Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Kartki z pamiętnika pisanego w Lidzie

 

5 października. Irusi urodziła się córeczka. Przełożyłam niektóre lekcje na kompletach na inny dzień i poszłam do szpitala. Przed kilkoma godzinami przyszła na świat córeczka Irki, ale ona i jeszcze kilka położnic leżały na sali porodowej. Gdy przyszłam, salowa akurat zamiatała, podnosząc szczotką tumany kurzu i kłaki włosów. Z przerażeniem patrzyłam na taki sposób sprzątania i drżałam z trwogi o zdrowie i życie Irusi i dziecka. Przyniesiono maleństwo do matki, ależ jaki smutny to był widok. Dziecina zawinięta była w zgrzebne płótno i kawał wełnianego koca koloru khaki. Irusia naszykowała dla dziecka bieliznę, pielusz­ki i becik, ale nie pozwolono jej tego zabrać do szpitala.

7 października. Irusia dostała gorączkę. Jestem przerażona. A malutka wnuczka ma odparzoną szyjkę, skórkę w zgięciach rąk i pod kolankami. Taka fatalna opieka w tym szpitalu. Oby tylko obie wyszły zdrowo.

15 października. Wszystko szczęśliwie się skończyło. Irusia z córeczką już jest w domu. Mała ma na imię Helena, ale nazywają ją Ilonką. Helena - to imię matki Edka.

16 października. Wielu rodziców prosiło, by zrobić przerwę w nauce na czas kopania kartofli. Wobec tego zawieszamy zajęcia od 1 do 15 października.

Tereska Harniewiczówna powiedziała mi, że ktoś z jej znajomych poszukuje robotników do kopania kar­tofli i płaci dwa pudy (32 kg) kartofli dziennie. Tere­nia i kilka jej koleżanek mają zamiar pójść do ko­pania, by pomóc rodzicom w zdobyciu kartofli na zimę. Ja również postanawiam podjąć się tej pracy. Kilkanaście pudów kartofli to coś znaczy, a w dodatku będę razem z moimi dziewczynkami.

18 października. Kopanie ziemniaków to wcale niełatwa praca. Trzeba pracować równo z innymi, bo jak się zostanie w tyle, to trudno jest donosić kartofle do worków.

Terenia pracuje starannie, równomiernie, potrafi zorganizować sobie pracę tak, by jak najmniej tracić czasu. Jadzia stara się wszystkich wyprzedzić, ale trudno jej to idzie, dużo kartofli kaleczy lub zostawia w ziemi. Muszę na nią zwrócić większą uwagę przy nauce, trzeba ją uczyć solidnego traktowania obowiązku. Mam ze sobą kilka pudełek, do których zbieram okazy pędraków, drutowców itp. Przyda mi się to na lekcjach biologii, przecież rozporządzam znikomą liczbą pomocy naukowych.

Gdy kopałyśmy kartofle pod samym lasem, złapałam jaszczurkę o rozdwojonym na końcu ogonie. Co za wspaniały okaz do lekcji o regeneracji.

25 listopada. Kilku uczniów ze starszych komple­tów poszło do partyzantki, pozostałych uczniów tego kompletu połączę z dziewczynkami.

7 grudnia. Staram się przerobić według programu materiał z literatury polskiej, ale z lekturą jest bardzo trudno. Pożyczam uczniom książki z własnej biblioteki. Podczas omawiania wojen krzyżowych dałam uczniom do przeczytania Krzyżowców Kossak-Szczuc­kiej, piękne wydanie, w barwnej, ślicznej oprawie. Chłopcy przeczytali dosyć prędko i z dużym zaintere­sowaniem, aczkolwiek pogardliwie wyrażają się o ów­czesnym sposobie wojowania: "E, prośże pani, co doza wojna, nawet samolotów nie mile".

18 grudnia. Podsumowujemy wyniki naszej pracy. Mamy duże trudności w prowadzeniu niektórych przedmiotów. Najtrudniej prowadzić matematykę, gdy objaśniamy coś nowego, uczniowie gromadzą się przy nas i robi się wtedy bardzo duszno. Zupełnie inaczej przebiegałyby lekcje, gdyby można było dowody twierdzeń geometrycznych lub rozwiązywanie zadań algebraicznych przeprowadzić na tablicy. Nig­dy nie myślałam, że tak bardzo będę tęsknić za tabli­cą. Zwykły sprzęt, a jak pomaga w pracy nauczyciel­skiej. Rodzice postaraliby się nawet o tablicę, ale nie moglibyśmy umieścić jej u nikogo w mieszkaniu ze względu na konspiracyjny charakter naszej pracy.

1 stycznia 1943 roku. I znowu minął rok. Wojna nie kończy się. Coraz trudniej żyć. Zaczyna też szwankować moje zdrowie. Bardzo dokuczają mi bóle wątroby. Na lekcje chodzę z paczką "Cholekinazy", bo mu­szę ją pić kilka razy dziennie. Matki moich uczniów chętnie parzą mi ziółka i mogę je wypić po lekcji.

5 lutego. Od kilku miesięcy mam lekcje z niezwykłym uczniem. Nazywa się Stanisław Barszczewski. Poznaliśmy się w zabawny sposób. Była niedziela i od samego rana zabrałam się do prania. Nad balią unoszą się kłęby pary, bo przed chwilą wyjęłam bieliznę z kotła. Nagle ktoś otwiera drzwi, do kuchni wtargnęła fala zimnego powietrza i wytworzyła się przy drzwiach gęsta mgła, z której dochodzi glos:

- Czy tutaj mieszka pani Kleindienstowa?

- Tutaj - odpowiadam, ale nie widzimy się na­wzajem.

Po chwili mgła się rozprasza i widzę młodego, nie­znajomego mężczyznę, który zapytuje mnie:

- Czy to prawda, że pani uczy?

- Ja piorę, jak pan widzi - odpowiadam. Na twarzy przybyłego maluje się zawód.

- A mnie Wacek K. mówił, że pani uczy i mogłaby nawet do matury przygotować.

Wacek, to mój dawny uczeń. Jeśli on go przysyła, mogę się nie bać. Nieznajomy mówi prędko:

- Skończyłem przed wojną siedem klas szkoły powszechnej, muszę jak najszybciej przerobić kurs gimnazjum i liceum, a następnie zdać maturę.

- A gdzie pan chce składać maturę?

- Tu, albo w Wilnie - pada odpowiedź.

W głosie Stanisława jest taka pewność, jak gdyby komisja egzaminacyjna już na niego czekała. Tym optymizmem i wiarą podbija moje serce, godzę się, by go uczyć. Stanisław mieszka w Wołdaciszkach, 30 kilometrów od Lidy. Pracuje w młynie i na lekcje może przyjechać tylko w niedzielę. Trudno mi się zdecydować, ponieważ zwykle w niedzielę robię pra­nie i porządki domowe. Z pomocą przychodzi mi mąż. Podejmuje się wziąć z nowym uczniem łacinę i matematykę, co zajmie trzy godziny, pozostałe przed­mioty ja wezmę, na co poświęcę cztery godziny. Za lekcje Stanisław będzie nam płacił chlebem, prawdziwym wiejskim razowcem: 4 kg tygodniowo i ponadto 1 kg masła miesięcznie. Chleb, który dostajemy na kartki w bardzo skromnej ilości, zawiera dużą przymieszkę łusek od kaszy gryczanej i naprawdę kole w ząby. Stanisław przyjeżdża na lekcje konno, nawet przy 30o mrozie. Nie odstrasza go ani deszcz, ani śnieg, ani zawierucha. Wykazuje tyle zapału i wytrwałości, że można z nim szybko przerabiać materiał. Właściwie jest on samoukiem, my służymy mu tylko pomocą i wyjaśniamy trudniejsze zagadnienia. W nie­dzielę trzeba mu wyłożyć tyle materiału, by miał co robić przez cały tydzień. Stanisław odrabia lekcje starannie, a wszystko stara się gruntownie zrozumieć. Przy trudniejszych zagadnieniach mocno trze ręką czoło, jak gdyby w ten sposób starał się wtłoczyć wiadomość do głowy.

Zupełnie inny jest mój uczeń - Aleksander G. Niby to przerabia kurs pierwszej klasy licealnej, ale uczy się byle zbyć, powierzchownie. Myśli jego pochłonięte są robieniem interesów. Jest zawsze elegancko ubra­ny, pali doskonałe papierosy, a uczy się dlatego, że tak wypada. Postępy robi niewielkie.

12 lutego. Przeżyłam ciężkie dni. 9 lutego o godzinie 9.00 rano, gdy dzieci miały przyjść na lekcje, weszło kilku Niemców i kazali opróżnić mieszkanie do 12.00; w trakcie naszej rozmowy wchodzi Witek z koszykiem, w którym ma książki zawinięte w papier, a na wierz­chu trochę kartofli. Witek momentalnie orientuje się w sytuacji. Wyciąga kartofel i mówi:

- Ojciec przysyła na próbę. Ładna kartofla. Może pani kupi?

Powiedz ojcu, że chętnie kupię - mowię, akcentując słowo "powiedz".

Witek uśmiecha się.

- Dobrze, dobrze, powiem.

Wybiega pogwizdując melodię, a na ulicy śpiewa:

"Siekiera, motyka, bimber, alasz, przegrał w karty (a w myśli - wojnę) głupi malarz. Siekiera, motyka, piłka, prąd, kiedyż oni pójdą stad?".

Witek spaceruje po ulicy, podrzucając nogą kamień. Widzę przez okno, jak spotyka kolegów i oddala się z nimi. Oddycham z ulgą. Zuch chłopak!

Po odejściu Niemców zjawia się Witek, a za chwilę inni chłopcy. Dowiadują się o moim zmartwieniu. Mąż i syn pracują, a tu trzeba działać szybko. Robię z chłopcami naradę. Zbyszek pójdzie po starszych kolegów. Witek zawiadomi mego syna. Mietek pójdzie do matki i poprosi, abym mogła do niej przenieść cho­rą Hankę i maleńką wnuczkę Krysię. Pozostali chłopcy pomagają mi pąkować rzeczy i wynoszą je na pod­wórze. O 11.30 Niemcy przychodzą sprawdzić, czy wykonano zarządzenie.

Dzięki znajomym udało mi się znaleźć pomieszczenie i tam przy pomocy uczniów i rodziców przewozimy nasze rzeczy. Jestem bardzo wdzięczna uczniom i ich rodzicom za pomoc. Dobrze jest mięć tylu przyjaciół.

5 kwietnia. Hitlerowcy coraz okrutniej postępują z Żydami. Dzisiaj, gdy miałam lekcje z chłopcami, zobaczyłam na podwórku niezwykły ruch. Pędzą uzbro­jeni Niemcy, po chwili słyszę strzały. Muszę zużyć dużo energii, by powstrzymać chłopców od wyglądania oknem. Książki chowamy do wózka pod pościel Ilonki. Mała nawet nie obudziła się przy tym. Po upływie pół godziny, gdy wszystko ucichło, wychodzę na podwór­ko. Niedaleko naszych drzwi leży trup człowieka, twarzą zwrócony do ziemi. To Żyd, który uciekł z getta. Przy nim uzbrojony hitlerowiec kopie trupa w pośladek i mówi do stojących opodal kobiet:

- Mówicie, że mało wam mięsa, możecie stąd wyciąć!

Przejęta grozą wracam do moich uczniów, muszę zając im czas. Nie mogą teraz opuścić mieszkania. Dom jest otoczony przez Niemców. Wyciągam grę towarzys­ką "Podróż po kraju". Nie mówię dzieciom, co się stało. Stwierdzam tylko, że dom jest otoczony przez Niemców, mogą wejść w każdej chwili. Musimy zachować spokój i udawać, że bawimy się. W trakcie gry docieramy do Tatr. Zaczynam im opowiadać o moich wędrówkach po Tatrach, ale trudno mi to idzie, myśli nie mogę powiązać, serce tłucze się w pier­si, głos załamuje się co chwila. Patrzę na uczniów, na chorą Hankę i małe wnuczki - Krysię i Ilonkę. Co się z nami może stać za chwilę? Nie mogę dopuścić do paniki. Muszę odwrócić uwagę uczniów od tego, co się stało. Przychodzą mi na myśl wiersze, których tyle umiem na pamięć. Zaczynam deklamować wiersz Maraton Ujejskiego.

W Suzie na dworze król Dariusz ucztuje...

Wiersz mówi o czasach tak odległych, ale gdy mówię słowa gońca - Sardes płonie - na twarzach uczniów maluje się wzruszenie, niektórzy mają łzy w oczach. Widzieli płonącą Lidę. Władek stracił wtedy ojca i matkę. Witek - rodzeństwo. Antek uległ kon­tuzji i teraz bardzo słabo słyszy. Z wielką uwagą słuchają uczniowie słów:

Wy się trwożycie tą liczbą ogromną

I tą przemocą, co się zda niezłomną...

Pamiętają przemarsze potężnie uzbrojonych wojsk hitlerowskich. Wszyscy podnoszą głowy, gdy mówię:

A nas, nas wszystko do boju porywa,

Każda piędź ziemi mogiłami żywa...

Myślę o trupie człowieka przed naszymi drzwiami i o tym, jak długo będę musiała zatrzymać uczniów, jak ich przenocuję, jeśli zostaną u mnie do godziny policyjnej.

Poważny, spokojny rytm wiersza pozwala mi opanować rozdygotane nerwy. Po dwóch godzinach Niemcy zabrali trupa i opuścili podwórko. Dzieci mogły wracać do domu, dla bezpieczeństwa - bez książek. W domu mieli napisać na kartkach, jakie myśli nasunął im wiersz Kornela Ujejskiego pt. Maraton.

9 kwietnia. Dzisiaj, gdy szlam na lekcje do Lusi Wiśniewskiej, spotkałam furę napełnioną ludzkimi

trupami. Ogolone, bezwładne głowy uderzały jedna o drugą, w miarę jak koła wozu podskakiwały na nie­równym bruku. Idę wolno, nie mogę oderwać wzroku od tragicznego obrazu. Myśli tłoczą się w głowie. Co przeżyli ci ludzie? Za co ginęli? Co robić, by zbrod­niarze nie panowali nad światem? Muszę się opanować. Oddycham głęboko, idę równym krokiem i sta­ram się skupić myśli na dzisiejszych lekcjach. Z ge­ometrii mam wyjaśnić nowy typ zadań konstrukcyjnych. Wczoraj przerabiałam je sama do dwunastej w nocy, ale czy umysł wstrząśnięty widokiem trupów nie zawiedzie? Z kolei myślę o lekcji literatury. Będziemy dziś omawiać Lille Wenedę Słowackiego.

Na lekcje przychodzę prawie zrównoważona. Zabie­ramy się do roboty. Najpierw matematyka, zadanie konstrukcyjne przeprowadzam dobrze, uczennice słuchają z zainteresowaniem, rozumieją. Zanim przystąpimy do omówienia Lilli Wenedy, mamy przeczytać kilka wybranych scen. Lusia pięknie czyta swym niskim, dźwięcznym głosem. Dziewczynki słuchają z zapartym tchem. Wielkie wrażenie robią słowa Lilli: "Oddaj mi ojca, a ja ci dam siebie, jako gołębia białego bez plamy".

Terenia nisko opuszcza swą głowę, a łzy spadają na zeszyt. Ona wie dobrze, co czuje córka, której wydarto ojca. Jej ukochanego ojca wywieziono w nieznanym kierunku.

Zasłuchane nie widzimy, co się dzieje koło domu. Głośne ujadanie psa przywołuje nas do rzeczywistości. Do ogródka wchodzą Niemcy.

Szybko chowamy książki, na stole zjawiają się karty do gry. Zapłakana Terenia kryje się na strychu. Ja wychodzę do kuchni i niby pomagam w pracy pani Wiśniewskiej. Wchodzą Niemcy, sprawdzają dokumen­ty. Mnie i panią Wiśniewską zabierają ze sobą.

Lusia, która przed chwilą tak pięknie deklamowała, stoi z szeroko rozwartymi oczyma, skamieniała z bólu i przerażenia.

Opuszczamy dom, w którym przed chwilą rozbrzmiewały piękne rymy Słowackiego. Nie wiemy, co się stanie z dziećmi, co się stanie z nami.

Niemcy pędzą nas na dworzec wraz ze sporą gromad­ką ludzi. Ciężkie myśli kłębią się w mózgu. Co zrobią z nami, jak moja rodzina poradzi sobie beze mnie? Co nas czeka? Wywóz do Niemiec, obóz, więzienie, śmierć...

Po dość długiej drodze znajdujemy się na dworcu. W pomieszczeniu, gdzie nas wprowadzono, jest tłoczno i duszno. Kobiety i dzieci płaczą. Stoimy tak długie godziny. Niemcy co pewien czas wyprowadzają po kilka osób. Wreszcie przychodzi kolej na nas. Wprowadzają nas do innego pomieszczenia, badają do­kumenty, każda z nas ma w paszporcie podany za­wód: gospodyni domowa.

Puszczają nas do domu. Jeszcze przed godziną po­licyjną zdołałyśmy dotrzeć do swoich.

12 kwietnia. Wypracowanie na temat: "Jakie myśli nasunął nam wiersz Ujejskiego pt. "Maraton" wypadło bardzo ciekawie. Na pozór dzieci pisały o starożytnych Grekach, ale przedstawiały własne przeżycia. Przeczytałam głośno najlepsze wypracowanie i zaczęła się dyskusja.

Chłopcy doszli do wniosku, że o zwycięstwie decy­duje postawa całego narodu - a nie tylko siła militarna. Cytują słowa:

Kto chce być sługą, niech idzie, niech żyje.

Niech sobie powróz okręci na szyję,

Niech własną wolę na wieki okiełzna,

Pan niedaleko - niech do niego pełza!

I tam głaskany, a potem wzgardzony,

Niechaj na progach wybija pokłony,

Niech jak pies głodny czołga się bez końca

Za pańską nogą, która nim potrąca.

Tu chłopcy potrącają się łokciami i jeden mówi: "To Jerzy Rypper jest takim psem. Wysługuje się Niemcom, a nas gnębi. Już nawet organizacja podziemna wydala na niego wyrok śmierci, dwa razy próbowano go wykonać, nie udało się".

Chłopcy mówią prawdę. Jerzy był moim uczniem w gimnazjum, dobrze wychowany, uprzejmy, grzeczny chłopiec. Któż mógł podejrzewać w nim przyszłego zbrodniarza. Po wejściu Niemców Jerzy został volks-deutschem i pracownikiem gestapo, był jednym z naj­okrutniejszych i najniebezpieczniejszych, bo znał dob­rze miejscowe warunki.

­- Ale i miedzy dziewczynkami też są takie psy - wtrąca Miś. Dziunia W. spaceruje z Niemcami, przyjmuje od nich prezenty, chodzi wystrojona jak lala. Dziunia była moją uczennicą. Czyściutka, staranna, pobożna sodalistka, jej zachowanie zawsze było bez zarzutu. A dziś? To wszystko prawda, co mówią chłopcy Gdyby nie wojna, Jerzy i Dziunia byliby przyzwoitymi przeciętnymi ludźmi. Tak... Dziś widzę, że wychować przeciętnie przyzwoitego człowieka - to bardzo mało. Widocznie w naszej pracy wychowawczej nie zdołaliśmy wpoić im niezłomnych zasad moralnych.

Romek Sadowski jest zdania, że nie wystarczy poddać się wrogowi, trzeba z nim walczyć. Z zapałem cytuje:

Lecz my zostańmy! My w nieszczęściu razem,

Albo wytępim wroga tym żelazem,

Lub za najświętszą wielkich bogów wolą

W grobie się wolni schronim przed niewolą.

Na naszej skroni tylko z laurów wieniec

Lub bladość trupia - nie wstydu rumieniec!

Była to ostatnia lekcja Romka. Nazajutrz poszedł do partyzantki.

21 kwietnia. Był u mnie z ramienia TON (Tajnej Organizacji Nauczycielskiej) kolega W. z Wilna. Oficjalnie powierzył mi opiekę nad tajnym nauczaniem. Żąda, by prowadzić dokumentację, bo przecież kiedyś będziemy musieli wykazać się naszą pracą. "Święty Biurokracy kazał się kłaniać" - myślę. Tłumaczę, iż w naszych warunkach prowadzenie do­kumentacji jest rzeczą bardzo niebezpieczną. Kolega radzi mi, abym spis uczniów i ich roczne oceny zapakowała do butelki i zakopała w ogrodzie. Odmawiam, przecież bywają naloty, bomby wyrywają potężne le­je i przy takiej okazji mogłaby butelka dostać się na wierzch. Kolega uważa, że przesadzam i lekko daje do zrozumienia, że ludziom w starszym wieku brak odwagi. I to jest prawda. Boję się o uczniów i ich rodziny, boję się o swoją rodzinę, boję się i o siebie. A jeśli mimo tej trwogi, która szarpie mi serce i ner­wy, robię to, co do mnie należy, to zarzut zrobiony przez kolegę znacznie mniej boli. Nie przejmuje się, jestem zdania, iż najważniejszą rzeczą jest to, co nasi uczniowie umieją, moim obowiązkiem jest zrobić wszystko, by uchronić młodzież i rodziców przed ewentualnymi represjami.

Kolega oznajmia, że mógłby wyjednać dla nas zasiłek pieniężny od organizacji podziemnej TON. Porozumiewam się w tej sprawie z Leną i Wandą. Po naradzie dochodzimy do wniosku, że nie należy brać pieniędzy, organizacja ma ważniejsze potrzeby. Uczniowie płacą nam za lekcje w miarę możliwości, ci, którzy nie mogą, nie płacą.

Nikomu nie odmówiłyśmy uczestniczenia w kom­pletach z powodu trudności materialnych. Natomiast postanawiamy zażądać pomocy w postaci biblioteczki składającej się z podręczników i najważniejszych książek z lektury. Przy następnym widzeniu z delega­tem przedstawiamy listę potrzebnych książek i to w takiej ilości, by móc obdzielić wszystkie komplety. Delegat przysłuchiwał się lekcjom i repetycjom, siedząc obok w pokoju, gdzie byli uczniowie. Po upływie kilku tygodni dostarczono nam książki. Sprawiło to wiele radości zarówno nam, jak i uczniom.

22 kwietnia. Makabryczne żarty miewają moi chłopcy. Miś niedbale odrobił lekcje, więc zwróciłam mu uwagę, a wtedy jego koledzy zaczęli się śmiać i wołać: "Na mydło, na mydło go!".

Zdumiona pytam, co to ma znaczyć. "A czy pani nie wie, że Niemcy z ludzi mydło robią. Jak on się, do niczego nie nadaje, to na mydło go". Uważają to za świetny dowcip. Śmieją się wszyscy, a Miś razem z nimi. Jakich użyć środków wychowawczych, by wychować tych chłopców na ludzi, gdy tymczasem życie nasuwa im przed oczy takie potworności.

Wielki Piątek, 23 kwietnia. Dziś od samego rana słychać strzały karabinów. To w pobliskim lesie Niem­cy rozstrzeliwują Żydów. Trudno jest człowiekowi znaleźć miejsce, tam ginie tyle ludzi i nic im pomóc nie można.

24 kwietnia. Wieczorem przyszła do mnie matka jednego z uczniów. Starszy jej syn - Franek - mój dawny wychowanek z gimnazjum, był w białoruskiej policji utworzonej przez Niemców. Kobieta patrzy na mnie wzrokiem prawie obłąkanym, mówi śpiewnym białoruskim akcentem. Głos jej łamie się z rozpaczy:

-Paniczka, toż oni mego Franka zbrodniarzem zro­bili. Moje dziecko, mój syn cały dzień ludzi mordował. Paniczka, ja matka zbrodniarza. Na rękach me­go dziecka ludzka krew. Ci podli Niemcy mego syna zbrodniarzem zrobili. Przez trzy dni trzymali naszych chłopców w zamknięciu, nic im jeść nie dawali, tylko wódkę i papierosy. A wczoraj powieźli ich do lasu i kazali strzelać do ludzi. Pięć tysięcy Żydów było. Rowy im kazali pokopać.

Kobiety musiały wykopać jeden głęboki dół, a po­tem do tego dołu hitlerowcy powrzucali dzieci, matki nie dawały się oderwać od dzieci, chciały się rzucić do dołu. Niemcy je odpychali, one ich gryzły. Ale Niemcy ani jednej matki nie dopuścili. Naszym chłopcom kazali rzucać granatami w te dzieci i wymordowali je wśród krzyku oszalałych z bólu matek.

Dorosłym Żydom kazali się rozebrać, ubranie poskładać, a potem do tych ludzi nasi chłopcy strzelali, a czy kto był zabity, czy ranny, wrzucali do dołu i zasypywali wapnem. Niemcy podchodzili do chłopców, którzy strzelali, kładli im ręce na sercu, jeśli któ­ry był spokojny, to go chwalili, a jeżeli któremu ser­ce mocno biło, był wzruszony, dostawał kulę w łeb. Tak strzelali do wieczora, a potem te rowy zasypy­wali ziemią, a ziemia dziś jeszcze się rusza.

Paniczka, czy może być grzechów odpuszczenie dla takich zbrodniarzy? Tak mnie się zdaje niedawno Franuś był maleńki i dreptał przy mnie po mieszkaniu, a lubił się bawić w popiele, to ja musiałam mu ciągle raczki myć. Paniczka, a dziś on tymi rękoma ludzi mordował.

"Tymi rękoma..." - powtarzam w myśli i przypo­minam sobie ostatnią wycieczkę botaniczną w czer­wcu 1939 roku, wtedy to Franek - zapalony przy­rodnik - przyniósł mi z łąk nad Lidziejką pięknie kwitnącą, błękitną roślinę. Oznaczyliśmy ja przy po­mocy klucza Rostafińskiego. Był to wielosił błękitny (polomonium coeruleum). W kluczu oznaczony dwoma wykrzyknikami, co znaczy - roślina w kraju bardzo rzadka. Jakże dumny był Franek ze swej zdobyczy. A dziś? Tymi samymi rękoma...

- Paniczka - woła z rozpaczą nieszczęsna matka - czy może być grzechów odpuszczenie dla takich zbrod­niarzy, co ludzi zabijają, a nasze niewinne dzieci robią mordercami?

Kobieta wychodzi, powtarzając coraz głośniej:

- Nie ma grzechów odpuszczenia!

Z opowiadania innych osób wiem, że w czasie egzekucji grupa młodych Żydów zaczęła krzyczeć: "Urra, Urra!" - i kilku uciekło do lasu. Niemcy przestraszyli się, myśleli, że partyzanci przychodzą z pomocą skazańcom. Po chwili rzucili się w pogoń za ucieka­jącymi.

W tym samym czasie grupa około 20 osób uciekła w innym kierunku; znikoma to jednak liczba wobec

pięciu tysięcy zabitych. Ale wszyscy cieszymy się, że przynajmniej ci ocaleli.

Józefa Kleindienst