszem spacerowym. Rosyjska mobilizacja była lawiną, której nie sposób było wstrzymać. Około godziny 7 wieczorem 1 sierpnia (19 lipca) ambasador niemiecki przybył do ministerstwa spraw zagranicznych z notą wypowiedzenia wojny; ale przed tym, jak miał doręczyć notę ministrowi Sazonowowi, oświadczył, że gdyby rząd ro­syjski już zarządził lub przynajmniej zgodził się zarządzić demo­bilizację, noty tej nie doręczy. Sazonow odpowiedział, że żadnych zastrzeżeń nie uwzględnia i proponuje doręczyć mu notę. Ambasador notę doręczył, przy tym bardzo się denerwował i ręce tak mu drżały, że ledwo nie upuścił noty na podłogę. Notę odesłano natychmiast carowi do Peterhofu. Wieczorem tegoż dnia w Berlinie cesarz Wilhelm z balkonu swego pałacu nawoływał, tłumy manifestujące z powodu wypowiedzenia wojny, do modłów za sławne niemieckie wojsko. "Obnażyłem swój miecz - kończył cesarz - i włożę go w pochwę z honorem". 2 sierpnia (20 lipca) w Petersburgu w Zimowym pałacu car Mikołaj II po nabożeństwie zwrócił się do zgromadzonych tam przedstawicieli armii i floty również z mową, którą zakończył: "Uroczyście tu oświadczam, że nie zawrę pokoju do tej chwili aż ostatni żołnierz nieprzyjacielski ustąpi z naszej ziemi". Żadnemu z mocarzów nie było sądzone dotrzymanie swego słowa honoru.

Wieczorem w niedzielę 2 sierpnia (20 lipca) w gazetach dużymi literami krótko ogłoszono: "Petersburg. l9.VII. Ambasador niemiecki doręczył ministrowi spraw zagranicznych w imieniu swe­go rządu wypowiedzenie wojny Rosji".

W tymże dniu 2 sierpnia (20 lipca.) ogłoszono Petersburg i gubernie petersburską, inflandską, kurlandską, kowieńską, wileńską, witebską, grodzieńską, wołyńską, podolską, besarabską, mińską i całe Królestwo Polskie są w stanie wojny, oraz opublikowano ustawę o wojennej cenzurze. Cenzorami wojennymi w Lidzie w urzędzie pocztowo-telegraficznym mianowani zostali: naczelnik tegoż urzędu radca dworu Kolankowski i Briuchow, dotychczasowy asesor opieki szlacheckiej w Lidzie. Z mocy tej ustawy obowiązkiem cenzora było przeglądanie korespondencji międzynarodowej oraz przeglądanie i sekwestr w pewnych wypadkach korespondencji krajowej. Jednocześnie ogłoszono moratorium wekslowe.

W poniedziałek 3 sierpnia (21 lipca) powołani do wojska nauczyciele szkól ludowych w Lidzie, w myśl danej im dyrektywy przez inspektora szkolnego Baublisa, urządzili patriotyczną manifestację, chodzili po mieście z carskim portretem i trójbarwnymi sztandarami i śpiewali: "Boże caria chrani", "Sławsia, sławsia nasz ruskij car" itp. Kilku tchórzliwszych obywateli miejskich, a nawet kilku sklepikarzy dołączyło się do tej manifestacji i pomagało krzyczeć "ura !" Na zakończenie manifestanci grupkami udali się do pokątnych knajpeczek, gdzie jeszcze można było dostać zakazanego płynu, i po uraczeniu się spowodowali parę skandalicznych bójek, w których udział brali osoby później bardzo poważane w tutejszym społeczeństwie.

W Lidzie, jak zresztą i w całym kraju. na skutek nakazu z góry, w kościele, cerkwi i synagodze odprawiano modły o zwycięstwo, na które stawiły się tylko osoby urzędowe, posłano telegram carowi z wyrażeniem wiernopoddańczych uczuć obywateli miasta Lidy, składano kopiejkowe i rublowe ofiary na prowadzenie wojny, na Czerwony Krzyż itp. Właściciele dóbr ziemskich powiatu lidzkiego (nie wszyscy jednak) z powodu wypowiedzenia wojny, podpisali w Wilnie adres hołdowniczy carowi.

Rano we czwartek 6 sierpnia (24 lipca) w koszarach na placu pułkowym przed wystawionym 172 lidzkim pułkiem piechoty w komplecie wojennym, prawosławny kapelan pułku odprawił modły o zwycięstwo, a dowódca pułku płk Romanow powinszował pułkowi wymarszu na wojnę. Tej ceremonii przygrywała pułkowa orkiestra i był obecny zgromadzony tu tysięczny tłum dzieci, kobiet, krewnych i znajomych, tych którzy wychodzili na wojnę. Przy pożegnaniu powstał tak okropny jęk i płacz, ze nikt z obecnych nie mógł się powstrzymać od łez. Pułk batalionami z muzyką odprowadzono na kolej, ładowano do pociągów i posyłano na front. Przy odejściu każdego pociągu powtarzały się te same niezapomniane sceny żegnania się z drogimi ludźmi posyłanymi na śmierć.

Razem z powołaną do wojska rezerwą, lidzki pułk liczył około 4000 bagnetów. W armii Rennenkapha pułk ten zajmował miejsce na lewym skrzydle na wysokości lasów Augustowskich. Po wojnie i rewolucji z Rosji i z niewoli niemieckiej, powróciła do Lidy i powiatu lidzkiego zaledwie piąta część szeregowych tego pułku i kilku tylko oficerów. Z pospolitego ruszenia starszych roczników, które odbywały służbę czynną i zostały przeniesione do pospolitego ruszenia z rezerwy, sformowano 385 wileńską pieszą drużynę, której na dowódcę mianowano Adolfa Malewskiego, a na zastępcę dowódcy Bolesława Giejsztowta, obydwóch lidzian, podpułkowników w stanie spoczynku, tudzież sformowano 66 konną sotnię z podpułkownikiem w stanie spoczynku Pizanim na czele. Drużynę Wileńską odesłano do Wilna, zaś konną sotnię do Ejszyszek.

(ZL1939/7-8)

Michał Szymielewicz