Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Listy Ogłoszenia Kontakty z czytelnikami

 

Wyrazy głębokiego współczucia Rodzinie z powodu śmierci ś. p. Wacława Giebielta, Polaka i Patriota, jednego z pierwszych członków Klubu Miłośników Kultury Polskiej im. Adama Mickiewicza składa Zarząd Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej oraz Redakcja "Ziemi Lidzkiej".

 

Październikowe święto

Jadę po raz drugi w tym roku na Białoruś w rodzinne strony do Subotnik. Jest piątek 1 października. Wieczorna Lida wita mnie gwałtownym zapierającym dech wiatrem, który unosi w powietrze kłęby wirujących liści. Nagle zaczyna padać ulewny deszcz, który solidnie mnie moczy zanim się zdążę przed nim osłonić.

W sobotę rano udaję się autobusem do Subotnik. Trasa jest mi znana od wielu łat, więc staram się trochę jeszcze odespać trudy podróży i to poranne dzisiejsze wstawanie. Pogoda się poprawia, jakby nie chcąc się jeszcze poddać nadchodzącym słotnym, jesiennym dniom. Słońce mocno świeci, kolorowe liście opadają z drzew, a kiedy idę otwartą przestrzenią wita mnie znajomy wiatr. Jest południowy, ciepły i czyste powietrze przenika mnie swą świeżością do głębi. Stoję w tym pełnym, porannym słońcu na moście na Gawii. Jego promienie delikatnie głaszczą moja twarz. Mocno zwężam oczy zostawiając jedynie minimalne szparki. Wdzierają się przez nie świetliste chochliki, przechodzą w głąb mnie i spływają do stóp.

Miasteczko jest ciche, słychać jedynie lekki szum wiatru. Droga Żemłosławska zwana kiedyś Wileńską, pośrodku szpaleru kolorowych drzew i w blasku słońca. Opadające liście utworzyły po obu jej stronach cienkie sznureczki zbiegające się prawie na horyzoncie. Nocne niebo jest w te dni czyste i tak gęsto usiane gwiazdami, jakby ktoś rozsypał po nim kilka garści piasku Dopiero po chwili moje niewprawne oko odnajduje gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy.

Pierwsza niedziela października, święto Matki Boskiej Różańcowej. To trzeci coroczny i zarazem ostatni, tradycyjny odpust w subotnickiej parafii. Tego dnia nie ma Mszy św. w Kudejszach, Żemłosławiu, Wasiliszkach. Wszyscy co mogą gromadzą się na uroczystościach w kościele parafialnym. Teren wokół niego jest pięknie udekorowany kwiatami z których utworzono także dróżki. Kapliczki różańcowe są odnowione. Rozwieszam plansze z fotografiami ukazującymi historię naszego miasteczka. Msza odpustowa jest o godz. 14. Gromadzi się bardzo dużo wiernych w szerokim przedziale wieku. Rozpoczyna się procesji wokół kościoła. Na początku idą dzieci niosące olbrzymi różaniec, za nimi duża grupa maluchów, dziewczynki sypiące kwiaty, poczty sztandarowe, księża i wierni. Kapliczek w murze jest sześć. Przy pięciu odmawiane są dziesiątki różańca z tajemnicami radosnymi i każdą z nich ktoś inny prowadzi. Drugą ojciec Franciszek zaproponował mnie czym czuję się zaszczycony. Procesja wchodzi do kościoła gdzie odbywa się główna msza św. Po jej zakończeniu ludzie nie udają się od razu do swoich domów. Gromadzą się przy kościele, rozmawiają ze znajomymi, oglądają moją wystawę, niektórzy pierwszy raz.

Poniedziałek 4 października. Do południa pogoda równie piękna jak wczoraj. W drugiej części dnia diametralnie się zmienia. Chmury pokrywają niebo i zaczyna padać deszcz. Jadę na chwile do Iwja aby kupić na bazarze ryż dla cioci. Jest tańszy niż w sklepie a ma podrożeć tak jak zresztą drożeje wszystko Z tych kilku chwil w tym powiatowym miasteczku zapamiętałem pamiątki raczej nie chlubnej przeszłości: betonowe sierpy i młoty, czerwone gwiazdy. Pełno ich jeszcze na Białorusi, pomników Lenina, radzieckich nazw ulic, pompatycznych nazw kołchozów. Dzisiaj śmiesznie brzmiących i pustych w swej wymowie a jednak istniejących.

Czwartek 7 października. Chłodem i niepogodą wita mnie Lida w ostatnim dniu pobytu . Spieszę aby załatwić kilka spraw. Odwiedzam "Dom Polski" redakcję "Ziemi Lidzkiej", wydaję w sklepach miliony niewiele wartych rubli. Jestem na Starym Bazarze gdzie od ziemlaka z Subotnik zdobywam przedwojenną receptę apteki Czejdo z naszego miasteczka. Przy bazarze kobiety sprzedają pierożki z mięsem lub powidłami, wystygłe już i nie dające odpowiedniego smaku. W centrum miasta przed sklepami, w pobliżu skrzyżowań biednie ubrane kobiety oferują przechodniom swój skromny towar: jajka, pestki słonecznika odmierzane szklankami z grubego szkła. A w tychże sklepach matki dla swych dzieci kupują najtańsze skromne cukierki zawinięte w równie skromne opakowania.

Lida miasto niemałe i ciągle rozwijające się, kojarzy mi się trochę z wsią. Dużo ludzi z wyglądem, ubiorem jakby przeniesieni z okolic, przemieszczają się po ulicach celem zaspokojenia potrzeb jakich nie dają im wiejskie sklepy. Sporo jest jeszcze tutaj starej zabudowy drewnianej. Można spotkać pasącą się na uboczu krowę a przy odrobinie szczęścia wóz konny w centrum Lidy. Dominuje szare sowieckie budownictwo, wszędzie z takiej samej cegły, które upodobniło miasta i miasteczka do siebie. A przecież każde z nich ma odrębną historię, swój własny charakter.

Ludzie dryfują jak łódź bez steru na morzu. Nie decydują o swoim losie. Jak dawniej robią to za nich ci, którzy ponoć wiedzą najlepiej.

Białoruś kręci się jakby w niespokojnym śnie i pogrąża ciągle w otchłań. Bez dna od którego można by się odbić aby powoli wypłynąć na powierzchnię, zaczerpnąć powietrza i rozejrzeć dookoła.

Kazimierz Niechwiadowicz