Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Dobroć jest cicha

 

Zofia Rudzińska

 

Nie wstydzę się prosić o coś dla innych - powtarza. - Mógłbym nawet zostać żebrakiem, gdyby tylko to było skuteczne.

Jest bardzo chory. Nie może jeść ani pić. Złości się na to swoje zdrowie, że mu nie dopisało. Na wątrobę, która odmówiła posłuszeństwa. Przecież tyle jeszcze jest do zrobienia! Henryk Ciuk nie ma siły rozmawiać. Ale gdyby tylko zadzwonił któryś z jego podopiecz­nych zza wschodniej granicy i zapła­kał do słuchawki: "Panie Henryku, w panu cała nadzieja..." pewnie zno­wu zacząłby gorączkowo myśleć, jak zorganizować pomoc.

Zapukałby do drzwi różnych urzę­dów, poruszył sumienia sekretarek bogatych firm, doprosił się łaski roz­maitych stowarzyszeń zakonnych. Zebrałby, jak zwykle, ileś polskich książek, modlitewników, kupiłby to­ny słodyczy, kilogramy leków, pacz­ki ciuchów. Wszystko, co może się przydać rodakom żyjącym w nędzy. A potem, jak zwykle, zebrałby się w sobie. Zażyłby pigułkę przeciwbó­lową i nie bacząc na niewygody, wy­ruszył w kolejną podróż na Wschód.

Bez rozgłosu

Znają go już strażnicy pogranicza, celnicy białoruscy i ukraińscy. Wie­dzą kim jest ten starszy pan, inwalida poruszający się przy pomocy dwóch lasek. Raz przyjeżdża ciężarówką załadowaną darami, kiedy indziej sta­rym fiatem. Albo pociągiem - jedzie przez tydzień na Syberię z darem - piecem do pieczenia chleba. Bo tak sobie wymyślił, że trzeba coś dać na początek tym biedakom, żeby zaczę­li sami sobie radzić... Polacy z Białorusi, Litwy, Ukrainy, Syberii i Kazachstanu mówią o nim:

"Nasz kochany pan Henryk, święty człowiek". On wtedy uśmiecha się nieco zażenowany. Nie dba o rozgłos. Nie chwali się w jaskrawym świetle telewizyjnych jupiterów tym, co zrobił. Nie ogłasza przez prasę specjalnych akcji. Powtarza z uporem: Dobroć jest cicha. Tylko zło tak bardzo krzyczy, że wszyscy zwracają na nie uwagę. I działa jak harcerz - cicho, skutecz­nie, wciągając w łańcuch pomocy in­nych.

Dług do spłacenia

- Ludzie są bardzo dobrzy, trzeba ich tylko poruszyć. Ale nic nie udało­by mi się zrobić, gdyby nie inni do­brodzieje - tłumaczy.

- Mam dług do spłacenia... - wyja­śnia, jakby chciał usprawiedliwić fakt, że ciągle pomaga innym, a sam z żoną, w maleńkim mieszkaniu na Saskiej Kępie, ledwo wiąże koniec z końcem ze skromnej emerytury.

Jaki to dług? Miał 13 lat, gdy jako żołnierz Szarych Szeregów wykony­wał swoje zadanie licząc składy nie­mieckich pociągów. I wtedy niemiec­cy banschutze zmiażdżyli kolbami jego biodro. Zanim skończyła się woj­na, przeszedł pięć poważnych opera­cji. Dobrzy ludzie bezinteresownie uratowali mu życie.

Po wojnie skończył szkołę średnią, studia. Ale przez całe życie pozostał harcerzem.

- Bytem nim bez względu na czasy, władzę, propagandę. Harcerz, to har­cerz, ma swoje święte prawa. I bez względu na sytuację, pomaga innym - argumentuje.

W latach siedemdziesiątych jako przedstawiciel polskiej firmy budow­lanej, wyjechał na pół roku do ZSRR. W Kazachstanie spotkał Polaków. Był przerażony ich ubóstwem, szyka­nami, jakich doznawali ze strony Ro­sjan i - w efekcie - postępującym wynarodowieniem. Właśnie wtedy postanowił im pomóc. Przemycał polską prasę, książki, leki. Z czasem zaczęły przychodzić do niego błagal­ne listy z prośbą o pomoc.

Nie dawać więcej

Najbardziej pomagał wtedy, gdy otworzyły się polskie granice na Wschód, czyli od początku lat 90. Polskie dzieci z okolic Czamobyla umieszczał u ojców bonifratrów, któ­rzy ziołami leczyli skutki choroby po­promiennej. Zawoził tony leków i wi­tamin do najuboższych rejonów Białorusi i Ukrainy. Zorganizował transport maszyn rolniczych. Dla naj­zdolniejszych polskich dzieci wyżebrał stypendia, by mogły się uczyć na pol­skich uczelniach. Pokonywał tysiące kilometrów na stojąco w zatłoczonych rosyjskich pociągach. Reklamówkami pełnymi słodyczy przekupywał rosyj­skich urzędników, by nie przetrzymy­wali transportów na granicy. Opłacał się rabusiom, którzy polowali na dro­gach na haracz, czyli "rekiet".

Nigdy nie liczył na wdzięczność swoich podopiecznych. Czasami tylko czuł gorycz, kiedy te z trudem wyszar­pane dary przyjmowali jako coś, co im się słusznie należy albo z pretensjami, że za mało, że nie takie, jakby chcieli...

Wtedy od zaprzyjaźnionego ojca bonifratra usłyszał radę: "Możesz dać człowiekowi tylko tyle, ile on sam jest w stanie przyjąć. Nigdy nie dawaj więcej".

Daremny trud?

Czasami pan Henryk czuł się bezsilny wobec bezmyślności, braku wrażliwo­ści i wyobraźni osób, którym usiłował pomóc. Jeszcze dziś, kiedy myśli o Julce, czuje bolesny skurcz serca. Dziew­czynka mieszkała w Lisowodach koło Chmielnika na Ukrainie. Cierpiała na jakąś dziwną chorobę. Mięśnie i kości rozwijały się prawidłowo, ale skóra wyglądała jak pergamin i w miejscach intensywnego wzrostu kości pękała brocząc krwią i ropą. Może to był sku­tek awarii w Czamobylu?

Pan Henryk sprowadził Julkę do Polski. Umieścił ją u bonifratrów. Gdy kataplazmy, kąpiele, nalewki i zabiegi bioenergetyczne przyniosły widoczną poprawę, nie posiadał się ze szczęścia. Bolesne rany powoli się zasklepiały, a dziewczynka zaczęła się uśmiechać - po raz pierwszy od wielu lat. I nagle... matka postanowi­ła przerwać kurację. Uznała, że zbyt szybki powrót dziecka do zdrowia uniemożliwi jej starania o większe mieszkanie. Po powrocie do Lisowodów Julka znowu poczuła się gorzej. Skóra pękała... Jej matka przysłała list: "Panie Henryk, ratuj...".

Tym razem z Julką przyjechał ojciec. Pan Henryk umieścił oboje u sióstr w Zakopanem. Niezbędna była długa kuracja, ale ojciec dziewczynki wy­trzymał tylko dwa miesiące. Nie mógł znieść abstynencji wymaganej przez zakonnice, więc wrócił z dzieckiem do domu. Pan Henryk był tam nie­dawno... Julka bardzo cierpi. Nie ma dla niej nadziei.

Jednak nigdy, nawet w takim przy­padku, pan Henryk nie powie, że nie warto było tak się starać. Warto, choćby dla chwili ulgi w cierpieniu tego dziecka. Choć czasami jest na­prawdę trudno.

Do kresu sił

Jeszcze nie udało mu się "odegnać z pamięci" całkiem niedawnej spra­wy. Pan Henryk jechał z darami do Polaków na Białoruś. Czuł się nie naj­lepiej. Parę tygodni wcześniej prze­szedł poważną operację. Mróz dawał się we znaki, dokuczało chore biodro, bolał świeży szew operacyjny. Pan Henryk zajechał przed polską pleba­nię. Wyładowano dary. Człowiek zatrzymałby się choć na godzinę, napił­by się gorącej herbaty, ale lwowoski ksiądz... nie zezwolił na odpoczynek. Nie chciał się narażać ukraińskim urzędom. Trzeba było jechać kilkadziesiąt kilometrów dalej, do następ­nej polskiej osady. Po powrocie do Warszawy pan Henryk przez trzy dni nie wstawał z łóżka. Nie miał siły.

Teraz znowu piekielnie boli wątroba. Tyle listów jeszcze nie przeczytanych. Tyle ludzi czeka. Żona pana Henryka martwi się, że "wysechł na wiórek". A on... nie może się doczekać, kiedy znowu poczuje się trochę lepiej... Bo nie lubi chorować, lubi działać.

 

Sylwetka bohatera niniejszego tekstu jest również dobrze znana wielu lidzianom, dzieciom i dorosłym, wszystkim, kto miał szczęście spotkać go na swej życiowej drodze. Pomagał on chorym i potrzebującym na Ziemi Lidzkiej, załatwiał leczenie beznadziejnych, zapraszał naszych dzieci na wypoczynek do ojczystego kraju, pomagał młodzieży na studiach wyższych. Dzieci kochały Go od pierwszego wejrzenia. Dla małej lidzianki słowo Ciuk stało się jednym z pierwszych słów w życiu. Na pewno nie przypadkiem właśnie polskie dzieci z Białorusi uczyniły Go Kawalerem Orderu Uśmiechu. Niestety o tym Człowieku możemy już tylko pisać w czasie przeszłym, lecz dla nas on zawsze zostanie takim jak był - dobrym, miłym, uśmiechniętym, zawsze śpieszącym na pomoc potrzebującym i nic nie wymagającym w zamian. Schylamy czoło przed naszym Przyjacielem i modlimy się o pokój Jego duszy.

W imieniu Zarządu Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej oraz Redakcji Aleksander Kołyszko