Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Wspomnienia

 

4. Zaszyfrowany "kwiatek z łodyżkš"

Zmierzało już ku wioœnie 1942 roku. W magazynie jak zwykle przerzucałem z miejsca na miejsce œmiercionoœne narzędzia i sprzęt, których stan wcišż nie zadowalał Wolfa, by ostatecznie zmontować odpowiedni zespół "Forstschutzmannów".

Pewnego dnia, kiedy wyszedłem na chwilę przed magazyn, by chociaż trochę w słońcu przybršzowić swš twarz, jakiœ chłop, chyba z dowożšcych drewno na składnicę, przechodzšc obok, wsunšł mi ukradkiem do ręki zmiętš, zapisanš kartkę papieru, w której proszono mnie, bym okazicielowi tej kartki wręczył coœ z uzbrojenia znajdujšcego się w magazynie. W miejscu podpisu autora korespondencji widniał narysowany kwiatek z pięcioma płatkami na długiej łodyżce. Domyœlałem się, że to jakiœ oddział partyzancki prosi mnie o broń. Coraz częœciej dochodziły nas słuchy o ich działaniu w terenie. Ale co oznacza ten kwiatek, kto się kryje za tym rysunkiem? Może jakiœ prowokator?

Dowiedziałem się wreszcie, ale to już znacznie póŸniej, że właœnie tym rysunkiem - kryptogramem posługiwał się dobrze mi znany z pracy w lidzkim Nadleœnictwie leœniczy inż. Kwiatek. On to, utrzymujšc kontakty i współdziałajšc z jakšœ grupš partyzanckš, szukał Ÿródeł i możliwoœci zaopatrzenia partyzantów w broń w najtrudniejszej, poczštkowej fazie ich działalnoœci.  ródło to znalazł - po uprzednim przeprowadzeniu odpowiedniego rozeznania - w magazynie prowadzonym przeze mnie pod nadzorem Wolfa. Oczywiœcie okazicielowi kartki ukradkiem dałem wtedy pod nieobecnoœć Wolfa, który w tym czasie kręcił się gdzieœ po składnicy, dwa obronne granaty. Historia z doręczana mi w takiej formie i treœci korespondencjš i z przekazywaniem jakiegoœ tam uzbrojenia powtarzała się kilkakrotnie. Ukryte w wozach z drewnem opuœciły składnicę - jak pamiętam - dwa karabiny z amunicjš, jedna uszkodzona "pepesza", kilka granatów i jakiœ mniej znaczšcy sprzęt wojskowy.

Pewnego ranka zjawił się przed magazynem mocno zdenerwowany Wolf. Jak się póŸniej dowiedziałem, dostał od Kahlera ostrš reprymendę, że sprawa "Forstschutzu" posuwa się w żółwim tempie, a on przecież jeszcze czeka na uszycie zamówionych w krawieckim warsztacie mundurów dla Forstschutzmannów.

- Będę musiał dobrać się do skóry tych żydowskich krawców, szyjšcych w warsztacie! - wymachiwał palcem w powietrzu Wolf.

WyraŸnie wzburzony, zaraz po otwarciu magazynu przystšpił do liczenia broni i już na poczštku coœ mu się w tym liczeniu nie zgadzało.

- Gdzie karabin? Przecież pamiętam, leżał w tym miejscu, a teraz go nie ma, a i granatów jakby mniej!

Podniósł na mnie głos. Musiałem się gęsto tłumaczyć, że czyœciłem go razem z innymi. Pewnie stoi teraz tam w kšcie razem z innymi.

- Zaraz policzymy - chwyciłem za zeszyt - A iloœć granatów zgadza się z zapisem! Możemy sprawdzić!

Ale Wolf nie chciał już niczego sprawdzać i liczyć. Wypadł z magazynu na plac, a po jakimœ czasie wrócił już bardziej spokojny i pogodny z dużš paczkš pod pachš. Z kształtu owiniętej w lnianš œciereczkę paczki, którš Wolf z trudem wcisnšł do swej skórzanej torby wywnioskowałem, że była to kaczka, a może i mała gšska.

 

5. W więzieniu na Kamionce

W dwa dni póŸniej, kiedy wspólnie z bratem, gdzieœ tak w godzinach popołudniowych, wróciliœmy do domu, już w drzwiach mieszkania spotkała nas całkiem roztrzęsiona nasza gospodyni - pani K.

- Przed paru godzinami - mówiła drżšcym ze zdenerwowania głosem - byli tu Niemcy. Przeprowadzili rewizję w pokoju panów, ale zdaję się, że nic nie znaleŸli. Nie zauważyłam, by coœ wzięli ze sobš. Nie powiedzieli, o co im właœciwie chodziło, czego szukali! Było ich dwóch w mundurach, grzecznie przeprosili i poszli! W jednej chwili byłem w pokoju. Rozrzucona poœciel na szerokim, żelaznym łóżku, na którym obaj z bratem spaliœmy , na waleta", gdyż jeszcze nie wzięliœmy od sšsiadów ,

przyobiecanego drugiego, składanego łóżka. Otwarta szafa ubraniowa z niewielkš iloœciš naszej osobistej odzieży i bielizny. Na œrodku pokoju, na podłodze nasze duże, stare, wybebeszone walizki i mocno podniszczone zapasowe obuwie, które razem z walizkami przechowywaliœmy pod łóżkiem. O te właœnie stare buty mi chodziło. Sięgnšłem po mój stary, sznurowany but i odetchnšłem z ulg†. W nosku buta czubkami palców wyczułem zmięte kartki - korespondencję z kryptogramem, w której "kwiatek" prosił mnie o broń - wiadomo dla kogo.

A więc nie znaleŸli niczego, co by mogło nas obcišżyć. Spokojnie spoczywał sobie także ukryty w metalowej ramie od łóżka list - testament żyda, byłego kierownika tartaku dla krewnych w Ameryce, relacjonujšcy w detalach gehennę żydów pod niemieckš okupacjš w Lidzie i prorocz† wizję rychłej ich zagłady. List ten brat mój, pracujšcy w tartaku, przy nadarzajšcej się okazji miał przesłać adresatowi w Ameryce.

Minęło ogólne podenerwowanie, a i minorowy nastrój wyraŸnie się poprawił, gdy mili państwo K. - nasi gospodarze zaprosili brata i mnie na wspólnš kolację zakropionš rozcieńczonym i zabarwionym sokiem z wiœni spirytusem skrzętnie przechowywanym przez pana domu na szczególne okazje. Nic nie zapowiadało wydarzenia, które tak szybko nastšpiło i wpłynęło na zmianę moich dalszych losów.

Oto Wolf któregoœ ranka zakomunikował mi, że jutro o godzinie 10-tej mam się stawić u Kahlera w Gebietskommissariacie. Zapytany, w jakim celu, odpowiedział, że nie wie i chyba faktycznie nie wiedział. Kiedy następnego dnia o oznaczonym czasie stałem w pokoju - poczekalni przed znanym mi już od dawna obszernym gabinetem Kahlera (przecież były to klasy szkolne, teraz nieco przerobione, mego gimnazjum), drzwi gabinetu się uchyliły i zaraz obok dużego stołu z paru krzesłami przy oknie zauważyłem dwóch rosłych niemieckich żandarmów w hełmach, z wiszšcymi na piersiach blachami.

- Oto ten! - rzekł Kahler i zatoczywszy niewielkie półkole, usiadł za biurkiem i zaczšł coœ tam pisać.

żandarmi podeszli do mnie. Jeden z nich odezwał się po niemiecku "Bist du verhaftet", a drugi zaczšł mnie obmacywać i przeszukiwać kieszenie. Zabrane mi dokumenty i drobne przedmioty osobistego użytku z pedanteriš ułożono na stole po czym żandarm kazał mi iœć ze sobš. Odniosłem wrażenie, że wszystko, co dotyczyło mojej osoby, było już przedtem dokładnie omówione i przygotowane. Ja osobiœcie byłem dziwnie spokojny i wcale nie załamany tym niespodziewanym aresztowaniem.

Po wyprowadzeniu mnie z budynku "Gebietskommissariatu", idšc w asyœcie dwóch żandarmów życzyłem tylko sobie, by ktoœ ze znajomych mnie zauważył i mógł donieœ najbliższym o moim aresztowaniu. Niestety, na całej, stosunkowo krótkiej trasie, prowadzšcej wprost do więzienia na Kamionce przy ul. 3-go Maja nie widziałem nikogo ze znajomych.

Parę silnych kopnięœ butem żandarma w żelaznš bramę i okienko, “judasza" się odsłoniło, a za chwilę ze zgrzytem klucza otworzyły się drzwi w bramie.. Obok uzbrojonego w karabin niemieckiego strażnika stał już jakiœ sierżant z TODT-u z mocno oszronionym na skroniach włosem, któremu wraz z odpowiednim poleceniem przekazali mnie żandarmi i zaraz odeszli. Strażnikiem, który odprowadził mnie przez wartownię do więziennej celi, jak się póŸniej okazało, był Belg, nawet słabo mówišcy po niemiecku i wcale nieprzychylnie nastawiony do Niemców, którzy go przed paru miesišcami zmobilizowali.

Maleńka cela z pryczš z desek, na niej złożone dwa stare koce. Stolik na metalowych nóżkach, a obok taboret. W kšcie prymitywna umywalka, duży blaszany dzban i dwa stare wiadra. Wysoko w górze okratowane okienko - jedyne, słabe Ÿródło œwiatła. Strażnik-Belg już na wstępie zorientował się, że ma do czynienia z Polakiem, trochę jakby współczuł, coœ tam łamanš niemczyznš gadał, że znaleŸliœmy się w podobnej sytuacji i odchodzšc, obiecał mi przynieœć jutro rano œniadanie. Zazgrzytał klucz w zamykanej celi, a ja rozłożywszy koce, ległem na pryczy i po kilku minutach chaotycznych rozmyœlań, usnšłem.

Mój pobyt w więzieniu, wprawdzie jeszcze krótki, nie wprowadził mnie w stan przygnębienia, bšdŸ obaw o mój dalszy los. Przecież Niemcy w stosunku do mnie nie majš żadnego obcišżajšcego dowodu!

Do twardego posłania i chłodnych nocy nawykłem już od kampanii wrzeœniowej 1939 roku. Więzienny wikt: kawa, kawał razowca, jakaœ tam zupa - Bóg wie czym omaszczona, a do tego dwa krótkie spacery w cišgu dnia w asyœcie gadatliwego, ale na ogół przyjemnego strażnika - Belga. Od niego dowiedziałem się, że jedynym więŸniem na terenie całego więzienia to w zasadzie jestem ja. Reszta to raczej nie więŸniowie, a żydzi-robotnicy, chyba ze dwieœcie osób, którzy za dnia pracujš zbiorowo w mieœcie, a na noc pod nadzorem strażników (Belgów, Holendrów i starszych wiekiem Niemców) wracajš do więzienia, by przespać się w tym oto baraku, znajdujšcym się poœrodku więziennego placu, a o wczesnej, rannej godzinie znów ruszyć do pracy.

Już w czasie mego pierwszego spaceru, Belg uchylił drzwi od baraku, by pokazać mi tš "noclegownię". Wnętrze baraku po obu jego stronach wypełniały dwa rzędy desek ułożonych jedna przy drugiej na całej długoœci baraku. Na deskach leżały w nieładzie częœci odzieży, jakieœ zawiništka, szmaty. Tu mogš, jak mi mówił z uœmiechem Belg, młodzi żydzi (bowiem większoœć z grupy pracujšcych żydów stanowiła młodzież płci obojga) gzić się nawzajem całš noc, bo z braku miejsc œpiš jedno przy drugim, jak sardynki w puszce.

- Oni już wiedzš, co ich czeka, no i na koniec niech sobie użyjš! - zażartował strażnik.

Zapytany przeze mnie ilu w zasadzie jest tych strażników w więzieniu i to różnej narodowoœci do nadzorowania tak pokaŸnej liczby żydów, Belg odpowiedział, że niewielu, może z dwunastu, nie liczšc osób zatrudnionych w kuchni i warsztacie, teraz nieczynnym.

Chciałem choć raz zobaczyć tych żydów, udajšcych się do pracy i z niej powracajšcych. Może zauważyłbym tam kogoœ ze znajomych jeszcze z lat szkolnych. Niestety, tak się układało, że w tym czasie przebywałem w zamkniętej celi i tylko raz do uszu moich doszedł gwar i okrzyki powracajšcych wieczorem z pracy żydów.

W kilka dni póŸniej od czasu mego uwięzienia, gdzieœ tak w południe, kiedy w asyœcie mego strażnika odbywałem swój parunastominutowy spacer po więziennym placu, w mijajšcym mnie białoruskim policjancie w czarnym mundurze i niemieckich butach - saperkach rozpoznałem młodszego brata mojej koleżanki z gimnazjum, pulchniutkiej i sympatycznej blondynki S.P. Przechodzšc obok mnie, ów policjant wcisnšł mi do ręki zmiętš karteczkę papieru wraz ze słowami: "Czekam zaraz na odpowiedŸ". Minęła chwila i kiedy mój strażnik Belg zainteresował się jakšœ podskakujšcš i kulejšcš wronš na poboczu placu, zerknšłem do kartki. "Chcemy panu pomóc w ucieczce. Czy zgadza się pan?" napisał ktoœ grubo ołówkiem. Kartkę zaraz schowałem do kieszeni, bo i Belg zbliżył się do mnie wyraŸnie rozbawiony.

- Byłby dobry rosół, bo Vogel była tłusta, ale choć kulawy, poleciał za mur! – zażartował już to po polsku, już po niemiecku.

Ja tymczasem kontemplowałem treœć kartki. Czy to aby nie prowokacja? Kto go tu przysłał? Ale przecież to Polak i znał mnie z solowych, recytatorskich występów na szkolnej estradzie.

Kiedy już po raz trzeci okršżyliœmy drewniany barak - żydowska noclegownię, zauważyłem idšcego w naszym kierunku policjanta. Mijał nas, a ja patrzšc mu w oczy, rzuciłem jedno słowo: "zgoda!".

Następnego dnia, gdzieœ tak w porze obiadowej w drzwiach mej celi zazgrzytał klucz. Tym razem drzwi otworzył nie Belg, a sam szef więzienia, przygrubawy i posiwiały sierżant TODT-u.

- Masz goœci! ChodŸ ze mnš - warknšł krótko.

Przygładziłem włosy i ruszyłem w dół schodami za Niemcem na wartownię. Już przez uchylone drzwi dostrzegłem mojš gospodynię, paniš K. i jej siostrę pannę W. Przywitały mnie bardzo serdecznie, ale tylko słowami, bo sierżant nie pozwolił im się do mnie zbliżyć, a przyniesionš przez nie kurtkę i paczkę z żywnoœci† sam mi doręczył. Był przy tym jeszcze na tyle powœcišgliwy, że nie grzebał w tej paczce, a może i dlatego, że sam też dostał od pani K. jakieœ pokaŸne zawiništko, najprawdopodobniej z żywnoœci†.

W niemieckiej wartowni usiedliœmy naprzeciw siebie na szerokich ławach. Rozdzielał nas stół o grubym blacie. Sierżant stał obok i przysłuchiwał się naszej rozmowie, choć z pewnoœciš niewiele z niej rozumiał. Rozmowa w obecnoœci Niemca jakoœ nam się nie kleiła. Panie mówiły mi, że z trudem uzyskały przepustkę w Gebietskommissariacie na widzenie się ze mnš, przy czym najbardziej uzasadnionym argumentem było to, że zatrzymano mnie w samej marynarce, a więc potrzebne by mi było jakieœ cieplejsze okrycie, bo noce sš chłodne, a i we dnie często jeszcze bywa zimno. Panna W. była wyraŸnie zmartwiona, jednak pocieszała mnie, że na pewno wkrótce mnie wypuszczš, bo przecież w niczym nie zawiniłem, a i więzienie, do którego się dostałem nie jest tak surowe, jak to drugie przy ul. W. Syrokomli, gdzie członkom rodziny uwięzionych w ogóle nie wydaje się przepustek na widzenie. Ja ze swej strony dziękowałem im za pamięć i dobre serce, prosiłem, by pozdrowiły i uspokoiły brata, a także by mu powiedziały, że czuję się tutaj nie najgorzej. Sam chwilami się zastanawiałem, dlaczego umieszczono mnie właœnie tutaj, obok pokaŸnej grupy żydów przeznaczonych -jak się coraz częœciej słyszało i powtarzało - do likwidacji. A może więzienie na Syrokomli jest już tak przepełnione, że właœnie ja jestem tym pierwszym w kolejce do zasiedlenia więziennego budynku przy ul. 3-go Maja na nowo, chociaż było to aż nazbyt widoczne, że wymagał on generalnego remontu.

W urywanej wymianie słów byłem ciekaw dociec, skšd obie panie dowiedziały się o moim uwięzieniu. Nie usłyszałem jeszcze na to odpowiedzi, gdy w drzwiach wartowni zobaczyłem mego strażnika - Belga w towarzystwie jakiegoœ Niemca ubranego po tyrolsku w sztylpach, myœliwskiej kurtce i zielonym kapelusiku z piórkiem na głowie. Ów Tyrolczyk, wymachujšc sierżantowi przed nosem jakimœ pismem, żšdał widzenia się z więŸniem tj. ze mnš w celu przesłuchania - rozmowy i to w cztery oczy. Zaskoczony obecnoœci† Tyrolczyka sierżant nawet nie zapoznał się z treœciš migajšcego mu przed oczyma pisma i zaraz dał mi znak, abym wyszedł z wartowni na podwórze, gdzie Tyrolczyk, ujšwszy mnie za łokieć, poprowadził przez plac aż pod więzienny mur i dopiero tu, ku memu zaskoczeniu, odezwał się polsku:

- Musi pan uciekać i to zaraz! -

- Jak to? - spojrzałem nań z niedowierzaniem - W jaki sposób to uczynił? Poza tym, panie zostały na wartowni!

- Nic im nie będzie! ChodŸmy do tej nieczynnej wieży strażniczej ! - ponaglał mnie Tyrolczyk.

Drewniane drzwi w murowanej wieży były zabite gwoŸdziami na głucho. Próbujemy je wyrwać gołymi rękoma. Na próżno, drzwi ani drgnš. Czym by je tu podważyć? Rozglšdamy się dookoła i prawie jednoczeœnie dostrzegamy coœ błyszczšcego na ziemi w pobliżu baraku - to porzucony przez któregoœ z robotników kilof. Teraz wciœniętym w szparę ostrzem wyważamy drzwi. Murowane wnętrze wieży-gołębnika bez schodów jest zupełnie puste, tylko w dole wypełnione czarnš wodš, nie wiadomo jak głębokš. W górze przybrudzony szklany daszek w kształcie stożka. W jednej z trójkštnych ram parę wybitych szybek. Z otworów po szybach na częœciowo skruszonš ceglastš œcianę wieży pada słoneczna smuga œwiatła.

A więc uciec można jedynie przez daszek, tylko jak się tam dostać? I właœnie w tej słonecznej smudze widzę sterczšce tu i ówdzie między cegłami duże pordzewiałe gwoŸdzie, pozostałoœć po zlikwidowanych drewnianych schodach, prowadzšcych dawniej do oszklonej nastawki, będšcej stanowiskiem obserwacyjnym więziennego strażnika. A zatem będę się wspina po gwoŸdziach aż do zbawczego, oszklonego daszku.

- Nie ma czasu! - Tyrolczyk już popycha mnie z lekka w kierunku œciany, gdzie tkwiš miedzy cegłami duże bretnale - Tylko uważaj, abyœ nie spadł! - słyszę za sobš jego głos i suchy trzask zamykanych drzwi.

Wsparty plecami o œcianę powoli, stopa za stopš przesuwam się po nierównej, kamienistej krawędzi fundamentu. Pode mnš dół, wypełniony czarnš jak smoła wodš, z nieruchomo tkwišcymi na jej powierzchni paroma żółtymi, nadgniłymi liœćmi klonu. Ostrożnie chwytam palcami, a potem całš dłoniš najpierw jeden, a potem drugi gwóŸdŸ, próbujšc, czy aby dosyć mocno tkwiš w murze. Nieznaczny przechył tułowia w lewo i drugš wycišgniętš rękš łapię za sterczšcy nieco wyżej gwóŸdŸ. Teraz w pełnym zwisie przylepiam się do œciany, a jednoczeœnie szukam oparcia dla swych stóp w szczelinach i nierównoœciach miejscami skruszonych cegieł. Wycišgnięte ręce kurczš się i prostuj† na przemian, unoszšc cały mój korpus o tych kilkanaœcie centymetrów w górę. Ucisk poszczerbionych główek gwoŸdzi na dłonie, z których jedna już krwawi, jest coraz mocniejszy, ale bólu nie odczuwam.

Wtem jakiœ bretnal, sypišc skruszonym wapnem, wysuwa się ze œciany. W ostatniej chwili łapię dłoni† za inny gwóŸdŸ, na szczęœcie silnie tkwišcy w szczelinie cegieł i mimo woli spoglšdam w dół, w ciemnš czeluœć nie wiadomo jak głębokiej wody, wypełniajšcej czworobok gołębnika. Jeszcze parę chwytów, dŸwignięć tułowia i... wreszcie uczepiam się jednej z belek, stanowišcych podstawę i oparcie dla szklanego daszka wieżyczki. Teraz jednš rękš unoszę ruchomš, trójkštnš ramę oszklonego daszka, wciskam pod niš głowę i już piersiš wspieram się na belce, okalajšcej mur strażniczej wieży. Nade mnš widnieje czyste, błękitne niebo, czuć lekki i œwieży powiew wiatru, a niżej rozcišga się zielona przestrzeń warzywniaka, gdzie nad jednym z zagonów krzšta się pochylona kobieta w kolorowej chustce na głowie. Spoglšdam w dół. Tuż pod wieżš stojš dwaj młodzi chłopcy. Zobaczyli mnie i zaraz półgłosem nawołujš, abym skakał na ziemię.

- Wysoko! - odpowiadam - Przynieœcie jakšœ linę, sznur!

- Nie ma czasu, niech pan skacze, podtrzymamy pana! Przerzucam nogi poprzez otwór między framugš a daszkiem, przygniatajšcym mi plecy. Widzę jeszcze uniesionš postać żegnajšcej się na głos kobiety i już na pół zwisu spadam na ziemię, gdzie chłopcy przyhamowuj† ciężar mego ciała. Z upadku na kolana poderwałem się natychmiast, a chłopcy ujęli mnie pod ręce i wyprowadzili z ogrodu przez jakšœ dziurę w płocie z drucianej siatki. Teraz, kluczšc między zabudowaniami, dotarliœmy do przejazdu kolejowego i po paru minutach znaleŸliœmy się w mocno zagęszczonej kolejarskimi domkami i ogródkami Słobódce.

 

6. Już na wolnoœci

Z podwórza, przez ganek weszliœmy do jednego z tych niewielkich domków. I tu... niespodzianka. Drzwi od pokoju czy kuchni otwiera dobrze znana mi z widzenia koleżanka z naszego gimnazjum, ładna i uœmiechnięta blondynka J.S. Po przywitaniu i krótkiej wymianie zdań zorientowałem się, że właœnie mieszkanie państwa S. będzie moim tymczasowym schronieniem. Upłynęła chyba z godzina. Po spożyciu posiłku oglšdaliœmy wspólnie z mojš miłš gosposiš, pannš J. zdjęcia z jej albumu, gdy do zamkniętych od strony ganku drzwi, ktoœ dwukrotnie, znaczšco zapukał. Panna J. zerwała się z miejsca.

- To do mnie! - rzuciła.

W uchylonych drzwiach od kuchni dostrzegłem młodego człowieka, którego J. zachęcała, by wszedł do œrodka. Ale młodzieńcowi się spieszyło.

- Muszę zaraz wracać! - usłyszałem - Wpadłem tylko po nagrodę! -

Nagrodš tš, a widziałem to przez niedomknięte drzwi, była zarzucenie ramion na szyję młodzieńca przez pannę J. i dany mu pocałunek. Wtedy młody człowiek zniknšł za drzwiami, a J. poinformowała mnie, że był to jej kolega - sšsiad, wobec którego miała pewne zobowišzania.

- To on - dorzuciła przy tym - uwolnił pana z więzienia! Podekscytowany i oszołomiony nagłš zmianš sytuacji, w jakiej się znalazłem, nie byłem w stanie w sposób właœciwy reagować na to wszystko, co się wokół mnie działo, ani kojarzyć faktów, w których uczestniczyłem. Ot, po prostu, całe to wydarzenie traktowałem wtedy jako rzecz naturalnš, przyjazny, solidarnoœciowy gest (no może trochę ryzykowny) kilku młodych zapaleńców. Upłynęło zaledwie parę dni, aby sprawa się wyjaœniła, układajšc w logiczny cišg przyczyn i skutków zwišzanych z moim uwięzieniem, jak i uwolnieniem.

Już szarzało, kiedy do mieszkania państwa S. wpadł kolega brata - kierownik tartaku F.M. (ponoć krewny panny J.) i oznajmił, że moja ucieczka z więzienia stała się już głoœna, że - jak słychać - drogi wyjazdowe z miasta sš mocniej niż zwykle obsadzone niemieckimi posterunkami, a zatem zachodzi koniecznoœć umieszczenia mnie w innym, bardziej bezpiecznym miejscu, gdzie muszę przeczekać parę krytycznych dni. F.M. miał już z góry ułożony plan ukrycia mnie u swojego wuja, emerytowanego kolejarza, mieszkajšcego na krańcu Słobódki.

Pożegnaliœmy wcišż mile uœmiechniętš pannę J. i już o pełnym zmroku opłotkami dotarliœmy do maleńkiego domku wuja F.M. Tu wuj z siostrzeńcem uradzili, że najwłaœciwszym, a jednoczeœnie i najbezpieczniejszym lokum dla mnie na kilka najbliższych dni będzie stojšca poœrodku owocowego sadu stara, drewniana buda, sięgajšca swym stromym dachem aż do ziemi, gdzie wuj w letnie noce zwykł był pilnować, by okoliczne łobuziaki, przedostawszy się przez zmurszały płot, nie podkradały mu owoców.

Byłem wprost zachwycony tego rodzaju schowkiem, w którym stała wytarta sofa z paru wiejskimi "dzierużkami", taboret i chwiejšcy się na wszystkie strony mały stolik.

Wcišż uchylone drzwi zapewniały dopływ œwiatła i rzeœkiego, ogrodowego powietrza.

Żywnoœć z domu do budki donosić miał mi wuj F.M., siwy i nieco przygarbiony, ale za to ruchliwy jak na swój siódmy krzyżyk staruszek. Poczciwina, już następnego dnia, dostarczył mi także kilka starych egzemplarzy miesięcznika "Dookoła œwiata". A więc miałem i coœ do poczytania.

Jeszcze przed odejœciem F.M. do swego usytuowanego gdzieœ w pobliżu domu - wszak była to już ciemna noc, prosiłem go, by dowiedział się, co z paniami - mojš gospodyniš i jej siostrš, które pozostawiłem na wartowni, uciekajšc z więzienia. Brat mój skoro tylko doniesiono mu, że zostałem aresztowany nie wracał już do mieszkania naszych gospodarzy - państwa K., lecz zatrzymał się i nocował u znajomych po drugiej stronie ulicy Gen. Szeptyckiego. F.M. przyobiecał mi, że przyjdzie do mnie i przekaże wszelkie informacje za jakieœ 2-3 dni.

I faktycznie, po trzech dniach w godzinach popołudniowych zjawił się w mojej budzie, tajemniczo oznajmiajšc, że przyprowadził mi goœcia. Nieopodal, w osłonie krzewów porzeczki siedziały na trawie moja gospodyni ze swš siostrš, pannš W. Serdeczne powitanie i goršce uœciski nastšpiły w trochę œmiesznej, przykucniętej pozycji. Panie przyniosły ze sobš do kurczaka i jaj nawet flaszkę domowego wina. Opowiedziały przy tym, jak to po ujawnieniu mojej ucieczki i dalszych daremnych poszukiwaniach w baraku i na więziennym placu rozwœcieczony sierżant Niemiec, wyzywajšc strażników od głupich, z okrzykiem "raus! , po prostu wypchnšł je z wartowni, a potem za bramę więziennš. Mego tyrolskiego oswobodziciela strażnik Belg - jak to tłumaczył komendantowi - wypuœcił z przepustkš kwadrans temu, najlegalniej, przez bramę. Tyle panie zrozumiały przy swej skšpej znajomoœci języka niemieckiego.

W urywanej rozmowie na różne tematy (dowiedziałem się m. in. o tragicznej œmierci Gen. Sikorskiego) ani się spostrzegliœmy, jak zaczęło szarzeć. Panie w poœpiechu ruszyły do domu, zapowiadajšc, że odwiedzš mnie ponownie w najbliższš niedzielę z prowiantem i cieplejszš odzieżš, bo pewnie nocš zimno mi w tej budzie.

 

7. Rozwišzanie zagadek

Niestety, nie danym mi było doczekać się niedzielnych odwiedzin pani K. i jej młodszej siostry W., wyraŸnie zmartwionej - jak to wyczytałem z jej niebieskich oczu - perspektywš nieuchronnego rozstania ze mnš przynajmniej na jakiœ czas, bowiem już w sobotę wczesnym rankiem przyjechał furmankš do wuja jakiœ osobnik w baranim kożuszku (chłopi jeŸdzili tak ubrani nawet latem ze względu na chłodniejsze noce). Osobników przedstawił się jako przyjaciel dobrze mi znanego z niedawnej pracy w Nadleœnictwie Lida leœniczego inż. Kwiatka, a jednoczeœnie wręczył mi wydobytš gdzieœ spod podszewki swojej starej czapki korespondencję od niego. Leœniczy Kwiatek pisał, że oddawcy tegoż listu -jego przyjacielowi, powierzył zadanie przerzucenia mnie przez granicę z Lidy (teraz Białorusi) na Litwę, a konkretnie do Ejszyszek, gdzie jak kiedyœ w bezpoœredniej z nim rozmowie wspomniałem przebywa moja mama. Oddawcy listu w pełni mam zaufać, a resztę szczegółów dopowie mi on osobiœcie i na koniec... rozwišzanie tak prostej a wcišż frapujšcej mnie zagadki. Leœniczy Kwiatek i sygnujšcy przesłanš do mnie poprzez chłopów - wozaków korespondencję o przekazanie jakiegokolwiek uzbrojenia rysunkiem "kwiatek o pięciu płatkach na długiej łodyżce" to jedna i ta sama osoba!

Resztę dopowiedział przyjaciel inż. Kwiatka (także przedwojenny leœniczy), jak to obaj zakonspirowani, na sšsiadujšcych ze sobš placówkach zaopatrywali w broń (pozyskanš różnymi drogami m. in. i ode mnie) formujšce się oddziały polskich partyzantów. Skoro tylko dowiedzieli się o moim uwięzieniu, w obawie, abym podczas niemieckich przesłuchań nie sypnšł, komu dostarczałem broń, bo sšdzili, że rozszyfrowałem kryptonim "Kwiatek", szybko skontaktowali się z bliskš im grupa konspiratorów w Lidzie, majšcych dojœcie do niemieckich druków urzędowych, a nawet pieczęci w Gebietskommissariacie, zlecajšc im uwolnienie mnie z więzienia: Stare więzienie na Kamionce z międzynarodowš obsadš, posiadajšce niezbyt jeszcze doœwiadczonych strażników niewštpliwie ułatwiało lidzkim konspiratorom wykonanie powierzonego im zadania. Tym niemniej wyprowadzenie mnie poza mury więzienne, w biały dzień, przez "Tyrolczyka", a więc osobę pozorujšcš Niemca w wydaniu regionalnym, było wyczynem pomysłowym, a przy tym ryzykanckim.

Kto zatem był moim wybawcš? Kto zmienił dalsze losy mojego życia? Przecież po przekroczeniu granicy białorusko - litewskiej znalazłem się na innym terenie, w innym œrodowisku, zacišgnšłem się i działałem w jednym z oddziałów partyzanckich AK w latach 1943- 1944, a po akcji na Wilno pod nazwš "Ostra Brama" repatriowałem się (oczywiœcie na lewych papierach) na ziemie zachodnie PRL. I chyba nigdy bym się nie dowiedział, kto w tak brawurowy sposób uwolnił mnie z więzienia, gdyby jak zwykle nie przypadek, jaki miał miejsce jesieni† 1992 roku, a więc dopiero po upływie 50-ciu lat.

Otóż w pierwszš niedzielę paŸdziernika 1992 roku uczestniczyłem w towarzyskim spotkaniu Lidzian w prywatnym mieszkaniu mojej kuzynki W.B. w Warszawie. Rozrzuceni po całej Polsce, a mimo to utrzymujšcy ze sobš kontakty Lidzianie to w zasadzie byli uczniowie Szkół Œrednich z okresu międzywojennego, a w latach okupacji radzieckiej i niemieckiej - żołnierze działajšcy w konspiracji i prowadzšcy walkę z zaborcami w oddziałach partyzanckich AK. Zjazdy-spotkania Lidzian od paru już lat (w pierwsza niedzielę paŸdziernika każdego roku) poœwięcone sš pamięci poległych w drugiej wojnie œwiatowej na Ziemi Nowogródzko -Wileńskiej, a także zmarłych już po wojnie koleżanek i kolegów żołnierzy - partyzantów z 77 pp AK w Lidzie.

Kiedy po uroczystej Mszy œw. w koœciele œw. Antoniego przy ul. Senatorskiej w Warszawie i złożeniu wišzanek kwiatów w krużgankach tegoż koœcioła pod tablicami epitafijnymi koleżanek i kolegów partyzantów AK spotkaliœmy się w mieszkaniu kuzynki W.B. w liczbie około trzydziestu osób i zasiedliœmy już przy stołach do wspólnego obiadu, przybyła nieco spóŸniona niejaka pani B.S., która, jak się póŸniej dowiedziałem, także była Lidziankš młodszej generacji i łšczniczkš AK. Witajšc się kolejno z nieznajomymi, a siedzšcymi już przy stołach uczestnikami spotkania, pani B.S. zatrzymała się przy mnie, kiedy wstałem i wypowiedziałem swoje nazwisko.

- Zaraz, zaraz, przepraszam, jak się pan nazywa?

A gdy powtórzyłem je już nieco głoœniej, pani B.S. zapytała, czy nie jestem tym - tu wymieniła moje nazwisko - którego brat jej Władek przed laty uwolnił z lidzkiego więzienia. Potwierdziłem, że właœnie ja jestem tym osobnikiem. I wtedy pani B.S. przytoczyła kilka szczegółów z tego wydarzenia, których nikt poza mnš nie znał, bo też nigdy i nikomu z takich detali się nie zwierzałem.

- Byłam wówczas dorastajšcš dziewczynkš! - wspominała pani B.S. - Z zapartym tchem i pełna podziwu przysłuchiwałam się snutej przed naszš mamš opowieœci mego starszego brata - Władka. Ubrany w strój tyrolski: ciemne kolanówki w poprzeczne białe pasy, na głowie miał zielony kapelusik przyozdobiony szarym, jastrzębim piórkiem. Z dumš opowiadał, jak to przebrany za Tyrolczyka dopomógł w ucieczce z więzienia polskiemu oficerowi, niejakiemu D.! (Tu wymienił dobrze zapamiętane przeze mnie jego nazwisko.)

- A więc to pan? - chwila milczenia i refleksji, którš przerwałem zapytaniem:

- Gdzież zatem jest mój wybawca? Chciałbym mu osobiœcie wyrazić swš wdzięcznoœć i uznanie!

- Niestety, nie ma go już wœród żywych! - odpowiedziała ze smutkiem w głosie pani B.S. - Zginšł pod Surkontami w 1944 roku...

W maju 1995 roku, a więc po upływie bez mała pół wieku, brałem udział w zorganizowanej wycieczce Lidzian z Warszawy - serca wolnej już Polski - do Lidy, miasta mej młodoœci. Byliœmy i w Surkontach, a raczej w miejscu, gdzie one kiedyœ istniały. Teraz było tu równe pole, a na nim skromny, ale już zadbany okolony kamiennym murkiem cmentarzyk. Na cmentarzyku poroœniętym wiosennš trawš, a miejscami rodzimym polnym kwieciem stojš dwa rzędy krzyży - groby młodych partyzantów poległych w walce o wolnš Polskę z barbarzyńskim najeŸdŸcš. Całoœć cmentarzyka wieńczy pomnik - szaniec. Cmentarzykiem opiekuj† się okoliczni, starsi wiekiem Polacy. Na grobach krzyże żołnierzy Nieznanych i tych znanych, z nazwiskami, pseudonimami i stopniami wojskowymi, a wœród nich mjr "Kotwicz" - Maciej Kalenkiewicz i mój wybawca z lidzkiego więzienia - "Sunim" - kpr Władysław Smilgin.

Przy grobie Władka przyklęka jego młodsza siostra - Bronka ze słowami modlitwy na ustach. Stoję obok niej w zadumie i z westchnieniem o spokój jego duszy, pochylam się, składajšc wišzankę kwiatów przywiezionš z Lidy, jako znak mej wdzięcznoœci i pamięci.

Witold Dramowicz