Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Nam nie ufano

 

Datę 22 czerwca 1941 roku można rozpatrywać pod różnym kątem. Dla jednych to początek Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, dla innych - początek wzajemnego pożerania się dwóch ludobójczych systemów - faszyzmu i komunizmu, które we wrześniu 1939 r. rozpętały II Wojnę Światową, utworzyły obozy śmierci, wspomnieć chociażby Katyń i Oświęcim, początek walki dwóch dyktatorów - Hitlera i Stalina. Dla wielu tysięcy rodzin ta wojna stała się ratunkiem od śmierci w więzieniach NKWD i na nieludzkiej ziemi za Uralem. Naród polski ucierpiał od tej wojny najwięcej ze wszystkich narodów Europy i świata. Polak-żołnierz w jej skutek znalazł się w szeregach wojsk i na zachodzie, i na wschodzie. Na Zachodzie on miał współczucie i poszanowanie, moralne i materialne wsparcie. W odwrotnej sytuacji znalazł się Polak w szeregach Czerwonej Armii.

Po nieudanej próbie utworzenia buforowych regionów polskich jak Dzierżynszczyzna na Białorusi i Marchlewszczyzna na Ukrainie, przez które marzył poszerzyć sowietyzm na Polskę i zrobić w niej czerwoną rewolucję, Stalin stracił zaufanie do Polaków. Do tego miał, prawdopodobnie z dzieciństwa krzywdę do Polaka Przewalskiego, znanego podróżnika i badacza Azji, który prawdopodobnie był jego ojcem z nieślubnego łoża.

Po dokonaniu mordów na oficerach polskich w Katyniu i setkach łagrów za Uralem, Stalin czuł się jak złodziej na którym pali się czapka. Pomimo, że mordy na polskich oficerach były dokonywane w ścisłej tajemnicy, jednak podejrzewał, że jego zbrodniczy czyn zostanie ujawniony przez Niemców, którzy mieli dobry wywiad i wykorzystywali Polaków przeciw Rosji Sowieckiej. W tym celu z pierwszych godzin rozpoczęcia niemiecko-bolszewickiej wojny szeregi Czerwonej armii zaczęto oczyszczać od Polaków, którzy zostali do niej wcieleni na jesieni 1940 roku z byłych terenów polskich.

Z niesłusznych przyczyn los Polaków-czerwonoarmistów w roku 1941 nie został zupełnie naświetlony w polskim druku historycznym. Po długich i zawikłanych ścieżkach część z nich znalazła się następnie w szeregach polskiego wojska, zwanego później kościuszkowcy, berlingowcy. Na fali społeczno-politycznych przemian w Polsce w latach osiemdziesiątych zaczęto utożsamiać tych żołnierzy z reżymem komunistycznym w Polsce, winiąc żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego jako sprzymierzeńców tego reżymu. Ale dla wielu Polaków to była jedyna droga ratunku własnego życia i niesieniu pomocy Polsce w jej walce z faszyzmem.

Oto kilka wspomnień byłych żołnierzy czerwonoarmistów. Jan Hajdul pochodzący spod Żyrmun, obecnie mieszka w Lidzie, pierwszy dzień wojny i następne wspomina tak:

"Zostałem powołany w szeregi Czerwonej Armii na jesieni 1940 r. Miałem wówczas 23 lata. Jednostka, w której pełniłem służbę znajdowała się w Woronieżu. W niedzielne południe 22 czerwca studiowaliśmy urządzenie motocykla. Przybył goniec ze sztabu naszej jednostki i oznajmił, że rozpoczęła się wojna z Niemcami. Następnie nasz dowódca zapytał, czy są wśród nas Polacy. Początkowo nie wiedzieliśmy jak mamy zareagować, ale znalazł się pierwszy odważny i przyznał się, że jest Polakiem z byłych terenów polskich, a za nim poszli następni. Okazało się, że jest nas dość sporo. Następnie wyprowadzono nas na podwórko i sformowano niewielki oddziałek i zaproponowano, abyśmy w dowód swej polskości zaśpiewali polską piosenkę. I z piosenką "Wojenko, wojenko, co żeś ty za pani..." skierowano nas pod magazyny z umundurowaniem. Tam na nas czekały starsze roczniki w obnoszonym i poszarpanym umundurowaniu. Zdjęto z nas nasze prawie nowe umundurowanie i przebrano w te łachmany. Po przemundurowaniu wyglądaliśmy jak żebracy. Z powrotem do koszar nas już nie puszczono, parę dni przetrzymano oddzielnie i przerzucono za Wołgę, gdzie takich jak ja znalazło się setki, a wśród nich wiele chłopców z Ziemi Lidzkiej. Tu nieraz atakowało nas niemieckie lotnictwo, byliśmy bez broni, przemieszani z uciekinierami cywilnymi. Nie było gdzie się ukryć, rosła tylko jakaś stepowa trawa i szuwary. Niemieccy lotnicy, gdyby tylko chcieli wystrzelaliby nas z karabinów maszynowych co do jednego, ale tylko seriami z CKMów napędzali panikę. Po pewnym czasie przerzucono nas pod Iżewsk i ulokowano w specjalnych łagrach, możliwie, że poprzednio "oczyszczonych" od więźniów. Mieszkaliśmy w drewnianych, źle ocieplonych barakach. Wykorzystywano nas do różnych ciężkich prac fizycznych - wyrąb lasu, remont kolei i inne. Jako wyżywienie było 250 gr. chleba i jakąś zupę, nazywaną przez nas "bałandoj". Czasami w ogóle nic nie mieli, żeby nas nakarmić i na obiad prowadzili na pieszo do Iżewska 15 kilometrów. Po takim obiedzie i przemarszu z powrotem człowiek o niczym więcej nie myślał, jak tylko o jedzeniu. Chłód i głód wykańczał nasze szeregi. Zaczęły nękać nas różne choroby i po nocy często z prycz baraków wynoszono martwe ciała kolegów. Szczególnie w pamięci zachowała się Wigilia Bożego Narodzenia 1942 roku. W marnym ubraniu nie daje się usnąć w chłodnym baraku, głód gnębi żołądek, a myśli krążą wokół wigilijnego stołu w ojcowskim domu, gdzie jest ciepło i wszystkiego pod dostatkiem. Napięcie nerwowe dochodzi do ostateczności. Żaden sen nie zmróża mnie powiek. Tak przeleżałem daleko za północ. Nie wytrzymuję więcej, wychodzę na zewnątrz i przez znane chody w ogrodzeniu kieruję się w stronę niedalekiego posiołku. Idę do piekarni, mijam budkę stróża i przez płot włażę na teren. W piekarni pracowały trzy piece i kobiety akurat wydobywały świeżo upieczony chleb i składały do skrzynki. Zapach tego chleba zaczął doprowadzać mnie do szaleństwa. Grzecznie proszę o kromkę lub kruchy, zostające przy formach. Lecz piekarki są nieubłagane. "Nicziewo niet dla tiebia sołdacik, takich zdieś mnogo." Widząc jak znikają do skrzyni pod zamek bochenki z ostatniego pieca, nie wytrzymałem i rzuciłem się do chleba. Piekarka chwyciła mnie za głowę, lecz na szczęście w rękach u niej została tylko moja czapka, a ja z dwoma bochenkami susem wymknąłem na podwórko i szybko zniknąłem za płotem. Gdy odbiegłem na pewną odległość i przekonałem się, że nikt mnie nie goni, w ciągu paru minut prawie połknąłem jeden bochenek. Uszy, aby nie odmrozić, obwiązałem chusteczką do nosa i ruszyłem w stronę łagru, tzw. "stajanki". Po drodze spotkałem dwóch kolegów, którzy również wyszli poszukać czegoś do jedzenia. Podzieliłem się z nimi swym bochenkiem chleba i tylko bardziej rozdrażniłem ich głód. Postanowiliśmy jeszcze raz spróbować szczęścia i ponownie poszliśmy do piekarni. Kołem zablokowaliśmy drzwi od budki stróża i przez wybitą szybę skradliśmy jeszcze kilka bochenków chleba, z których jeden później wymieniliśmy na zimową czapkę dla mnie. Chyba dzięki tylko Opatrzności Bożej ta wigilijna przygoda zakończyła się szczęśliwie i cicho, bo przecież bez większego wysiłku mogli nas odnaleźć i rozstrzelać. Chociaż śmierci już nie baliśmy się. Wiedzieliśmy na pewno, że jeżeli tylko Niemcy przesuną się dalej na wschód od Moskwy nas natychmiast rozstrzelają. Trochę ratowało nasze życie to, że nasz status nie był określony: czy to żołnierze strojbatu, czy to łagiernicy. Dlatego nie mieliśmy szczelnej ochrony na zewnętrznym ogrodzeniu i to dawało nam możliwość w późnych godzinach nocnych i przed ranem wymknąć do posiołku, zanieść wiązankę drewna i wymienić na kawałek chleba lub parę gotowanych ziemniaków. Tak nasze życie trwało do wiosny 1943 roku. Wiedzieliśmy, że było formowane wojsko polskie pod dowództwem generała Andersa, ale nam nie pozwolono do niego wstąpić, tłumacząc, że złożyliśmy przysięgę czerwonoarmisty.

Pewnego dnia wiosną 1943 roku spośród nas wybrano kilku mniej wyniszczonych fizycznie i skierowano do komisariatu wojskowego do Iżewska. Po paru dniach oni powrócili i oznajmili, że idą do Wojska Polskiego, do jakiejś Wandy Wasilewskiej. Następnego dnia ja i kilku kolegów nie poszliśmy do pracy, wymknęliśmy się z łagru i udaliśmy się do Iżewska. Nas również przyjęto do polskiego wojska, ale musieliśmy wrócić na kilka dni do łagru. Po powrocie nas aresztowano i wsadzono do karceru za samowolne opuszczenie pracy. Na szczęście koledzy już odchodzili i zawiadomili komisariat w Iżewsku. Na telefoniczny rozkaz nas uwolniono. Po przybyciu na miejsce formowania przez parę tygodni nas odkarmiano, bo byliśmy prawie szkieletami. Ukończyłem szkołę podoficerską i szlakiem bojowym przeszedłem prawie przez całą Polskę i wojnę zakończyłem na terenach niemieckich."

Wielu kolegów Jana Hajdula, którzy byli z nim w Rosji nie powrócili w rodzinne strony i nie zginęli w walce z faszyzmem, a pozostali w bezimiennych grobach na Wschodzie.

Banedykta Lisowskiego zamieszkałego obecnie w Raduniu wojna zastała na Północnym Kaukazie pod Tbilisi. Do Armii Czerwonej został powołany jesienią 1940 roku. Tak wspomina przejścia wojenne: "Po rozpoczęciu wojny nasza jednostka była czynnie szykowana do obrony Kaukazu. Po paru miesiącach na porannym apelu padł rozkaz: "Polakom i Ukraińcom z dawnych terenów Rzeczypospolitej wyjść na trzy kroki do przodu". Nas odprowadzono na stronę i rozbrojono. Powiedziano, że nie mają do nas zaufania i że możemy zdradzić i dlatego nas będą wykorzystywać w cywilu. Zdjęto z nas umundurowanie, dano jakieś cywilne łachmany i skierowano do prac fizycznych. Wyrąbaliśmy las, robiliśmy tunele w skałach. Jako wyżywienie dostawaliśmy 600 gram chleba i wodę na dobę. Wkrótce z nas były tylko skóra i koście. Spaliśmy w nieocieplanych barakach i w zimie po nocy często trzeba było odrywać od desek przymarznięte ubranie lub wynosić zmarłych kolegów. Po przesunięciu się frontu na Kaukaz nas przetransportowano za Ural do Czelabińskich Zakładów Metalurgicznych. Tu nadal wykonywaliśmy najcięższą pracę niekwalifikowaną. Nie miałem dobrego zdrowia z młodości, a po tych sowieckich męczarniach byłem na wyczerpaniu. Często chorowałem, nie mogąc stać do pracy. Byłem pogodzony z losem, że wkrótce złożę swe kości w tym ponurym, chłodnym i głodnym kraju, daleko od Ojczyzny w nieznanym dla rodziny grobie. Po kolejnej takiej chorobie i nie wyjściu do pracy przez cztery dni otrzymałem surową naganę z uprzedzeniem. Podczas nagany okazało się, że już dawno upłynął termin ważności czasowego zaświadczenia tożsamości i mnie skierowano do wydziału NKWD. Oficer NKWD widząc, że mam wpisaną narodowość Polak zapytał, czy życzyłbym służyć w formującym się wojsku polskim. Z radością odpowiedziałem "tak" i zostałem skierowany do wojskowego komisariatu, a stamtąd do Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Ukończyłem szkołę podoficerską w Riazaniu i wojnę zakończyłem w stopniu podporucznika. Mnie dopisało szczęście, a wielu moich znajomych, takich jak Parul, Miszkiń, Katowicz znalazło swój kres w nieznanych grobach od Kaukazu po Ural."

Osiemdziesięcioletni dziś mieszkaniec wsi Porzeczany Konstanty Siemaszko ma trudności ze wspomnieniem wszystkich szczegółów. Po powołaniu na jesieni 1940 roku do Czerwonej Armii został skierowany do 32 pułku w Woronieżu. Po rozpoczęciu wojny jednostka została skierowana na front, brała udział w walkach pod Orłem. Jednak po kilku miesiącach wszystkich żołnierzy pochodzących z byłych terenów polskich odwołano do zapasowego pułku. Tu dalej ćwiczono rzemiosło wojskowe. Po niedługim jednak czasie pułk został rozformowany, z żołnierzy zdjęto mundury i wcielono do strojbatów (bataliony budowlane) i skierowano do prac w budownictwie zbrojeniowym na Uralu. Tu się zaczęła prawdziwa gehenna ludzkiego życia. Za pomocą kilofów, żelaznych łomów i klinów trzeba było wykopywać w zmarzlinie 3-metrowe rowy pod budowlane konstrukcje. Na wyżywienie trzeba było chodzić 6 kilometrów do stołówki. Długie godziny trzeba było stać w kolejce, czasami się zdarzało, że jedni jedli już obiad, a drudzy tylko śniadanie. Nie jednego strojbatowca spotkała śmierć na tej drodze w zimowym okresie. Byli młodzi, ale śmierć dziesiątkowała ich szeregi nielitościwie. Zmarłych kolegów rozbierano do naga i zwożono do wielkich dołów. Nadzieją na opuszczenie tej męczarni stała się wieść o formowaniu wojska polskiego pod dowództwem generała Berlinga. Zaczęto pisać raporty i błagać naczelników, aby odpuszczono ich jako Polaków do polskiego wojska. Panu Konstantemu udało się, możliwie, że wzięto pod uwagę to iż chociaż zawsze legitymował się jako Polak był prawosławnego wyznania. Przeszedł od Lenino do Berlina, walczył o wyzwolenie Warszawy. Mówi, że dziś nie chce trwożyć wspomnieniami z Uralu swej starości.

Taki los spotkał tysięcy Polaków-czerwonoarmistów i dawno nadszedł czas zdjąć z nich miano komunistycznych przysługiwaczy, a sporządzenie rzetelnego zapisu historycznego jest sprawą honoru historyków.

Stanisław Uszakiewicz