Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Wrzesień w mojej pamięci

 

W 1939 r. ukończyłem pierwszą klasę szkoły. W mojej dziecinnej wyobraźni dalsza perspektywa zapowiadała się jak najlepiej. Prawda, gdy byliśmy z ojcem w Juraciszkach na nabożeństwie kościelnym, a potem na uroczystościach trzeciomajowych, jacyś panowie głośno mówili z trybuny, że nie oddamy ani piędzi ziemi, ale na mnie te słowa nie robiły większego wrażenia. Byłem bardziej zachwycony przemarszem niewielkiej grupy strażaków w lśniących na słońcu mosiężnych hełmach z siekierkami za pasem.

Beztrosko przeleciało na ojcowskiej zagrodzie lato. Szykowałem się już do drugiej klasy. Nauczycielem w naszej wsi pracował Kazimierz Klidzio, oficer rezerwy WP. Mieszkał z rodziną (żona i trójka dzieci) u gospodarza. Jego synek Henio był o rok starszy ode mnie i ukończył dwie klasy. Ostatnie dwoje dzieci były jeszcze w wieku przedszkolnym.

Całą noc przed pierwszym września burczał po polnych drogach kolonii rower motorowy, budząc ze snu wiele rodzin, gdyż na tamte czasy nawet pojawienie się motoru we wsi było czymś nadzwyczajnym. Gdy nadszedł ranek sąsiad sąsiadowi zaczęli przekazywać straszną wiadomość: "Zaczęła się wojna z Niemcami". W nocy rozwożono powołania mobilizacyjne. Został zmobilizowany również Kazimierz Klidzio. Moi koledzy opowiadali, że widzieli jak on odjeżdżał ze wsi na furmance w polskim mundurze i z szablą. Przez parę dni i mój ojciec otrzymał rozkaz stawić się z koniem i wozem na punkt mobilizacyjny gdzieś pod Dziewieniszki, skąd powrócił konno bez wozu i uprzęży. Później sołtys kazał zdać wieprza na potrzeby wojska. Czas od czasu wysoko w niebie pojawiały się pojedynczo lub niewielkimi grupkami samoloty i wszyscy mówili, że to na pewno niemieckie. Niektórzy z sąsiadów urządzili w swych zagrodach niewielkie podziemne schrony dla rodzin, gdzie można byłoby ukryć się w przypadku bombardowania. Bez przerwy zaczęły pełzać plotki, że po okolicach wszędzie penetrują niemieccy szpiedzy w cywilnym ubraniu i bardziej chętni do kłamstw rozpuszczali posłuch, że oni już gdzieś na drodze spotykali podejrzanych przechodniów.

My, dzieci, do szkoły nie chodziłyśmy, ponieważ nie przysłano nauczyciela na zamianę zmobilizowanego. Dni upływały szybko, pełne trosk i poddenerwowań. Mój ojciec jak na razie nie otrzymał karty mobilizacyjnej, ale matka bardzo często płakała i rozpaczała, jak ona sama poradzi na gospodarstwie z czwórką małych dzieci. Ja byłem najstarszy z czwórki.

Nadeszła niedziela 17 września. Poranek był bardzo mglisty. Ojciec z sąsiadami, prawosławnymi i katolikami, poszedł do kościoła w Juraciszkach. Panował wówczas zwyczaj, że katolicy do kościoła i prawosławni do cerkwi lubili chodzić grupkami, aby nie nudzić się na siedmiokilometrowym odcinku drogi. Podział religijny nie miał większego znaczenia na stosunki sąsiedzkie, ponieważ rodziny były często przeplatane. Gdy mgła zaczęła powoli podnosić się nad ziemią, mamusia posłała mnie wypuścić krowy z chlewa na pastwisko. W tym samym czasie od wschodu poza gęstą mgłą usłyszałem nasuwający się mocny warkot samolotów, lecących na zachód. Po dźwięku już mogłem rozróżnić, że są to bombowce. Ledwie zdążyłem wypuścić krowy, jak ze strony stacji kolejowej Juraciszki usłyszałem kilka potężnych wybuchów. Wbiegłem do domu, a mamusia strwożona pyta, co się stało.

Po paru godzinach wrócił ojciec i oznajmił nam, że bolszewicy ruszyli na Polskę, że wójt juraciszskiej gminy Pilecki, siedziba którego znajdowała się we wsi Brodiszcze przy gościńcu Juraciszki - Wiszniew, pali na podwórku jakieś papiery, a obok stoi koń w zaprzęgu, bo ma wkrótce gdzieś uciekać. Gościniec ów przebiegał również obok naszej wsi i w południe ujrzeliśmy na nim niewielką grupę (około 30 osób) polskich żołnierzy. Żołnierze zatrzymali się na odpoczynek pod dwoma potężnymi brzozami przy drodze. Ja i parę moich kolegów mgnieniu oka przemknęliśmy przez rzeczułkę i łąkę do odpoczywających. Odpoczynek był jednak krótki, zagrała trąbka i wszyscy pomaszerowali dalej. Na głowach mieli hełmy i zwinięte przez ramię płaszcze. Na pewno była to jakaś wycofująca placówka KOPu (Korpus Ochrony Pogranicza).

Po południu popędziłem paść krowy po rżysku. Niedaleko mieszkał sąsiad, który utrzymywał niewielki sklepik "Społem". Tu o każdej porze dnia i bez żadnych kolejek można było kupić wszelkie niezbędne dla chłopa drobiazgi: igły, pastę do butów, śledzia na wigilię, tkaninę. Sklepikarz z radością witał każdego gościa na dźwięk dzwonka zawieszonego nad drzwiami. Tu nieraz lubili zebrać się i podyskutować w świąteczne dni sąsiedzi. Tak i 17 września będąc na rżysku zauważyłem, że przy sklepie stoi kilka cyklistów (rowerzystów) i chłopów i coś uważnie rozglądają. Byłem zawsze ciekawskim, więc rzuciłem krowy i pobiegłem do nich. Jeden z rowerzystów miał uwiązany do bagażnika kawałek pokręconego żelaza od bolszewickiej bomby, zrzuconej przez sowieckie samoloty na kolonię tuż po sąsiedztwie ze wsią Lepieszki, a jednocześnie za stacją kolejową Juraciszki. Na pewno miały zamiar zbombardować stację, lecz zza gęstej mgły chybiły o jakiś kilometr. Jedna z bomb uszkodziła róg chłopskiego mieszkania, w którym na drągu pod belkami była zawieszona kołyska z dzieckiem. Na szczęście jemu nic się nie stało. Gdyby te bomby spadły na budynek stacji kolejowej i pobliskie domy gęsto zabudowanych Lepieszek, możemy sobie tylko wyobrazić ilu niewinnych ludzkich istnień zabrałyby "oswoboditieli".

Noc minęła w trwodze, ale spokojnie. A z rana następnego dnia gościńcem w stronę Juraciszek i Lidy posunęły się nieprzerwanym łańcuchem sowieckie zmechanizowane transporty, a w południe - konne tabory. Wojsko wypełniło majątek i bliższe kolonie chłopskie. Przed samą wojną mój ojciec wybudował nowy dom i nakrył go blachą, co było nowością na całą wieś. Z tego na pewno względu w naszym mieszkaniu ulokowała się jakaś grupa oficerów, a na podwórku znalazło się kilka końskich zaprzęgów. Byłem bardzo zdziwiony bolszewickimi wozami, ponieważ były bardzo jakoś płaskie, jak stół do jedzenia, tylko zamiast nóżek cztery drewniane koła. U jednego z koni na połowę oderwała się podkowa i bojec nie mógł ręcznie ją oderwać. Ja stałem obok i gapiłem się. W pewnym momencie on zwraca się do mnie: "Malec, pryniesi abcugi". Ja nic z tego nie zrozumiałem i on zaczął na migi pokazywać mi po co one są potrzebne. Nareszcie powiedziałem, że to są obcęgi. On kiwnął głową, a ja pobiegłem i przyniosłem, co on prosił. Tak w pierwszy dzień sowieckiej władzy nauczyłem się pierwszego rosyjskiego słowa "abcugi", które później przez dziesiątki lat nas tak mocno zaciskały.

Dziwny był wygląd żołnierzy. Prawie wszyscy nosili kamasze i owijacze, długie szare szynele i długie karabiny, ale szczególne zainteresowanie i kpiny wyzywały nakrycia głowy z ostrym rogiem na środku głowy przypominające swym wyglądem kapiszon lub jak potocznie zwano baszłyk (od burki z grubego sukna własnej roboty). Później od tego nakrycia głowy i sowietów zaczęli nazywać "baszłykami".

Przed wkroczeniem wojsk sowieckich powietrze powszechnie było w warunkach wiejskich stuprocentowo czyste. Po przejeździe setek transportów zawisły wydawało się nieznośne smrody. To dziś przyzwyczailiśmy się do tych spalin, że zauważamy ich tylko wtedy, gdy jakiś diesel wypuści gęsty kłęb dymu nam przed samym nosem.

W zajętej części mieszkania oficerowie zebrali się na jakąś naradę. Można było wejść do sypialni i posłuchać ich rozmowy. Na całe życie zapadła memu ojcu w pamięć nagana jakiej udzielono jednemu z oficerów, ponieważ nim doszedł do naszej wsi zdążył kupić porządne buty. Te buty zostały mu oczywiście skonfiskowane. Mój ojciec wychowany na innych zasadach nie mógł zrozumieć jakim prawem sowiecki oficer mógł zabrać drugiemu oficerowi buty kupione za własne pieniądze.

Jedna z pań w "Głosie znad Niemna" napisała, że sowieci po wkroczeniu często okradali naszych chłopów, co jest zupełną nieprawdą. Sowieckie bojcy mieli na tyle wielkiego dryla, że nawet gdy im coś proponowano, odmawiali wzięcia. Pamiętam moja mamusia chciała ugościć zakwaterowanych oficerów świeżym mlekiem, to oni długo wzbraniali się i ostatecznie zgodzili się tylko za opłatę, a znajdujące się na podwórku bojcy niczego oprócz wspomnianych wyżej obcęgów nie poprosili i nie wzięli, wiedząc doskonale, gdzie mogą wylądować.

Dziedzic majątku Witold Rutkiewicz miał własny samochód i już w niedzielę rano wyjechał z szoferem i żoną. W pokojach zostawił radio, które sąsiad mieszkający naprzeciw przeniósł do własnego mieszkania i wszyscy chętni chodzili do niego słuchać nadawane w języku polskim i rosyjskim wiadomości. Długo to jednak nie trwało. Za falą wojsk przyszło NKWD i zaczęło tworzyć nową administrację, zaprowadzać nowe porządki. Radio natychmiast zostało skonfiskowane, ponieważ sowieci byli od początku uczuleni na inną niż oficjalną informację.

W mieszkaniu dziedzica Rutkiewicza, już bardzo zapadłym w ziemię, sowieci urządzili świetlicę i bibliotekę, ściany okleili propagandowymi plakatami, podobnymi do tych, jakie można obecnie znów oglądać na ścianach urzędów - "Ja z uschodniaj, ty z zachodniaj", było także dużo plakatów z karykaturami grubych popów.

Z drugiej strony dworskiego budynku zorganizowano sklep Po wkroczeniu bolszewików od razu wszystkiego zabrakło, a prywatne sklepiki zostały zamknięte. W naszym sowieckim sklepiku, do którego były dołączone wszystkie okoliczne wsie, prawie nic nie można było kupić. Gdy sklepikarz Ilukowicz przywoził przydzielony towar, kolejka stawała już o północy. Teren był pochyły, drzwi były prawie metr niżej poziomu podwórka i sklepikarzowi było trudno dojść po schodach do drzwi i otworzyć je. A co się działo po otwarciu, jest trudne do opisania. Wszczynały się swary, przepychanki, a gdy już udało się coś kupić, to trudno było wydostać się na zewnątrz. Ludzie ściekali potem, skakały wszy. Kilka razy biegałem z kolegami oglądać to widowisko. Pamiętam, jak był zadowolony ojciec, gdy udało mu się kupić ok. 8 metrów tzw. kortu na ubrania dla dzieci, z którego dziś szyją wyłącznie robocze ubrania i rękawicy.

Zorganizowano szkołę. Nauczycielem został mianowany niejaki Bobrowicz, który jak opowiadali starsi ludzie, wynajmował się do pasienia krów w naszej wsi przed utworzeniem się kolonii, ale za czasów carskich trochę nauczył się rosyjskiego. Wszyscy uczniowie zostali przeniesieni do poprzednich klas. Szkołę ulokowano w tym samym prywatnym mieszkaniu, gdzie poprzednio była polska. Na ścianach na miejscu krzyża i portretu Mościckiego zawisły portrety Lenina, Stalina i Kalinina, wycięte z jakichś gazet i oklejone czerwonym papierem zamiast ram. Wykładowym językiem stał się białoruski i rosyjski, a w sąsiedniej szlacheckiej wsi Egirdy zachowano czasowo i polski. Ojciec mój bardzo ubolewał, że nie będę mógł uczyć się w języku polskim. Po pewnym czasie Bobrowicza zamieniła moja stryjeczna siostra Wanda Olszewska, która do września była studentką drugiego roku grodzieńskiego liceum. Jej ojciec w dzieciństwie mieszkał w Piotrogrodzie, gdzie pobierał naukę w języku polskim i rosyjskim. W życiu to się przydało i córek również nauczył rosyjskiego. Ja też na początkach sowieckiej szkoły korzystałem z "Bukwara" jego lat dziecinnych.

Rodzina byłego polskiego nauczyciela Kazimierza Klidzio - żona z trójką dzieci - została bez żadnych środków do życia. Powoli wymieniały własne rzeczy na żywność. Nauczyciel w tamte czasy był osobą szanowaną, jak również i jego rodzina. Kto czym mógł pomagał dla tej rodziny: mlekiem, kartoflą, mięsem i kiełbasą przed świętami Bożego Narodzenia, mąką. Ale pomoc ta nie była regularną, więc pani Klidzio zwróciła się do sielsowietu, który również był ulokowany w majątku, z prośbą o pomoc. Oczywiście została zaciągnięta na listę z obietnicą pomocy, która przyszła 10 lutego 1940 roku.

Po wprowadzeniu nowego podziału administracyjnego sowieci wprowadzili dla podległej im ludności odpowiednie obowiązki dla obsługi urzędów. Jednym z takich obowiązków były różnego rodzaju dyżury lub stojki, jak ich zwano potocznie dla pieszych i dla zaprzęgów konnych. Na każdą dobę do sielsowietu lub rajispołkomu wyznaczano parę osób i wozów lub sań na dobowy dyżur. W zależności od potrzeb przez tych ludzi były przekazywane różne zawiadomienia i meldunki, dowożono naczalstwo do potrzebnych miejscowości. Po paru miesiącach to stało się powszechnym zjawiskiem i nie budziło większego sprzeciwu. 9 lutego 1940 roku mój ociec również otrzymał polecenie udania się na dyżur do Juraciszek z konnym zaprzęgiem. Na sanie włożył ragucie (specjalne drabiniaste przystosowanie dla wyjazdów gospodarskich i osobowych), obficie wypakował je sianem, żeby koń miał co jeść i samemu było w drodze wygodnie położyć się. Gdy przybył na miejsce spotkał dużo podobnych sań, co odbiegało od ustalonej już normy. Woźnicy na próżno próbowali rozwiązać tę zagadkę. Przed północą do rajispołkomu przybył spory oddział wojsk NKWD. Po krótkiej naradzie wewnątrz budynku, zaczęły wywoływać poszczególne wsie. Gdy padła nazwa naszej wsi Tokarzyszki do ojca sań wsiedli dwaj enkawudziści. Przez 7 kilometrów drogi ojciec z wielkim niepokojem w duszy zastanawiał się do kogo ze złą nowiną wiezie tych "gości", czyżby czasem nie do własnego mieszkania. Przecież w 1923-25 latach był żołnierzem KOPu na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej. Gdy podjechali do wsi enkawudziści spytali, czy zna rodzinę Klidzio i kazali jechać pod ich dom. Rozbudzili gospodarza i lokatorkę. Pani Klidzio oznajmiono, że ma około godziny czasu na zbiórkę i jakie rzeczy może zabrać ze sobą. Ona zupełnie straciła panowanie nad sobą i głośno płacząc zaczęła budzić małe dzieci. Do pomocy przyszli gospodarze. Ubranka dziecinne były wszystko fabryczne, leciutkie, nie przeznaczone na chłód, a za oknem szalał ponad czterdziestostopniowy mróz. Ojciec zrobił w środku sań w sianie gniazdo, wysłano go kołdrami i usadzono dzieci, które następnie również owinięto kołdrą i otulono sianem. Matka przycupnęła przy dzieciach, enkawudziści usiedli z tyłu, a ojciec ulokował się przy samym ogonie konia. Kierunek - stacja kolejowa Juraciszki. Na stacji ojciec ujrzał kilka wagonów towarowych, pod które również podjeżdżały sanie. Przy jednym z wagonów zatrzymano się, odryglowano drzwi i ojciec dopomógł zmarzniętym i przestraszonym dzieciom wejść do środka, pożegnał się z panią Klidzio. Przed świtem był już w domu, opowiedział matce i mnie co się wydarzyło tej nocy i zabronił opowiadać o tym komukolwiek.

Nastał ranek 10 lutego. Po wsi popełzły, niczym żmije, złe słuchy, że z tej, tamtej i wielu innych wsi wywieziono w nieznane bydlęcymi wagonami rodziny. Później były następne wywózki, które przyprawiały ludzi w odrętwienie ze strachu.

W latach trzydziestych ogłupione za pomocą komunistycznych działaczy Zachodniej Białorusi sowiecką propagandą pięciu chłopców z naszej wsi przeszło nielegalnie wschodnią granicę w poszukiwaniu szczęścia w sowieckim raju. Po wkroczeniu wojsk sowieckich na nasze tereny ich rodziny żywiły wielką nadzieję, że wkrótce we własnych domach ujrzą bardzo wzbogaconych krewnych. Lecz czas upływał jak i nadzieja. Nie mogli przecież oni wiedzieć, że kości tych uciekinierów już dawno gniją gdzieś w Niegoriełym lub w Kuropatach. A dawna wschodnia granica Polski wciąż była strzeżona. Na głowy rolników posypały się wcześniej nie znane uciążliwe podatki pieniężne i w naturze, obligacje i loterie, wywóz drewna z lasów, budowa lotnisk. Wszystko pod przymusem, strachem i za darmo.

Jeszcze rok nie minął od wkroczenia sowietów, a większość mieszkańców mojej wsi i okolic, które miały jakieś złudzenia, była rozczarowana w sowietach. Bardziej przezorni już w pierwszych dniach stwierdzili, że "Fiedot, da nie tot".

Stanisław Uszakiewicz