Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Listy. Kontakty z czytelnikami. Ogłoszenia

 

Drodzy Przyjaciele,

Jesteśmy ludźmi, których młodość przeminęła. Przyjazd do drogich nam miejsc jest coraz trudniejszy. Mino, że serce się rwie i przeżywa rozterki.

Malowniczo i pięknie wyglądają w maju łąki w Surkontach, kiedy kwitnie mniszek, żółty kobierzec rozciąga się na przestrzeni dziesiątków hektarów po brzeg lasu na horyzoncie. W tej kwiecistej scenerii bieli się odnowiony kościół, plebania. Oaza spokoju, powagi i skromności. Takie odnieśliśmy wrażenie, kiedy podczas jednego ze Zjazdów Lidzian zajechaliśmy do kościoła by pomodlić się za spokój duszy tych, którzy leżą nieopodal na małym cmentarzyku. Znalazło na nim kres swej drogi życiowej 36 młodych ludzi. Historia tego miejsca jest tym tragiczniejsza w swojej wymowie, że leżą na nim ludzie, którzy nie chcieli pogodzić się z utratą tej ziemi, na której się urodzili i wychowali. Wbrew zdrowemu rozsądkowi chcieli walczyć nawet wtedy, kiedy ziemie te zgodnie z wcześniejszymi układami politycznymi nie należały już do Polski. Walka o nie graniczyła z szaleństwem, ale wielka miłość rzadko idzie w parze z rozsądkiem. Zapłacili za to najwyższą cenę - życiem. Wtedy nie myśleli, że kochać Ojczyznę to niekoniecznie umierać w bezsensownych zrywach i powstaniach. Kochać Ojczyznę - to również budować ją, czynić bogatszą mądrością ludzi i ich czynami.

My, starzy już ludzie, a dawni przyjaciele tych, którym nie dane było cieszyć się życiem. Jedziemy i z głębokim smutkiem pochylamy się nad ich grobami. Pomimo upływu tylu lat nie możemy się pogodzić z tym, że ich nie ma wśród nas. Stojąc nad mogiłami chciałoby się opowiedzieć młodzieży i dzieciom o koledze Mietku Szeptunowskim synu urzędnika, który w III-ciej klasie gimnazjum im. Karola Chodkiewicza siedział w drugim rzędzie od końca z charakterystycznym drwiącym uśmiechem, za którym ukrywał młodzieńczą nieśmiałość. O synach profesora matematyki Kalecińskiego. Starszy z nich siedział zawsze blisko katedry, poważny, zamk­nięty, jakby odczuwał "ciężar" bycia synem profesora. Zawsze przygotowany do lekcji. Jemu nie wypadało brać udziału w sztubac­kich psikusach. Kolega Wolny, syn inżyniera, który w trudnych warunkach okupacji zarabiał na utrzymanie matki i młodszego brata, produkując pastę do butów. Pamiętam jak borykał się z problemem tekturowych pudełek do pasty. Poległ tam również kolega Stanisław Dzwinel - idol wszystkich gimnazistek. Przystojny jak Valentino i zdający sobie z tego sprawę. Zazdroszczono Neli Fuksównie, która swoją oryginalną urodą zainteresowała Dźwinela. Kolega Bogdan Bednarczyk - "miłość" Irenki Sidorowiczówny (ona też już nie żyje) był synem wojskowego z 77 PP. On i jego brat Wacek - ozdoby prywatek, mili, sympatyczni młodzieńcy. Ziemia w Surkontach otuliła również jedynego syna profesora geografii i przeuroczej wychowawczyni mojej klasy pani profesor Józefy Kleindienst. Mąż pani Józefy był wykładowcą języka niemieckiego.

Wymieniłam tylko niektórych, którzy szukając swej drogi do Ojczyzny spoczęli na tym cmentarzu, tonącym latem w wysokich, kwitnących trawach, a zimą otulonych grubą warstwą puszystego śniegu.

Jesteśmy ludźmi, których młodość przeminęła. Przyjazd do drogich nam miejsc jest coraz trudniejszy. Mimo, że serce się rwie i przezywa rozterki.

Podczas ostatniego pobytu w Lidzie powstała myśl, by wspólnie z członkami TKPZL posadzić tam krzewy, a dookoła drzewa aby ptaki zagnieździły się w ich konarach i śpiewem swym czciły pamięć poległych. Wstyd nam było, kiedy zobaczyliśmy groby zarośnięte i sterczące suche badyle z poprzedniego roku. Przekonało nas to, że dawanie pieniędzy osobom, które przychodzą podczas naszych przyjazdów, aby zadbały o groby nie jest dobrym rozwiązaniem. Powstała propozycja, aby zachęcić do tego młodzież, może drużynę harcerską, która podczas niedzielnych wyjazdów na biwaki poświęciłaby parę godzin na uporządkowanie cmentarza. Byłby to wyjazd, który uczy i wychowuje, zacieśnia przyjaźnie i pozwala zrozumieć historię. Myślę, że na taki wyjazd nie trzeba byłoby nikogo długo namawiać.

Jesienią l998 r. krzewy i drzewa zostali posadzone. Jakże wielkie było nasze zdziwienie i zaskoczenie, kiedy zobaczyliśmy, że te krzewy zostały przez wandali powyrywa­ne! Byli to ludzie chorzy z nienawiści! Nienawiści do kogo? Leżących tam umarłych?! Co przez to chcieli udowodnić? Swoją głupotę? Normalnemu człowiekowi to się w głowie nie mieści! Wiemy, że groby bezczeszczą sataniści... Wstyd nam za was "patrioci", którzy przez tyle lat nie posadziliście na tym cmentarzu ani jednej gałązki bzu, ani jednego kwiatka, w żaden sposób nie zaznaczyliście miejsca naszej chwały, gdy tu był tylko pagórek w czystym polu! Teraz robicie "przetargi patriotyzmu" na grobach poległych bohaterów. Wybaczcie im Koledzy leżący tu. Obiecujemy Wam, że będziemy się starali, by cmentarz był cmentarzem, był miejscem pamięci, szacunku i spokoju, by był właściwie zadbany. Bez względu na to, czy to się komu podoba, czy nie.

(BW, Warszawa)