Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Więzienna wigilia, Boże Narodzenie i Nowy Rok 1941

 

Wśród tych wielu wydarzeń zupełnie nieoczekiwanie szybko nadszedł grudzień, a z nim wyczekiwanie najradośniejszych świąt w polskich rodzinach. Zaczęłyśmy się powoli zastanawiać jakie one dla nas będą i jak je upodobnić do spędzanych dotychczas w rodzinnych domach.

"15 grudnia 1940 roku Ina dostała paczkę z domu - pierwszą od kiedy siedzi w więzieniu. Oprócz ubrania i żywności dostała w kieszeni fartucha OPŁATEK. Tak więc wigilię będziemy miały normalną - wigilię staropolską z opłatkiem i maksymalną liczbą dań.

A święta już tak blisko. Tuż! Tuż!

Na tydzień przed świętami zaczynamy oszczędzać chleb, żeby na święta mieć do syta. To znaczy, żeby na pierwszy dzień świąt każda z nas miała trzy porcje zwane tutaj "pajkami". Oszczędza­my również cukier. Mamy go mieć również po trzy porcje, to zna­czy po dziewięć łyżeczek, co jest bardzo dużo zważywszy, że cu­kru nie dostawałyśmy codziennie.

W wigilię Bożego Narodzenia wzięto nas do łaźni. Zabieramy się naturalnie "so wsiemi wieszczami". Najpierw - jak zawsze - siedzimy ze dwie godziny w karcerze czekając na swoją kolejkę, gdyż jesteśmy w drugiej grupie. Zaz­wyczaj dzielą nas na trzy grupy po 30 - 35 kobiet w każdej. W szatni znajdujemy życzenia świąteczne od mężczyzn."

Jakie to dla nas Polaków typowe. Oszczędzałyśmy z głodowych porcji, żeby na święta mieć obfitość. Tak bardzo chciałyśmy mieć złudzenie prawdziwych świąt. Zastaw się a postaw się - nawet w więzieniu.

"A w celi dyżurni znajdują: w szufladzie stołu kartki z naszymi wierszykami (dlatego właśnie ja ich nie miałam), oraz nie wiem gdzie krawieckie nożyce wraz z pociętymi kocami, przygotowanymi

do zrobienia z nich wojłaków. Tragedia!

Przychodzi naczelnik więzienia. Dopóki się nie przyznamy nie pozwolą nam wychodzić do ubornej (WC).

Co robić?

Do kartek my się odrazu przyznajemy. Ale z nożycami i kocami jest gorzej, bo "przestępczynie" wiedzą, że za to grozi surowa kara. Już przedtem kilka z nas siedziało w karcerze za prucie koców na skarpetki i rękawiczki. Nawet ułożyłyśmy wtedy taki wierszyk (Ale nie pamiętam o kogo to chodziło):

Otwiera się wizyterka.

Dyżurny wciąż przez nią zerka.

Wszystkie śpią, ona pracuje...

Na skarpetki koce pruje.

Poza tym przy tej okazji naczelnik przypomina sobie również, że ktoś z naszej celi kiedyś pisał w ubornej. Nawiasem mówiąc Wisia Ciechanowiczówna siedziała już za to w karcerze. Naczelnik jednak skumulował sobie przy tej okazji wszystkie nasze "prze­stępstwa administracyjne". Sytuacja wydawała się beznadziejna. I to w wieczór wigilijny!...

Najniespodziewaniej jednak chmury się rozwiały. Nie wiadomo ja­kim cudem! I komu należało dziękować, że ominęła nas spodziewa­na i według regulaminu więziennego zasłużona kara. W naszej prostocie dziękujemy więc Temu, Który nas zawsze ma w Swej Opiece.

Zmrok... Szykujemy się do wigilii. Po kąpieli jesteśmy czyste fizycznie i tak też chcemy być czyste duchowo. Najpierw na kocu rozściełamy serwetę Izy, bo te, które były złapane na granicy miały przy sobie spory bagaż w przeciwień­stwie do aresztowanych w domu. Na serwecie (chyba raczej obrusie) ustawiamy: opłatek na małej serwetce, chleb, sucharki, masło, cukier, ciastka, cukierki zamiast śliżyków - typowych dla domów kresowych Wileńszczyzny i Nowogródczyzny. Do osłodzonej wody wrzucamy sucharki. Zupa z obiadu przepłukana "kawą" i osłodzona stanowi "kutię" lwowską. Na nasze szczęście w dniu tym była w zupie kasza - chyba pencak.

Tak więc nasza wieczerza wigilijna była wspaniałą ucztą z mnóst­wem dań nie ustępując liczbą daniom przedwojennym, a o jakości nie myślałyśmy wcale. Po ponad półrocznym wygłodzeniu nawet ta jakość była zresztą dla nas wspaniała, bo już zapomniałyśmy o właściwym smaku potraw wigilijnych. Ilość zastępuje nam jakość, którą uzupełniamy sobie ponadto wyobraźnią. Dawno już nie widziałyśmy tylu przysmaków. Dawno też nie było ich na naszym więziennym stole".

Błysnęła pierwsza gwiazdka i wtedy zasiadłyśmy do tego naszego "suto nakrytego stołu". Wokół niego zamiast krzeseł ułożone były "poduszki".

Najpierw podzieliłyśmy się opłatkiem pomiędzy sobą, a potem z całą celą."

Musiały to być mikroskopijne kawałeczki opłatka, bo przecież Ina chyba nie dostała więcej niż jeden opłatek, a nas było w celi ze sto kobiet. Ale nie zmniejszyło to naszej radości, jaką dał nam ten kawałeczek opłatka, pozwalając sobie wyobrazić, że jesteśmy ze swoimi najbliższymi w tym najdroższym dla serca każdego Polaka dniu roku.

"My to znaczy: pani Irena Arciuszkiewicz z Lidy, Wisia Ciechanowiczowa, Fursza Rodkiewicz z Nowogródka (chociaż mahometanka), Kasia Siwiec i Gienia Bieńko z Wilejki, Janka Sylwestrowicz z Wilna, Lusia K., Werka Mozol z Lidy, Iza Swiętochowska z Baranowicz, Marychna Jurewicz z Nowogródka, Dzidka Cypryńska i Ina (Ja­nina) Słonko z Prużany, no i ja. Wydaje mi się teraz, że była również Stacha Karmen, ale tego nie jestem pewna. Życzenie nasze jest jedno, jednakowe: jak najszybciej być w domu ze swoimi i w wolnej Polsce - naszej Ukochanej Ojczyźnie. A jednak smutno... Rywa - chociaż Żydów­ka - też brała udział w naszej wigilii.

W sekcji czwartej była spora grupka Żydówek, ale ona z nimi nie chciała mieć nic wspólnego. Tamte były starsze - jakieś żony fabrykantów z Białegostoku... Jedna z nich była wręcz nienormalna na skutek utraty całego majątku. Pamiętam, że któraś z nich, a może nawet kilka cho­rowało na wątrobę i przed wojną były na ścisłej diecie: czerstwa bia­ła bułeczka, mało tłuszczu i to bardzo świeżego, chude mięso itp. A w więzieniu jadły wszystko: zupę na zgniłej rybie, ochłapy, chleb-cegłę i nic im nie było. Głód to najlepsza dieta i lekarstwo. Nie wiem dlaczego grupę tę nazywałyśmy "Ściana płaczu". I nie powiem żebyśmy je lubiły. A Rywa była Żydówką, a jednocześnie jedną z nas. Wspomnień jasny korowód ciśnie się do głowy. I choć każda stara się wyobrazić sobie, że lepszych świąt nigdy nie miała, że są to najpiękniejsze święta w jej życiu, to jednak łzy nie wiadomo po co chcą ujrzeć celę, chcą przesłonić nasz cudowny "stół" i oto­czenie. Ale nie! Nie damy się! Żadna z nas nie zapłacze! To nie dla nas! Musimy być silne! Kto wie co nas jeszcze czeka? Co zgotował nam los?

Po wigilii Lusia mówi wiersz: "Wigilia powstańców", Wisia - Or-Ott "Krzyżyk z Olszynki", ja - "Smutno mi Boże" - Słowackiego, "Cho­rał" - Ujejskiego i jak zwykle "Przepowiednię Wernyhory", która nas tak bardzo krzepi w tych ciężkich dniach. Potem Dzidka opowiedziała moją "Opowieść wigilijną". Ułożyć tę opowieść to ułożyłam, ale Dzidka opowiedziała ją o całe niebo lepiej niż ja bym to zrobiła. Była to opowieść dość naiwna - o powstańcu i czekającej nań we dworku narzeczonej - w stylu bohatersko-narodowym i dlatego wtedy wszystkim nam bardzo przy­padła do gustu.

Na zakończenie - jak zwykle - zaśpiewałyśmy kolędy. Po wigilii i kolędach wzięłam po trochę ze wszystkich "potraw" i zaniosłam - Oldze, która była tym bardzo wzruszona i zaczęła mi opowiadać całkiem z sensem jak jej było w życiu, źle. Opowiadała dużo i szczegółowo i wszystko było do rzeczy. Aż trudno było uwierzyć, że jest nienormalna. Tak się tym własnym opowiadaniem rozczuliła, że się w końcu rozpłakała. Ale i to przecież objaw jak naj­bardziej normalny. Początkowo nie chciała wziąć ode mnie tego, co jej przyniosłam twierdząc, że sama będę głodna, a więc też całkiem logicznie...

W pierwszym dniu Świąt spotkała nas miła niespodzianka. Wisia Ciechanowiczowa dostała paczkę. Wywoływano ją kiedy jej grupa była w ubornoj, więc obawiałyśmy się, że jej już nie dostanie. Może się wydawać dziwnym, że piszę, iż niespodzianka spot­kała nas, a nie tylko Wisię, ale tak było naprawdę. Żadnej z nas nie przyszłaby do głowy mysl, że otrzymana paczka nie jest w równych częściach wspólną własnością - poza odzieżą. Tym razem paczka była świetna - naprawdę świąteczna, bo zawiera­ła: babkę, szynkę, konserwy, masło, czekoladę itd. Naturalnie w takiej sytuacji świąteczne śniadanie było jeszcze wspanialsze niż wieczerza wigilijna, bo nie musiałyśmy uzupełniać go fanta­zją, a dzięki oszczędnościom przedświątecznym nawet chleba mia­łyśmy dosyć.''

Gdyśmy w Święta szły do ubornej to pod każdą celą krzycza­łyśmy: "Wesołych Świąt". Halinka Surudo omal za to do karceru nie trafiła.
W dniu tym wystroiłyśmy się wszystkie w najlepsze sukienki. Nawet dyżurny kiedy rano wszedł do celi zamiast zwykłego zdrawstwujtle powiedział: z prazdnikom was pozdrawlaju czyli odpowiednik naszego "Wesołych Świąt". Dzień Bożego Narodzenia uprzyjemniła nam ponadto wspólna modlitwa i wieczorny spacer. "Progułkarzem" był wówczas "Zgolona Brewka" - taki fircyk w zalotach. Dla kobiet miał on wiele wyrozumia­łości i dobroci, więc chcąc nam zrobić przyjemność zabrał nas na "progułkę" wieczorem. W dodatku nie pilnował żebyśmy szły para­mi. Skorzystałyśmy z tego. Rozbiegłyśmy się na wszystkie strony, na bardzo co prawda ograniczonej przestrzeni, wywracając się w śniegu, bijąc się śnieżkami i hałasując. Jednym słowem zachowywałyś­my się jak bydełko wypuszczone po zimie po raz pierwszy na wiosenną trawkę.

A księżyc świecił jasno i patrzył z politowaniem na te przeważ­nie dorosłe istoty, co skaczą jak młode cielątka na pastwisku pod okiem pasterza. Zapomniałyśmy na chwilę o celi, o więzieniu w ogóle, o zupie na zgniłej rybie i ceglanym chlebie. Było tylko szafirowe niebo, księżyc w pełni, gwiazdy, śnieg i my. To złudze­nie trwało nadzwyczaj długo, bo zamiast regulaminowych 10 minut byłyśmy na spacerze prawie godzinę. Regulamin przewidywał spacer 10-minutowy łącznie z dojściem do celi - i to nie codziennie.

Może właśnie dlatego, że był to jedyny wyjątkowy spacer jeszcze dziś widzę ten śnieg i księżyc i tę cudowną noc Bożonarodzeniową. Nigdy przedtem ani potem takiego spaceru nie miałyśmy. Odbywał się on w takiej samej klitce jak zawsze, ale fakt, że nie musiałyśmy chodzić w kółko parami rozszerzył granice zagrody. Ciekawe, że dziś z centralnego więzienia w Baranowiczach pamiętam tylko naszą ogromną celę (jestem w stanie ją narysować), ten spacer, prysznice w łaźni, a także w mniejszym stopniu bramę więzienną.

Nie pamiętam dokładnie ile okien miała nasza cela: trzy czy cztery, ale widzę je wąskie, wysokie, z lufcikami u góry, normalne okna mieszkaniowe tyle, że zakratowane jak w bankach lub innych podobnych instytucjach. Okna te nie miały więziennych osłon - może dlatego że nic za nimi nie było - nawet malutkiego drzewka, chyba tylko mur więzienny i strażnice. Nie pamiętam wcale układu korytarzy i cel a przecież mam zanotowane, że Iza chodziła sprzątać, więc i ja na pewno też chodziłam. Sprzątanie kojarzy mi się jednak zawsze tylko z wię­zieniem śledczym NKWD. Może dlatego, że tam mogłam przy okazji sprzątania skontaktować się ze Sławem. Tu - w więzieniu centralnym - nic o nim nie wiedziałam. Do ubornej chodziłyśmy dwa razy dziennie, a pomimo to zupełnie jej nie pamiętam (w więzieniu centralnym).

30 grudnia mamy niespodziankę - "banię". Cieszy nas to niezmiernie, bo nie liczyłyśmy na kąpiel jeszcze w tym roku. A jednak udało się. Nowy Rok spotkamy czyste. W związku z wyjaz­dem czy raczej opuszczeniem naszej celi przez Rywę nasze plany sylwestrowe musiały ulec pewnym modyfikacjom, bo Rywa miała być moją partnerką. Ale i tak wszystko się udało wspaniale.

Po krótkim przemówieniu babul Gasztołd-Goworek wszystkie złoży­łyśmy sobie nawzajem życzenia. Jeszcze w czasie wigilii zbliży­łyśmy się do babci, i odtąd była między nami "sztama", pomimo różnicy poglądów, bo ona była Białorusinką. Złożyłyśmy życzenia nawet sowietce Gali Karpowiczównie, która nam nawzajem życzyła wolność w wolnym Kraju. Była to komunistka-idealistka, istota bardzo miła i życzliwa, a więc powszechnie lubiana. Gdy szła na sąd, wzięła od nas wiele listów do rodzin. Niestety dostała 3 lata i nasze listy znów nie dotarły do adresatów.

Po życzeniach noworocznych w końcu sali oddalonym od drzwi przy trzeciej sekcji odsunęłyśmy posłania tej sekcji, piątej i szóstej i tańczyłyśmy do prowierki, a potem spać. Tylko Iza i ja

- jak zwykle - oczekiwałyśmy północy i jak zwykle gawędziłyśmy, bo tematów nigdy nam nie brakowało. Nowy Rok minął bez głęb­szych wrażeń jak każdy dzień świąteczny. Nowy Rok - nowe nadzieje, a wiara wciąż ta sama, niezłomna. Co On nam przyniesie? Czy wysłucha próśb i błagań?

Joanna Stankiewicz-Januszczak